Mój wkład w edukację społeczną (na Tajwanie)

Wraz z Kasiorkiem zgłosiłyśmy się do wygłoszenia w jakiejś tam szkole prelekcji o polskiej kulturze. W domyśle - niech dzieci popatrzą na obcokrajowe mordy z takiego zadupia, o którym mało kto słyszał ( nawet boski wyczyn Lecha I Aviatora jakoś umknął tutejszej świadomości zbiorowej, bo Poland Holland i Russia to jeden ciul dla zwykłego zjadacza ryżu)…

No i po mniejszych i większych przeprawach o których wspominać nie warto ( aczkolwiek osobie odpowiedzialnej za te jaja jakoś mam poważną ochotę zaszkodzić, żeby więcej przypadkiem nie pracowała na żadnym odpowiedzialnym stanowisku), objawiłyśmy się w miasteczku Pingtung, odległym od bazy o około 60km. Poznałyśmy wreszcie kierowce z jajami (których Kungfu Pandzie wybitnie brak), takiego co lubi se depnąć w gaz i cieszyło go to, że nas owo deptanie nie płoszyło- tylko rozwaliłyśmy się na siedzeniach i błogim wzrokiem obserwując prędkościomierz stwierdziłyśmy chórkiem - oooo prawie jak w Polsce :D

Notabene, Panda jeździ 80-90km/h tłumacząc to tutejszym kodeksem drogowym. Ale oprocz solidnego  wku..wa na to, że tak pedalsko się ślimaczy po tej drodze, to dobrze łapałam nerwa siedząc na miejscu dla samobójcy po pandzinej prawicy, w momencie kiedy lewicą swą zajmował się trzymaniem przy uchu komórki i radosnym załatwianiem biznesów, a prawicą zadziewał buty i skarpetki, kierownice trzymając nonszalancko kolankiem. Ale plus dla niego, jeszcze nikomu nie pobłogosławił rodziny przy okazji rozmaitych dziwnych manewrów, jakie uskutecznia się na tutejszych autostradach… Ja bym nie zdzierżyła i okrasiła co drugiego melepeta taką wiązanką komplementów, jakie zazwyczaj w mojej dzielnicy wieczorami słychać… Klaksonu też używa umiarkowanie, tzn jak dotąd raz i to dopiero kiedy rozklaksoniły się wszystkie auta dookoła i należało się z tłumem zmieszać. No, ale Panda akurat pojechał do Japonii i wiózł nasze drogocenne powłoki cielesne nformatyk z owej nawiedzanej przez nas podstawówki…

Poczułam się jak gwiazda, serio. Przywitały nas dzieci, ubrane w stroje aborygeńskie ( czytaj, ludowe), siedzące na jakiś dziwnych bebnoskrzynkach, na których grały rytmy szamańskie, Zonk numer 1. I powitały nas owacją do tego ( zonk 2, gdzie ja podziałam aparat…). I tak oto tańcami szamańskimi w rytm  skrzynkobebenkow, poprowadziły nas do pokoiku w którym mogłyśmy się rozebrać i Kasior mogła zadziać swój strój GÓRALSKI, w którym robiła furorę i spociła się jak mysz, choć tak naprawdę to był fake strój góralski, jakaś podróbka w wersji light, a nie prawdziwy ważący nawet i 10 kilo…

W tymże stroju przyszło nam miedzy innymi przedstawić się po polsku/ angielsku/chińsku/ japońsku i w innych językach dla caaaaaałej wieeeeeelkiej sali pełnej małych czarnookich skośniaków, co zadawały nam pytania w stylu: a czy w Polsce są samoloty i lotniska ( mówiłam, ze nie wiedz nic o koszeniu brzózek pod Smoleńskiem?) czy lubimy lody, czy ja jestem jakaś biedna a Kasia bogata bo ona ma taki fajny stroj a ja nie, czy w polskich szkołach uczymy się mówić po tajwańsku, a jakie u nas jest jedzenie i inne takie.

Potem miałyśmy pokazać im prezentacje o Polsce ( tu już lajcik, bo zamiast 700 wślepionych w nas par skośnych patrzałków, było tylko 70 czwartoklasistów, wiec ogarnąć ich to już nie był specjalny problem). A potem hardkor, opowiadałyśmy im polskie legendy a dzieciarnia rysowała… My zresztą tez, bo świetnie się przy tym bawili, no i aż nas ręce świerzbiły zęby poprawić - a to smoka bez łusek, a to Giewont dorysować, a to złotej kaczce diamenty perły i inne kosztowności…

Notabene, ich sposób widzenia polskiego świata bajek mnie osobiście powalił. Rycerze z Giewontu śpiąc robili komiksowe ZZZZZZZZZZZZZZ, a wygladali jak mutacje Zorro o mocno homoniepewnej urodzie, a nie szanujący się rycerz…
Pierścień św Kingi miał na łapie Bolek, a Kingę to dorysowali jak im zaczęłam napominać, że jeszcze ma być tam jakaś księżniczka. Ale o nietoperzu w kopalni nie zapomnieli… BTW, czy w Wieliczce są w ogóle nietoperze?

Myszy idące na króla Popiela miały szczurze ogony, a w łapach widelce…

Potem zaś cala szkoła uczyła się mówić - proszę dziękuje, przepraszam, jak się masz, dzień dobry, do widzenia i kocham cie.

Kolejnym plusem było poznanie jednej fajnej Rosjanki, która również zaszczyciła swą obecnością dzień obcokrajowca. Oprócz naszej trojki słowiańskiej byli jeszcze amerykanie i anglicy ( cala anglosaska grupka żuła gumę i trzymała łapska w kieszeniach, pierdoląc trzy po trzy jakby byli ostro ućpani – szczerze mówiąc, jeden anglik to jointami woniał fest… – i za co tych złamanych cywilizacyjnych wypierdków krajów wysoko rozwiniętych ci Tajwanczycy tak ubóstwiają….????), byli i Francuzi - czyli jak amerykanie, tylko jeszcze nie zniżyli się do wypowiedzenia ani słowa w języku nie będącym cholernym żabojadzkim dialektem, oraz Wietnamki, Tajki i Kambodzianki, które namiętnie częstowały nas swoim żarłem (blmblm umllll umll yhy baaaardzo pyszne … Kasior, zlokalizuj jakiś kwietnik albo coś bo zaraz heftne! Madziorku, spierdalaj bo ja już heftam… nie, dziękujemy, naprawdę takie pyszne ale niech inni też maja szanse spróbować…)

Tania świetnie nas rozumiała  jest od 10 lat zona Tajwanczyka i też musiała się wykazać wcinając różne ichnie specjały, jeszcze co gorsza - przy teściowej .. Tania wygląda bardzo rusko, podobna jest do Oksi Koksi która nam tak wyjątkowo podpadła w Kaliningradzie i mam szczerą nadzieję ze jej się jej uroczy koksi-charakter odbije wielka czkawka w przyszłości… ale w przeciwieństwie do OxiKoksi, Tanka jest naprawdę przyjazna i flachę z nią można obalić bo zagrychę ma swojska … W dodatku pochodzi z Komsomolska, czyli miasta gdzie produkuje się samoloty Suchoja :D A propos, Tanka ma synka Donata, pół ruskiego pół Tajwańczyka, czyli takie ryszawe białe dziecko z chińsko-skośnymi oczami w niesamowitym, piwno-zielonym kolorze. Krzyżówka taka wygląda dziwnie, jak jakiś upiorny blady Chinolek po kąpieli w wybielaczu, ale Chincykom sie strasznie podoba… no cóż, gusta mamy diametralnie różne. Już zrozumiałam co Kungfupanda miał na myśli mówiąc, ze nie musimy się mu aż tak podlizywać, kiedy mu tłumaczyłam, że w sumie to jest nawet całkiem całkiem w stosunku do tego co tu po ulicach drepta…
No ale i tak najlepsze było to ze wróciłyśmy do Wendzarni i na dzień dobry walnęłyśmy teścik z chińskiego, za spóźnienie miałyśmy opisać, co robiłyśmy i czemu się spóźniłyśmy o godzinę na zajęcia ( i czas spuścić na to wydarzenie zasłonę milczenia…)

Szkoda ze w Polsce nie ma takich eventów organizowanych…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>