Inemuri

Inemuri to japoński sposób na przetrwanie w pracoholicznej rzeczywistości, taka krotka drzemka ucinana gdzie bądź, przy nadarzającej się okazji.

Jak na Tajwanie się okazało – nie tylko japoński

Zdziwiły nas leżące pokotem na stolikach, czasem ławkach, murkach i chodnikach czarnowłose mordeczki, no ale doszłyśmy do wniosku ze tak można…

Dla mnie, z moim standardowo-europejskim czasem aktywności (pobudka 6.00, wstawanie i zbieranie motywacjio do zwleczenia się z cieplutkiego wyrka – zwłaszcza w zimie do 7.00, 8.00 zbieranie do pracy/szkoły, lulu max 23.00, sporadycznie zarwana nocka głównie w okresie sesyjnym lub z powodu jakiejś ważniejszej imprezy, ewentualnie straszliwie ciekawej książki) – poranna parada zombiaków była lekkim szokiem. W Polsce, może ze względu na bardziej rześkie poranne temperatury, aż tak zaspanych ludzi się nie widuje w podobnie rozbuchanych ilościach…  Zwłaszcza ze zapuchnięte mordki niekoniecznie zasłaniały sobie pyszczki podczas zaspanego ZIEEEEEEEW, prezentując pełen przegląd stomatologiczny, do zębów mądrości.

Wniosek – ortodonci i dentyści w tym kraju mają ciężkie życie, a  producenci plomb światłoutwardzalnych raczej nie zbijają fortuny bo większość błyska czarnymi/srebrnymi amalgamatami wkomponowanymi w białawy ząbek… Jeszcze pewnie o tym napiszę kiedy indziej, bardziej obszernie….

I te przysypiania podczas zajęć - również lekko oburzające, żyjemy chwilowo wszak w kraju zwanym azjatyckim tygrysem, z etosem pracy wyjebanym w kosmos. A tu takie lekceważenie… No ale mordki jakoś śpią jak zając pod miedzą, strzygąc jednym uchem, bo obudzone potrafią udzielić jakiejś w miarę sensownej odpowiedzi, i w dodatku z rzadka przerywanej groooomkim zieeew.

Jak śpią - widać na zdjęciu z wykładu, czas roboczy coś miedzy 15 a 18, ten pan w różowej koszuli to wykładowca, całkiem sensowny i fajnie prowadzący zajęcia. Jak widać zlewa to, że go zlewają. Zrobiłam zooma na perfekcyjny kamuflaż: dziewczynce się usnęło dość mocno, ale długopis zielony nadal dzierży jakby pisała :D

Ponieważ naszym kolegom z klasy ( a zwłaszcza jednemu) zdarzało się odbierać tel podczas lekcji, symulując inemuri - wysnułyśmy z Kaśką domniemanie, jakoby inemuri była społecznie akceptowana w tym małym dziwnym świecie małych żółtych ludzików opętanych regulaminami i sztywnym kodeksem społecznym. Dopiero wczoraj lokalny kolega spoza uczelni wytłumaczył nam- obrazowo, robiąc wielkie okrągłe oczy- że nasza szkoła jest prywatna, katolicka i praktycznie w 90% żeńska, wiec obowiązują tam inne zasady niż np na jego polibudzie i może dlatego… Bo ogólnie to – nie wolno robić inemuri i basta!

No ale po przemyśleniu, widzę prawdopodobne przyczyny porannej parady zombiaków:
1. W szkole większość pojawia się ok 7 rano – albowiem uczniowie od podstawówki przez wszelkie szczeble edukacji po IIrok studiów zasuwają w około szkoły na miotłach i szczypcach do zbierania śmieci i liści itp. I nie ma, że boli. A do szkoły dojechać trzeba, renoma Wenzao ściąga amatorów edukacji językowej z rejonów nawet odległych o godzinę jazdy(skuterem lub standardową komunikacją miejską).

2. Po normalną kawę - fusiarkę z ekspresu my musimy zasuwać jakieś 15 min samochodem. Na terenie kampusu i w sklepach można jedynie zakupić szczynowatego Mr Browna, który nadaje się chyba tylko do wkurwiania, ze puszkę ma niezgniatalną, bo działania pobudzającego typowego dla kawy nie zanotowałam.

Z kolei pan od kawy stawiającej na nogi ma uroczą świnkę wietnamską, i ostatnio nawet zastanawiałyśmy się  czy aby nie serwuje nam
swojej wersji tej wyjątkowo drogiej kawy, której ziarenka należy wydłubać z odchodów małp czy kóz czy innego kota indonezyjskiego.

3. Oni się tu uczą. naprawdę. Mamy sporo zadawania domowego codziennie plus teściki raz dwa albo i trzy razy w tygodniu (chiński…), i
naprawdę zadania są odrobione a dzieci wiedzą co mówią na lekcji - ergo, kiedyś to muszą ćwiczyć.

4 Szkoła trwa długo. Nasze wykłady – od 8 do 12, potem przerwa na lanczyk, potem od 13 do 17-18, ale zajęcia są rozpisane do 20.
Oczywiście nie na wszystkie trzeba chodzić, głownie te poranne są obowiązkowe a popołudniowe to częściej zajęcia typu wykłady łączone dla kilu roczników,  kluby, koła oraz kursy do wyboru. No, ale moja polska szkoła nie daje mi bezpłatnej możliwości np uczestniczenia w tai chi albo kaligrafii (oba pomimo że względnie spokojne powodują że padam na ryjek nie ściągając butów, a nie ma tam ostentacyjnego machania i fizycznego wysiłku, pozornie oczywiście), nie mówiąc już o popularnym tu tańcu brzucha czy milionie innych kółek stowarzyszeń i wolontariatów…

5. Po szkole – czas na życie towarzyskie. Tutaj panuje klimat zwrotnikowy, w skrócie - gorąco ścina z nóg, wilgotność powietrza waha
się od 75 do 95(tzn tyle widziałam na prognozach, może i jest więcej albo mniej czasem), a słońce w dzień pali jak oszalałe, wymownie
przypominając mi że znów zapomniałam posmarować karku kremem z filtrem… Ochładza się po zmroku dopiero, czyli na chwilę obecną po 18, i wówczas zaczyna się życie towarzyskie, naród wylega na ulice do budek z ryżem 8 skarbów i innymi cudacznymi potrawami.

Zaczyna się też sezon na śmieciarki, anonsujące się radosnym walczykiem, który podobał mi się przez pierwszy tydzień, a potem zaczął powodować lekki skok ciśnienia.
Zwłaszcza ze pod moje okno ta śmieciara zajeżdża około 22.20, kiedy to ja już zaczynam mościć się do spania.

Ale ostatnio chodzimy z Kasikiem się sportować, i na przykład o 23 hala do kosza jest oblężona, a amatorów pocenia się wygania cieć,
wyłączając światło o północy… A po sporcie towarzystwo rozpełza się po knajpach knajpkach, wyżerkowniach i innych imprezowniach… Aby nazajutrz o 7 rano pojawić się w szkole/pracy jako z lekka zapuchnięty zombiak z poduszką odciśniętą na buzi…

5. Kaohsiung leży w klimacie zwrotnikowym, w dzień gorąco jak diabli, wiec przyjęli model latynoski; sjesta w dzień, a zasuwamy nocą… no i kładą się spać o 2-3, wiec rano trzeba nadrobić deficyt snu… a koło po-obiadu ich ścina zwyczajnie, sjestują…

6. Powodów jest jeszcze więcej, wielu ze studentów ma pracę dodatkową, i jakoś godzi zarabianie z nauką,a ponadto, co powiedział mi Panda, zdziwiony że nie wiem – sporo studentek dorabia sobie nocami tzw escortem… Może to i prawda, może nie, dość że po Wendzarni śmiga trochę takich „studentek” które imidż przypomina faktycznie te krakowskie „studentki” co nie mogły zdecydować, czy UJ czy Polibuda i stanęły w celu namyślenia się w okolicy placu Biskupiego… No cóż, uniwersytucja to nie tylko problem i produkt polski…

Oprócz pokotów półmartwych ciał – kilka zdjęć krajobrazów będących wynikiem mozolnej zabawy z rozkminianem mojego aparatka :D standardowo instrukcji nie wzięłam, a ściągniecie chwilowo stoi poniżej mej godności :D
świątynia jest naprawdę fotogeniczna, a o zmroku nie wgląda tak chamsko plastikowo jak dekoracje z knajpki wietnamsko orientalnej…

 


Buziaki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>