Krajobraz potajfunowy ze statkiem

Mam pecha do tajfunów – albo olbrzymie szczęście. Jestem tajfunoujemna, więc jak dotąd plaga wakacyjna całej Azji Południowo-Wschodniej omija mnie szerokim łukiem. W tym roku, gdy zażywałam wakacji w upalnej Skandynawii (+26 C za kołem podbiegunowym to jest osiągnięcie), w Tajwan uderzył niezbyt silny tajfun Matmo (osiągnął I stopień w pięciostopniowej skali).

Tajwańczycy nauczeni doświadczeniem z ubiegłorocznym tajfunem Soulik przeprowadzili między innymi ewakuację turystów z najbardziej na wysuniętych na wschód wysp – Zielonej i Orchidei, zarządzili obowiązkowe wolne (tzw. typhoon holiday) 23 lipca. Czytaj dalej

Tajwan ma stajla? – Ting i jego ciuchy

W nawale chudych tajwańskich chłopców straszących ptasimi nóżkami i opiętymi rurkami, i wyglądających jak pół dupy zza krzaka, oraz chłopców wbitych w dresiawe mundurki szkolne nadające im wygląd drugiej połówki końca pleców za tym krzakiem, oraz rzeszy płaskodupych skośńookich wbitych w gajerki rozmaitych lotów (najczęściej koszących w dół, jeżeli chodzi o efekt wizualny) i wylajtowanych panów w wieku tatusiowym, hasających w polówkach, dresiokach i wiatrówkach – zabłysło kilka kaganków nadziei.

O rajskiej wyspie, białych plażach, zielonych żółwiach i czarnych duchach

A wpis o kanonie urodowym leży w zanadrzu i straszy już nawet kiedy lodówkę otwieram…. Więc aby uniknąć pań z dynastii Tang, Qing, Ming i pomniejszych z wielką ulgą zerwałam się z zajęć, oddaliłam od nawiedzonej lodówki i udałam w kierunku czegoś, co zowie się „Małą Okinawą”. Duża Okinawa do wielkich też się nie zalicza, na wysepkach należących do Archipelagu Riukiu, rozrzuconego na Morzu Wschodniochińskim i Pacyfiku, żyje powiem około miliona mieszkańców 0 czyli mniej niż 1%całej populacji Kraju Kwitnącej Wiśni. Zresztą, z Tajpej na te wyspy to już tzw „żabi skok” – o ile znajdzie się samolot/łódkę udającą się w tamtym kierunku…

Ale – północ Tajwanu jest zimna i deszczowa i w dodatku droga. Japonia – jeszcze droższa. Zatem pomknęłam chyżobusem, z lekka tylko rozklekotanym – na południowy wschód…

W hrabstwie Pingdong, w mieście Dongguan (czyli Wschodniej Przystani) trwało gorączkowe malowanie, rozwieszanie dekoracji, zamiatanie, kolorowanie elewacji itp. Powód? Ano, zbliża się sezon na czarnego tuńczyka (polskiej nazwy brak, angielski odpowiednik to pacyficzny tuńczyk błękitnopłetwy… szczerze mówiąc, znam tylko dwa gatunki tuńczyka – z puszki w stanie” papki z mięsa mechanicznie oddzielanego od ości” oraz „z puszki w nieco większych kawałkach”, ichtiologiem nie jestem…). I co z tego, że zbliża się sezon? Ano, do miasta zwala się masa wszystkożernych Japończyków, łapczywie rzucających się na sashimi z owego nad wyraz super hiper smakowitego tuńczyka… Sashimi takowe kosztuje zatem odpowiednio, w sam raz na kieszenie bogatych obżartuchów z krainy wielkookich kreskówek… Zdarza się, że i 50-60 PLN za kawałek, taki na jedno kichnięcie i jeden ząbek…

Większość rybaków skutecznie umiejących wytropić i złapać owe smakowite potwory, ważce po kilkaset kilogramów i mierzące nawet i 3m długości – pochodzi z wyspy XiaoLiuChu, zwanej też – małą Okinawą, z racji na swoje umiejscowienie.

Ponieważ mało kto chce być rybakiem, z uwagi na brak nowych adeptów rybołówstwa oraz nieuniknione starzenie się i przechodzenie na emeryturę starszej generacji pogromców mórz i sardeli, wyspa XiaoLiuChu zaczęła się przebranżawiać – z osady portowej o długoletniej tradycji w kurort. Ma do tego wszelkie warunki…

Po pierwsze -leży około 20 km od brzegu, a więc smog z fabryk i hut Xiaogangu (największa tajwańska huta, stalownia, walcownia, odlewnia i diabli wiedzą co jeszcze, w każdym razie kombinat większy niż doskonale mi znana krakowska Huta im. Tadeusza Sędzimira, co z patriotycznym bólem serca przyznaję na forum…) oraz z stref przemysłowych Pingdong tam nie dolatuje.

Po drugie, wysepka położona jest bajkowo – na rafie koralowej otaczającej dawny, bardzo stary i wygasły wulkan.

Po trzecie – w tych warunkach zwłaszcza morska fauna rozwija się znakomicie, pozwalając mieszkańcom produkować urozmaicone posiłki złozone z owoców morza na wiele sposobów. Oraz rzecz jasna dostarczając romantycznej scenerii do podziwiania. Tajwańczycy pływać nie lubią, a opalanie się w stylu europejskim uważają za absolutną durnotę i poddają się takowemu zabiegowi, zwanemu „ludzkim grillowaniem” – przypadkowo albo w ramach kary za wyjątkowo wielkie przewinienia.

Po czwarte – religijna społeczność dawnych rybaków pobudowała na tej niewielkiej wysepce tyle świątyń, że bogowie łaskawym okiem spoglądają na rajsko-biało-szmaragdowy klejnot pośród szafiru i granatu okolicznych mórz.

Po dotarciu na wysepkę za pomocą szybkiej łódki raźno podskakującej na falach- - odkryłam wiele ciekawych spraw, związanych z wyspami koralowymi…(Powierzchnia tego kawałeczka raju wynosi niecałe 7km2, objeżdża się ją  dookoła skuterem w 20-30 min, przy czym na to 30 min to się trzeba solidnie napracować i jechać tak szybko, że prawie do tyłu…

Plaże koralowe są do-ba-ni!. To nie jest sypki złocisty piaseczek z Mielna, o nie… To drobno lub grubiej pokruszony żwirek, po którym chodzić się da, ale wylegiwanie się to raczej zadanie dla masochisty…lub fakira. Ponadto, do wody włazi się wyłącznie w butach i podkoszulku. Buty – bo nierówna powierzchnia skał koralowo- wulkanicznych jest schronieniem dla licznych stworzonek, na które nie chcesz nadepnąć no i fale ostro rzegotają nieco większymi kamyczkami w strefie przyboju, łatwo o kontuzję paluszka i paznokcia… Podkoszulek – bo smarowanie się kremem z filtrem jest niewskazane z uwagi na to, że substancje chemiczne zawarte w ochronnych balsamach mogą podrażnić lub wytruć okoliczne zwierzaki zamieszkujące rafę. A zwierzak może cię zaatakować i ugryźć. A stworki morskie są wielkokortnie bardziej jadowite od tych lądowych. A na plazy nie ma ratownika z antidotum na morskie neurotokstny, ani flaszek z octem ani nawet kotłów z wrzącą wodą (to w celu denaturacji trującego związku organicznego zawartego we wstrzyknietym jadzie). Aha. 

Ale za to można udać się na nurkowanie… Juppi! No, nie tak juppi… Moje nurkowanie -czyli skafander, butla, płetwy – to coś znanego mieszkańcom XiaoLiuChu tylko z filmów. Turysta chcący nurkować dostaje – pajacyk z lycry, butki neoprenowe (takie same jak moje w Polsce), kamizelkę ratunkową unoszącą na wodzie dostojny zezwłok, oraz rurkę i maskę. I tela. Może wsiadać na skuter, wiozący go do plaży. Aha, jeszcze kółko ratunkowe, po jednym na parę, spięte smyczą. Kółka się trzymamy, zanurzamy paszczaki i podziwiamy podwodny raj, a pan przewodnik nas ciągnie niczym skuter wodny, głośno omawiając mijane ciekawostki….

Prawie jak w szkole z „Gdzie jest Nemo” :D

Rozumiałam tak pół na pół jego chiński, ale w sumie, dużo mi tłumaczyć nie musiał. W końcu nurkuję od jakiegoś czasu i zgłębiam mimochodem zagadnienia związane z tzw pedalskimi kolorowymi rybkami, które można podziwiać w Egipcie, Chorwacji czy innej ciepłowodnej destynacji nurkowej. Dlaczego pedalskie? Takie powiedzenie z mojego pierwszego klubu, gdzie usiłowano mnie przerobić na niemal komandosa z Formozy, nurkującego w cienkiej piance w zimie,targającego ze sprzętem kilometrami, stojącego w opozycji do „egipskich nurków”, co to miętcy są i ciency jak wężowy zadek… Głupio się przyznać mi było, że ja to bym wolała jednak oglądać te pedalskie rybki kolorowe, tylko mnie nie stać na wyjazd do Egiptu, więc teraz zachwycam się okoniami i płocią-trocią-ukleją. No ale- przyszedł w końcu czas na oglądanie w wersji live kolorowej rafy koralowej :D

Zwieńczeniem wycieczki było bliskie spotkanie z ośmiornicą (zwinęła się w kłębek w norze i wystawiła tylko jedną mackę ze sporego rozmiaru przyssawkami i w odwłoku miała starania przewodnika w celu wywabienia jej z nory) oraz  wpadnięcie na żerującego żółwia. jak zapewnił pan przewodnik, żółw jest wegetarianinem, tak jak buddyści i krzywdy nam nie zrobi… Ale był spory, tak z 70 cm do metra długości. I minął mnie dostojnie machając płetwami – może o jakieś 5 m, wynurzając się co chwilkę aby zaczerpnąć powietrza (i rozejrzeć się, czy te głupawe człowieki zniknęły z horyzontu, czy nie).

Oj, jak płakałam w duszy, że nie mam swojego małego podwodnego aparacika… Żółw według mojego rozeznania – był żółwiem zielonym, osiągającym do półtora metra długości skorupy i do 500 kilogramów masy. Wbrew nazwie, jest raczej brązowawy, zielonkawą barwę ma za to jego tłuszcz.

Dzień drugi spędziłam na na objeżdżaniu wyspy dookoła na skuterku… Ulic jest tam 4 na krzyż, jakby się nie błądziło, tak się się wybłądzi po maksymalnie 5 minutach jazdy, po prostu trafi się na już wcześniej odwiedzony kawałek terenu :D Do tego 100 świątyń (od całkiem malutkich po takie pięciopiętrowe, z teatrzykiem dla duchów i fajerwerkami), 3 podstawówki i jedna Junior High oraz baza wojskowa i jakieś tam niby zabytko-atrakcje. Dlaczego 3 podstawówki? Nie wiem, ale w każdej z nich – a są to budynki słusznych rozmiarów, większe niż nasze polskie tysiąclatki – w każdym wielkim budynku uczy się tylko jedna klasa (albo rocznik, bo nie wiem czy dobrze zrozumiałam pana Yao, od którego wynajmowałam pokój i który jest kopalnią wiedzy o wyspie). W Junior High jest więcej klas, ale też nie za wiele – a po ukończeniu gimnazjum biedne dzieci piątek świątek sztorm i susza musza płynąć do Pingdonga, do najbliższego liceum (około pół godziny szybkim promem)… I nikt nie płacze, że muszą o 7 rano stawić się na sprzątanie terenu wokół szkoły…

Atrakcje XiaoLiuChu są – niezbyt imponujące  Przyzwyczajona do pozytywek i wodotrysków z Europy, czasem z trudem przestawiam się na lokalne „podziwianie scenerii” będące powodem do targania godzinę albo i dwie w jedną stronę, Zwłaszcza że owa sceneria sprowadza się do np kawałka skały oblegane przez turystów…

Tutaj za atrakcję robią-

- opuszczony fort artyleryjski ze ściągą dla celowniczego na ścianie

- pod fortem tzw „korytarz ekologiczny”, gdzie można do ręki wsiąść - rozgwiazdę, kraba, ślimaka morskiego, jeżowca i inne pomniejsze stworki, które dla ciebie złapaie i opowie o nich specjalnie wyszkolony pracownik

- ścieżki pomiędzy skałami wyrzeźbionymi przez erozję w arcyciekawe kształty – na przykład kalafior (miejscowi widzą tam wazon z kwiatami, ale dla mnie to bezdyskusyjnie owo biało-zielone, mało romantyczne warzywo)

-jaskinie

Jaskiń są dwie większe – ale niestety tzw „Beauty Cave” akurat była umacniana i remontowana, więc pozostało mi tylko i wyłącznie udanie się do „Groty Czarnego Ducha/Groty Czarnego Krasnala”. Legenda mówi, że ukrywali się w niej czarni niewolnicy, znalezieni na holenderskim statku, który złupił Koxinga – legendarny załozyciel tajwańskiej państwowości, poplecznik upadłej dynastii Ming uciekający przed zemstą manzdżurskiej dynastii Qing. Ale prawda jest nieco smutniejsza…

Mała biała wyspepka była od dawien dawna (podobnie jak reszta Tajwanu) terytorium Aborygenów, spokrewnionych z Maorysami i Polinezyjczykami, ciemnoskórych (wyraźnie ciemniejszych niż jasnożółci Chińczycy Han), wielkookich (Aborygeni mają normalne oczy bez tzw mongolskiej powieki, określane automatycznie jako „ładne, duże oczy”) myśliwych  rybaków i zbieraczy. Gdy podczas sztormu o rafę rozbił się holenderski statek zmierzający z lub do Indii, rzecz jasna resztki załogi spacyfkowano, a dobra zutylizowano. Taki występek przeciwko Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej nie mógł, zgodnie z polityką firmy, ujść bezkarnie. Gubernator Formozy otrzymał stanowcze polecenie ukarania bezczelnych „czarnuchów” – bowiem mocno opalonych Aborygenów właśnie tak nazywali Holendrzy. Mieszkańcy wyspy chronili się w jaskiniach, skąd atakowali karną ekspedycję. Holendrzy wycofali się z bardzo nikłym sukcesem – zdobyli dowody na obecność białych rozbitków i rozszabrowanie żaglowca (monety, miedź a nawet kapelusz o charakterystycznym kroju) i rozpoznali teren, lokalizując główną grotę. Trzy lata później kolonizatorzy powrócili. Grotę-schron zablokowano, szczelnie zamykając wszelkie otwory, poza obstawionymi przez wojsko niewielkimi dziurami, które wypełniono tlącą się siarką i smołą. Opar i dym niósł się do wnętrza groty. Po ośmiu dniach gazowania, gdy krzyki zamkniętych wewnątrz ucichły, jaskinię odblokowano, niedobitki płci męskiej wywieziono precz, na plantacje Batavii (obecnie Indonezja, Dżakarta), dziewczęta i kobiety zaś trafiły na Tajwan, gdzie służyły w domach Holendrów. Około 300 ciał wrzucono do morza. Depopulację wyspy – czyli usunięcie rdzennych mieszańców – zakończono 10 lat później, gdy chiński dzierżawca XiaoLiuChu, przejmując teren od Holenderskiej Kompanii Wchodnio-Indyjskiej, wysłał na Formozę ostatnich 10 autochtonów.

Mała wysepka, ale wypoczynek -bajkowy. Udała mi się i pogoda, i dobre dni wybrałam – mało tłoczno. Kiedy wracałam, akurat mijałam – chmury znamionujące zwyczajową po pełni Księzyca zmianię pogody oraz łodki szczelnie wypchane turystami.

Weselny rytuał fotograficzny

Nieodmiennie, każdemu tajwańskiemu weselu towarzyszy pstrykanie zdjęć. W Polsce niby też, i niby też mamy albumy weselne lub nawet płyty DVD (które, podobnie jak komunijne – każdy ma, ale jakoś mało kto ogląda… Chyba, że się mylę i znajdę osoby bez końca wracające do uwiecznionego na nośniku wielkiego wydarzenia?). Ale…. Nie spotkałam się jeszcze z – albumem z sesją ślubną, wyłożonym do publicznego oglądania, ani też PPT/animacją ze zdjęciami pary młodej, puszczanym ku uciesze gości i dla zabicia czasu podczas wesela…

Natomiast tu – to tradycja, bez której zaślubiny należy uznać za nieważne i osiągające szczyty obciachu, chaosu i tymczasowej niewyróbnej prowizorki. Wiocha i tela. To jak góralskie wesele bez obowiązkowej bitwy na „śtachety”, albo jak jakiekolwiek wesele bez przynajmniej jednego wujka śpiącego błogo pod stołem w ramach przepicia…

Pierwsze zetknięcie ze zjawiskiem „dnia sesji ślubnej”, podczas której młoda para spędza cały dzionek, od świtu do zmierzchu albo i dłużej, na uwiecznianiu siebie w wersji upiększonej, w rozlicznych pozach, ubiorach i lokalizacjach – przyszło w zeszłym roku, wraz z odkryciem na FB zjawiskowych fotek moich tajwańskich znajomych. Znajomi ci byli amerykańskimi stypendystami, którzy tzw „gap-year” czyli w tym wypadku rok przerwy między ukończeniem szkoły średniej a rozpoczęciem studiów, postanowili spędzić w przyjaznej atmosferze Tajwanu, na koszt rządów USA i Republiki Chińskiej. Ich miesięczny plan zakładał środki na dłuższą wycieczkę w celu zaznajomienia się z tajwańską kulturą, scenerią i obyczajami, więc pewnego wiosennego popołudnia przekonali swoją opiekunkę Abby do konieczności zamiany kolejnego wyjazdu na lokalną sesję zdjęciową, typowo tajwańsko-kulturalną. Efekt? Wooow.

(W celu lepszego i dokładniejszego obejrzenia obrazków, proszę na nie kliknąć :D. To – na wypadek gdyby ktoś nie wiedział. Można też otworzyć obrazek w nowej karcie)

Kilka innych przykładów sesji weselnych … Służę obrazkami. Tak na marginesie – te chińskie stroje raczej rzadko są wybierane przez Tajwańczyków, tak jak Polacy i Polski raczej w drodze wyjątku do sesji zdjęciowej małżeńskiej użyją strojów regionalnych. Tajwańczycy pozują na zachodnio, na bogato, na wieczorowo i na elegancko. Ta trzecia kolumna z mniej intensywnymi kolorami, niezbyt wyraźna to tzw behind the stage, materiał z tworzenia… Od razu widać ile zyskuje się dobrym obiektywem, filtrm, fotoszopą, doświetleniem.

Nick ( imię chińskie – Dzi-dzia) i Mandy (już nie pytałam, powalona tą dzidzią…). Jak widać – oprócz tradycyjnych ujęć w strojach ślubnych, są i takie wieczorowe, i nawet trampki na obcasie tez miały swoje 3 klatki filmu :D

U nas nie jest to nic niezwykłego – wszak każda para młoda ma albumik. Ale… chyba nie jest to aż tak celebrowane? Z tego co kojarzę, to młodzi „urywają się” na godzinkę-dwie z imprezy i tyle… No chyba, że robią zdjęcia u znajomego fotografa, to mogą liczyć na np wieczorną sesję pod gwiazdami w dodatku do standardu. Oczywiście – obowiązuje jedna, góra dwie kreacje i zazwyczaj jedna miejscówka typu – (w Krakowie) Wawel, Kładka Bernatka i Podgórze/Kaziemierz,  Ogród Botaniczny, Skałki Twardowskiego udające Chorwację (wtedy my, nurkowie, z wody zawsze wrzeszczymy do pana młodego – nie bądź głupi, rzuć ją,  my powiemy że to był wypadek… Tak, wiem, wiocha – ale nas to bawi wyjątkowo), zamek lub okoliczności przyrody w Niepołomicach, ruiny w Ogrodzieńcu, klasztor w Tyńcu. Mniej ortodoksyjnie – widziałam sesję na samolotach w Muzeum Lotnictwa ( a nawet w replice zabytkowego samolociku podczas pikniku lotniczego, na oczach 20.000 gapiów para młoda pozowała na tle Jenny należącej do tragicznie zmarłego Marka Szufy. O panu Marku Szufie TU, a Curtiss JN4  „Jenny” w przelocie  nad płocką skarpą – TU), była sesja na polu golfowym w Paczółtowicach, w Teatrze Groteska, sesję podwodną na basenie Wisły też widziałam. Ale – mimo wszystko króluje klasyka, znacznie mniej rozbudowana niż w tajwańskiej kulturze obrazków wrzucanych na twarzo-książkę.

W Kaohsiung pary cierpliwie stoją w kolejce do cyknięcia foci na tle wielkiego znaku AI (love) w Art Parku, tabuny się uwieczniają w otoczeniu mizernej jeszcze roślinności Wetland Park, panny młode stadnie zadzierają kiece i człapią pod górę, ku latarni morskiej na Cijin oraz obowiązkowo - romantycznie szargają (wypożyczony) przyodziewek na czarnej plaży/ poszarpanych skałkach Sizihwanu.

Każda firemka fotograficzna ma zresztą przykładowy album, i wcześniej wybiera się – to wnętrze, tamto tło, tą budowlę, te i te stroje, ten ten i ten plener. Po całym dniu ganiania w sukni, z welonem i trenem i innymi gadżetami – w efekcie dostaje się około 50 ujęć, z czego 10-15 jest drukowanych w formie albumu.Należy wybrać  także foto na sztaludze witające gości, zakładki ze zdjęciem i wizytówki oraz zaproszenia z motywem oblicz oblubieńców. Koszt takiej fotosesji to przeszło 1000 PLN, bliżej 2000 nawet. Ale -uważam, że się to opłaca, zwłaszcza porównując poziom wizualny polskich sesji moich znajomych z tymi tu (aczkolwiek widzę poprawę, coraz więcej fantazji, personalizacji i dostosowania do np zainteresowań czy osobowości młodej pary)

Jakieś pomysły na ciekawą sesję ślubną? Pani fotograf pytała się mnie, czy nie chciałabym zapozować w oryginalnej, zachodniej wersji katalogu z białą twarzą dodającą blichtru i powiewu wielkiego świata :D Czekam na sugestie….

Hongkong. Miasto stali, szkła, betonu… i pięciogwiazdkowych toalet.

Przepisy wizowe Republiki Chińskiej jasno mówią, iż obcokrajowiec, co szwęda się bez wyraźnego celu, może szwędać się bezwizowo przez 30 do 90 dni (Amerykanie i Kanadyjczycy krócej, obywatele Unii dłużej), a potem musi opuścić ten piękny i gościnny zakątek świata. Po uzyskaniu magicznego stępelka wylotowego i wlotowego do innego kraju, można wrócić, na kolejne 90 dni (cuzamem do kupy można spędzić niemal pół roku na Pięknej Wyspie). Więc moje 90 przydziałowych dni minęło jak z bicza strzelił i należało się udać na emigrację…

Ponieważ nie dostałam odpisu mojego dyplomu ukończenia studiów, nie mogłam się ubiegać o wizę (konieczne jest poświadczenie najwyższego osiągniętego wykształcenia) i musiałam standardowym polskim sposobem – kombinować. Cóż. Wiza i inne papierkowe sprawy – następnym razem. Drobiażdżek…

Na lotnisko dotarłam dużo za wcześnie – żegnaliśmy całą większą paczką koleżankę, odlatującą na dobre z Tajwanu po dwuletnim pobycie. Znałam ją słabo, miła osoba,wesoła i pomocna, obdarzona ulubionym przeze mnie ironicznym poczuciem humoru – ale nic więcej. Nie zdązyłam się zżyć. Natomiast Tajwanki mniej lub bardziej otwarcie pociągały nosami i chlipały, nawet Młodociany (z którym razem pracowała w jednym buxibanie) miał oczy szkliste i wygląd ogólnie niewyraźny. Jak to ujął – przyjaźń z obcokrajowcami to piękna rzecz, ale smutna. Obockrajowcy są weselsi, bardziej spontaniczni, bardziej otwarci, przyjaźniejsi – ale zawsze nad taką przyjaźnią ciąży odium rychłego rozstania. Pozwoliłam mu się wychlipać na osobności pod pozorem, że zostawiłam na parkingu coś-tam (okazywanie emocji na forum publicznym to grzech ciężki) przy motorze, podałam smarkatkę i gorącą czekoladę na otarcie łez. I zrobiło mi się smutno niemożliwie, bo ja też kiedyś wyjadę, i zostawię takie małe stadko szlochających i smarkających ukradkiem znajomych.

Lecąc, myśli miałam zatem czarne jak smolista noc, otaczająca mnie i Airbusa. Nawet na gwiazdy nie patrzyłam, pogrążona w gorzkich rozrachunkach z przeszłością i teraźniejszością. Hongkong powitał mnie – rozjarzonymi światłami, niezwykle pomocną panienka za kontuarem Immigration Office, która użyczyła mi swego Ipada abym mogła w mailu sprawdzić adres docelowy i wpisać go w obowiązkowy karteluszek oraz – darmowym telefonem, a raczej możliwością bezpłatnego telefonowania na lokalne numery używając białych aparatów rozwieszonych dosłownie na każdej ścianie…

ShaTin, czyli miasteczko ( a raczej bardziej dzielnica) w którym udało mi się znaleźć nocleg znajduje się za górami i lasami oraz morzem… Serio.

Nowe lotnisko Chek Lap Kok został oddany do użytku w 1998. Zastąpił dotychczasowe międzynarodowe lotnisko Kai Tak, zlokalizowane bardzo dogodnie dla podróżnych, w środku miasta (gdzie gigantyczne Jumbojety śmigały nad kamienicami). A że ziemia w Hongkongu jest droga (bo albo zabudowana mieszkaniami dla około 7 milionów Chińczyków, albo nienaruszalnie przeznaczona na parki narodowe i rezerwaty), to nowe lotnisko wybudowano na  sztucznie usypanej wysepce :D Popularne rozwiązanie w zatłoczonych krajach Dalekiego Wschodu, podobny pomysł wykorzystali Japończycy przy budowie Międzynarodowego Portu Lotniczego Tokio- Haneda czy Kobe – Kansai.

O budowie lotniska, z archiwalnymi zdjęciami na filmiku (polecam, zwłaszcza jeżeli za uważa się za ekscytujące śmignięcie tuż nad A4 w Krakowie-Balicach). Nie trzeba ściągać, wystarczy obejrzeć na podglądzie 10 minut

http://chomikuj.pl/runner07/Lotnictwo+(katasrofy)/Lotniska/In*c5*bcynieria+ekstremalna+-+Budowa+lotniska+w+Hongkongu,291762086.rmvb

Efekt? Lotnisko na środku morza łączy z wybrzeżem i Kowloonem zarąbisty most, długości naprawdę konkretnych 26 kilometrów oraz podmorski tunel dla metra, podjeżdżającego pod terminal. Mamy więc morza. O lasach już mówiłam – prawie połowa terytorium Specjalnego Regionu Administracyjnego HongKong składa się z zielonych obszarów rezerwatów przyrody. Perła Orientu położona jest malowniczo na wzgórzach, więc aby ułatwić przedostawanie się z biznesowej (starej, dyplomatycznej etc) części w rejon sypialni zwanej też Nowymi Terytoriami (dokupionymi przez Anglików w epoce kolonialnej), wykuto potężne tunele. Więc za górami, za lasami i morzami stał wieżowiec, nie najwyższy wcale (najwyższy ma 484m i jeszcze nie do końca oddano go do użytku), bo liczący bagatela, 39 pięter (Chińczycy panicznie boją się czwórek, więc budują albo 39 albo 50 piętrowe apartamentowce, bo czwórka przynosi nieszczęście) – a wieżowcu, na nie-najwyższym piętrze księżniczka Majia dostała materacyk tuż przy oknie z takim  widokiem…

Dzień spędziłam pracowicie, dyplomatycznych przeprawach (bo może jednak byście mi mili panowie dali jakąś inną wizę? albo tą szkolną, albo jakąś specjalną?) w budynku o dumnej nazwie, której nikt nie używa, zastępując ksywką – Lego Plaza lub Tetris  Plaza. Ciekawym akcentem mogę nazwać spotkanie dwóch chudych jak szczapy Murzynów z Kenii, którzy na co dzień zasuwają w Hongkongu, a w weekendy startują w maratonach, i akurat w sobotę wypadł maraton w Tajpej, więc wpadli po dokumenty, a potem wraz ze mną truchtali po dwóch wieżach Lego Towers (ambasada tajwańska mieści się bowiem w dwóch lokalach, usytuowanych w dwóch skrzydłach Plaza, na zupełnie różnych piętrach, i trzeba ganiać od Annasza do Kajfasza i apiać).

Oczywiście wjechałam tramwajem po stromiźnie, wjechałam jednokierunkowymi ruchomymi schodami pod Wzgórze Wiktorii, poszłam do meczetu – tak, Hongkong posiada meczet! Dla Pakistańczyków i Ghurków, będących dawniej trzonem armii. W meczecie bezzębny staruszek o ciepłych oczach w rewelacyjnym, staroświeckim kantońskim (Phoebe, moja gospodyni i oprowadzaczka po mieście była zachwycona) i poprawnym angielskim wprowadził mnie w szczegóły turystyczne, i zadziwił – tym, że wiedział, gdzie Polska, że Wałęsa, że Kaczolot, że jesteśmy w UE. Ponadto zaliczyłam trzygodzinny spacerek po wzgórzach, wizytę w nawiedzonym domu oraz konsumpcję kaczki kantońskiej najbardziej wrednymi pałeczkami jakie znam – długimi, śliskimi i plastikowymi, z których gruby i jeszcze bardziej śliski makaron spada do miseczki, chlapiąc dookoła rosołem… A! I nauczyłam się chińskiej (i bardzo niegrzecznej, nieuprzejmej i trącącej wioską) sztuki obgryzania kosteczek wraz z wymamlaniem szpiku :D

Ogólne wrażenie moje po podróży do Hongkongu?

Kiedy niemal o północy dobiłam lotniska w Kaohsiung, wycharczałam setnie zmordowana – ooooch jakże piękne jest to miasto!

budynki są małe -tylko 4 do 20 pięter, poza tymi w ścisłym centrum!

ulice takie szerokie!

tyle zieleni!

i palmy między jezdniami!

i tak mało obcokrajowców!

i tak tanio!

i ludzie tacy mili!

i tak spokojnie!

i tak ciepło!

i nie wieje! bo w Hongongku na górze wicher telepał mi aparatem i rozwiewał resztki koafiury mało nie pozbawiając głowy

i tak tanio!

Po ostanim wykrzykniku mój szofer popatrzył na mnie z lekkim ogłupieniem – że co proszę? Pani słonko przypiekło czy spożyła pani jakiś środek niezbyt legalny? Niestety, kontrast zrozumie tylko ten, kto wybył i przybył :D

Nie powiem, Hongkong urzeka – nie bez kozery zowie się Perłą Orientu. Zdumiewa strzelistością panoramy wybijającej się pod niebo, rozbraja reliktami kolonialnymi w rodzaju dwupiętrowych autobusów i tramwai. Specjalny Region Administracyjny jest zatłoczoną aglomeracja, gdzie angielski z rozmaitymi akcentami miesza się z kantońskim chińskim przyprawionym dialektami z innych stron świata. Po ulicach mkną lub wloką się porszaki, ferrari, bentleje i BMW, nie wywołując żadnego zainteresowania – wszak bogatych ludzi jest tu pod dostatkiem. Rozwiązania technologiczne – dla budynków, tuneli, mostów, kolejek, tramwai, komunikacji miejskiej budzą dziką zazdrość w patriotycznym sercu obywatelki Kraju Falującej Orchidei…

A toalety są zaiste pięciogwiazdkowe – nawet te publiczne, bezpłatne. Muszla klozetowa - a nie kucana, umywalki z dwoma kranami (jeszcze jeden relikt angielskiej dominacji), automatyczne spłuczki i mycie deski klozetowej wraz z dezynfekcją jak w niemieckim MacDonaldzie, a wszytsko skąpane w blichtrze drewna, marmuru, luster i szkła, z uspokajającą melodią sączącą się z niewidocznych głośników… Może miałam szczęście, bo Phoebe musi często bywać w tzw loo, więc wybierała tej najlepsze – ale to co widziałam zaskakiwało. Miejsce bez wątpienia inne niż mój Tajwan, moje pierwsze azjatyckie doświadczenie – bardziej europejskie.

Jednak dla mnie jest to metropolia bez duszy, bez ciepła, właśnie ze stali, betonu, szkła i prętów zbrojeniowych. Ludzie mkną nie patrząc na boki, trzeba się na chama wbijać pod koła samochodów aby przejść przez ulicę, z uwagi na drapacze chmur łapiące słońce – chodniki i uliczki spowija chłodny, wręcz zimny grudniowy cień… Natomiast park na Wzgórzu Wiktorii – to osobna bajka, opisze następnym razem :D

Słit focie! Pozowanie po tajwańsko-azjatycku

W zeszłym roku po nawale fotek jakie wysyłałam mailem z tego nad wyraz interesującego kraju, jak echo padło ze wszystkich stron – o co chodzi z tymi palcami V? Palce ułożone w V-ke miało bowiem 90% osób tłoczących się przed obiektywem… I nie ma to żadnego związku z wygrywaniem, ze znakiem pokoju, czy słynnym gestem mającym upamiętnić pewnego nie mniej słynnego elektryka pochodzącego z Polski… Po prostu -tak jest fotogenicznie, może to być też uśmiech i wyraz radości ze faktu pozowania… Nie wiem, po prostu, tak każe tradycja i Mistrz Konfucjusz pewnie też (by kazał, gdyby w jego czasach pstrykano zdjęcia wszystkim i wszystkiemu a potem hurtem wrzucano na fejsa…)

Szukając jakiegoś kulturowo- socjologicznego wyjaśnienia tego fenomenu (tak, lubię z miną znaffcy wszechrzeczy który zgłębił tajniki wszystkiego szpanować wiedzą, a czasem wciskać ordynarny kit niekumającym słuchaczom… Staram się pracować nad swoim charakterem ale nie zawsze się udaje) znalazłam artykulik, mówiąc o azjatyckim standardzie 28 (a nawet 90) typowych póz przybieranych do zdjęć. To o 27/89 więcej niż azjatyckich pozycji do seksu!!!

Otwiera go V-ka, oczywiście. V-ke mozna mieć w okolicy policzka, w okolicy brzucha, a podwójną Vką przymaskować zbyt pulchne policzki albo trądzik tamże. I bedzie klimatycznie i kawaii…

Wariację V-ki czyli „króliczek”, V-ka ze zgiętymi paluchami spotkałam raz i nie wiem czy to był jakiś gwałt na tradycji, czy omyłka czy jełopa nie wiedziała co z paluchami zrobić..

A teraz trochę historii, i jak to z większością azjatyckich wynalazków i zwyczajów – Vka pochodzi od białego człowieka… konkretnie od łyżwiarki Janet Lynn, która podczas pokazu na Igrzyskach Olimpijskich w Sapporo w 1972 upadła, a do fotoreporterów pokazała (zamiast najbardziej prawdopodobnego dziś fakersa) znaczek V (victory) i piękny promienny uśmiech… Japończykom spodobała się oznaka silnego ducha i walki do końca mimo przeciwności, więc masowo zaczęli kopiować pozę Amerykanki… Obecnie 99 na 100 zapytanych młodych ludzi V-kujących do zdjęcia nie będzie już wiedziała co, po co, na co, dlaczego i skąd…

Miejsce 2 Chomiczek (wrrrrrrrrrrrrrr grrrrrrrrrrrrr !!!!!)

Cytat ze skośnookiego bloga Walerianki

Żadna szanująca się Azjatka nie może przejść przez życie, nie robiąc sobie zdjęcia z nadmuchanymi policzkami (Boże, jak to brzmi!). Zresztą i niejeden Azjata nie poczuje w życiu pełni bez takiego zdjęcia w albumie. Jak to zrobić? Po prostu zamknąć usta i wpuścić nieco powietrza z płuc do jamy ustnej. Nie uśmiechać się, bo powietrze uleci i będzie się wyglądać jak ćwierćinteligent!

Koniec cytatu. Efekt – ja kiedy widzę chomiczka i jego wersje rozwojowe wcale nie uważam żeby był kawaii, cute, ke ai (可愛), adorable, uroczy i jeszcze w jakim celu te kretynki sobie robią taką krzywdę… Ja widząc te oczka wybałuszone, te polisie naburmuszone, te usteczka w ciup wywinięte, mam ochotę wziąć w swe ręce karzący młot sprawiedliwości i tłuc nim po facjacie póki nie zmieni się w krwawą miazgę, lub model/modelka nie nabierze nieco rozumu i nie przestanie wyglądać jak rozkapryszony dwulatek proszący się o przetrzepanie pampersa… Niestety, u dziecka jeszcze jest to zdzierżalne (aczkolwiek z trudem i swędzącymi rękoma), to widok starszych osób z taką pseudosłodziaszną mimiką naprawdę podnosi mi ciśnienie i wywołuje marzenie o zesłaniu „chomiczków” a zwłaszcza „chomiczek” do krainy filmów dla dorosłych, do sekcji w której aktorzy biegają w lateksowych kostiumach, w maskach z suwakiem w miejscu ust, a nader często powietrze przecina świst pejcza… Ou yeeee…

Dlaczego „chomiczek” jest taki popularny? Azjaci kochają małe wąskie bródki, takie w szpic. Jak takiej nie masz, nadmuchaj policzki, twoja kwadratowa szczena bedzie wydawała się mniejsza – tak zapewne pisze w tutejszym Bravo Girl…

3. Kotek, fachowo określany jako nyang nyang

czyli miau!miau! w języku obcym azjatyckim. Polski Mruczek z tutejszym Mikanem się nie dogada bez tłumacza, ale przejęcie słodko-uroczo-mdlącego stylu kotka ze Szreka odbyło się piorunem. Mutacja „chomiczka” mi działa na nerwy na równi z nadmuchanym gryzoniem…

4. Łezki – kolejna odsłona chomiczka

Mająca za zadanie przerobienie osoby pozującej na modłę uroczo rozkapryszonego bobasa z pulchną buzią i odętymi usteczkami. Do tego duże oczka i paluszki przyłożone mniej lub bardziej poziomo do policzków, imitujące płynące z oczu strugi szczerze zasmuconych łez. Reakcja moja – jak wyżej, plus kop w tylną część ciała w celu wysłania takowej osoby w stratosferę, gdzie będzie mogła popłakać i ogólnie pomyśleć nad swoim postępowaniem… Nota bene bardzo popularna poza, niestety, ma nadawać (bez większych jednak sukcesów) wygląd sweet cute kawaii nawet największej krowie z najtempiejszym ryłem…. eeeech ( o kanonie piękna i kawaii tutaj będzie niebawem…)

5. Okejka

Ponoć w niektórych krajach Azji takie kóleczko oznacza pieniądze… Cóż, kolejny argument na poparcie tezy że kobiety to materialistki…

6. Salut

Żeby chociaż wykonany w minimalnie poprawny sposób, w okolicznościach predestynujących do salutowania…

7. Różki

Nie powiem. NIC. Ale u nas dorabianiem różków(na zdjęciach) zajmuje się zazwyczaj nieopodal stojący kolega/koleżanka, a tu mamy kraj -zrób to sam :D ?/jak jest z dorabianiem regularnych rogów – nie mam pojęcia… pewnie w ogóle nie znają pojęcia „rogacz” albo „jeleń”

Inne wariacje to :pokazywanie paluchami ( ciekawe kiedy włączą hajhitla w zakres obowiązkowych wygibasów do-zdjęciowych), strzelanie z pistoleta, robienie tzw V-line na twarzy (dwie dłonie złożone w V obejmujące buzię, robiące iluzję szczupłego liczka poprzez zasłonięcie nadmiaru objętości i rozciągłości).

A najgorsze jest to, że nawet nie można takiego walnąć prosto w nochal… bo nawet to na zdjęciach opatentowali :(

A któregoś dnia ładnie się wystroję w tutejsze słodkie ciuszki, machnę sę słodziaszny makijaż z 10 warstw, taki lokalny a następnie dam się sfotografować we wszystkich sugerowanych przez wujka googla azjatyckich pozach. Aha, zanim zrobię powyższe, zdrowo się uchleję :D … I któregoś dnia, poranka lub wieczora w świat trafi moja wersja 50 azjatyckich propozycji pozowania

 

Chyba nawet mam kandydaturę fotografika, który mi tą sesję zrobi :D  A znając możliwości i brak litości dla świata – efekty będą :D