Zakupowe wpadki i wypadki i wypadki III – słodyczowe koszmary

Generalnie jestem tzw „przepadlista” i wszystkożerna (poza pasztetami i pasztetową), grzecznie zjadam cokolwiek się mi położy na talerzyk w sposób absolutnie (przynajmniej w moim mniemaniu) rekompensujący oszabrowanie cudzej lodówki do stadium – nawet światło zniknęło.

Ale raz w miesiącu przychodzi taki czas, w którym zamieniam się w wielki cukrowy jamochłon, nastawiony na tylko jedną życiową  misję – opchać jak najwięcej słodkości…
Tak, to wówczas wciągam paczkę krówek (nosem), przegryzam czekoladą z toffi oraz żelkami Haribo i… Czytaj dalej

Zakupowe wpadki i wypadki II – tydzień lodzika podłego w smaku

Ponieważ robi się coraz cieplej, należy zażywać ochłody. I jeść lody.

O lodach po tajwańsku już pisałam kilkakrotnie, opisując pierwsze z nimi zetknięcie oraz wersję wypasioną czyli lody muszelkowe... oraz szeroko komentowantowane lody z muszli – klozetowej

Czytaj dalej

O wpływie pewnej wysypki na plany małżeńskie

Przyszła tajwańska wiosna, zrobiło się jeszcze bardziej zielono i jeszcze bardziej gorąco. I stalo się nieszczęście…

 Poniższy wpis zawierać będzie treści mocno ekshibicjonistyczne więc czytasz na własną odpowiedzialność!!!

 Nieszczęście polegało na tym, że mi się włączyła typowo dziecięca dolegliwość związana z upałami. Mówiąc językiem medycznym, odparzyłam sobie okolice pośladków, a opisowo – nabawiłam się tak zwanego pawianiego zada.   Czytaj dalej

Zakupy w tajwańskim markecie – masażery, bejsbole, wibratory…

Dostawszy pierwszą wish-listę* zakupową po powrocie, udałam się na poszukiwania żądanej gadźetowni – na przykład masek na cyc oraz koali i wypasionych wifonków.

Źródłem niewyczerpanym najrozmaitszego dobra, akcesoriów, artefaktów i najdziwniej pomyłkowych przedmiotów-pułapek jest lokalny supermarket „Śledź mydło powidło fasola lód” – czyli powiedzmy odpowienik Lewiatana, tylko w wersji mocno wielobranżowej.
Można tam kupić spożywkę (poza owocami i warzywami świeżymi oraz mrożonkami, to w nastęnym, nieco większym sklepie żywnościowym), chemię domową i kosmetyczną, a ponadto bazylion pierdół, których w Polsce pewnikiem nawet nie wymyślono jeszcze…  Czytaj dalej

Nie tylko szczotka, pasta… – o myciu zębów

Ostatnio o myciu zębów wspominałam przy okazji zakupów kosmetycznych, kiedy to z uwagi na nieco wybiórczą znajomość języka tutejszego usiłowałam wyszorować wnętrze paszczy klejem do protez (KLIK).

Od tego czasu znajomość krzaczków mi się polepszyła, profilaktycznie obadałam też teren polowania na artykuły pierwszej potrzeby  i nie zdarzyły mi się jakieś większe ekscesy, oswoiłam się z dziwnymi tajwańskimi wynalazkami typu maseczka na cyc oraz asortymentem drogerii i innych sklepów w okolicy. I wszytsko było w jak najpiekniejszym porządalu, grało, buczało i migało niczym dobrze naoliwiona reklama tajwańskiego stoiska z czymkolwiek… Do wczoraj. Czytaj dalej

Akcja „Paragon – gol!”

Nie, nie będzie to wpis o piłce nożnej. Będzie o nieco bardziej adrenalinopędnej dziedzinie życia, a mianowicie podatkach i polityce fiskalnej na Tajwanie. Z którą to jest mi zdecydowanie nie po drodze – więc pominę zbyt drobiazgowe opisy i przejdę do rzeczy.

 Podatki na Tajwanie są. I są równie zagmatwane jak tutejszy system grzeczności i słodkiego pierdzenia…  (jeszcze jakiś przykładzik – tu…. o tzw DickFace).Więc nie będę wnikać za głęboko bo jeszcze wsiąknę w zawiłościah na amen, przytoczę tylko jeden przykład. Czytaj dalej

Kraj wynalazców papieru…

Chińczycy wpadli na pomysł Czterech Wielkich Wynalazków: papieru, druku, kompasu i prochu strzelniczego już wiele tysięcy lat temu. o dwóch pierwszych dziś opowiem szerzej.

Według kronik, minister rolnictwa Cai Lun,  urzędnik na dworze cesarza He Di wynalazłw 105 r n.e przemysłową, a więc masową metodę produkcji arkuszy papierowych z użyciem szmat jedwabnych i lnianych. Zachwycony nowinką, tańszą niż jedwabne zwoje i lżejszą niż bambusowe tabliczki, w pełni spełniającą zapotrzebowanie na nośnik informacji – cesarz He Di nagrodził eunucha- kancelistę złotem i szlachectwem – co niestety nie wyszło temu ostatniemu na zdrowie. Czytaj dalej

W tajwańskim markecie II – szybkim krokiem przez stoisko kosmetyczne

Obok mej nowej hacjendy zwanej wigwamem (z tarasem!) rozlokowały się sklepiki „wszystkomające” z gatunku „śledź, mydło, powidło, czernidło i ser” (bo jest to wersja poszerzona o takie rzeczy, których w życiu bym nie szukała w „Samie”) w liczbie trzech. Plus księgarnia, elektryczno-elektroniczny, sieciowa drogeria Watsons i inne azjatyckie wynalazki typu „prywatna biblioteka z wypożyczalnia komiksów”, gdzie tajwańskie czytelniczki spragnione komiksowej strawy lub urozmaicające sobie nudny wykład  w Wendzarni za pomocą lektury – mogą znaleźć na przykład hitową serię „50 shades of Grey” Czytaj dalej

Tajwańczyku, czemu nie śpisz po nocach? – słów kilka o nightmarketach

Co to jest nighmarket?

Ano…. to taki plac targowy, otwierany po zmroku. Czyli około jakiejś 18-19 czasu tajwańskiego (Tajwan z uwagi na swoje położenie bliżej równika ma znacznie mniejszą dysproporcję pomiędzy długością doby w zimie i lecie), gdy zapada szybka zwrotnikowa noc. O godzinnym podziwianiu zachodzącego słońca można zapomnieć, rach ciach- słoneczko chowa się za horyzontem i świat mrocznieje raptownie, niczym nakryty czarną płachtą. Czytaj dalej

Zabiorę was na zakupy…

Wczoraj moje dziewojki zabrały mnie do pobliskiego domu towarowego średniej wielkości na zakupy. Od razu uściślę - jest to dom towarowy wielkości Galerii Krakowskiej, a może i nawet Bonarki (5 pięter), oferujący towary marek zagranicznych.

O 10.30 pojechałyśmy do Hanshina, zadziawszy obowiązkowy zestaw skuterkowy – hełm, torebkę, okulary i maskę.

Przeżyłam pierwsze w życiu parkowanie skuterem na parkingu podziemnym dla skuterów – i moje spostrzeżenie: tam pachnie! nie czuć spalin ( na ulicy czasem nie da się oddychać…), nie unosi się specyficzny odorek podziemnego parkingu w Polsce/Europie. Od razu dodam, całość jest zamknięta, z jednym wjazdem tylko… A w powietrzu zapach jakby płynu do podłogi, jakby kwiatowego odświeżacza… Klimatyzowany nie jest, bez przesady, i po południu może z lekka wonieć – ale rano zaiste pachnie świeżością.

A potem – niespodzianka.

Dziewczyny podprowadziły mnie pod drzwi wejsciowe, dwóch umundurowanych strażników je synchronicznie uchyliło i ukłoniło sie w pas, czapkami niemal zamiatając podłogę. Szłyśmy tak – promenadą wzdłuż rzędów stoisk, a na każdym personel w gajerkach i eleganckich mundurkach z głośnym i wyraźnym Sianguajling* pochylał się niczym rzędy trzcin na wietrze, w ukłonie sięgającym głową do podłogi.

*欢迎光临 Huānyíng guānglín – coś czego absolutnie nie umiem powtórzyc, pomimo licznych prób. Oznacza mniej więcej ” Dzień dobry, witamy serdecznie” i jest wywrzaskiwane najczęsciej w sklepach. Długo miałam je za zmutowane „good morning” z silnym akcentem azjatyckim, aż po mniej wiecej 3 miesiącach pobytu zostałam oświecona przez książkę do chińskiego i niezawodną Ye laoshi, która stwierdziła beztrosko, że me błędne wrażenie było typowe dla białasa.

Później rozmawiałam z kolegą lokalsem o tym VIP entree, i potwierdził on dwa fakty – tak, jest to ich zwyczaj standardowy, i tak, ukłony były głębsze bo byłam tam ja, biała, mogąca zostawić kupę kasy na stoisku. Dla bandy chinskich smarkul mniej by się starali :D (tzn nie do podłogi, może parę cm wyżej), co innego kiedy te smarkule eskortują białą żyrafę (jestem o jakieś 15-20 cm wyższa, więc wybijałam się ponad towarzyszący mi wianuszek). Nie wchodziłam na temat odbioru owych ukłonów przez samych kłaniających się, natomiast zaskoczył kolegę fakt mego zakłopotania takim królewskim powitaniem.

Zdjęcia, które tu wklejam pochodzą z kolei z lokalnego supermarketu, w którym zaopatruję się w podstawowe produkty wszelakie. Może teraz zrozumiecie, jakim cudem udały mi się zakupowe wpadki :D

1. Półka z wifonkami. Zupki instant są wynalazkiem tajwańsko-japońskim, więc braknąc ich tutaj nie może… A i raz na czas można w większych sklepach odnaleźć i takie ze swojjską etykietą VIFON, i poczuć się jak w domu…

Tylko jak to się dzieje, że zawsze trafiam na te niedobre??? Szczytem wszystkiego była słodka krabowa…

2. Półka z tajwańskimi słodyczami, słodycze to nazwa umowna. Jadłam już i migdały przeplatane minirybkami (takie jakby suszone anchois, wielkości gupika, słone jak diabli, sztywne jak kij), i solone pestki arbuza o zapachu lukrecji, i czipsy z zieloną herbatą (co mi się odbijały potem pół dnia mydlanym aromatem), nie wspominając o popcornie w 50smakach (czekolada, karmel, pizza, cytryna to tylko bazowe, mało zakręcone wersje… Tych bardziej skomplikowanych bałam się ruszyć).

3 .Dział mięsny może z lekka zaskoczyć mnogością pozornie niejadalnych produktów… Nic się nie zmarnuje. Kurze dupki (serio, i jak najbardziej poważnie - smażone odbyty kurczaka są tu uważane za przysmak), rybie łby… Owoce morza o perwersyjnych kształtach (mi z racji abstynencji nasuwające dobitnie skojarzenia z męskimi organami saute lub potraktowanymi walcem…), kurze łapy (super przegryzka, polecam zamiast obgryzać własne pazury przy kolejnym strasznym filmie, można zabrać się za kurczęce), podroby, wątroby, mięso z kawałami kości (filety tu to zachodnie zboczenie, kości są smaczne i zdrowe)… Oraz – żaby, małże i ślimaki (czasem nawet tak świeże, że żywe).

Zaiste – Chińczyk zje wszystko co pływa, oprócz metalowego kadłuba łodzi podwodnej, wszystko co ma 4 nogi oprócz stołu, i wszystko co lata – z wyjątkiem dla niektórych części samolotu. Tajwańczyk będzie ciut bardziej wybredny… Modliszka zdroworozsądkowo wspomniała o zbilansowanym posiłku… Oni zdają się mieć to w głębokim poważaniu, jedzą wszystko - i są szczupli i zdrowi, i mimo zaawansowanego wieku- tryskają energią.

4. Wizyta w dziale chemii to też spora adrenalina. Polecam – znalezienie proszku do prania kolorów, odplamiacza, czegoś do dezynfekcji i odpachnienia (tutejsze pralki piorą w zimnej wodzie i trzeba samemu kombinować jak się pozbyć plam, mocnych zabrudzeń i zapachów eliminowanych zwyczajowo przez poczciwe 60C nie wspominając o gotowaniu…), płynu do garów, płynu do płukania a potem dziwienie się, że kołdrę prałam w ichnim Ludwiku ( o nazwie” biały miś”)

Aha, trzeba jeszcze uważać na pułapki na myszy … (nie wiem czemu między chemią domową, ale ich cyrk, ich półki)

Miłujący życie wszelakie zamiast tradycyjnej łapki na szczury czy lepu na muchy/karaluchy/pająki stosują coś w rodzaju tacek z paskudnym klejem. Nie wiem jak działa to na zamaskowanych myszokradziei – ja zawsze sie przykleję, a odkleić się nie jest wcale łatwo.

No to jeszcze słynna pasta do zębów…

Noooo, to teraz, które to klej do protez, a które pasta do zębów wrażliwych? Proszę o pomoc i doradztwo! Od razu mówię, koncern Colgate Palmolive odpada, na Sensodyne mam alergię, wybielających nie mogę… :D

5. W kolejce do kasy mogę popatrzeć na psa – przewodnika uczącego się zawodu. Głaskać nie wolno, co jest napisane na kamizelce tego pana.

Zapłaciwszy, można paragon zachomikować lub wrzucić do specjalnej skrzynki na dobroczynność (co 2 miesiące loteria rządowa losuje numery paragonów, których posiadacze wygrywają grubą kasiorę, więc miejscowi zabijają się o te świstki papieru…)

A potem w domu odkryć bezmiar swej durnoty, objawiającej się zakupem niejadalnego żarcia, balsamu do ciała zmieniającego się magicznie w szare mydło i innych :D