Tajemnice uroczej pieczarki – czyli wyniki psiego konkursu

Reakcja na widok zdjęcia „pieczarkowego” psiuńcia była jedna jedyna dozwolona:

Najpierw:

- Oooooo jaki słodki!

A potem, gdy cukier nieco opadł i percepcja się polepszała, szczegóły zaczynały być widoczne:

- Matko, gdzie ten pies ma uszy????? Czytaj dalej

W skośnookiej fryzjerni…

O chińskich pralniach i zakładach fryzjerskich słyszał chyba każdy oglądający jakikolwiek film/kreskówkę o tematyce zahaczającej o świat Dzikiego Zachodu. Z kolei panowie odwiedzający Dzikszy Wschód raportowali, że u komunistów nazywanie po imieniu czynności zdrożnych i nagannych moralnie – czyli gimnastyki około-prokreacyjnej zastąpiono fryzjerskim eufemizmem, a same salony urody pogrupowano w dwie kategorie – te, w których zadba się o głowę, i te w których miłe panie zamiast czesać czupryny, profesjonalnie zaopiekują się tzw „główką”.

Relacja z pierwszej ręki -na odwiedzanym przeze mnie portalu tematycznym Chiny24. Uwaga – jest to relacja przeznaczona z założenia dla ludzi dorosłych i zainteresowanych tematem. I nawet zawiera pikantne detale, więc osoby małoletnie lub niezainteresowane takowymi ideami i materiałami proszę o nieklikanie.

A jak ma się to do Tajwanu? Fryzjerni wszelakich jest masa – bo Tajwańczycy i Tajwanki bardzo dbają o swoje koafiury. Półka z kosmetykami do stylizacji i upiększenia włosów ciągnie się w pobliskim supermarkecie drogeryjnym przez pół długości sklepu – a nie jest to sklepik kanciapowy. I znaleźć tam można najróżniejsze dziwolągi, ma których zasadność bym mogła sama z siebie nie wpaść, typu – spray do robienia loków na sucho bez lokówki Drugie pół zajmują wszelakie szampony i odżywki, w większości w znanych mi doskonale opakowaniach tzw światowych koncernów. W dodatku każdy fryzjer to tutaj sprzedawca, zachwalający jakieśtam „profesjonalne produkty”, które gwarantują super-efekty, a dla fryzjera – dodatkowe grosiwo z prowizji… Mi zostało oszczędzone (nie ma to jak wyjść na mrukliwego głąba z dalekiego końca świata…), ale przy sąsiednim lustrze pańcia po dłuższym monologu wcisnęła klientce sporą siatę rozmaitych specyfików…

Tradycyjnym oznaczeniem przybytku goligłowy i golibrody są takie walce z wirującymi paskami. Przy czym o ile na Tajwanie kolory wirujących pasków są dowolne (dominuje fiolet i trzy kolory flagi francuskiej), to już w Chinach ponoć – paski to zwykłe rach-ciach, a szachownica czarnobiała lub takiegoż koloru paski- przybytek, gdzie … wiadomo. Na Tajwanie z kolei takie funkcje pełnią tzw „SPA dla panów” i „gabinety masażu” oraz „salony piękności dla panów”

Tajwańczycy do fryzjera chodzą często, bo jest tam tanio. Jak dla mnie 20 zł za mycie z masażem, 40 za mycie plus strzyżenie męskie – to wcale nie mało, a tylko przeciętnie. Ale wierzę, że na tle reszty Europy to taniocha. Oprócz cięcia fryzjer też: może wyczyścić uszy specjalnymi szpilko-łopatkami (ale to chyba w bardziej tradycyjnych przybytkach lub w Chinach, mi nikt niczego w newralgiczne okolice nie pchał), przyciąć nadmiarowe brwi spejalnym golidełkiem (tu również mnie zlano, więc albo mam brwi idealne, albo liczono, że nie zauważę cięcia na zakresie usług podstawowych), nawet włosy w nosie może przetrzebić… Azjaci mają skłonność do – łupieżu, łysienia, genetycznej siwizny (niektórzy mają pojedyncze białe włosy już w gimnazjum, ale gremialnie siwieją w wieku mocno emerytalnym). Mają też na punkcie włosów i ich pielęgnacji regularnego hopla, wiecznie je przyczesują, przeczesują, traktują baterią kosmetyków (niestety, nie wiem bliżej jakich, bo sama mam zestaw minimum, w dodatku w sporej części przywieziony z Polski). O kosmetykach w Azji – dla zainteresowanych – pisze obficie i w miarę wyczerpująco Azjatycki Cukier z Singapuru, dla mnie temat makijażowo-urodowo-pielęgnacyjny pozostaje nieco abstrakcyjny. W każdym razie – Tajwańczycy i Tajwanki z włosami mogą poszaleć – i to robią.

Młodociany namawiał mnie na strzyżenie, koniecznie. Zapierałam się rękami i nogami, ślubując wierność i uczciwość kliencką mojej krakowskiej fryzjerce, pani Agacie (tu – link do salonu, jakby ktoś chciał odwiedzić), która jak dotąd nie ukrzywdziła mnie nigdy. No dobra, raz poszalała z ilością pasemek i wyszłam blondyną złotą, patrząc podejrzliwie na każdą szybę – co to za baba lezie koło mnie uparcie??? Ale też nie ma do niej pretensji, bo jestem klientką specyficzną. Na pytanie jak tniemy mówię – ty wiesz lepiej, rób co chcesz, tylko nie za krótko i żeby nie trzeba było z rana się pindrzyć.

Jednakowoż w końcu stwierdziłam, że chińskie mycie z masażem brzmi fajnie i mogę się skusić.  Niestety, o ile mycie było nie najgorsze – ale i bez fajerwerków (tylko szampon z odzywką śmierdziały intensywnie kwiatowo-chemicznie tanim specyfikiem marki Tesco,błe, jak jakiś płyn do podłogi), masaż taki se, to niestety – potem pani się nie popisała i wysuszyła mnie na „zmokłą kurę”, jak Chinkę.  Azjatki bowiem nie lubią jak coś im się puszy, i włosy namiętnie prostują. Jak mi się z kolei nie napuszy, to wyglądam jak pół de zza krzaka, bo włos mam może i zdrowy, ale cieniuchny jak u bobasa. No ale pani fryzjerce nie dało się przetłumaczyć, że mnie się suszy od spodu i tak jest lepiej, tylko uparcie ładowała suszarą od góry, no bo od dołu jakże to???… W efekcie nie musiałam nic mówić, Młodociany sam zauważył, że jednakowoż należy mnie przeprosić i nie naciskać więcej w kwestii korzystania z  usług włosowo-urodowych.

Abstrahując od stremowanej pani fryzjerki, która była śliczna, miła i prawdopodobnie całkiem kompetentna poza działem „włosy europejskie w wydaniu Gongzhu Majii”, salon spodobał mi się. Był spory, z gatunku tych nowoczesnych, w gdzie urzędują tzw „geje-styliści fryzur”, wnoszący powiew wielkiego świata i obsługi w stylu Tap Madl. Taki przybytek.  który z lekka onieśmiela ilością luster i wypasionego sprzętu, a personel gania i gania. Owszem, gejów stylistów fryzur było calkiem sporo, w tym bliźniaki, którzy co rusz mnie mijali w biegu (ale nigdy we dwóch unisomo, więc chwilę spędziłam na zastanawianiu się, w jakiż to magiczny sposób ufarbowany jest ten koleś z tatuażami, że raz mu się łeb mieni fioletem a raz kasztanowym brązem z frymuśną grzywką pink???). Młodociany ze wyczynów swojego fryzjera jest zadowolony, ja natomiast mam cichą nadzieję, że nie będę musiała się oddawać w ich ręce, ponieważ mogłoby się to skończyć podwójnie źle…

Jeszcze kilka słów o azjatyckich włosach – są jak powszechnie wiadomo – naturalnie czarne, grube, mocne, sztywne… Farbują się kiepsko – stąd zawartość wybielaczy w farbach przeznaczonych na rynek tutejszy wyraża się liczbą dwucyfrową, u statystycznej Polki powodującą szybkie wyłysienie. A u nich – z łaską – lekkie zjaśnienie czupryny. Dziewczyny uwielbiają zmieniać kolor na odcienie brązu i rudości, bo to im jakoby rozświetla twarz i nadaje uroku. Chłopcy częściej idą na całość, ładując sobie – blondziki platynowe, zielenie, fiolety. Wolno im, od paru lat zniesiono obowiązkową fryzurę o regulaminowej długości koafiury określonej odgórnie (i od tego czasu rozpoczął sie upadek duchowy tajwańskiej młodzieży).

 

W przeszłości bowiem młode Tajwanki i Tajwańczycy uczący się w szkołach średnich i podstawowych, mieli obowiązkowo wcielać w życie ideały skromności i skupienia się na nauce – a nie pindorwaniu, spędzaniu czasu przed lustrem i rozmyślaniu o modzie tudzież urodzie i jej brakach. Służyło temu opitolenie chłopców na zapałkę, a dziewczynek na „arbuza” – czyli taką typową chińską fryzurkę z grzywką, nie dłuższą niż dwa palce za koniuszek ucha. W którym rzecz jasna nie wyglądało się jak symbol seksu, a wręcz przeciwnie – Tajwanki twierdziły, że ich głowy przypominają łudząco wielkie , okrągłe arbuzy… Nie zdziwi nikogo informacja, że nauczyciele sprawdzali zgodność z przepisami i biada uczniowi, co dał się złapać na ich naruszeniu – szkolny personel albo wywalał za drzwi, albo sam nadrabiał owo „niedopatrzenie”… (Na zdjęciu – licealistki podczas musztry, na oko prawdopodobnie jest to ostatnia klasa szkoły średniej)