Liźnięcie kultury -nowa wystawa w Pier2

Choć bardzo zajęta, nie mogłam sobie odmówić sprawdzenia, co nowego w jednym z moich ulubionych punktów Kao, czyli „Artystycznym Nabrzeżu Pier2 Art Center”.

 W poniedziałek po szkole rączo niczym gazela popędziłam nad morze, licząc że dzień powszedni i w miarę wczesna godzina oszczędzi mi nadmiarowego zagęszczenia ludności. Przypominam – Tajwańczycy wszytsko robią stadami, hordami i czeredami, i spacer w Pier2 może zmienić się w ocieractwo ze szturchactwem.  Czytaj dalej

Mieszkać na Tajwanie II

Max po pobieżnym oblukaniu polskiego mieszkania – fakt, że bardzo ładnie urządzonego – zrobił oczy jak 5 zł. Że można mieć ściany niebieskie, i tak inaczej poukładane meble, i pod sufitem jakby wielki lampion chiński w białym kolorze zamiast jarzeniówki, i wannę, i prysznic z kabinką, i obrazy na ścianach… A po zaznajomieniu go z ogólnodostępnymi metodami indywidualnego zagospodarowania przestrzeni (typu fototapeta, kolorowe ściany, niewiele więcej, bo miało być do 300 zł) wzdychał zauroczony kompletnie. Na zmianę sytuacji w dziedzinie „mieszkaj ładnie” i rozwijający się tzw „cocooning” nie ma co liczyć. Po pierwsze, tajwańskie – i ogólnie azjatyckie podejście do mieszkania nieco – sporo różni się od europejskiego. Tu rzadko zaprasza się w gości, a jeżeli już, to tylko do znajdującego się zaraz za drzwiami, połączonego z kuchnią salonu.

Idąc w odwiedziny do koleżanki rzadko mogę przekroczyć próg jej pokoju, najczęściej siedzimy w ogólnodostępnej przechodniej części mieszkania. Tam się uczymy, obgadujemy wszelkie sprawy – a nie, jak to w Polsce, w zaciszu buduaru dziewczęcego. Inna sprawa – to pragmatyzm Tajwańczyków, po co bowiem ozdabiać pomieszczenia? Szkoda kasy, no chyba że ozdóbki mają być „feng shui” i przynosić do domu szczęście, zdrowie i pomyślność oraz kasiorę :D Wówczas jak najbardziej… Można np sprawić sobie malutkie akwarium z 9 kolorowymi rybkami, jakieś muszelki, lampki czy nawet za grubą kasę zakupić tzw geodę – czyli przecięty na pół kamień z kryształami w środku, które -sprowadzane z Brazylii osiągają horrendalne ceny. Ewentualnie ze względów „prestiżowo-pokazowych” – jeżeli mój biznes jest z tych, co się je w domu prowadzi, można coś pokombinować, z różnym rezultatem – mając na celu uatrakcyjnienie wnętrza salonu.

 


Ale jak wygląda taki salon? Otóż, wyposażony jest w drzwi. Wejściowe drzwi, rzecz jasna. Wielkie, często metalowe z grawerunkiem, i kratą. Grawerunek np.: w feniksy lub rajskie ptaki i krajobrazy, mające za zadanie lekko i przyjemnie przyciągać fortunę do zamieszkujących wnętrze za drzwiami obywateli. Ale – zanim do drzwi dojdziesz i otworzą się one – zauważasz czerwone z czarnym naklejki dookoła futryny. Papierowe lub z folii, ręcznie malowane na papierze w złoty rzucik lub maszynowo wykonane w chińskiej/tajwańskiej fabryczce – nalepki mają za zadanie chronić dom, przynosić szczęście, zapraszać pieniądze i dobrych ludzi, a złych trzymać na dystans. Nie wiem czy działa, ale co do tej ostatniej pozycji – naklejki się słabo sprawdzają, i dlatego wierzeje (bo drzwi to za mało) są solidne, grube, rzeczywiście antywłamaniowe. Okna z kolei „zdobią” równie konkretnie wyglądające kraty. Okna bez krat – okna mieszkań na wynajem, o najemców nie trzeba dbać.

Zaraz za drzwiami szafka na buty, przedpokoju bowiem z definicji brak, bo i po co? oni nie potrzebują wiatrołapów, to ciepły kraj. Obuwie w azjatyckim domu zostawia się bowiem na zewnątrz, ewentualnie w drodze wyjątku tuż przy drzwiach – i zamienia na „urocze” piankowe klapciuszki wielorazowe, wieloużytkownikowe. O grzybicy stóp – nikt nie słyszał. O zajumaniu bucików dla kawału lub logo z łyżwą – chyba też nie mówili w wiadomościach jak dotąd. Kapciuszki domowe obowiązkowo zaś zostawia się przed progiem sypialni i łazienki.

Potem – drewniana kanapo-leżanka z poduszkami, niewygodna jak nieszczęście, bo szczebelki wbijają się niemiłosiernie w pośladki i dolny odcinek kręgosłupa, do tego niski stoliczek, wiatrak, komoda na TV z TV. I tyle. Ewentualnie upchane w gablotki owoce mani zbieracko-łowieckiej pani domu (np ciocia Młodego zbiera świnki, bo się z kasą kojarzą, i w zamiarze tą kasę do domu ściągać będą, mocą świnki skarbonki uwięzionej za szkłem witryny; mama Lydii z kolei jest maniaczką Hellou Kitti i ma olbrzymią kolekcję kotka bez pyszczka w duuuużej ilości odsłon). Ponadto – czasem jakiś buddyjski akcencik, czasem dao lub chrześcijański. Bywają obrazy lub zdjęcia rodzinne, obrazy rzadko kiedy abstrakcyjne, często zaś skrzące się złotem i prezentujące raczej tematykę i styl kojarzony z gustem babcinym. Zdjęcia rodzinne – czyli sztywne grupy w raczej niemodnych ciuchach(jasno pokazujących bliskość lat 80 a nie XXIwiek), swą postawą podkreślające zarówno status materialny (mniej lub bardziej dyskretny błysk zegarka czy torebki z biżutami) jak i wyjątkowość okazji dla której rodzina udała się do fotografa. No i obowiązkowo – talizman z obowiązującym rokiem (teraz wąż, wcześniej były smoki rozmaitego stopnia szkaradności). Mogą być jeszcze rośliny – głównie bambusy w grupkach ułożonych w piramidalne kształty. Ewentualnie fontanna z turlającym się kamykiem i diodami LED. Ogólny efekt jest dla europejskiego oka… powiedzmy mocno kolorowy. Aż gałki bolą.

Z salonu widać kuchnię – wykafelkowaną od góry do dołu najczęściej, z okrągłym stołem z obracanym blatem ( to akurat świetny wynalazek, eliminujący konieczność sięgania przez stół po półmiski oddalone od siebie). I tyle zobaczy przeciętny gość.

Ewentualnie łazienko-ubikację, z tronem w stylu zachodnim i prysznicem bez kabiny, i koszem na chusteczki (papier w rolce jest naprawdę drogi).

 

 

W pokoju Młodocianego króluje mega-bajzel z lekka organizowany za pomocą wielkich plastikowych pudeł. Większy nawet niż u mnie – bo Tajwańczycy to rasowi zbieracze. Wypatrzyłam u Młodego plecaczek z czasów szkoły podstawowej, w dinozaury. Dlaczego nie wyrzuci, plecaczka i całej masy mocno” wyszłych z użycia” gratów? Bo się mogą jeszcze przydać, tak powiedział tatulo, więc syn słucha. A ja swym mało bystrym oczkiem przez kamerkę skajpową potrafię wypatrzyć takie rarytasy jak różowa pościel( ona nie jest różowa! ona jest deep purple and light violet!, czyli fioletowa i fiołkowa…), torebka w kształcie gitary elektrycznej ze srebrnymi pomponami (etap złego chłopca w szkole średniej), zegar w pokemony i całą masę innych gadżetów zgrupowanych w hałdy… A mówili, że mój pokój to czarna dziura i szuflandia :D

W pokoju Nico jest nieco lepiej (większa powierzchnia i więcej mebli), ale dizajn dupy nie urywa. Biorąc pod uwagę budżet, jakim dysponuje rodzina Wang, przy odrobinie dobrych chęci Nico mogłaby mieć zajebistą Krainę Dziewczęcości – a ma coś w rodzaju składzika z meblami od Sasa do Lasa. TangXin w pokoju ma wszystko, ale w niewielkich ilościach (logistyka z wyspami Penghu jest nieco skomplikowana, a do samolotu można zabrać tylko 20 kilo bagażu, więc żyje moja Syrenka Tang nieco ascetycznie), z kolei jej współlokatorka szafę ma wypchaną ciuchami na cosplay, a ubrania codzienne poutykane gdzie bądź – ale- aby nie było efektu „po wybuchu granatu”- kitra je za okienną zasłonką (raz zza zasłonki się wysypały, dziewczyna się baaardzo zawstydziła, szybko wyprosiła mnie za drzwi, upchała pobojowisko abarot za kotarę i zaprosiła z powrotem :D)

Dlatego wielkim odpoczynkiem dla mnie są wizyty w IKEI, gdzie gramy w chowanego w ładnych pokoikach – oraz w pomysłowo zaaranżowanych wnętrzach urządzonych przez niektórych znajomych.

Poniżej – domy Rosjanki Tańki oraz Kanadyjczyka Tylera. Tania sama wykonała wszelkie malowidła, pawie, kotary, lampiony i inne. Jest plastyczka, ma swoją „klasę artystyczną”, poza tym robi wszelakie rękodzieła, od kolczyków z drutu, przez figurki z gliny, ręcznie malowane koszulki i kaski, po wypalaną w na drewnie ikonę Matki Boskiej z Jezuskiem w stylu mangowym.

Tyler poszedł nieco na łatwiznę – bo wszystko niemal kupił w szwedzkim supermarkecie meblowym, ale ściany i drzwi odnawiał sam. Efekt finalny – miły dla oka. Jest sporo prawdy w twierdzeniu, że chłopcy o miękkich ruchach mają większe wyczucie estetyki :D

Wczoraj wracając ze szkoły zobaczyłam mojego Właściciela przepychającego biurko. Jak dotąd, siedział on frontem do klienta, ciupiąc na dwa komputery w rozmaite gry i w razie potrzeby wstając do klienta chcącego pieczątkę czy zapasowy klucz. W wyniku re-aranżacji, mającej za cel „zmianę energii”, „dopływ qi” i poprawę finansów oraz koniunktury - właściciel punktu usługowego ciupie w gry odwrócony zadem do lady, a w dodatku wszyscy widzą, że nie zajmuje się on bynajmniej działalnością biznesową i odpowiednią dla przedziału wiekowego 40+ tylko lata na smoku i grzmoci piorunami w kierunku centaurów czy innych wróżek.

 

A ja sprawiłam sobie małe akwarium. Chciałam pieska (ja i córka właściciela też), ale niestety kontrakt najmu jasno mówi – żadnych psów/kotów/królików i ogólnie zwierząt futerkowych. Więc mam akwarium, w wielkim sekrecie :D