Chińska języka trudna bardzo – kilka przygód ze słownictwem i „skórzaną torebką”

Chiński ma tony, i jest językiem miauczanym. Co każde polskie dziecko wie, a jak nie wie to się dowie próbując uczyć się chińskiego. Mandaryński ma tych tonów 4 (i piąty – neutralny), kantoński 10, tajwański z 8 – i stanowią one spory problem.

Na tyle spory, że niestety, czasem (często) przeszkadzają w zrozumieniu.

Bo turysta z zachodu chce być miły i pyta o cenę półmiska pierogów (Yī wǎn shuǐjiǎo 一碗水餃), kelnerka słyszy „ile za noc spania?”(Yī wǎn shuìjiào 一晚睡覺) - i wali go na odlew, aż się porcelana ze szczęki sypie, a krew sika po suficie… Czytaj dalej

Nożownik w tajpejskim metrze

Dziś w Tajpej, w stolicy cywilizowanego, rozwiniętego kraju zamieszkałego przez uprzejmych i pokojowo nastawionych Tajwańczyków, w jadącym od stacji do stacji metrze doszło do wielokrotnego zabójstwa.

Po 16.30 wszytskie media nadawały wieści z ostatniej chwili.
W wagoniku metra 21-letni student zadźgał nożem 3 osoby, ranił ponad 20 (od 21 do 28), głównie w brzuch i plecy. Czwarta ofiara smiertelna zmarła już w szpitalu. Czytaj dalej

Tragiczna śmierć Żółtej Gumowej Kaczuszki

W czwartek mieliśmy trzęsienie ziemi ( w Kao było to trzęsionko), a w piątek tajwańskie media zelektryzowała smutna wieść o zepsuciu się Wielkiego Gumowca, zwanego też Żółtą Kaczuszką.

Tak, wiem, pisałam, że Kaczuszka zniknęła z Kaohsiung. Ale… Tajwańska publiczność pokochała wielkie dmuchane widowisko po azjatycku namiętnie (info po angielsku). Dość, że pierwszego dnia po jej pojawieniu się na Love River, nabrzeże zostało oblężone przez 250 000 ludzi, wycieczki dostały nowy punkt na liście „must see in Kao”, Czytaj dalej

Tydzień pod zdechłym Azorkiem część II

Czwartek

Postanawiam ruszyć dostojne cztery litery na plażę. Po przemarznięciu w metrze (rozpieszczają nas klimą w cenie biletu aż do granicy dobrego smaku) i spieczeniu się na chrupiącego kurczaka w zwrotnikowym słońcu, po 30 minutach spaceru docieram upocona i zziajana do Secret Beach na końcu Uniwersytetu Sun Yat Sena… I odbijam się od kraty. I to takiej kraty, jakby za nią skarby jakoweś były, rezerwa federalna złota albo kopalnia diamentów. Czytaj dalej

Tydzień pod zdechłym Azorkiem część I

Mam koleżankę. Która to koleżanka, pomimo oczywistych przymiotów ciała i ducha, obdarzona jest przez los pechem kosmicznym. Jest wręcz chodzącym obszarem katastrofy wszelakiej.

Aby nie byc gołosłowną: Czytaj dalej

Szkodliwy wpływ jedzenia z pewnej „restauracji” na M.

Chyba nie muszę dokładniej tłumaczyć, o które żółte literki M chodzi?

Młodociany – jak większość Tajwańczyków (i nie tylko) uwielbia egzotycznego hamburgera z mięsa tak egzotycznego, że nikt nie wie dokładnie – jakiego (ponoć wołowe, ale…) podlanego olbrzymią ilością coli z proszku tudzież frytek. Na który to posiłek od jakiegoś czasu mnie mdli. Od kiedy nie palę, sosy z Maka, mięsko i właściwie wszytskie produkty z Maka – wywołują u mnie szybką zgagę z mdłościami, są po prostu przearomatyzowane, przesolone i za tłuste.

Zatem konsekwentnie odmawiałam wciągania hamburgerów – poza tymi „rdzennie tajwańskimi”:

 

Na zdjęciu kolega Michał, mój rodzak w Wendzarni i hamburger z frytami za 250 NT (mały kosztuje 30-50NT). Jak go zjesz – to masz w gratisie drugi ( ale tylko dla ciebie, nie można go odstąpić…).

Na FB Młodociany opublikował wołające o pomstę do nieba zdjęcie pokrwawionej stopy, okraszone dosyć skomplikowanym tekstem poprzetykanym dużą ilością 幹 幹(gan4) uznawanego tu za słowo plugawe.

Rano kulejąc doręczył mi śniadanko, więc wzięłam go na spytki.

- Wczoraj wieczorem pojechałem pograć w kosza z kolegami (Tajwańczycy, choć wzrostu siedzących psów, mają regularnego szmergla na tym punkcie, z wypiekami na żółtych policzkach oglądają NBA i  rozgrywki lokalnej ligi, i sami łupią w koszykówkę tradycyjną i mechaniczną też.)… – zaczął z lekka skrzywiony Młodociany, dłubiąc paluchami przy wielkim plastrze owijającym mu szczelnie pół stopy.

- No tak, koszykówka to kontuzjogenny sport, ale rozcięta stopa?

- Ale to nie od koszykówki! Potem pojechaliśmy coś przegryźć do Maca…

- A widzisz! Mac ma nie tylko szkodliwe dla zdrowia żarło, ale niezdrową aurę… Poślizgnąłeś się  na płytkach, bo rzucili promocję „Pierwsze 30 osób dostaje drugiego burgera /kolę gratis”? (Raz byłam świadkiem takiej akcji, ubaw po pachy – cała restauracja zerwała się do biegu i niemal się chcieli pozabijać w kolejce,  nic tylko im kisiel wylać i inkasować za oglądanie. Jak w „Starbucks” jest promocja – 1 kawa za pół ceny – to kolejka się nie konczy na drzwiach lokalu, a malowniczo wije serpentyną przez następne pół kilometra, jakieś 3 godziny stania… Chińczycy i ich zamiłowanie do gratisów…)

- Nie nie nie, normalnie zjadłem BigMaca, z fryteczkami – maślane oczęta Młodocianego uniosły się malowniczo ku niebiosom, a na twarzy odmalowało się pełne uwielbienie graniczące z nirwaną i orgazmem wielokrotnym – i popiłem dużą kolą, wiesz? Bo była z dolewką gratis, to piliśmy i piliśmy, żeby uzupełnić ubytek płynów, bo to bardzo ważne w tym klimacie… Właśnie, gdzie masz wodę? Mówiłem ci, trzeba pić dużo wody, duuuu -żooo wooo-dyy, żeby nie zachorować – orgazm znikł i przepadł, a zamiast Młodocianego pojawiła się niespodzianie Mama Maxie, brakowało mu tylko kraciastego fartuszka. Konwersacja zmierzała w niezbyt miłym dla mnie kierunku – a ciepłe gatki masz, krem na słońce, parasolkę… A freari żeś zatankował*… mi się przypomniało, więc szybko odbiłam piłeczkę…

- No widzisz? Oto dowód, że Mac Szkodzi zdrowiu! Tak!

- Ale to nie tak, bo jedzenie i picie było pyszne, tylko wiesz, poczułem to (I ve got a feeling…) i poszedłem …(tu nastąpiła szybka przerwa taktyczna) … yyy… przypudrować nosek.

- No tak, dostałeś sraczki i siła odrzutu walnęła tobą o lustro, które cię poraniło? A widzisz, mówiłam, Mac szkodzi zdrowiu!

- No coś ty, pyszne było, nic mi nie zaszkodziło, bo to superhigieniczna restauracja… Ale jak wracałem z kibelka to było dużo ludzi…

- I się pośliznąłeś i zaliczyłeś orła białego? Albo ktoś ci nogę podstawił, lecąc do wolnego stolika?

- Nie! było tłoczno, więc próbowałem na jednej nodze się wcisnąć w okolice naszego stolika między innymi krzesłami…

- I ktoś ci przytrzasnął nogę? Albo jakaś pańcia przywaliła z obcasa?

- Nie!Nie!Nie! Złośliwa Majia (to po polsku… Nie wiem, kto go nauczył, bo na pewno nie ja… Ja mu wpajam wyłącznie piękne słownictwo dotyczące jedzenia oraz kontemplacji przymiotów mego ducha i ciała)! Po prostu jak próbowałem przeskoczyć to stałem na jednej nodze a drugą przekładałem i mi się omskła na ten kancik, co jest na każdej ścianie, taki na 10cm od podłogi rancik (to się po polsku zowie cokolik) i nawet nic nie bolało… Dopiero jak sobie siadłem wygodniej popatrzyłem przypadkiem, a tam ze stopy kapie, a pod krzesłem kałuża…

- I nikt ci nie pomógł? Wiesz, jakaś apteczka powinna być w Macu…

- No coś ty… Uciekliśmy!

-??? Ale dlaczego???

- Nie wiem…

Następnego dnia kulejący z lekka Młodociany udał się na siłownię. Ale szybko się poddał – spociły mu się stopy i rana – czyli dosyć głębokie cięcie piekło nieznośnie. Padł przede mną na kolana i zamiatając grzywką podłogę oznajmił – masz rację! masz rację! dlaczego ty zawsze masz rację…

A potem dorzucił epilog… Dziś jego kolega jadący do Maca na niezdrowy obiad miał wypadek – opakowanie od fastfooda uderzyło go w ramię czy głowę, chłopak się zdekoncentrował i zaliczył pokazową glebę na śliskiej pokrywie  studzienki kanalizacyjnej (tutaj te pokrywy mają tak ze dwa metry średnicy… taka moda). I nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że z uwagi na panujący upał, metalowy element na jezdni nagrzał się dosyć potężnie. Kolega nie jest podrapany, kask ochronił mu buziuchnę przed urazem, ale… Jechał w koszulince na ramiączkach, na pokrywę wpadł bokiem, więc teraz całą lewą rękę ma zagospodarowaną poparzeniem – metalowa płyta wypaliła mu „piętno miejskiego wywrotowca (od wywracania się w mieście)” – czyli wzorek kratki ściekowej w romby i kwadraciki…

A nie mówiłam, że fastfoody są niezdrowe a Mac ma w dodatku niebezpieczną, toksyczną aurę?

* Młodociany polubił Donatana „Nie  lubimy robić”Melodia mu się spodobała i zażądał tłumaczenia tekstu (coś ściemniłam). Klip obejrzał częściowo z zainteresowaniem, a częściowo z niesmakiem, i spytał, czemu zaangażowano do niego aktorkę porno.

Policyjna kontrola jakości

Pierwszy oficjalny kontakt z policją – zaliczony.

Pierwszy nieoficjalny kontakt nawiązałam już rok temu, poznając całkiem przystojnego okaza z jednostki SWAT (to ten z lewej i na drugim zdjęciu w środku), który chciał koniecznie mnie zaprosić na spaghetti… No i rzecz jasna widziałam policjantów w TV (wiadomości plus seriale, tajwańskie AT jest bohaterem bardzo popularnego telewizyjnego patrzydła /ruchomy odpowiednik czytadła/, z którego wynika, że głównym zadaniem i celem tej ciężkiej służby jest romansowanie i rozwiązywanie konfliktów wewnątrz własnego małżeństwa tudzież rodziny). Pierwszy pół-oficjalny – gdy Młodociany zarobił mandat w bonusowej stawce z uwagi na to, że udawał ABC, ale się liczy, bo robiłam tylko za tło i uwiarygodnienie bajery. Rzecz jasna, zdarzyło mi się zauważyć także policjantów podczas wykonywania obowiązków służbowych - czyli przejeżdżających obok lub uzupełniających kajeciki.

Tajwańscy policjanci poruszają się radiowozami Mitsubishi, bez kraty i pleksy, ze skórzaną tapicerką (ewentualnie mogłaby to być dermoszpanka, ale zdecydowanie nie plastikowe kanapy) plus obowiązkową firanką na zagłówku. (Młodociany tłumaczył mi, że są stare i brzydkie, normalnie wieś i wstyd, siara z porutą, nie rób Majia zdjęć, nie kompromituj policji mego kraju… He he – jakby się przejechał polskim Poldkiem, Transporterem albo Oplem Hau-Astrą to by szybko zmienił zdanie… Aczkolwiek on żyje w przekonaniu  że u nas policja to się li i jedynie luksusowymi markami, takimi jak słynne primaparilisowe Porsche lub jak najbardziej prawdziwe Alfa Romeo 159 ) Do tego mają jeszcze helikoptery oraz skutery, i nie jest to jakiś obciach czy śmiech na sali, że się gliniarz porusza pierdziawką na sygnale. W Polsce by chyba taki „lotny oddział” zabito śmiechem i celnymi strzałami z sarkazmu, aczkolwiek na Tajwanie, wobec korków na dziesięciopasmowych autostradach* i ogólnego wyje**nego na pojazd uprzywilejowany na sygnale – są bardzo szybkim i skutecznym środkiem transportu. Tajwańczycy jeżdżą zwyczajowo niczym ostatnie pipy, ale gdy w tylnym lusterku zamajaczy się karetka, to zmieniają się w ociekających testosteronem terytorialnych samców i samice alfa i łaskawie odsuwają się w ostatniej chwili… Ale  to też  tak o tyle o ile,  aby czasem nie utracić swojego z trudem wywalczonego postępu o pół metra asfaltu do przodu… Więc karetka musi na łaskawego pana zatrąbić i zapipczeć ze trzy razy, a potem manewrować na odległość włosa od karoserii przeciwnika… Już rozumiem, czemu ichnie karetki mają takiego wyjca, że stać obok się nie da. Naprawdę, w tym wypadku Kraj nad Wisłą zdecydowanie przoduje w dziedzinie uprzejmości i kultury na drodze. Tajwan jest daleko za Murzynami…

Policyjne patrole są na ulicach widoczne – radiowóz porusza się bowiem z cały czas włączonym kogutem/błyskami, bez syreny. Trasę wyznaczają panom policjantom słupy meldunkowe, na których w takiej szafeczce schowana jest książka, którą pan policjant musi okrasić podpisem w wyznaczonym czasie, że tu był, a nie spał w krzakach pod mostem. Zawód: policjant nie jest może jakoś super wynagradzany, ale na brak chętnych nie można narzekać tutejsza Akademia Policyjna. zarobki lokują się powyżej średniej krajowej, a niebagatelne znaczenie dla kandydatów ma fakt, iż jest to profesja o wysokim społecznym prestiżu. No cóz. Polskie gimbazy z pokolenia JP tu nie dotarły, ogólnie policjanta się raczej szanuje – ale to kwestia kultury tutaj.

Wczoraj zaordynowałam Młodocianemu- przerwa w deszczu, jedziemy na obiad i kawę. Nie ujechaliśmy za daleko, bo zaraz po przekroczeniu Mintsu (czyli pobliskiej główniejszej arterii) po skręcie w boczną uliczkę musieliśmy hamować  Drogę zastawiało nam ustawione na skos auto osobowe, dostawczak oraz leżący na asfalcie skuterek z dwiema dziewczynkami, usiłującymi się spod niego wygrzebać. Innymi słowy- kolizja miała miejsce parę sekund wcześniej. Młodociany Ajfon włąsnie okazał się padnięty, więc jego pan kazał mi wygrzebać moją mało używaną cegłóweczkę  i zadzwonić na 110 (czyli policję/pogotowie/straż pożarną w jednej centrali), a sam poleciał ratować dziewice z opresji.

Stałam jak klępa z komórką w ręce, bowiem żywię wielki i uzasadniony lęk przed rozmową po chińsku z obcymi, nie znanymi mi osobami, którym w razie potrzeby nie będę mogła w języku migowym doprecyzować o co mi chodzi. Młodociany mnie zagrzał do czyny subtelnie niczym tur:

- No i czego się gapi? Bierze i dzwoni, ale już!

- Ale … Ale… Ale… Jak? po chińsku?

- Po tajwańsku jak potrafisz też da radę, też zrozumieją, rusz się kobieto! Umiesz już zamawiać żarcie i kolę ,opowiadać o swoim kraju oraz odpowiadać w miarę składnie na zadane pytania z puli ogólnej, i pytać o drogę po wsiach, a nawet nawiązywać znajomości ze starszymi panami siedzącymi na grillach w celu zrobienia zdjęć, to wezwanie pogotowia będzie bułką  z masłem!

No właśnie. Nie było, ale też nie było aż tak skomplikowane, jak by się mogło wydawać. Grzecznie sie przedstawiłam, powiedziałam, że był wypadek, samochód i skuter, że są dwie dziewczynki poszkodowane, jedna ma rękę a druga nogę z problemem, że ja nie widziałam co się stało ale jestem teraz na miejscu, podałam adres i wytłumaczyłam jak dojechać. Młodociany zawisł nade mną jak sęp i bezczelnie podsłuchiwał. Pani z dyspozytorni od mojego „Nihao” czyli dzień dobry, a nawet już chwile wcześniej wiedziała, że nie jestem Tajwanką, a obcokrajowcem,  więc mówiła powoli i wyraźnie. Poleciła między innymi zrobić zdjęcia i w miarę możliwości odblokować ulicę, oraz zabezpieczyć dziewczyny na jezdni, żeby ich ktoś czasem nie przejechał (fakt, z prawa lewa i środkiem, chodnikiem i między tarasującymi autami śmigali Tajwańczycy na skuterkach, nawet nie zwalniając, mało brakło a ja też bym dołączyła do poszkodowanych!).

Skąd pani wiedziała, że do mnie pomału i kwadratowymi literami trzeba? Tajwańskie telefony są rejestrowane przed aktywacją, więc strażakom, szpitalom, policjantom, placówkom urzędowym a nawet zwykłym ludziom wyposażonym w odpowiednią aplikację/usługę na telefonie. Domyśliła się więc, iż Magdalena Dwojga Imion i Długiego Nazwiska nie pochodzi z Pięknej Wyspy, albowiem tutejsi rodzice mają nieco więcej przyzwoitości podczas wymyślania imion dla swoich dzieci, i liczą się z tym, że jakiś Tajwańczyk biedny będzie je kiedyś musiał czytać, stąd imiona jedno-dwu-max trzy sylabowe w przypływie większego szaleństwa oraz nienawiści do krajanów.

Pani zadała mi jeszcze dużo innych, bardziej skomplikowanych pytań, wykraczających już poza moją znajomość chińskiego (medyczne tematy zaczynają mi się na gorączka, ból głowy/ucha/brzucha i kończą na grypie, więcej nie opanowałam), więc słuchawkę oddałam Młodocianemu. chwilę później zadzwonił telefon, zgłosił się szpital i komisariat, sprawdzając – czy to aby na pewno ja wzywałam pomocy i żeby powtórzyć im adres. Po ok 5minutach od pierwszego telefonu przyjechała karetka, potem druga, sanitariusze zebrali z asfaltu obie dziewczynki (jedna z brzydko rozciętym kolanem, druga z wybitym barkiem) i udzielili im pierwszej pomocy (dezynfekcja i oczyszczenie rany tudzież prowizoryczne obandażowanie reki). Pojawiła się także trójka funkcjonariuszy, w tym kobieta, mnie obrzucili z lekka spode łba, po czym, udali się zbierać zeznania od innych, a końcu ode mnie, jak już im ktoś powiedział, że ja coś niecoś daję radę. Ale i tak podeszli do mnie ze sporą pewna taką nieśmiałością.

Oczywiście na obiad z kawą nie zdążyłam - jak tylko karetki odjechały, zaczęło padać od nowa i nici z miłej przejażdżki do grill chaty na wieprzowinkę z ryżem oraz na kawę z lodami. Pocieszyłam się pobliskim  curry i ciastkami z budyniem, po czym poszłam spać, wytyrana deszczem.

Dziś rano- czyli dzień później po całej historii około godziny 9 dzwoni telefon. Pan w języku zbliżonym do angielskiego po-wo-li- i wy-raź-nie (tak naprawdę średnio wyraźnie,ale plus za dobre intencje, które przegrały z chińską fonetyką nałożoną na angielski) pyta czy rozmawia z panią Maa keda rena (tu wygulgotał coś, co pewnie było dwojgiem imion i długim nazwiskiem), która wczoraj dzwoniła na policję. Tak, odpowiedziałam  a o co chodzi? Tu pan się z lekka zacukał, więc przeszłam na chiński. Pan ma pytanie. Czy ja zadowolona jestem z obsługi  (jakby to nie brzmiało…) Powstrzymałam ironię i sarkazm, nie tłumaczyłam panu, że to nie mnie obsługiwano. Pan głosem robota czytał w angielskiemu-podobnym języku pytania, potem jeszcze raz po chińsku a ja miałam mówić TAK/NIE i tTAK-NIE w skali od 1 do 5. Bo tutejsze komisariaty mają odgórnie wprowadzoną politykę kontroli jakości, i każdorazowo po przeprowadzonej interwencji osoby wzywające (i prawdopodobnie osoby biorące udział w zdarzeniu, ale głowy nie dam) są proszone o wyrażenie swojego zdania na temat na przykład: jakości postępowania, kultury osobistej policjantów, atmosfery, profesjonalizmu, chęci pomocy, szybkości reagowania, zaangażowanie w sprawę itp. Kontrola jest obligatoryjna, i komisariat dzwoni do skutku, ewentualnie prosi o oddzwonienie (osoby z zagranicznymi numerami, lub przebywające za granicą). A wszytsko to, aby policja działała lepiej, ku radości obywateli. Ciekawe, jak taki system kontroli sprawdziłby się w Polsce?

Ponieważ rzecz działa się podczas przerwy, na kolejną lekcję się nieco spóźniłam. Nauczycielka Zheng spytała – co to za rozmowę prowadziłaś, Majia? Nowa praca?Sprawy rodzinne? Chłopak?

- Nie, policja… – odpowiedziałam.

- O! – Skomentowała krótko. – A po jakiemu rozmawialiście? (jakby nie słyszała, stojąc tuż obok…)

- Najpierw po angielsku, bo mój chiński nie jest zbyt dobry. Ale szybko wyszło, że angielski policjanta jest jeszcze gorszy, więc przeszliśmy na chiński…

- No tak… Angielski policjantów na południu jest faktycznie … Pozostawia sporo do życzenia, bo na przykład w Tajpej (nauczycielka pochodzi z Tajpej) policjanci muszą mówić płynnie w języku obcym, do wyboru japoński, angielski, niemiecki, hiszpański i inne… Ale to dlatego, że w Tajpej mieszka więcej ludzi i jest większa konkurencja w każdym zawodzie, także policjanta. A tak, w Kaohsiung do koleżanki Majii dzwonił policjant mówiący najlepiej z całego komisariatu po angielsku, a i tak trzeba było po chińsku. I właśnie dlatego powinniście jak najwięcej ćwiczyć mówienie po chińsku!

* dziesięciopasmowe autostrady – pojawiły się w wywiadzie z Tytusem, który na Tajwan przyjechał prawie rok temu, nie mówi po chińsku ani słowa poza - herbatę z kulkami proszę i” pu cy tao”, czyli nie wiem. Natomiast wywiadu udzielił, i trochę go fantazja poniosła. Ogólnie ma chłopak trochę racji – Tajwan to fajne miejsce, ale… Dziesięć pasów to na autostradzie tu będzie chyba tylko na dojeździe do bramek, ewentualnie na zjazdach i to licząc z obu stron (ale i tak lepiej niż w Polsce z jakością i ilością dróg), Miesiąc Duchów na pewno nie wypada w październiku, wi-fi na skwerze ciężko złapać (chyba,  że mowa o wi-fi komercyjnym np na lotnisku, za które się płaci, ewentualnie mowa o tanim internecie w komórce, który tu mają wszyscy za grosze), fantastyczne parki w starszych dzielnicach mają wielkość ogródka przy balkonie ( w nowszych jest trochę lepiej, ale w Tajpej mimo wszystko metry2 są na wagę złota i diamentów, więc tereny zielone nie są super wielkie), zanieczyszczenie powietrza jest w normie po deszczu lub tajfunie(w Tajpej więcej pada, więc bardziej zbija smog w dół, ale i tak jest to „wysoka” norma), ognisk w Miesiącu Duchów nie pali się na ulicy a w specjalnych piecykach – i nie o ognisko tu chodzi, a o spalenie przedmiotów ofiarnych dla duchów itp. Tajwan usunięto z ONZ nie na wniosek ChRL (która wtedy członkiem ONZ nie była), a na wniosek USA zmieniono reprezentację „jednych Chin” w ONZ z Republiki Chińskiej na Chińską Republikę Ludową, i tak dalej.

Wywiad z Tytusem polecam mimo błędów merytorycznych przeczytać – przede wszystkim dla zdjęć, ale raczej odradzam brać go za rzeczowe źródło. W kręgu wtajemniczonych te autostrady stały się popularnym synonimem szczególnego wykwitu fantazji i optymizmu… W każdym razie, optymistyczny Tytus klimat wyspy opisał w miarę realnie… Witamy na Pięknej Wyspie…