Chińska języka trudna bardzo – kilka przygód ze słownictwem i „skórzaną torebką”

Chiński ma tony, i jest językiem miauczanym. Co każde polskie dziecko wie, a jak nie wie to się dowie próbując uczyć się chińskiego. Mandaryński ma tych tonów 4 (i piąty – neutralny), kantoński 10, tajwański z 8 – i stanowią one spory problem.

Na tyle spory, że niestety, czasem (często) przeszkadzają w zrozumieniu.

Bo turysta z zachodu chce być miły i pyta o cenę półmiska pierogów (Yī wǎn shuǐjiǎo 一碗水餃), kelnerka słyszy „ile za noc spania?”(Yī wǎn shuìjiào 一晚睡覺) - i wali go na odlew, aż się porcelana ze szczęki sypie, a krew sika po suficie… Czytaj dalej

Zakupowe wpadki i wypadki i wypadki III – słodyczowe koszmary

Generalnie jestem tzw „przepadlista” i wszystkożerna (poza pasztetami i pasztetową), grzecznie zjadam cokolwiek się mi położy na talerzyk w sposób absolutnie (przynajmniej w moim mniemaniu) rekompensujący oszabrowanie cudzej lodówki do stadium – nawet światło zniknęło.

Ale raz w miesiącu przychodzi taki czas, w którym zamieniam się w wielki cukrowy jamochłon, nastawiony na tylko jedną życiową  misję – opchać jak najwięcej słodkości…
Tak, to wówczas wciągam paczkę krówek (nosem), przegryzam czekoladą z toffi oraz żelkami Haribo i… Czytaj dalej

Czego nie chcesz wiedzieć o swoim szefie – ciemna strona social mediów na Tajwanie (ale pewnie nie tylko)

Ci którzy mnie znają, wiedzą że jestem „cokolwiek” aspołeczna, i długo wzbraniałam się przed mainstreamowym FB, którego założyłam głównie z uwagi na moje tajwańskie konszachty i knucia tajwańsko stpendialne.

 Tak, aby się ubiegać o stypendium/pracę/naukę na Tajwanie – wypada a nawet trzeba mieć FB bo gro spraw pobocznych jest załatwianych właśnie na FB.
Ogłoszenia parafialne, zadania domowe, plotki i rozgrywki towarzyskie, informacje – tylko na darmowym portalu „komunikacyjnym”, nikt do ciebie nie będzie maila klepał, dzwonił czy smsował. Czytaj dalej

Zakupowe wpadki i wypadki II – tydzień lodzika podłego w smaku

Ponieważ robi się coraz cieplej, należy zażywać ochłody. I jeść lody.

O lodach po tajwańsku już pisałam kilkakrotnie, opisując pierwsze z nimi zetknięcie oraz wersję wypasioną czyli lody muszelkowe... oraz szeroko komentowantowane lody z muszli – klozetowej

Czytaj dalej

Nie tylko szczotka, pasta… – o myciu zębów

Ostatnio o myciu zębów wspominałam przy okazji zakupów kosmetycznych, kiedy to z uwagi na nieco wybiórczą znajomość języka tutejszego usiłowałam wyszorować wnętrze paszczy klejem do protez (KLIK).

Od tego czasu znajomość krzaczków mi się polepszyła, profilaktycznie obadałam też teren polowania na artykuły pierwszej potrzeby  i nie zdarzyły mi się jakieś większe ekscesy, oswoiłam się z dziwnymi tajwańskimi wynalazkami typu maseczka na cyc oraz asortymentem drogerii i innych sklepów w okolicy. I wszytsko było w jak najpiekniejszym porządalu, grało, buczało i migało niczym dobrze naoliwiona reklama tajwańskiego stoiska z czymkolwiek… Do wczoraj. Czytaj dalej