O złotych liliach i tajwańskim pedikiurze – czyli coś dla wąchaczy, oglądaczy, stopowych fetyszystów i innych zboczeńców cz I

Był czas manikiuru, nadszedł czas na pedikiur…

 UWAGA.

TEKST ZAWIERA ZDJĘCIA NIEKONIECZNIE PRZYJEMNE DLA OKA.

Jadąc na Tajwan po raz pierwszy, w głowie miałam wizerunkowy miszmasz małych skośnookich miłośników tabletów, ślicznych dziewczynek o dziecinnych licach, chłopków w stożkowatych kapeluszach, pól ryżowych i tak dalej. Powitała mnie pulchna i raczej mało skośnooka Tina oraz czaplowata, ogorzała Monica wyższa ode mnie o pół głowy, co z lekka zachwiało porządkiem wszechrzeczy, gdzie każda Chinka miała być wiotka i maleńka. Czytaj dalej

Kosmetyki azjatyckie i ja cz I

Niektóre z moich koleżanek po usłyszeniu, że wyjeżdżam na Tajwan dostawały wypieków na policzkach i mrówek w … końcu odwłoka – albowiem oto ja, osoba którą można uszczypnąć, popatrzeć w zęby i w ogóle jestem kimś na wyciągnięcie ręki – wynoszę się do tych lądów bajecznych, mekki kosmetycznej mazideł i paćkadeł kupowanych za ciężkie pieniąchy na ebayu, allegru lub u Azjatyckiego Cukra. Normalnie orgazm w ciapki.

Za pierwszym razem było luzacko, miałam tylko kilka dziwnych próśb o przywiezienie suwenirów kosmetycznych, typu „taniuchne” w tej świata stronie ponoć kosmetyki Shiseido, jakieś koreańskie hity blogosfery – bo do znajomych jakoś słabo docierała wiadomość że jestem taaaak daaaaleeekoooo. Czytaj dalej

Nie tylko szczotka, pasta… – o myciu zębów

Ostatnio o myciu zębów wspominałam przy okazji zakupów kosmetycznych, kiedy to z uwagi na nieco wybiórczą znajomość języka tutejszego usiłowałam wyszorować wnętrze paszczy klejem do protez (KLIK).

Od tego czasu znajomość krzaczków mi się polepszyła, profilaktycznie obadałam też teren polowania na artykuły pierwszej potrzeby  i nie zdarzyły mi się jakieś większe ekscesy, oswoiłam się z dziwnymi tajwańskimi wynalazkami typu maseczka na cyc oraz asortymentem drogerii i innych sklepów w okolicy. I wszytsko było w jak najpiekniejszym porządalu, grało, buczało i migało niczym dobrze naoliwiona reklama tajwańskiego stoiska z czymkolwiek… Do wczoraj. Czytaj dalej

Seksowne dziewczęta, wampirze uśmiechy i zielone orzeszki

Do koleżanki przyleciała jej kuzynka na krótkie wakacje w egzotycznym kraju. Koleżanka zapracowana przygotowaniami do „exam week” i obowiązkowymi konsultacjami grupowymi – poprosiła, żebym ją odebrała z lotniska, wsadziła w MRT i dowiozła na miejsce bez uzycia taksówki i zapoznała z tajnikami wejścia i wyjścia z budynku. Dlaczego bez taksówki?  Żadna z nas nie śmierdzi groszem, natomiast spora część taksówkarzy w Kaohsiung podwożąc białasa stara się go dyskretnie złupić jak to tylko możliwe. O ile w wypadku Europejczyków Zachodnich czy Amerykanów, 100 NTD w tą czy w tamtą to nie duża różnica – jakieś 3 EUR, 4 dolary- to dla mnie i koleżanki ma to nieco inny wydźwięk. A jak kurs dłuższy, to i na 100 dolcach frycowe może się nie zatrzymać…

Dojechałyśmy. Nowo przybyła koleżanka rozgląda się na boki, rejestrując – wariacki ruch skuterów pod prąd i po chodniku – psy leżące w podcieniach – czeredę Tajwanek w ultraszortach, pod parasolkami – starszych panów łupiących w madżonga… Starsi panowie na widok posągowej blondyny oderwali się od gry i przyjaźnie pomachali – Hallo! – uśmiechając się. Blondyna mało nie padła trupem…

Bo czasem uśmiech Tajwańczyka jako żywo przypomina ten z horroru o wygryzaniu świeżej wątroby lub innych krwistych opowieści:

Ujrzawszy takie coś po raz pierwszy musiałam hamować jednocześnie – obiadek, na drodze powrotnej z żołądka, oraz własne odnóża, instynktownie działające w odruchu – waaaaaampiiiir, ratuj się kto może!

Śliczne ząbki, podbarwione na odcienie brązu, czerwieni, ochry i pomarańczu (czarny to ekstremum, i raczej rzadko spotykane na Tajwanie), z czerwoną ślina przelewającą się w paszczy (coś chyba wspomniałam, iż zwyczaj zamykania dzioba przy jedzeniu jest tu niepraktykowanym dziwactwem, z dziąsłami głośno wołającymi :”paradontoza galopuje”, z ustami w nienaryralnym odcieniu czerwieni ceglastej są spotykane niezależnie od wieku i płci, bowiem grupa konsumentów używki o nazwie „bing lang” czyli betel, jest szeroka i zróżnicowana.

Zują panowie i panie, staruszkowie i licealiści, a nawet dzieci. Szczególnie często po gustownie zdobiący stymulant sięgają kierowcy zawodowi i robotnicy fizyczni, a także Aborygeni wszystkich plemion (którzy podają zielone orzeszki także dzieciom). Dlaczego żują?

Po pierwsze – kombinacja orzeszka z palmy areki, liścia betelu i proszku wapiennego – ma działanie pobudzające, rozgrzewające a także jest afrodyzjakiem (yyyy….). Kierowcy – zamiast pić niezdrową kawę i moczopędną herbatę lub wciagać nosem inne substancje niedozwolone tutaj – ciamciają zielone orzeszki, spluwając czerwoną śliną.

Po drugie – zawiniątka z „tajwańską gumą do  żucia” znane jest ze swoich przeciwpasożytniczych właściwości, a tasiemce i inne glisty to olbrzymi problem w Azji Południowo- Wschodniej. Starając się o wizę wjazdową ( z której Polacy są szczęśliwie zwolnieni) oraz wizę pobytową, a nawet przyjęcie do szkoły – trzeba wykazać się brakiem życia wewnętrznego.  Mina mojej lekarki rodzinnej na widok listy badań, które mam sobie wykonać – bezcenna. Ona chyba po raz pierwszy od czasu studiów widziała niektóre nazwy, a i na druczku zgłoszeniowym nie było takowych wynalazków, jakie sobie życzyła ambasada tajwańska.

Po trzecie – zabroniony przez Japończyków proces żucia i strzykania zabawionym sokiem stał się po prostu „modny”, jako substytut drogich papierosów, obłożonych przez rząd KMT wysoką akcyzą i jako „stara tajwańska tradycja”. I tak od czasów powojennych tradycja przeżuwania ma się dobrze…

Czym w ogóle jest owa „tajwańska guma do żucia”?

To sprzedawane na każdym rogu pod migającymi tęczowymi neonami zawiniątka składające się z: nasiona palmy areki, liścia betelu oraz sproszkowanego wapna i innych przypraw. Wyglądają mniej więcej tak:

A gdzie w tym wszystkim miejsce na obiecane seksowne dziewczęta?

Otóż – nie wszędzie na świecie białe żeby to wyznacznik piękna… O nie nie! W dawnej Japonii biały uśmiech był oznaką niskiego statusu społecznego, lub młodocianego wieku – bo dobrze urodzone i aspirujące panny na wydaniu ząbki czerniły. Podobnie zresztą jak mieszkanki Indii, Tajlandii i innych krajów Azji Południowo- Wschodniej. Ale, żeby nie było, że czytelnika zwodzę chodliwym tytułem…

Orzeszki zwyczajowo i wyjątkowo sprzedaje się z lodówki w oznaczonych miejscach – w mieście są to zazwyczaj stragany, wyróżniające się szczególnie migotliwymi i kolorowymi neonami, Przy trasie zaś – równie jasno oświetlone przeszklone kioski, w których zazwyczaj rezyduje niewiasta… Ale jak skłonić kierowcę, by wybrał postój i zakupił orzeszki właśnie w tym konkretnym spośród miliona punktów? Ano, niewiastę należy odpowiednio ubrać, a raczej rozebrać… Od lat 60, kiedy pierwsza firma w celach promocji i zwiększenia sprzedaży sięgnęła po nieortodoksyjnie ubrane „ślicznotki”, dziewczęta pracujące dla różnych pośredników i producentów, przy czym w Kaohsiung nie widać ich „akwariów” – im dalej na północ, tym więcej…

 

Początkowo owe kioseczki kojarzyły mi się z amsterdamską dzielnicą okiennych burdeli – bo jak tu uwierzyć, że chodzi tylko o orzeszka za piątaka??? Po co zatem neonowo- rozbierana otoczka, kapiący makijaż, kocie ruchy, różowo-fioletowe lampy UV? Do tej pory jestem prawie pewna, że przynajmniej część z pań oprócz orzeszków oferuje także i inne sposoby na „podładowanie akumulatorów”, i nawet dzieci pałętające się po podłodze owych kiosków nie do końca mnie przekonują…

Czy spróbowałam owych delikatesów i frykasów?

Tak! Tylko w wersji light, od prawdziwego Aborygena. Dostałam go w prezencie do mrożonej kawy, i był nieco inny niż to, co się kupuje na stoiskach. Zamiast liścia betelu i proszku, orzeszek owinięty był w podsuszoną śliwkę, bo zamiast rozgrzewać, miał chłodzić – i raczej nie był standardowym produktem, a robionym na własny użytek. Nie zabawił mi zębów na czerwono, smakował w sumie nieźle, nie spodobał upiornej fali gorąca, mdłości i strug potu właściwych klasycznej „tajwańskiej gumie do żucia”. Może w zimie skuszę się na powtórkę, tym razem w wersji piekielnej…