W nocy, o północy…

Jak dotąd, trzęsienia ziemi przeżywałam bezboleśnie – po prostu z rzadka zauważając ich manifestowanie się. Organ od wyczuwania zawirowań sejsmicznych jest u mnie w jeszcze silniejszej atrofii niż ten od wyczuwania tonów (alias pięciu różnych wariacji na temat wymowy jednej samogłoski).

Jak wspominałam wcześniej, nocne wstrząsy przesypiałam, dzienne mimochodem rejestrowałam – ale rozpoznawałam jako „pewnie obok jedzie tramwaj” lub „ależ ta ciężarówka musi być ciężka” i w związku z tym standardowo reagowałam z opóźnieniem, zdziwieniem i finalnym „pffff”. Cóż, dziecko miasta, wynajmujące mieszkanie w bloku z wielkiej płyty koło sporego węzła komunikacyjnego, gdzie szklanki trzęsły mi się regularnie od 4.45 do 23.  Czytaj dalej

O trzęsieniu ziemi – po raz kolejny

Miało być o dniu dziecka, ale tu nie robią aż takiej szopki z kupowaniem miliona HotWheelsów i Barbie… Tajwańczycy kupują zabawki albo- żeby się pokazać, że ich rodzinę stać na top-trendy, albo z okazji dobrych wyników w nauce, albo bez okazji, bo im wolno.

W Chinach – jak w całym bloku komunistycznym, 1 czerwca jest wolne od szkoły, poświęcone na idyllę Międzynarodowego Dnia Dziecka. O tym, jak to wygląda - raportuje Adam Machaj

W Singapurze Dzień Dziecka wypada w październiku (aczkolwiek nie mam pewności, czy jest to data stała, czy ruchoma, bo oparta o kalendarz księżycowy) – i o tym Kura. W Japonii zaś obchodzi się to święto dwa razy, osobno dziewczynki, osobno chłopcy. Chłopcom w marcu wiesza się balono-latawce w kształcie karpi, aby powiewały na zdrowie i szczęście, dziewczynkom zaś wystawia się w październiku na oknach lalki cesarza, cesarzowej, ministrów, dam dworu itp.  A na Tajwanie… Zgadnijcie… No jasne – je się :D I tyle w kwestii Dnia Dziecka.

Za to dziś… Dziś miałam w zamiarze szczytnym pójść na plażę w szerszym gronie. Plażę mam taką fajną, jedną z kamieniami, drugą z piaseczkiem, odludne, spokojne, z ciepłą wodą i falami w sam raz do podskakiwania na nich, a zasolenie wody powoduje, że nie trzeba nawet ruszać małym paluszkiem u stopy aby się unosić swobodnie i relaksowo. Na plaży nr 1 -dokąd dotarłam po zmasowanym ataku komarów w tempie ekspresowym, niestety, kolega Irek nie gustuje w plaży typu chorwackiego, czyli z kamyczkami – więc aby mógł zakosztować kąpieli orzeźwiającej, popędziliśmy kurcgalopkiem na plażę nr dwa, tą od syrenki, gdzie na dnie leży czarny piaseczek. Po drodze zaliczyłam zdziwko, albowiem droga na przełaj brzegiem i kamieniami zupełnie nie przypominała analogicznej trasy, jaką pokonałam niecały miesiąc wcześniej. Nie sądziłam, że linia brzegowa może zmienić się tak szybko!

Po dotarciu do celu zaliczyłam jeszcze większe zdziwko. Na plaży -zawsze pustej, nawiedzanej przez nieliczne grupki studentów Sun Yat Sena – trwał bowiem pieprzony Armageddon. Były i namioty chroniące plażowiczów przed słońcem, i psy z gatunku pudli torebkowym, i dzieci, i babcie w kominiarkach (tak, kiedyś sądziłam, że zdjęcia zamaskowanych Chinek opatulonych od stóp do głów w jakieś ciuchy ochronne przed słońcem to gruba przesada – ale dziś takich pań spotkałam z 5…), i mamusie, i tatusiowie, i biali, i żółci… Uomatkobosko. Najsympatyczniejsi byli gimnazjaliści, co drugi z tatuażem na całe plecki/nogę/brzuch/chuderlawą klatę (nie ma tu bariery 18 lat, jeżeli chcesz mieć tatuaż, to go po prostu masz, jak wyjaśnił mi Młodociany i jego mocno upstrzony takimi malunkami kolega Jason) i petem w dziobie, nota bene- nie zaciągali się, aż miałam ochotę im pokazać jak się powinno palić…. Najmniej sympatyczne były mamuśki z pociechami pętającymi się koło nóg.  Jedna przegięła – myła dzieciakowi ufajdany zadek w zbiorniku, do którego ścieka czysta, słodka woda. Do płukania się, mycia a nawet picia… Generalnie, jak to w dużej zbiorowości Azjatów, było- tłoczno, głośno, brudno i raczej niefajnie.Nawet woda była jakaś taka… lepka i mocno zanieczyszczona/urozmaicona śmieciowymi akcentami Szybko się ewakuowaliśmy , a ja przysięgłam sobie nie przychodzić tam w dni wolne, chyba że zaopatrzona w złego psa i granatnik, który szybko przywróci komfortową ilość Chińczyków na metr kwadratowy.

Irek zaprosił mnie do siebie w okolicę Jeziora Krystalicznej Czystości, żebym się popluskała w basenie – tak, jego mieszkanie w wieżowcu wyposażone jest bowiem w ogólnodostępną siłownię dla mieszkańców, salę konferencyjną na ostatnim pietrze, oraz rzecz jasna basen, nic specjalnego, ale popływać można i dzieci oddzielone są od reszty zbiornika – kratą. A wszystko to za 7000 NTD miesięcznie – plus opłaty za prąd i internet, Dla porównania, ja płacę 5500 plus prąd, mieszkanie mam dwa razy mniejsze, bez kuchni i balkonu. Zamiast ciecia na parterze mam właściciela i jego żonę, symulujących pracę w warsztacie klucznika i pięczęciarza za pomocą gry w Candy Crush, League of Legends,World of Warcraft i Counter Strike, no i roletę z łomotem na pół Ding-dong Lu. Innymi słowy – Irek mieszka jak człowiek, a ja jak student:D

Poszłam sobie do pobliskiej knajpki, podreperować siły przed pławieniem i pluskaniem, Irek poprosił o godzinę dla siebie na chiński, spozyłam zatem tofu i warzywka, gdy nagle poderwał mnie telefon.

-Wei?- odebrałam

-Nic ci nie jest? -pytał Irek, mocno przejęty.

-Nic, a co?

- A bo się przecież trzęsło! I to jak, mi kolumny wywróciło, woda z basenu się wychlupała na trawnik, tak konkretnie!

-Eee, jaja se robisz… Litości nie masz?

-Ty serio nie poczułaś?

-Nie… – no dobra, kątem oka zarejestrowałam, że telewizorem na ścianie z lekka załomotało. I że z budynku obok wyszli ludzie. Ale kto by się takimi detalami przejmował, Tajwańczyków jest jak mrówek i wiecznie gdzieś włażą/wyłażą skądś, spiesząc się niezmiernie. I tak oto przegapiłam kolejne trzęsienie ziemi, ponoć całkiem konkretne.

Ponieważ pojawiły się informacje w polskich mediach (sezon ogórkowy się zaczyna, czas na hot stories z dziwnych zakątków świata…), pędzę sprostować – żyjemy! Ja i 28 milionów Tajwańczyków. Ale napisała już w Al-Jazzeera, i jakaś australijska gazeta, i i TVN Pogoda (na główną stronę jeszcze nie zasłużyło się Formozie), i WP (odzew większy niż kiedy się Tajwan z Filipinami kłócili na sankcje gospodarcze) to przytoczę podsumowanie paniki medialnej związanej z trzęsieniem ziemi półtora miesiąca temu. Podsumowania dokonała po polsku w wersji blogowej i vlogowej  (na wideo chwilę mówi po angielsku, potem już naprawdę dobrą polszczyzną, lepszą niż używana przez spory odsetek Polaków z Polski,  co biorąc pod uwagę, że w Polsce dziewczyna jest gościem, i to rzadkim- jest nie lada osiągnięciem) piętnastoletnia Zofia, mieszkanka Tajpej, w którym trzęsie się znacznie bardziej niż u mnie, w zacisznym Kao.

Generalne przesłanie jest takie – nawet, jeżeli w wiadomościach trąbią o klęskach żywiołowych na Tajwanie – olejcie to. Prawdopodobnie nic wielkiego się nie stało…

 

Zdjęcia z plaży dołączę później…

 

 

Z wiadomości…

Dzisiejszej nocy ponoć coś się trzęsło. I to porządnie. Niestety, albo stety – przespałam, bo wyrąbana byłam jak koń po westernie wskutek długiego i pracowitego dnia, poświęconego z równym zaangażowaniem na naukę i pisanie wrednego testosa, jak i na zdobywanie nowych doświadczeń do opisania na blogu.

Info TUTAJ po polsku

Mój kolega pisał u siebie na blogu, że się solidnie wystraszył, bo w Kaohsiung trzęsienia ziemi nie są zbyt częste. A to było pierwsze i dosyć odczuwalne

Inny kolega stwierdził, że Hameryka znów testuje ten alaskański wywoływacz deszczu czy inną broń klimatyczną (HACCCCCCCPPPPP czy jakoś tak) i s..syn Bobama spać ludziom nie daje bo próbuje w Koreę trafić tym ustrojstwem. Fakt, ostatnio jak próbował, to w Japonię walnęło… Swoją drogą, celownik w tej wiatrowej machinie to mają chyba wybitnie made-in China, wybrakówka straszna. bo gdzie Tajpej a gdzie Phenian, zwany teraz Pjonggjangiem? 

A ja – w swoim bezpiecznie ustawionym łóżeczku ( w rogu pomieszczenia, bo materiał konstrukcyjny łamie się zazwyczaj w środku, zbieg dwóch lub więcej ścian jest bardzo bezpieczny) – przespałam jak niemowlak rzeczone wstrząsy. Wszyscy chyba kojarzą, że dzieci lubią jak im się wózek kolebie… Więc mnie też pokołysało na lepsze spanie.

Ogólnie rzecz biorąc, miejscowi nie spuszczali się specjalne nad nocnym trzęsieniem ziemi – poza tymi bliżej epicentrum, bo w Tajpej magnituda wyniosła 6stopni w skali Richtera. Ogólnie w stolicy ma się co trząść – zabudowa tamtejsza to wieżowce, wyższe wieżowce  jeszcze wyższe wieżowce i Taipei 101, który swego czasu zajmował zaszczytne stanowisko „najwyższego budynku świata”. Plotka i teoria spiskowa głosi, że zbudowanie tego ponad 50-0metrowego kolosa spowodowało zaburzenie struktury geologiczno-tektonicznej etc, i właśnie dlatego, z powodu błękitnego giganta sterczącego w krajobrazie niczym reklama pewnej bardzo znanej błękitnej pigułki, widocznego w promieniu 40 km i z kosmosu też – telepie się bardziej. Co wrażliwsi koledzy wspominali, że pierwsze tygodnie na Pięknej Wyspie spędzili dreptając pomału na szeroko rozstawionych nogach, ostrożnie stawiając kroki i asekurując się parasolkami i kijkami – bo po asfalcie i betonie chodziło się jak po galarecie…

EDIT – trzęsło się nie w nocy, a w biały dzień. I nic nie zuważyłam! jestem chyba wyjątkowo odporna… 

 A ku pokrzepieniu serc – jeszcze jeden atykulik, którym się od wczoraj podniecają tajwańscy koneserzy fotografii i podróży - historia jednego aparatu z Hawajów


Windsurfing

Moja koleżanka TangXin pochodzi z małych wysp Penghu, położonych u wybrzeży Tajwanu, składających się na terytorium Republiki Chińskiej, ale stanowiących coś w rodzaju administracyjnego o pewnej autonomii i odrębnej kulturze. Na przykład objawiającej się umiłowaniem do owoców morza i brakiem wstrętu do spacerów…

TangXin stęskniona za swoją wysepką postanowiła zrobić rodzicom niespodziankę i korzystając z przedłużonego weekendu (po opisywanych przeze mnie szkolnych urodzinach studenci dostali bonus za niedzielne aktywności w postaci wolnego poniedziałku) i w tajemnicy zakupiła bilet, poleciała i zameldowała się w domu o 15. Ponieważ nikogo nie było, wzięła skuter i pojechała odwiedzać kolegów… Do domu wpadła mama – zarejestrowała brak jednośladu i spanikowana zadzwoniła do ojca, a o mało co nie wezwała policji. Wszak na takiej wysepce, w niewielkiej wioseczce kradzieże zdarzają się sporadycznie, jeżeli nawet nie wcale. A tu prosze, ktoś bezczelnie zadziobał skuterynkę! Spod domu!

Afera koperkowa nabierała polotu, kiedy pojawiła się znienacka kochana córeczka, robiąca swoim rodzicom niespodziankę – i sprawa ucichła… A teraz smutna refleksja – tu nie ma miejsca na okazywanie uczuć. Rodzice nie przytulają dzieci (poda pełzającymi po podłodze niemowlakami), nie całują, nie ściskają, nie chwalą, nie mówią,że są z dzieci dumni ani że je kochaja. Miłość i troskę wyrażają poprzez niustanne opeery i stawianie wysokich wymagań. A gdyby dzieciak znienacka oznajmił im, że ich kocha albo przytulił, wysłaliby go chyba do egzorcysty.

Czy wpływa to negatywnie na rozwój emocjnalny? Jakoś po moich znajomych tego nie widzę, szczerze mówiąc mają większy szacunek do rodziców niż nasze utrzymywane w podusi miłości bezgranicznej, bezstresowo chowane potwory. Starają się wielokrotnie bardziej niż znane mi polskie nastolatki, które na wszytsko kładą lagę (bo mama i tata tak czy siak kocha i wybaczy). Stają na głowach, aby rodziców nie zawieść – nie ma awantur w stylu „nienawidzę was” „rujnujecie mi życie”, buntu młodzieży jako takiego też nie ma…

A teraz o windsurfingu. Kochana Tang, wyposażona przez mamę w zapas żywności i lokalnych przysmaków dopadła mnie u wejścia do klasy, wcisnęła do ręki pudło z „czarnym ciastem” koloru karmelowo-brązowego i zakomunikowała, że ma mi tyle do powiedzenia na lanczu. A na lanczu pokazała mi zdjęcia ludzi z „mojego kraju”, którzy przybyli na jej wysepkę z okazji Mistrzostw Świata w Windsurfingu Juniorów. A potem z duma oznajmiła, że wiedziała, która flaga jest moja i nawet zrobiła sobie zdjęcia z surferami z mojego kraju (miedzy innymi). Następnie z jeszcze większą radością i ekscytacją poinformowała, że jeden reprezentant mojego kraju wygrywa jak dotąd (mówiła She, ale chińsko-języczni notorycznie mylą rodzaj męski i żeński, więc nie należy deklaracji cudzej płci brać poważnie i sprawdzić co ów he/she naprawdę ma … no, wiadomo gdzie).

A chwilę później – że ona też chce spróbować bo to taki cool sport… Good luck Tang, biorąc pod uwagę ze nie umiesz pływać, a na siłowni maszynki do kształtowania mięśni ramion omijasz szeroooookim łukiem :D trzymam jednak za nią kciuki, bo Tajwańczycy to fajny naród, uparty i wytrwały w dążeniu do celu. A polska ekipa juniorów faktycznie rozgrywa zawody na Wyspach Penghu, do końca tygodnia. I Polak, Paweł Tarnowski jest na czele stawki. Trzymam zatem kciuki

A teraz njus z ostatniej chwili. Miałam trzęsienie ziemi. Tu się trafia czasem, jak to w rejonie aktywnym sejsmicznie – znowu znienacka roztelepał mi się telewizor ustawiony na lodówce. I zanim załapałam co się dzieje – przestał się telepać. I całe szczęście, bo mógł spaść i się rozbić ( a ja musiałabym sprzątać….). Mało kto zarejestrował to doniosłe zdarzenie, więc myślałam, że to może jakieś roboty drogowe lub cięższe auto, ale Żorżetta telefonicznie mi potwierdziła – tak, to było trzęsienie. Phi, jakieś takie małe/cytat/

Faktycznie, w lutym i czerwcu było gorzej:


http://losyziemi.pl/tajwan-silne-trzesienie-ziemi-57-km-od-kaohsiung-magnituda-5-9/

a jak takie większe ( ale nie z tych super mocnych) wygląda?



Należy wówczas w tempie natychmiastowym udać się na zewnątrz i nie wracać do domu, spać na ulicy – póki nie uspokoją się i wstrząsy wtórne. Póki co – śpię spokojnie, nic się nie trzęsie, chmur zwiastujących wstrząsy (owszem, istnieje takie coś, system naturalnego ostrzegania sejsmicznego) nie zauważyłam.

Co zrobić, kiedy miska z pierogami niespodziewanie ucieka sprzed nosa?

Tajwan leży w pasie aktywnym sejsmicznie, więc raz na czas trafia się większe trzesienie ziemi. Mniejsze zdarzają się właściwie ciągle, więc miejscowi je ignorują. Właściwie jak dotąd raz zdarzyło mi się zarejestrować jedno odczuwalne, ale- jako osoba pochodząca ze stabilnego tektonicznie kraju – zupełnie nie wiedziałam, co się dzieje.

A było to tak. Siedzę wraz z Kasiko w makaroniarni, wcinam swój pseudorosołek z makaronem i zielonymi pierogami, i nagle czuję, że miska mi się przesuwa. Więc groźne łyp na Kasiorka, czemu kopie w stoliczek i zabiera mi tym samym makaron spod pałeczek???Przecież i tak niezbyt biegła jestem w sztuce dziamdziania patyczkami, i mi spada, a tu taki paskudny numer głodnemu wycinac?!? Skandal!!! Czytaj dalej