Pieskie życie na Tajwanie II – bo pies też człowiek

Pokazywałam Wam już psy:

Jadę na wakacje! – wstęp do peanu o tajwańskich kolejach

Zimnym * porankiem zawlokłam się na pociąg HSR rozpocząc moją wielką wakacyjną przygodę.

Może i ekscytuję się jak dziecko, ale takich wakacji już od dawna nie miałam. Niby mój pobyt na Tajwanie to jedne wielkie wakacje – ale wymarzyłam sobie prawdziwe wakacje pod palmą, pedalskie rybki i mleko kokosowe sączone w hamaku, oraz białą plażę, i smagłych, umięśnionych surferów z zabójczo białymi zębami – a nie te chude wypłoszowate egzemplarze klasycznych pizdetów z krzywymi nogami i zaawansowaną próchnicą, których los zsyłał mi na czarnej plaży Sizihwanu… Czytaj dalej

Pojazd bojowy wielozadaniowy – o tajwańskich skuterynkach mowa

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy zaraz po wyjściu z klimatyzowanego wnętrza lotniska Kaohsiung – to ruch uliczny. We wczesnowieczornym zmroku błyszczała rzeka świateł, sunąca ulicą…

Ale – dźwięk był jakiś inny niż w Polsce, taki bardziej bzycząco- pierdzący.

Ze zdumieniem mój mózg przetrawił informację o hordzie wszędobylskich jednosladów śmigających z każdej strony, zwinnie, płynnie i szybko, w każdym możliwym kierunku i każdej strony… Czytaj dalej

Mopliki i pierdziawki kontra zdobycze techniki, czyli o komunikacji w mieście

Po mieście poruszam się na piechotę, co budzi zdziwienie Tajwańczyków, którzy preferują transport mechaniczny. Anegdota mówi, że do najbliższego 7/11 jeżdżą na skuterkach… Jest to o tyle interesujące i budzące moje zdziwienie, bo:
1) seven eleven albo inne convinient stores są rozlokowane co około 500 m (ja w zasięgu 3 minut marszu mam przynajmniej 2 sztuki 7/11 i 1 Family Mart)
2) zaparkować pod takim sklepem zazwyczaj jest równie łatwo co w Galerii tuż przed gwiazdką albo świetem narodowego grillowania
3) convienient store to nie Makro, więc kupuje się tam rzeczy proste i potrzebne akurat teraz, typu przekąska, kawa, ciastko, prezerwatywy, papierosy i alkohol. Siat dźwigać nie trzeba…

No ale potrafię się wytłumaczyć, pokazuję moje śmieszne bujane butki MBT i wyjaśniam, że chodząc w magiczny sposób trenuję mięśnie i dbam o linię (dbanie o linie jest narodowym sportem Tajwanek). A że linię jeszcze mam całkiem niezłą (TFU TFU!!!) to jest to wytłumaczenie, które przyjmują ze zrozumieniem i łykają jak młode pelikany farmazon o 200m spaceru mogącym wyrzeźbić ciało bogini.

Tytułowe pierdziawki to skuterki, alias -podstawowy rodzinny środek komunikacji. Ze względu na klimat – całoroczne, tanie w utrzymaniu i tankowaniu (paliwo tu kosztuje ok 3 zł/litr, a za piątaka to można jeździć i jeżdzić). Co można takim skuterkiem przewieźć? Ano
- 4 osobową rodzinę
- mamę z dziećmi i zakupami
- psa rasy labrador wraz z właścicielem ( i przy okazji zaliczyć spacer, który wygląda tak: pan na skuterze jedzie chodnikiem 5km/h a pies na smyczy biegnie koło skutera jakieś 100 – 200 m po czym wskakuje na skuter i można wracać. A na skrzyżówaniu podczas postoju można od razu psie siusiu z kupką załatwić – stąd też konieczność uważania na pola minowe w okolicy świateł)
-parasol ogrodowy i drabinę
- wyposażenie przenośnego warsztatu wulkanizacyjnego
i wiele wiele innych.
Na skuter trzeba mieć prawo jazdy, choć mnie jako białasa nikt o to nie pytał kiedy takowy wynalazek wypozyczałam. Ale żeby jeździć po Kaohsiungu skuterem musiałabym być zdecydowanie bardziej w głowę walnięta niż jestem,konkurencja porównywalna z jazdą rowerem po Igołomskiej od Kombinatu na Pobiednik. A ja kocham życie!!)

Moplik to taka mała ciężaróweczka, troszkę większa od melexa, będąca tu powszechnym środkiem transportu cargo. Normalne ciężarówki też się znajdzie (wielkości Stara czy Jelcza, a TIRów nie widziałam, ale należy pamiętać, że mieszkam w mieście). Era miniaturyzacji objęła tu prawie wszystko – bo roboty drogowe robione są naszymi BobCatami, takimi jakie u nas stosuje się do kopania rowów na działkach podmiejskich. I co ciekawe idzie im to szybciej i sprawniej niż u nas z pomocą cięzkich sprzętów.

Po mieście na dłuższe dystanse poruszam się autobusem, z klimatyzacją! i urzekającą dekoracją wnętrza.

Autobusy jednakże mają jedną wadę – jeżdżą powoli i na okrętkę, grzęznąc w korkach, więc aby przebić się na przykład nad morze albo na lotnisko, albo ogólnie gdzieś dalej, należy skorzystać z metra (MRT), nowoczesnego i ładnego, z podwójnymi drzwiami – szklane tafle odgradzają tory od peronu i rozsuwają się po zatrzymaniu pociągu, anonsowanego stosowną melodyjką. MRT ma jedną wadę – nie wolno w nim jeść, pić, żuć gumy (za to mnie solidnie jakiś pan opieprzył, aczkolwiek mogło się skończyć karą rzędu 500 zł), a z zalet – ma zajebiste stacje, niektóre z witrażami, mozaikami, wodospadami i innymi atrakcjami – serio, aczkolwiek poziom artystyczny zupełnie inny niż w Moskwie.

Aga pytała mnie, czy nie ma sapiących dziadków i hanterskich babć. Są. To znaczy – starsze chińskie panie, może i lekko przyślepawe i gabarytowo zbliżone do krasnala, pogarbione i pokręcone wiekiem- potrafią perfekcyjnie wyczaić wolne miejsce na drugim końcu autobusu i podreptać tam krokiem gejszy w tempie, jakiego nie powstydziłby się Ben Johnson, albo inny sterydowy sprinter z Jamajki. A to że tutejsi nie mają obciachu z charkaniem i popluwaniem, to inna bajka, idzie się przywyczaić (a niedługo chyba zacznę im wtórować).  Z kolei śmierdzieli innych bezdomnych rozsiewaczy feromona nie zauważyłam. I jak dotąd nie spotkałam też żadnego natrętnego Rumuna co będzie grał na harmonijce i zawodził o dwadzieścia groszy na mleko i bułkę.

Ogólnie muszę przyznać – Polska unijno europejska znowu daje ciała po całości…

A na zakończenie – taka właśnie dekoracja autobusu powitała mnie, gdy przyleciałam tu 14 września.