Tajwańska zima – czyli jak poradzić sobie w zwrotnikowych zawiejach śnieżnych…

Ten wpis powstał w ramach projektu Klubu Polek na Obczyżnie. Dziewczyny z całego świata opowiadają, jak radzą sobie z mroźnym czasem w roku (a ponadto co drugi dzień straszą lub bawią loklanymi smaczkami i historyjkami). Jeżeli chcesz poczytać, jak oswoić zimę w na przykład Finladii, Norwegii, Singapurze, Tajlandii – zaglądaj na blogową listę TU (kolejne wpisy będą pojawiać się w miarę ich publikowania).

Zima na Tajwanie… jak tu sobie z nią poradzić? Ano, najlepiej jak mogę – czyli ubiorę się w szorciki, wysmaruję filtrem żeby mnie nie poparzyło i pójdę na plażę obserwować postępy Młodocianego w trudnej sztuce radzenia sobie z deską surfingową.

Ewentualnie jeszcze jak mi za bardzo przygrzeje to się wytaplam w morzu, albo kategorycznie zażadam zabrania mnie natentychmiast na lody. Bo zima na Tajwanie zazwyczaj wygląda tak….

Styczeń w Kending, w Muzeum Oceanu Czytaj dalej

Koale letnie i zimowe – nowe odsłony Koala no Machi, plus inne słodycze

Jakiś czas temu prezentowałam uchachany nadziewany wytwór produkcji japońskiej – czyli Lotte, Koala no Machi, „Maszerujące Koale”(>>KLIK<<) prosto z Japonii.

Niektórym w Polsce było nawet dane nacieszyć się ich boskim smakiem (no dobra, przesadzam, ale złe nie były) i nadziwić niepowtarzalną szatą graficzną każdego miśka z osobna. Dziś w sklepie odkryłam zaś inwazję Koali w ilościach hurtowych i nowych smakach. Czytaj dalej

Godni następcy misiów Haribo – japońskie Misie Koala i inne tajwańskie słodycze

O moim grzesznym upodobaniu do słodyczy wie chyba każdy, kto miał pecha mnie gościć. Na widok słodkiego tasiemiec w mym wnętrzu wije się i skręca, a ja pomna zewu żołądka spiętego na krótko z mózgiem zaczynam się ślinić i ogólnie zachowywać w sposób nieprzystający tzw pannie z dobrego domu, którą poniekąd jestem.

Na piedestale stoją – raffaello, krówki, żelki-malinki oraz takie nadziewane, sprzedawane w półkilowych torbach w Lewiatanie, a ponadto czekolada nadziewana i misie Haribo. Których to przysmaków na Tajwanie niestety nieco jakby bardzo brak. Mocno brak, w dodatku.  Czytaj dalej

Włoska załamka

Mój japoński kolega Keisuke lubi swoją kuchnię narodową. Wcina suszi oraz lepko- śmierdliwe natto ze sfermentowanej soi zanurzonej w glutowatym sosie własnym, kitkaty o smaku zielonej herbaty i inne wynalazki z Kraju Kwitnącej Wiśni. No dobra, kitkaów nie wcina – bo stara się żywić zdrowo i odpowiedzialnie. Więc zamiast czipsów o smaku pepsi i innego fastfooda przeżuwa natto.

Natomiast gdy raz na czas nachodzi go ochota na coś egzotycznego i niezwykłego, czego nigdy by nie zjadł u siebie w Tokio – korzystając z rozlicznych delegacji rzucających go po całym świecie nieskolonizowanym dotąd przez osadników z Imperium Wschodzącego Słońca – udaję się do japońskiej restauracji w takiej na przykład Moskwie. Czytaj dalej

Lody w stylu Yabba-dabba-doo!

Tajwan powitał mnie wczesnojesiennym ochłodzeniem – czyli polskim lipcowym skwarem, który nie sprzyjał czemukolwiek. Nawet spać się nie dało, nie mówiąc o jedzeniu.

Do upału dołączyło przestawienie czasu – na +6 godzin, czyli o śniadaniowej 8 rano dla mego żołądka był wciąż środek nocy, o obiadowej 14 – właśnie nabierałam ochoty na jakiegoś tościka, za to około północy fanaberie soków trawiennych niemal wysłały mnie na poszukiwanie czegoś z ziemniaczkami i koperkiem…

Jedyną rzeczą, którą łasuch Majia może pochłaniać w ilościach gargantuicznych o każdej upiornie parno-gorącej porze dnia, nocy, poranka i wieczoru – są lody. Tajwańskie lody (definicja już kiedyś tu była >>KLIK<<) – to coś bardziej w kierunku sorbetu niż klasycznych włoskich/gałkowych/kręconych/na patyku, z dodatkami dziwnymi bardzo lub nieco mniej. Znając moje upodobanie, Młodociany wyciągnął mnie do portu, na „lody muszlowe” – seashell shaved ice.

Czytaj dalej

Smak świeżych truskawek w grudniu

… bo w grudniu zaczyna się na Tajwanie sezon na świeże truskawki, dla których „zimowe” temperatury są bardziej odpowiednie (takie rzędu 20-25-28 C). Sezon trwa do kwietnia mniej więcej, zastępuje go najbardziej elektryzujący wszystkich Tajwańczyków i większość expatów (to takie ładne słówko nazywające imigranta z zachodu, ci bardziej lokalni to robotnicy i pod takim hasłem się o nich pisze w mediach. Expat ponoć ma powiązanie ze słowem expert, i zarezerwowane jest dla białych lub pochodzących z zachodu obcokrajowców) – sezon na mango.

Mango jest dobre. Nijak się ma do smaku tego czegoś co pływa w jogurtach o smaku mango marakuja, ale w związku z tym nie narzekam. Odmian mango na Tajwanie jest trzy wiodące plus jakieś poboczne – wielkie niemal jak cukinia żółte mango odmiany złotej, mango czerwone wielkości sporego jabłka lub grejpfruta oraz „dzikie” mango dające niewielkie owoce zbliżone gabarytowo do jajka, w kolorze zielonym i o nieco cierpkim smaku. Według chińskiej medycyny mango (podobnie jak banan) jest owocem- śmieciem, bez żadnego cudotwórczego działania na jakikolwiek organ i nie warto sobie zaprzątać głowy oraz angażować żołądka w trawienie takiego bezwartościowego szmelcu dietetycznego tylko dla samych walorów smakowych. Aczkolwiek rozpasanemu hedonizmowi degustatorskiemu oddaje się cała masa Tajwańczyków, wierzących tym razem w zachodnie tabelki i wykresy z zawartością witamin i mikroelementów. No i takiego bananka dobrze jest zakąsić po nawet niezbyt sutym posiłku, szczególnie podczas diety – bo jak to ładnie ujął Młodociany – świetnie wpływa na jakość i konsystencję „brownie”.

Tajwańczycy nie mają szczególnego oporu przed otwartą rozmową o czynnościach fizjologicznych. Na porządku dziennym są teksty – podczas wspólnych posiłków na rozmaitych szczeblach – idę siusiu lub idę na kupkę (poo -poo). Młodociany po solidnej zjebce w stereo (ja i Irek, i dopiero wtedy uwierzył, że ” W Europie nie informujemy w jakim celu i z jaką potrzebą udajemy się w ustronne miejsce, bo to nie wpływa dobrze na trawienie współbiesiadników) ogłasza z szelmowskim uśmiechem – idę zapudrować nosek, aczkolwiek czasem się mu w ferworze dyskusji wypsnie jakiś niezbyt apetyczny detal… W każdym razie, banan dobrze wpływa na pudrowanie noska, potwierdzam.

Z egzotycznych owoców mamy tu szeroooki wybór.

Są mangostany – niestety, nie odważyłam się zjeść kiedy były w ofercie sklepu, a teraz  żałuję. Owoce podobne nieco do fioletowej mandarynki albo przerośniętej borówki, ewentualnie pokracznego mini bakłażana są bowiem „niezrównane w smaku” i mają stanowić antidotum na wiele chorób oraz opóźniać starzenie. Pożyjemy, spożyjemy zobaczymy…

Jest rodzina „smocza” -smocze jajo, smocze oko i spokrewnione z nim liczi oraz rambutan

Smocze jajo wygląda jak… smocze jajo w płomieniach :D. W środku kryje miąższ w kolorze intensywnego buraczka lub bieli, w wypadku czerwonej odmiany zjadliwy, troszkę gruszkowy w smaku, w wypadku białej bardziej mdło nijaki. Pesteczki w tym owocu mają również korzystny wpływ na pudrowanie noska :D Niestety minus jest taki, że smocze jajo jest bardzo soczyste – i do konsumpcji, zwłaszcza prosto z krzaka – warto się rozebrać, bo fioletowo-fuksja-róż plamy ciężko doprać. Właściwie chyba wszystkie owoce najlepiej spożywać w możliwie skąpym stroju, bo są soczyste i ciekną oraz pryskają… Ostatnio oddaję się konsumpcji siedząc po pas w morzu, w lodówce ze styropianu mam zimne owocki, nóż i słodką wodę – gdyby mi fala zachlapała przekąskę… Sybarytyzm w pełnej krasie.

Smocze oko (longan) i liczi są podobne, smakują też dość podobnie – longan jest mniejszy i słodszy. Różnią się – skorupką, nasionkiem w środku. Rewelacyjny do konsumpcji podczas oglądania filmów :D Rambutana widziałam w sklepie, ale stwierdziłam, że za drogie to kudłate liczi, więc sobie odpuszczę tym razem Poczekam, aż potanieje. Młodociany odmawia pomocy w szukaniu wersji „dobre i tanie”- a jestem pewna, twierdzi, że nie bierze do ust czegoś, co smakuje jak sutek (zamarłam, przytłoczona ta obrazową metaforą, ale pytanie – czyj sutek nie doczekało się odpowiedzi…) i nie pomoże mi w konsumpcji tego paskudztwa w żadnej odmianie, bo czuje się za mnie i mój żołądek odpowiedzialny.

Kolejna rodzina to rodzina religijno-anatomicza: „głowa Buddy/czapka Buddy” (nie wiem czy mówią na to Buddha’s hat czy Buddha’s head) i „ręka Buddy” czyli Buddha’s hand.

Czapka Buddy to zielona choinko-szyszka, nieco miękka, przed spróbowaniem przywodząca skojarzenie z czymś cierpko-zielono-twardym, typu guawa, niedojrzałe jabłko, niezbyt soczysta i słodka gruszka.  Może dlatego, że owoc nie wygląda zbyt imponująco, opatulony w piankowe siateczki, chroniące przed pognieceniem? Młodociany skrzywił się wydatnie, gdy sięgnęłam po jasnozieloną nowość i odmalował przede mną apokaliptyczną wizję obrzydliwego smaku i walki z mdłościami, więc odłożyłam kusiciela precz. Całe szczęście tydzień później TangXin poczęstowała mnie czymś z lekka paciajowatym, ale cudownie słodko-waniliowo- deliktanie -pysznym. I to własnie był dojrzały owoc po polsku zwany arcyapetycznie Flaszowcem łuskowatym. Już się rozpędzam, kupując przysmak o tak zachęcającej nazwie…

Rękę Buddy podobno da się spożyć i podobno smakuje trochę mandarynką. Nie próbowałam, widziałam raz w świątyni dziwacznie powykręcany owoc i zaciekawiło mnie -co to. Młodociany próbował to we mnie wmusić, ale obgryzanie własnych paluchów mnie odrzuca, a co dopiero cudzych… Pachnie w każdym razie ten owoc przyjemnie – jakby pigwą a odrobinę cytryną. kto wie, może się skuszę?

Aczkolwiek – tęsknię za – normalnym jabłkiem (tu raczej występują tylko nowozelandzkie zielone modyfikowane genetycznie, kosztujące zdecydowanie za dużo i absolutnie niesmakowite), gruszką, wiśnią, czereśnią, maliną (niedługo minie rok od kiedy wraz z Joanną zbierałam maliny na działce jej dziadków i jadłam do obrzygu,aby sie nie zmarnowały gdy wylecę…), borówką… A ostatnio opętała mnie ochota na poziomki, ze słomki, koniecznie spożyte w hamaku, podczas czytania książki wakacyjnej… I za koperkiem!

Zadbaj o swoją przyszłość i wyniki w nauce, obywatelu!

Chińczycy mają regularnego jobla na punkcie pieniędzy, bogactwa, awansu itp. Nie ma tam zbyt wiele miejsca dla wolnych ptaków niebieskich, ścieżka kariery jest wytyczona chyba od momentu poczęcia (a czasem i przed, w wypadku par starających się o dziedzica w grę wchodzi nawet odpowiedni azymut łożnicy w sypialni, tudzież dieta przyszłych rodziców, wystrój pokoju do igraszek, pozycja gwiazd, potencjalny horoskop noworodka – i Polki monitorujące cykl owulacyjny śmią marudzić na skomplikowanie procesu „robienia” tak aby trafić w jajeczko…). No i oczywiście zakłada – odpowiednie wykształcenie. Zdolny robotnik to nie człowiek sukcesu, studia gwarancją kariery, bez szkoły to nie ma rozmowy i basta. Chłoporobotnicy to robili karierę za towarzysza Mao, teraz na topie nawet u komunistów jest kombo rewolucyjnej przyszłości dziadka, partyjnej synekury rodzica oraz zagranicznych studiów pacholęcia.

Ponieważ edukacja jest na Tajwanie płatna (także ta podstawowa, i to nie są pieniądze typu komitet rodzicielski i wycieczki, na co marudzą polscy rodzice, tylko regularne czesne płacone co miesiąc, czasem obniżane lub częściowo umarzane w wyjątkowych okolicznościach), wybór odpowiedniej szkoły jest zmorą rodziców i dzieci. A warunkiem przyjęcia, oprócz kryterium portfelowego – są oczywiście rezultaty osiągane w centralnych i lokalnych egzaminach, odbywających się co pół roku, rok, dwa lata…

Co więc mogą zrobić oszalali rodzice oraz będące pod stałą presją dzieci? Ano, bunt nie wchodzi w rachubę, polskie „odwalcie się, moje życie etc” jest tu mocno nieprawdopodobnym scenariuszem. Mogą więc dzieci ćpać amfetaminę (co robią, ale niezbyt nagminnie, raczej niszowo i pokątnie), uczyć się wieczorami w buxibanach (będących zorganizowanym odpowiednikiem polskich korepetycji), uczyć się po nocach na własną rękę dodatkowo, oraz ubiegać się o pomoc boską i metafizyczną, niezależną od nauki.

Pomocy boskiej udziela mistrz Konfucjusz oraz bożki Dao (w szczególności Bóg Kultury i Literatury Wenchang Wang), plus rzecz jasna – w tradycji Dao także i przodkowie.

Świątynia Konfucjusza w każdym mieście przeżywa oblężenie w sezonie egzaminacyjnym, i zbija kokosy na sprzedaży kadzideł oraz pieniędzy do spalenia (god’s money). Podobnie ma się sprawa ze świątyniami Dao, należy złożyć ofiarę w pieniądzach zwykłych, owocach, ewentualnie wykupując świeczkę/ żarówkę w wielkich kolumnach obracających się przy ołtarzach i zbierających energię z modlitw ogólnych na poczet wzmocnienia szczęścia tych, których stać było na wykupienie tego poczesnego miejsca. Ponadto należy oblecieć cały kompleks świątyni z kadzidłami, przed każdym ołtarzykiem skłonić się trzykrotnie, przedstawić urzędującemu na tymże ołtarzyku bogu i wyłuszczyć mu swą prośbę. Można po polsku, boski sekretariat obsługuje bowiem ponad 100 języków, więc i języki Unii Europejskiej ma obcykane (tak mi powiedział wolontariusz świątynny, kiedy go spytałam po jakiemu mogę swe prośby pokorne zanosić i pytać o wróżbę). Oprócz kadzidełek w kadzielnicach, pali się też w wielkich piecach pliki papierowej gotówki w boskich nominałach.

Co bardziej dbający o swe powodzenie, mogą spisać prośbę wraz ze szczegółowymi danymi, pod które należy wysyłać boskie wsparcie… Ale! Nie wystarczy imię i nazwisko czy szkoła i klasa! W trosce, aby nadprzyrodzony czynnik nie wsparł czasem kogoś innego, podaje się i rysopis, i nawet miejsce, zajmowane podczas klasówki czy egzaminu, plus rzecz jasna czas egzaminu z dokładnym adresem! Karteczkę należy przywiesić w możliwie łatwo dostępnym i widocznym dla boskiego oka miejscu.

Na tym zdjęciu wypłosz Młodociany w ostatniej klasie szkoły średniej wiesza zbiorowe błaganie o powodzenie podczas egzaminu dojrzałości na kłach smoka pilnującego wejścia do miao, czyli taoistycznej świątyni. Jako przewodniczący klasy miał taki moralny obowiązek, jako osobnik z drastyczną niedowagą był predestynowany do wygibasów na karkach współwyznawców :D. Niestety, jemu boska interwencja się nie trafiła, albo był zbyt leniwy i zjadł za mało pierożków (o tym za chwilę), summa summarum, na państwową uczelnię techniczną się nie dostał, i miał wybór albo wysoko notowanej w rankingach prywatnej Wendzarni albo podrzędnej państwowej szkółki w mniejszym mieście – ale sam przyznaje, że akurat w ostatniej klasie Senior High to miał w głowie tylko koszykówkę i ewentualny wyjazd do USA, żeby tam grać.

A teraz bardzo ważna rzecz, czego nie spożywać a co wpierniczać niczym małpa kit, wypychać w żołądek po migdałki!

* Nie powinno się jeść wołowiny, bo buddyści i taoiści mają krowiego boga, wychowanego przez krowy, i za spożycie mamy-żywicielki ów bóg srodze się zemści… Inna sprawa, że Tajwańczycy wołowinę jadają niezbyt chętnie, chyba podobnie jak Polacy koninę, nie ze względu na zakazy religijne, ale tabu obyczajowe, bo krowa lub wół były żywicielem całej rodziny, orały ziemię, dawały mleko, woziły do miasta towary na handel… Więc – od steków wołowych i hamburgera – ręce i kubki smakowe precz!

* W dowolnych, zdecydowanie za wielkich ilościach można zajadać się cebulą i szczypiorkiem, gdyż jego nazwa 洋葱 (Yángcōng) brzmi podobnie do 聪明 (Cōngmíng) czyli sprytny, mądry. Chińczycy nie cierpią z powodu cebulowych beknięć, bólu brzucha, wzdęć i innych dolegliwości powodowanych przez to szlachetne warzywo. Nie wspominając już o odorze wydalanym paszczą po spożyciu, który im absolutnie nie przeszkadza i właściwie niestosowne jest krzywienie się na takie cebulowo- czosnkowe zionięcie, bo przecież – to normalne, i o co chodzi… I właśnie o tą cebulę mi najbardziej chodziło w posiłku przedegzaminacyjnym autorstwa Młodocianego, on zaś zupełnie nie potrafił zrozumieć, czemu ja mam jakieś ale?

* wskazane jest spożycie baozi i zongzi, czyli takiej bułki na parze mięsnym/warzywnym farszem (wegetariański lepszy na egzamin, mięsny smaczniejszy) oraz pieroga ryżowego zawijanego w liście banana – jak dla mnie posiłek za karę, bo fanką kleistego ryżu nie jestem w nawet najmniejszym stopniu.

Dlaczego? Bo po chińsku包子(baozi) + 粽子(zhongzi) brzmią podobnie jak 包中 czyli sukces na egzaminie, przyjęcie do szkoły… I żeby było zabawniej – to właśnie placówki oświatowe, w trosce o swoich absolwentów i miejsca w rankingu – faszerują biedne dzieci tym paskudztwem oraz wiarą w przesądy (no dobra, u nas szkoły i przedszkola organizują topienie Marzanny a samorząd Krakowa za gruba kasę organizuje Noc Kupały, więc nie jesteśmy wcale lepsi… Ale na egzamin to u nas podają wodę i batoniki w liceum, a potem to chyba tylko kijem przez krzyż)

I tak pokrzepiony tym pysznym śniadankiem, człek idzie na egzamin, pije kawkę i pisze piorunem. W moim wypadku dlatego, że ostatkiem sił trzymałam żołądek na wodzy, a nie chciałam beknąć gromko na caaaaaałą salę, rozsiewając gęstą, zawiesiście zieloną chmurę o zapachu serowo-cebulowym… Choć ponoć – według Tajwańczyków, czkawka i beknięcia przynoszą szczęście, tłumić ich nie należy – a wręcz pieczołowicie dbać, by żołądkowe decybele niosły się po okolicy, głosząc dobrą nowinę dla karmy obywatela X.

Jak nas widzą… Alkohol a sprawa polska

Z okazji urodzin moje kochane tutorki/xiao laoshi – czyli małe nauczcycielki zabrały mnie do ośrodka życia towarzysko nocnego w każdej tajwańskiej mieścinie, czyli na tzw. night market/nocny rynek/夜市. Można tam kupić towary typu śledź mydło powidło plus sznurówki gratis – ale nie o zakupy chodzi. Chodzi o spotkanie się ze znajomymi w tętniącym życiem miejscu, rzucenie oczkiem na nowości bazarkowych kramów, wypicie herbaty z torebki

(zostałam ostatnio obdarowana czymś takim – pan pobełtał herbatę czarną z mlekiem w proszku, okrasił kilkoma kroplami rarytasu czyli mleka z kartonu,widowiskowo przelał z filiżanki nr 1 nad głową do filiżanki nr 2 na ladzie – i tak kilkakrotnie, po czym ! wlał do woreczka! wsadził rurkę! całość obwiązał gumką recepturką żeby się nie wylało! wsadził mi do zdziwionej łapki po czym zainkasował 5 zł… trochę dużo za bawarkę, której zresztą od dziecka nie znoszę, no ale za brak kompetencji się płaci, nie wiedziałam że tzw „herbata przelewana, mniam mniam pyszota” to właśnie bawarka i nie bacznie zgłosiłam gotowość spróbowania…)

zjedzenie: kulek z ośmiornicy/  gofrów z masłem/ lodowych kulek z galaretką/ nóżek kurczęcych z pazurkami/ steków/ jajka sadzonego z makaronem/ pseudo frytek ze słodkich ziemniaków/ słodkiej parówki nabitej na patyczek/ smażonych ciasteczek Oreo … i wielu innych

poszwędanie się, zrobienie sobie masażu (na oczach wszystkich przechodzących dookoła), zrobienie sobie pedikiura (również na oczach wszystkich przełażących obok), postrzelanie pistoletem na małe plastikowe kuleczki do oddalonych o metr balonów (są tak zwichrowane, że wcale nie jest łatwo trafić)………………………………….. i jeszcze długo można wymieniać

W każdym razie jednym z punktów programu było kupienie mi prezentu – ale żeby były korzyści edukacyjne, to sama miałam się o ten prezent targować :D No i pan sprzedawca patrząc na mój ryjek biały jak ściana kredowa (sumiennie smaruję się kremem SPF50, whitening effect – bo kupiony już tutaj, po tym jak mnie zwrotnikowe słoneczko lekko poparzyło) rozpoczął zwyczajowe

Ni szy mejgłorzen ma?/你 是 美國人嗎 ?/czy jesteś amerykanką – jak 80% białasów i obcokrajowców tutaj?

Zgodnie z prawdą powiedziałam mu że jestem biedną studentką z Polski i że bardzo lubię Tajwan i dlatego przyjechałam tu już drugi raz… i bardzo podoba mi się bluza z jelonkiem bambi, ale niestety jest za droga bo Polska to kraj biedny i ja też nie mam  aż tyle pieniędzy…

Pan popatrzył mi w oczy, podrapał sie po nosie, głową pokiwał i pyta:

zaj bolan siendzaj hen len ma? /在 波瀾 現在 很冷 嗎 ? / W Polsce teraz jest zimno? (patrząc wymownie na moje gołe ramionka plus tęskne spojrzenie na cieplutko wyglądającą bluzę z jelonkiem)

Z przejęciem patrzę na pana, bo nawet kojarzy kraj między Niemcami (baoma=BMW) oraz Rosją (Rosji ciężko NIE kojarzyć, bo zajmuje pół mapy) a pan kontynuuje (już w tłumaczeniu)

to wy teraz alkohol pijecie… dużo bardzo dużo alkoholu

<ja wybałuszam oczy rumieniąc się ze wstydu>

pan – z miną człowieka oświeconego, do moich dziewojek przybocznych

bo tam w Kraju Falującej Orchidei piją ten alkohol 90% w zimie… Ani wody ani kawy, ani herbaty tylko ten alkohol, bo tam jest tak zimno…

Musiałam sprostować. Chyba uwierzył (byłam trzeźwiutka jak niemowlę). Ale opinia odpowiednia dotarła nawet tutaj. No cóż, ja ją nieco nadwyrężam, jak dotąd nie zanietrzeźwiłam się nawet minimalnie.

 

Bliżej do nieba

Z okazji zbliżającego się weekendu postanowiłam dać płucom odpocząć i ewakuować się w rejony górskie, gdzie powietrze nie zawiera aż tylu mikro i makroelementów, osadzających się szaro-czarną smugą na twarzy/meblach/oknach/wszystkim. Pojechałam odwiedzić moją koleżankę z zeszłorocznego kursu ( o nietypowej jak dla standardowej Polski znajomości z przekochaną Kokunią TU), siostrę porządku dominikańskiego (czy jak to się poprawnie zowie) Vicky Changcoco.

W zeszłym roku żyłam w przekonaniu, że Koko będzie pełnić działalność propagandowo-misyjną w aborygeńskiej wiosce i prowadzić pensjonat dla ludzi przygwożdżonych problemami życia codziennego. Ku mojemu zdziwieniu-okazało się, że Koko pracuje w czymś w rodzaju domu wycieczkowego/hotelu dla księży i ich trzódki, z marmurami i wodotryskami, zlokalizowanym na szczycie górki (bagatelka, jakieś 800 m npm, co to jest wobec tych okolicznych, ze średnią 1500m i tych wyższych, sięgających 4000m?), zaopatrzonym między innymi w wielki ekspres do kawy oraz inne dobra luksusowe w rodzaju kabiny prysznicowej (kiedy się zmobilizuję do wstawienia zdjęć z mojego również „luksusowego” jednoosobowego apartamentu w Kao, stanie się jasne dlaczego KABINA wywołuje we mnie stan krańcowej ekscytacji :D)

Znalazłam się bliżej nieba… Przez dwa dni rozwalałam się leniwie w zajebistym podwójnym wyrku, gdzie materac był dokładnie taki jak lubię (odrobinę miększy niż deska), pościel nakrochmalona i wyprasowana, poduszki twarde i ubite, do smu kołysał mnie chór cykad (ależ darły mordy! czy tam szeleściły tymi swoimi kończynami… 24/7, ani trochę ciszej w dzień czy w nocy…) a budziły poranne śpiewy Koko i Tulandi przy akompaniamencie gitary… Z minusów – musiałam się pojawić na mszy, w związku z czym idiom „siedzieć jak na tureckim kazaniu” zyskał synonim -”siedzieć jak na chińskiej mszy”… I co ciekawe, miałam instrukcję/alias listę dialogową/ alias ściągę w chińskim, pinyin i włoskim i dalej ni kumałam co ksiądz gada i kiedy mam się włączyć… Jedyne co rozumiałam to „jessu dzidu”…

Górę ZhengFu (co tłumaczy się jako Prawdziwe Szczęście/Błogosławieństwo) otaczają bambusowe gaje. I od razu mówię – ma się to nijak do tych zielonych patyków, jakie można kupić w IKEI. Bambus z bambusowego gaju ma jakieś 20-30 m wysokości, i faluje na delikatnym wietrze z niewyobrażalną gracją, a zielone listki na tle błękitnego nieba z oślepiająco białymi chmurami rysują się niczym koronka. I gdyby nie trzaskające skrzypienie takiego bambusa oraz upierdliwe komary, co wyczuły zagraniczną stołówkę i wpadły licznie na darmową degustację AB Rh+ Made in Poland – mogłabym u podnóża takowej kępki spędzić tyle samo czasu, co przy wodospadzie, z podobnym efektem odmóżdżenia i mysloodsiewni. Aczkolwiek nieco do myślenia dał mi pająk wielkości pięści, beztrosko rozpięty jakieś 10 m ode mnie, a potem metrowy niemal fragment wężowej skóry leżący w poprzek ścieżki… Tak, panno Madziu, tutejsze góry to nie bułka z masłem w rodzaju traktu na Morskie Oko… Po przejściu 200m, teren o małym nachyleniu i przeorany buldożerkiem oraz ubity – byłam mokra jak szczur kanałowy, w klatce piersiowej miałam zamiast serca wiewiórkę na amfetaminie i mroczki przed oczami (inteligentnie wybrałam się na spacerek koło południa… nie komentować proszę), ale widoki z pomniejszego szczytu warte wszystkiego…

W dodatku lokalny ksiądz, aby uhonorować moje stawiennictwo – zabrał nas na night market (o tej instytucji będzie osobna notka, bo to podstawa życia tutejszych!!!), zachęcił do spróbowania wszytskiego po trochu, w tym

* bananów – w rozmiarze chińskim :D serio, zowią się „finger bananas” i są esencją słodko-żółto- bananowej mniamniuśności, wielkości palca :D

*pomidorków koktajlowych, rozciętych i nafaszerowanych rodzynkiem (chyba do tego poprószonych odrobiną cukru trzcinoiwego, ale nie dam głowy) – dziwne połączenie, ale smakowite (po przekonaniu mojego mózgu i kubków smakowych, że pomidor to nie tylko z pieprzem, solą i cebulką na kanapce z serem białym)

* smażonych w głębokim tłuszczu -kawałków kurczaka, kalmara, kukurydzy, grzybów – i pieron wie czego jeszcze… Pyszne to było, pikantnie panierowane, aczkolwiek ciemności, uniwersalny kształt i panierka utrudniały nieco domysły

* lodów po tajwańsku… Lody tu to osobna śpiewka. Ze względu na gorąco, zwykłe śmietankowe czy sorbetowe nawet, są za słodkie i tak naprawdę nie chłodzą, a pobudzają pragnienie i po prostu ciężko się je wcina. I mówi to łasuch pierwszej klasy, czyli JA. Zamiast tego, sprytni i żądni słodkiej ochłody Tajwańczycy stosują patent:

owoce pokrojone w kosteczkę (taką grubszą),

tak samo pokrojona galaretka w ciekawych dla Europejczyka smakach (na przykład – kawowa, herbaciana…), pokrojony pudding (czyli budyń waniliowy, mleczny albo żółtkowy, serio jest taki smak! o konsystencji galaretki),

do tego kulka lub dwie lodów multismak – w mojej kulce była mięta, cytryna, wanilia, chyba truskawka, ułożone w kolorowe warstwy,

dżem,

albo sos owocowy,

albo syrop cukrowy,

i zwykły lód, alias mrożona woda, pokruszony i wsypany na spód, albo – w wersji wypasionej – drobno zmielony w śnieżek i nałożony w postaci kulek. Finito.

Tak wiem. Brzmi- egzotycznie. Ale stanowi zajebisty przysmak, zwłaszcza tak jak dziś, na ukoronowanie długiego, pełnego wrażeń dnia… Bowiem zaraz następnego poranka, bladym świtem, kochane siostry zapakowały mnie w samochód i troskliwie odstawiły do Kao, tak abym zdążyła na I lekcję o 8.10. :D

Prowadziła siostra Cięta Riposta Maribeth. I to jak!  zaraz po wyjechaniu z krętych wioskowych zaułasów, o szerokości pozwalającej przejechać autkiem ( ale piesi, skutery i autka z naprzeciwka mają już z lekka przeje…) – siostra depneła w gaz, przecięła skrzyżowanie na „późno-zielonym”, pognała w kierunku autostrady… i dopiero tam z tropu z lekka zbił ją dziwny brzęczyk. Brzęczyk rozlegał się kilkakrotnie, po osiągnięciu prędkości 120km/h… Przypominam, na Tajwanie limit prędkości w wysokości 100 km/h na autostradzie egzekwują liczne kamery i zakamuflowane autka policyjne, dlatego też kochana Panda prowadzi swoje auteczka jak ostatni pizdet, nie przekraczając 90…

A dlaczego Siostra Cięta Riposta? No cóż, zakonnica jest chyba ostatnią osobą, od ktorej spodziewasz się tekstu w rodzaju – ach, gdyby nie była zakonnicą, już dawno zjadłabym tego przystojniaka na podwieczorek… :D i zapewniam, nie był to jednostkowy wybryk, siostra Tulandi potrafi spointować dialog znacznie celniej niż ja :D