Pojazd bojowy wielozadaniowy – o tajwańskich skuterynkach mowa

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy zaraz po wyjściu z klimatyzowanego wnętrza lotniska Kaohsiung – to ruch uliczny. We wczesnowieczornym zmroku błyszczała rzeka świateł, sunąca ulicą…

Ale – dźwięk był jakiś inny niż w Polsce, taki bardziej bzycząco- pierdzący.

Ze zdumieniem mój mózg przetrawił informację o hordzie wszędobylskich jednosladów śmigających z każdej strony, zwinnie, płynnie i szybko, w każdym możliwym kierunku i każdej strony… Czytaj dalej

W Miesiącu Duchów nie będziemy kąpać się w morzu

Taki tytuł nosiła jedna z lekcji w podręczniku. No tak, pomyślałam – chińskie przesądy, niech ich drzwi ścisną z tym feng shui i innymi drobiazgami. Ale nie nabijajmy się z chińskich tradycji, bo u nas zabobonów i zwyczajów co niemiara…

Na przykład nie jemy mięsa w piątki (ale ryba to już nie mięso- co budzi głupawe uśmieszki buddystów. Bobrzy ogon, który porasta coś w rodzaju łuski – to także nie mięso, stąd potrawka z tych utalentowanych inżynieryjnie gryzoni – a raczej wyłącznie ich ogonów- była ważnym elementem postnej diety polskiej szlachty. Młodociany po usłyszeniu tego zaniemówił, powalony kreatywnym wegetarianizmem chrześcijan…), dzieciom na wózeczkach wiążemy czerwone kokardki w ramach ochrony przez urokiem, nie chodzimy pod drabinami, odpukujemy w niemalowane itp…

Ale – Miesiąc Duchów, czyli siódmy miesiąc księżycowy to czas szczególny w kalendarzu.

Czego zatem należy unikać w tym  okresie? Czytaj dalej

Kasiorka za mną chodzi – przygody z tajwańskim bankiem w roli głównej, z pomniejszym epizodem siekiery, topora i gromów

Wyjazd na Tajwan sponsoruję sobie sama – a do takowego sponsoringu potrzebne są – pieniążki kochane, rzecz jasna.

Waluta tajwańska zowie się wielorako, całkiem adekwatnie do zróżnicowanych określeń na małe wyspiarskie państwo (więcej na ten temat TU >>KLIK<<<). Czytaj dalej

Tajwańczyku, czemu nie śpisz po nocach? – słów kilka o nightmarketach

Co to jest nighmarket?

Ano…. to taki plac targowy, otwierany po zmroku. Czyli około jakiejś 18-19 czasu tajwańskiego (Tajwan z uwagi na swoje położenie bliżej równika ma znacznie mniejszą dysproporcję pomiędzy długością doby w zimie i lecie), gdy zapada szybka zwrotnikowa noc. O godzinnym podziwianiu zachodzącego słońca można zapomnieć, rach ciach- słoneczko chowa się za horyzontem i świat mrocznieje raptownie, niczym nakryty czarną płachtą. Czytaj dalej

Na Wyspach Bergamutach podobno jest kot w butach…

Widziano także osła, którego mrówka niosła … reszta dobytku tutaj KLIK. Z ukłonem dla Piotra Fronczewskiego, Jana Brzechwy i Pana Kleksa.

 A na Wyspach Penghu, znanych Europejczykom jako Peskadory?

Nazwę Penghu tłumaczy się jako „spokojne jezioro” – gdyż wysepki i wyspy rozrzucone są na kształt owalu. I gdy Cieśnina Tajwańska nie rozpieszcza spokojnymi wodami, burzy się i faluje – wewnątrz atolu woda jest błękitno-spokojna.

Atol – to wyspy koralowe. Z Penghu pochodzą słynne na Tajwan z przyległościami wyroby z czerwonych i białych oraz różowych korali, ponadto, rzecz jasna jak na krainę morską – wszelkiej maści i wielkości wyroby z ryb i owoców morza. Szłam plażą podczas odpływu – i oprócz stert wodorostów, deptałam też muszle i muszelki (kiedyś używane zamiast walut wymienialnych), miękkie koralowce, jeżowce oraz skamieniałe gałązki i mózgokształtne kamienie, a spod nóg pryskały mi kraby. Właściwie mogłam rozwiązać problem okolicznościowych gadżetów w trzy minuty, zbierając co bardziej pogięte wytwory głębin – ale nie wiem, jak celnicy w Hongkonu zareagowaliby na plecak wypchany kamieniami…

Idea odwiedzenia Peksadorów narodziła się z niczego… Ot, pewnego dnia posarkałam na czarny piach Siziwanu, co lepi się do wszystkiego i nie da się go zmyć, na krewetki w ryżu krewetkowym, widoczne chyba pod lupą lub w wynikach analizy spektrometrem, na wodę w której nie da się pływać, bo jest jak rosół ciepła i tłusta – i Syrenka Tang zapytała wprost: A może pojedziesz na moje wyspy? Drugi raz zapraszać mnie nie trzeba było…

Wypływaliśmy z Kaohsiung bladym świtem, o 8 rano, i żegnała nas ponura pochmurność potajfunowa, z deszczem, wiatrem i falami w bonusie. Przez moment istniała możliwość  że pomimo kupna biletów z klasie droższej (czyli leżanek na najwyższym piętrze, klasa tańsza to fotele upchane w czeluściach pokładu), przejścia przez kontrolę podobną do lotniskowej, z paszportami i bramką wykrywającą metal i materiały radioaktywne, pomimo zadekowania się w ciasnawej kabince – pojedziemy, ale do d… na raki łapać szczupaki, bo 120metrowej długość prom po prostu nie wypłynie… No, ale wypłynął – jednak, nie da się ukryć, bujało nim dość potężnie, co ululało całą naszą trójkę do słodkiego snu, z którego wyrwał mnie dzwonek na lancz (zawartość soli w ryżu i reszcie pudełka była zgodna z zasoleniem wody oceanicznej tudzież jeziorka w Kopalni Wieliczka) oraz Eminem, ogłaszający „I am not afraid”, co optymistycznie ogłaszało zbliżanie się do portu Magong.

 Ponoć na Penghu deszcz trwa maksymalnie 10 minut, a potem jest słońce, słońce i jeszcze więcej słońca. Trafiłam na odstępstwo od tej reguły – lało resztę dnia, uspokoiło się dopiero przed pokazem końcowym Festiwalu Fajerwerków (filmik – KLIK), więc oglądałam zamknięcie na ciemno-pochmurnym niebie, ale bez parasola. Widowisko odbywało się na Tęczowym Moście i okolicach, i trwało pół godziny, więc kark mógł solidnie zesztywnieć… 

Penghu to przede wszystkim plaże – koralowe i lawowe: płaskie, wysypane złocistym piaseczkiem i umajone okazami życia podwodnego wywalonego przybojem na śmierć sromotną, oraz strome kolumny lawy, wyglądające jak irlandzka Droga Giganta, plus rzecz jasna – ostre kamienie koralopochodne. W zatoczkach i zatokach turyści (bo po co cywilizowanym Azjatom plaża? Skoro opalanie uważają za grzech śmiertelny i skrajną durnotę graniczącą z lekkim pomieszaniem zmysłów) szaleją na bananach i skuterach wodnych, bawią się w windsurfing (nawet Mistrzostwa Świata się tu odbywają), oczywiście rozwalają się na leżakach i spiekają na tropikalny brąz ewentualnie jeszcze fruwają na deskach od kitesurfingu lub nurkują… A Tajwańczycy – grillują :D

Cała wyspa zbudowana jest z korala. Domy i płotki też – te starsze (obecnie bowiem na Tajwanie domy stawia się z łopatologicznie lanego żelbetonu, z uwagi na trzęsienia ziemi i inne atrakcje) – no bo płotek potrzebny jest, gdyż od oceanu wieje jak nie z lewa na prawo, to z prawa na lewo – i wywiewa sadzonki, kiełki i roślinki. A z czego budować, jak nie z koralowych buł, które walają się wszędzie?

Ponieważ Penghu to wyspy, to zamieszkują je – co za niespodzianka – rybacy, a co za tym idzie – dieta oparta jest o wszelkiego autoramentu – małże, krewetki, rybki i ryby, a nawet jeżowce. Ponadto mają tu lody z kaktusa (powiedzmy, że nie zostały moim faworytem w dziedzinie przysmaków, ale nie trafiły do kategorii „dać wrogowi i patrzeć jak się męczy”), brązowe ciastka i krowy. Na widok których Max dostawałam regularnej ekstazy, powtarzając radośnie 牛niú! po ujrzeniu każdego rogatego zwierzaka pasącego się przy drodze. Natomiast na widok wołu (tak właściwie, to te krowy to raczej brązowe woły, stosowane do roboty w polu, a nie produkcji mleka) włażącego dostojnie na drogę – mało nie padł z wrażenia, że takie wielkie, tak blisko i tak niebezpiecznie ojejejejej. Mimo wszystko- 牛niú!

Poza tym Peskadorianie (no dobra – jak inaczej nazwać mieszkańców Archipelagu Penghu, znanego jako Peskadory?) mają zmysł estetyczny i kreatywność rozwiniętą chyba nieco lepiej niż w pozostałej części populacji głównej wyspy. A że kultura recyklingu jest tu rozpowszechniona nad podziw skutecznie (problemy polskiej ustawy śmieciowej zostałyby wyśmiane konkretnie) – to domy, szkoły, hostele i stacje benzynowe udekorowane są pomysłowymi wynalazkami -samizdatami z tego, co wyrzuciło morze – bojami i kulami rybackimi, konarami pogiętymi w abstrakcyjne kształty, kamieniami, muszlami i innymi „zdobyczami”. I słusznie, składować nie ma gdzie, a co się ma zmarnować?

Drobnym minusem jest brak urozmaiconej roślinności – parę palm kokosowych na krzyż, dużo krzoli i wysokiej trawy, trochę iglaków, z daleka podobnych do choinek – co w sumie nadawało głównej ulicy wyspy wygląd fińskiej autostrady…Nie powinno więc zdziwić nikogo, że pobożni i przesądni Tajwańczycy jedyne na wyspie potężne drzewo banyan (więcej o banyanach i ich magicznych właściwiościach TU >>KLIK<<).

W innej świątyni – tradycyjnie kolorowej aż do bólu rozpląsanych oczu – mają żółwie i skrzypłocze zwane też mieczogonami czyli tak zwane żywe skamieliny, paskudnie kojarzące się z larwami Obcego ( tymi co skakały ludziom na twarz w serii Alien z Sigourney Weaver).

A na koniec skróconej opowieści – trochę ciepła dla tych, co mordują się w zimnej Europie (i innych kontynentach) i słonecznych fotek. Efekt jest taki – powróciłam brązowiutka (poza strategicznie rozmieszczonymi białymi plamami) i wypoczęta oraz zrelaksowana nad podziw. TangXin została na Złotej Plaży miasta Magong, wyposażona w mój krem z filtrem, któremu zawdzięczam względną jasność lica (ach, te widmo pierwszych zmarszczek… zgroza! Być może do kolejnych oznak starzenia podejdę bardziej lajtowo… ale buzię zaczęłam chronić przed złowrogim UV, lepiej późno niż wcale), Max zaś po powrocie zarobił zniesmaczony komentarz rodziców – synu, wyglądasz jak wsiowy czarnuch, bowiem odmówił smarowanie się „tym pedalskim badziewiem” alias Sunblockerem i w efekcie przybrał kolor ciemnożółty, podkreślany jeszcze kontrastem z białym podkoszulkiem.

Jedynym minusem całej wyprawy był protest motoru. Zostawiony perfidnie na pastwę losu zemścił się okrutnie – i zardzewiał na tym drucie łączącym rączkę sprzęgła ze sprzęgłem ( czy innym wynalazkiem niezbędnym do jazdy szybszej niż pełznięcie żółwia z zacięciem krajoznawczym). Ale – na pohybel wrednej machinie – tajwańscy mechanicy są osiągalni o każdej porze dnia i nocy, racząc poszkodowanego kierowcę optymistycznym rachunkiem, białą pasażerkę ananasem i telenowelą i wymieniając ów drut szybko i sprawnie.

Po Tęczowym Moście – Seediq Bale: Warriors of the Rainbow

Zanim Tajwan zaczęli kolonizować Chińczycy, Holendrzy i Portugalczycy, Piękna Wyspa była ostoją ludu pochodzenia Austronezyjskiego – zwanych współcześnie Aborygenami Tajwańskimi. Ciemnośniadzi, wielkoocy wytatuowani łowcy, rolnicy  i rybacy odkryli bezpieczny sposób żeglugi – w dłubankach z bocznymi pływakami i katamaranach – i wyruszyli dalej, na Filipiny, przez Indonezję w stronę Papui a nawet Australii. Tak mówi jedna teoria – inna zaś, że migracja odbyła się w drugą stronę (i tę podają przewodnicy w rezerwatach oraz muzeach). Jak by nie było – obecnie na wyspie mieszka obecnie 14 plemion  原住民yuánzhùmín, czyli Aborygenów. Plemiona liczą sobie od kilkuset do stu kilkudziesięciu tysięcy członków, posługują się swoimi językami zupełnie niepodobnymi do chińskiego, mają swoje święta, pokazy, uroczystości…

Dawniej każdy mężczyzna i kobieta miał oprócz mniej lub bardziej bogato zdobionych strojów – tatuaż. Męskie (całkiem przystojne zresztą) twarze zdobił pionowy wzór od czoła do brody, kobiety zaś tatuowały sobie geometryczny deseń na policzkach, wzdłuż szczęki. Taka ozdoba przeznaczona była dla wojowników, którzy zabili przynajmniej jednego wroga, lub kobiet biegłych w sztuce tkackiej. Obecnie tatuaż nakleja się turystom, nawet o tak lewych rękach jak ja…

Żyjący w mniej dostępnych rejonach kraju (w dużej części w górach, na wysepkach po zachodniej stronie głównej wyspy) Aborygeni odnosili się bardziej niż sceptycznie do kolonizatorów. Wzniecali mniej lub bardziej spektakularne powstania – anty holenderskie, antychińskie i antyjapońskie, co doprowadziło do zdziesiątkowania populacji, oraz starcia niektórych plemion z powierzchni ziemi. Przytaczałam już smutną historię Jaskini Czarnych Duchów, o plemieniu zamieszkującym kiedyś koralową wyspę Xiao Liu Qiu. Jednak – poza dobrotliwym wujaszkiem Czang Kaj Szekiem, który Aborygenów przerabiał na Chińczyków uparcie, wytrwale i nie szczędząc energii – największe zasługi w „rozwiązywaniu kwestii rasowej” mieli Japończycy, którzy poza tym, że produkują wesołe kreskówki dla ludzi w każdym wieku, są też wrednymi nacjonalistami z zaszczepianym od kołyski metodycznym okrucieństwem.

Gdy w XIX wieku  na mocy traktatu z Shimonoseki, kończącego długą i krwawą wojnę Chin z Japonią – Tajwan dostał się w łupie zwycięskiemu Imperium Wscodzącego Słońca, cesarska administracja zaczęła peryferyjną wyspę cywlizowaćna swoją modłę. Wychodzącą z głębokiego średniowiecza i szogunatu Japonia epoki Meiji wprowadziła wiele zmian na zapyziałej prowincji. Pobudowano nowe budynki, szkoły, hotele, zakłady przetwórcze i fabryki, koleje, drogi, miasta. Oraz oczywiście butem i knutem uczyła lokalną ludność japońskiej punktualności, języka i kultury…

No właśnie – drogi. Drogi planowano poprowadzić przez lasy i góry, przez terytoria plemienia Seediq między innymi.

 Z właściwym dla kolonizatorów taktem i delikatnością Japończycy rozpoczeli usuwanie „przeszkód” w postaci rdzennych mieszkańców. Część przesiedlili, część wybili, część upili (czyli skopiowali amerykańską strategię wobec Indian) – i budowa traktów posuwała się przez niedostepne dotąd tereny -między innymi Wąwóz Taroko. Po więcej wiadomości i zdjęć odnośnie samego  Wąwozu odsyłam do Kury w azjatyckiej kuchni - jej zdjęcia są znacznie lepsze niż moje (patrz niżej), bo kiedy ja tam grasowałam, akurat padało, więc majestat gór zniknął w buro-siwej mgle z mżawką i chmurami. Notabene, ten niedokończony most na czwartym zdjęciu – to dzieło Japończyków, którzy poddali się dopiero po czwartym tajfunie zrywającym przęsło…

Legenda mówi, że prawdziwi wojownicy nie umierają, a odchodzą do krainy duchów po tęczowym moście, i tam mogą spotkać swoich druhów i rodziny – ale taki zaszczyt spotyka tylko prawdziwych wojowników. Tych, którzy zasłużyli na tatuaż, którzy zgodnie z tradycją plemienia Seediq zdobyli głowę wroga, tych którzy walczyli. Tymczasem pod japońską okupacją duch wojowników zaczął zanikać, wyrugowany razem z kulturą autochtonów. W 1930 roku jednak mieszkańcy jednej z aborygeńskich wiosek ruszyli z wodzem Mona Rudao przeciwko znienawidzonym okupantom.

O tym opowiada film porównywany z Braveheartem – Seediq Bale (trailer – KLIK), tajwański kandydat do Oskara w kategorii filmów zagranicznych. „Incydent Wushe” w sposób nieco udramatyzowany przedstawia w dwóch częściach desperacką walkę kilku setek Aborygenów z japońską machiną wojenną. Nie jest to film łatwy i przyjemny, od walki głównego bohatera o dzika zamieszczonej w czołówce, po ostatnią, 276 minutę. Film bowiem złozony jest z dwóch części (aczkolwiek z myślą o widzach zagranicznych udostępniono też krótszą wersję jednoczęściową, trwającą tylko 155 minut) – Flaga Słońca i Tęczowy Most. Choć- jak każda produkcja mająca w temacie wojnę (poza komediami typu Allo Alo czy Złoto dla Zuchwałych) -jest smutny i szary, w dodatku epatujący okrucieństwem (ani jedna ani druga strona do łagodnych nie należała i wroga eksterminowała co do nogi odzianej w nieodpowiedni z punktu widzenia atakujących strój) – obejrzeć go warto… W tle smutnej historii sączy się niezwykła muzyka, a dramatyczne wydarzenia rozgrywają się w rajskich plenerach.

Wpis ten układałam, siedząc pod zupełnie innym tęczowym mostem, w scenerii mniej majestatycznej ale wcale nie mniej urokliwej, w miejscu gdzie Aborygenów nigdy nie było (ewentualnie jako turyści). Patrzyłam w niebo rozpłomienione feerią sztucznych ogni, i tak nagle ukłuła mnie smutna myśl. Najpierw o tych, którzy kanonadę fajerwerków kojarzyć zawsze będą nie z zabawą i westchnieniami zachwytu, ale z wojną i wybuchami pocisków, a potem – gdy zerknęłam w bok i w oko wpadł mi podświetlany łuk z literami ogłaszającymi dumnie nazwę miasta – fragmenty chińskich znaków wyglądały jak sylwetki małych ludzików, wędrujących po tęczy…

Dotknąć tajfunu

Tajwan to mała wyspa, leżąca pomiędzy Japonią a Filipinami, na szlaku cyklonów tropikalnych, zwanych w tych rejonach 颱風 – táifēng, wiatr znad Tajwanu. W lecie – od mniej więcej czerwca do września/października bezmiar Oceanu Spokojnego nagrzewa się do temperatur powyżej 26C w warstwie około 50m w głąb (dlatego na Bałtyku tajfunów nie ma – za płytko i za zimno, wczoraj prognoza pokazała zawrotne 17 C zachęcające do pływania chyba tylko dla Eskimosów i morsów), ogrzana woda paruje tworząc chmury, które wskutek ruchu wirowego ziemi także zaczynają się kręcić – i znad bezkresnego falującego błękitu zmierzają  w kierunku lądów…  Trasa wiedzie przez Filipiny, skrętem nad Tajwan lub mijając Piękną Wyspę – walą w japoński Archipelag Ryukyu (czyli w między innymi Okinawę), ewentualnie w Hongkong i Chiny.

Tajfun dla Tajwańczyków jest „hen mafan” – czyli kłopotliwy i niewygodny. Tajfun to huraganowy wicher o prędkości przekraczającej 33m/s, a często- gęsto sięgającej powyżej 86 m/s czyli 300 km/h  (dla porównania, polski halny w porywach osiąga 60m/s) plus deszcz. A raczej oberwanie chmury – wielokrotnie przekraczające to, co znamy z polskich realiów. Oraz fale – i to nie byle jakie, 6-metrowe potwory walące wściekle o brzeg, zasypujące go mokrym piachem i urywające wielkie kawały brzegu.

Hen mafan – wiadomo, tajfun to kłopoty. Wicher zrywa elementy konstrukcyjne typu rzeźby i neony (dlatego wiele tajwańskich tablic ogłoszeniowych i afiszy jest dziurkowanych), obala drzewa, uniemożliwia wyjście z domu i jazdę skuterem lub samochodem. Deszcz zamienia ulice w potoki, powoduje zalania i podtopienia domów (na przykład w sąsiadującym z Kaohsiungiem Pingtung County większość domów ma specjalne drzwi blokujące wodę oraz łódkę na wyposażeniu standardowym). Silne opady prowadzą do lawin błotnych i osunięć ziemi, podmytych dróg i nawet zawalonych pod naporem wody i wichru domów. Linie energetyczne są zrywane, prąd często-gęsto jest wyłączany, ponadto leje jak z cebra, wichura urywa głowy, a ciśnienie atmosferyczne zamienia ludzi w zombiaki.

Jednak – Tajwańczycy bez tajfunów nie mogą żyć. Wyspa ma małe zasoby wodne, rzeki są raczej lichawe, jeziora niezbyt liczne i summa summarum nie są w stanie pokryć zapotrzebowania 26 milionów obywateli (plus obcokrajowców w liczbie nieustalonej, ale sporej) na picie, kąpanie, pranie, gotowanie… Każdy tajwański dom ma na dachu zbiornik, który wyrównuje ciśnienie wody, w wielu dzielnicach Kaohsiung są zlokalizowane studnie głębinowe. Korzytsanie z nich jest jednak hen mafan – bo trzeba się umordować, pompując (wyciągnąć wiadereczko z setki metrów to nie bagatelka, można płuca wypluć przy okazji…), potem wodę trzeba donieść do domu i często-gęsto wnieść na n-te piętro, a w dodatku potem gospodarować nią oszczędnie… Na przykład – wodę z pseudokąpieli (łazienki 3w1 nie sprzyjają leżeniu w wannie) wykorzystać do spłukiwania toalety. Gdy nie pojawi się tajfun, robiąc masę zamieszania, ale i uzupełniając naturalne i sztuczne rezerwuary – Tajwańczyk kąpie się raz w tygodniu, kibelek spłukuje raz dziennie i psioczy na zły rząd, co nie zagonił odpowiedniej ilości opadów na wyspę. O odsalaniu słonej jak nieszczęście wody morskiej nie słyszałam.

Czy przeżyłam tajfun? Nie.

Ogólnie rzecz biorąc wszelkie katastrofy naturalne omijają mnie szerokim łukiem. Nawet powódź stulecia w 1997 roku przeżyłam – we Włoszech na obozie, a rodzice i kadra chcąc zaoszczędzić nam stresu, włączyli blokadę informacji, więc jadąc do domu przez Czechy oglądałam ze zdumieniem i niedowierzaniem ulizaną trawę i zamulone fasady, nie łapiąc o co kaman. Powódź posmoleńska, gdy niebiosa zapłakały – również skomplikowała mi życie z najmniejszym z możliwych stopni, ot powku..wiałam się solidnie na zablokowane mosty i tyle. Inni nie mieli tyle szczęscia, i  Agga ciemną nocą musiała ewakuować swoją firmę – bo okoliczny ściek głęboki na 3 cm nagle zmienił się w Missisippi.

W zeszłym roku podziwałam tabliczkę, pokazującą dokąd sięgnął poziom wody w Wendzarni po tzw supertajfunie Morakot – a sięgał wysoko, ponad moją głowę… Widziałam też nieuprzątniete do dnia dzisiejszego – osuwiska, zamknięte drogi i zerwane mosty (na przykład do Katolickiego Ośrodka Wypoczynkowego, zarządzanego przez siostrę Koko jedzie się mostem, z którego zostało węższe pół, i stoi tam sygnalizator poazujący jechać/stać, bo ruch odbywa się wahadłowo) oraz super-szerokie koryta rzek, wyrzeźbione nadmiarem deszczówki. Ponieważ wróciłam w zimie, ominęło mnie wolne z okazji opadów w letniej sesji, odwołane loty i inne zakłócenia.

Ale-w tym roku w czerwcu nadeszła superpełnia, z księżycem wielkim jak na randce z Brucem Wszechmogącym. Pogoda, jak to przy pełni – piękna, niebo prawie bezchmurne, delikatny wietrzyk, pełny sybarytyzm z lenistwem. Sącząc kawkę aborygeńską (robioną przez Aborygena z plemienia Paiwan) rzuciłam – gorąco, jedźmy nad morze… Max skrzywił krótki nosek, ale – czemu nie. Wykąpać się można (tzn ja będę pływać, a on pluskać, bo z umiejętnościami unoszenia się na wodzie w wyspiarskim narodzie raczej bidnie), tylko nie bierzmy aparatu, bo zapiaszczy się, albo trzeba będzie go pilnować, i w ten sposób Mama Maxie (czyli Max w swej popisowej roli supertroskliwca, dbającego o brak uszkodzeń mej białej dupki) będzie rozdarta pomiędzy obowiązkiem pilnowania świętej Alfy350, a instynktem wskoczenia w złowieszczą toń głęboką po pas i odholowania mnie natychmiast w mniej niebezpieczne rejony, głębokie po kostki.

Ma to głębokie uzasadnienie – tutejsze wody są naprawdę niebezpieczne. Owszem, są płytkie (przy brzegu), ale silna fala potrafi obalić i sponiewierać, a nawet wyrwać dno spod stóp, tworząc taką dziurę, głębszą nagle o metr. Nie dalej jak klika dni przed superpełnią w gazecie czytanej przeze mnie do śniadania oraz lokalnych wiadomościach pojawiła się smutna historia studentów z Tainanu, którzy przyjechali do Kaohsiung  świętować ukończenie studiów. W biały dzień, podczas zabawy na plaży (strzeżonej! bo siedziałam tam kiedyś pod parasolem u ratowników, z nudów łowiących małże morskie) utopiła się trójka. W wodzie głębokiej po pas. Cóż – w wodzie się pływa, a nie drepta, jak to ujął mój kolega, maniak sportów wodnych. Zabiła ich panika – bo gdy nagle dno ucieka ci spod nóg, nie masz czasu na przypomnienie sobie lekcji pływania – i idziesz na dno jak kamień, a szarpiąc się w normalnym odruchu przeżycia łatwo się zachłysnąć. I nie ma na to rady, mistrzowie też toną… Ojciec mojego znajomego, zawodowy nurek pracujący w porcie Kaohsiung – też zmarł podczas pracy, i nikt nie wie dlaczego, po prostu zniknął z oczu partnerowi, być może zaklinował się gdzieś kablami (nurkował w takim sztywnym, roboczym skafandrze z hełmem, podobnym do strojów kosmonautów), wyrwał je – i nie dał rady się wynurzyć. Pogrzeb dopiero się odbędzie.

W każdym razie, gdy szliśmy na plażę, dotarło do mnie że coś tu nie gra. Pierwszym znakiem były hałdy piachu naniesione na „dzikie”wejście przez kratę. Drugim – woda stojąca przy tym wejściu, oddalonym od linii brzegu o jakieś 30m. Trzecim – huk. A potem zobaczyłam ciemne fale z białymi grzywami – wysokimi na jakieś 3-4 m. Moje ulubione miejsce z altanką i sadzawką ze słodką wodą (to od spotkania z syrenką) zniknęło pod piachem, woda wybijała się spod naniesionych wydm… Na płyciźnie taplali się nieliczni, brodząc tuż przy linii przyboju. Gdy wskoczyłam się ochlapać, zostałam z miejsca przywołana do porządku przez pilnujących tego miejsca rezydentów, solidnie uświadomiona czym grozi włażenie do wody w taką pogodę – nad oceanem wiele kilometrów dalej przewalał się właśnie tropikalny sztorm Leepi, ale pan z mańki określił go jako tajfun (jak powiedzieć tropikalny sztorm po chińsku nie mam bladego pojęcia, i podejrzewam, że Tajwańczycy też).

Ostrzeżona i wyposażona w boję wbiłam się do wody, skakać na falach,  ścigana z brzegu spojrzeniami pełnymi zdegustowania i najwyższej troski. Chwilę bawiłam się na wolnym od kamieni prześwicie, obserwując fale. Cofały się – i tam, gdzie zwykle woda sięgała mi po pas, było jej po kostki. Potem zaś uderzały z impetem – i tam, gdzie ich dotąd nie widziałam, zostawał ślad piachu, słonych jeziorek, śmieci, wodorostów i krabów. Dałam się takiej fali ponieść – i poniosła mnie tak z 20m, wygrzebałam się na kolana metry przed potężnymi głazami na brzegu.

Z wodą nie ma żartów, nawet jeżeli (a właściwie zwłaszcza nawet gdy) potrafisz pływać i czujesz się pewnie nie sięgając dna. Fala bowiem mogła mnie nie tylko rzucić na brzeg i pogruchotać kosteczki. Mogła mnie też pociągnąć w stronę pełnego morza, a nawet wepchać parę metrów w głąb. I byłby koniec epopei i epistoły Gong Zhu Majii, ewentualnie wykleconoby mi epitafium…

Kiedy kończyłam ten wpis, na fejsie użalał się mój kolega Irek – oto w celu odnowienia 90 dni pobytu zabukował sobie bilety na słoneczne Filipiny, i napawał perspektywą tanich wakacji na rajskich plażach… A tu nagle wyskoczył mu tajfun Soulik, wedle prognoz najsilniejszy od 2004 roku. I tak oto – Filipiny poszły w czarną dziurę marzeń niespełnionych, Ireneusz na gwałtu rety szukał taniego hostelu w Tajpej (oksymoron jak stąd do Murmańska… No dobra, jak z Tajwanu do Murmańska, ja do Murmańska mam chwilowo znacznie bliżej) i opisywał barwnie jak to miotało pełnym autobusem, wykładającym się niemal na zakrętach jak rasowy ścigacz. Czekam na finał tej historii, sącząc wodę i grzejąc się w polarnym słońcu o pólnocy :D

Relacja Irka – pisana na komórce, z FB:

Wczoraj kiedy szukalem hotelu w Taipei na zewnatrz tylko padalo i wialo. Natomiast kiedy ukladalem sie do snu, zaczelo sie. Niesamowite przezycie. Czegos takiego wczesniej nie przezylem. Soulik zaatakowal i pokazal swoja sile. Sciany hotelu sie zatrzesly, kraty w oknach poddawane byly ciezkim probom, wiatr jakby krzyczal tak bylo glosno. Co chwile bylo slychac jakby cos duzego spadalo na ziemie z wielka sila. Nieustajace gwizdanie i ryk wiatru, cos jakby szarpalo budynkiem. Chwilami czulem sie nie pewnie gdy cos walilo do moich i tak zabarykadowanych okien. Niesamowite doswiadczenie. Jestem na Tajwanie juz prawie 9 miesiecy i doswiadczylem dwoch tak niebezpiecznych zywiolow jak trzesienie ziemi i huragan. Tego nikt mi nie odbierze. I chociaz stracilem troche kasy przez ten tajfun i skrocil mi sie czas na odpoczynek na Filipinach to mimo wszystko nie narzekam. Tego sie nie da.opisac co wczoraj w nocy przezylem.

Tak to wyglądało w materiale na świeżo – bilans: 1 osoba (policjant) nie żyje, minimum 21 rannych(głównie kierowców skuterków, walniętych spadającymi dachówkami i konarami), strat materialnych nie oszacowano, ale małe nie będą, a tajfuntymczasem narozrabiawszy chyżym taj-galopkiem popędził na Chiny Ludowe…

A na koniec - trochę inny tajfun. Ech, być pod tym płotem….

Zabójcza moc herbaty…

Herbata zielona, czerwona i biała słyną ze swoich zdrowotnych właściwości. Chińczycy dobrze wiedzą, że odpowiednio zaparzona i podana herbata określonego rodzaju – pobudzi (ulung), uspokoi i pomoże na trawienie (pu erh, która w Polsce jest znana jako obrzydliwy w smaku „zabójca tłuszczu i pogromca nadwagi”), zielona oczyści organizm, biała pomoże chronić się przed rakiem. Ale – na Tajwanie zdarza się, że herbata występuje w roli zabójcy. I prawdę powiedziawszy, byłam świadkiem takiego usiłowania zabójstwa ze strony popularnego i pozornie niewinnego napoju…

A było to tak…

Tajwan Pierwszy, dzień pierwszy po przylocie. Moja i Katarzyny opiekunko- asystentka zabrała nas na na spacer rozpoznawczo ukulturalniający po mieście. A że wrześniowy skwar (w Polsce dnia poprzedniego było z 15C, tu powitało nas 35C) lał się z nieba i zraszał nasze skronie już nie kroplami, a strumieniami potu – Monica zaproponowała coś do picia prosto z ulicznego straganu… Kupiła nam lokalny specjał – herbatkę z bąbelkami (przynajmniej ja tak zrozumiałam „bubble tea”).  Widząc charakterystyczny kolor bawarkowy poprosiłam o coś innego (bawarka była postrachem mego dzieciństwa, aromat, kolor i kożuch na wierzchu skutecznie zniechęciły mnie do spożycia tegoż paskudztwa), natomiast Katarzynie, nie mającej wiekszego wstrętu do herbatki z mleczkiem, dostał się klasyk… Pociągnęła raz jeden łyk – i mało nie padła, dławiąc się i krztusząc – tak oto tajwańska herbata bąbelkowa zaatakowała niczego nie spodziewającą się ofiarę…

Bubble milk tea, zwana też pearl milk tea - 珍珠奶茶,( zhēnzhū nǎichá) – to wynalazek tajwański o niesprecyzowanym autorstwie… W połowie lat 80 do klasycznej bawarki ktoś dodał kluseczki z tapioki (czyli takiego kisielu, uzyskiwanego z manioku) – i tak oto narodził się superhit!

Jak rozpoznać klasyczną bubble tea?

Od góry lecąc:

- plastikowy kubasek zaspawany folią – świetna sprawa, bo nic nie chlapie i można napój po otwarciu wsadzić do torebki (byleby torebką nie majtać za mocno) – nic się nie rozlewa, nic też nie wpadnie popełnić samobójstwo w mojej herbacie/kawie/soku etc. Kto przeżył stres na widok omal nie połkniętej osy taplającej się w słodkim pićku, lub przełknął muszego topielca – doceni szczególnie. Zafoliowany kubek można bezpiecznie transportować w samochodzie bez ryzyka zachlapania tapicerki, można postawić na stoliku i nie drżeć, że jakaś łajza zahaczy łokciem i nasz cenny napitek wyląduje na podłodze lub blacie.

- rurka  o solidnym przekroju – tak około centymetrowym. Aż prosi by  uraczyć się łykiem odpowiednim do średnicy… A czemu jest to taka rura, a nie rureczka? Z uwagi na tajemniczą zawartość, na którą składa się:

- bawarka, przy czym czarną herbatę zabiela się nie mlekiem, a mlekiem lub śmietanką w proszku, często-gęsto niemającą zresztą nic wspólnego z krową (non-dairy creamer, znany w Polsce jako „zabielacz do kawy” a przez wtajemniczonych używany jako tani składnik widowiskowych efektów specjalnych). Użycie „mleka w proszku” wymusza stosowanie shakera w celu rozbełtania bez grudek, w rezultacie dając napowietrzoną piankę herbacianą

- tytułowe „perełki” czyli kulki lub kluseczki tapioki w kolorze ciemnobrązowym lub białym. Początkowo używano białych, potem ktoś doszedł do wniosku, że ciemne będą lepiej prezentować się na tle beżu reszty napoju i odtąd zaczęto barwić tapiokę wyciągiem z brązowego cukru (czasem trafiam też na herbatę zwaną „panda”, z dwukolorowym nadzieniem). Kulki zazwyczaj są spore (promień pasuje do średnicy rury), ale furorę robi obecnie „herbata kijankowa”, w której zastosowano maleńkie kuleczko-kropeczki, według reklamy przypominające żabi skrzek…

- do tego trochę płynnego cukru i kruszonego lodu – wedle życzenia – voila! Famous Bubble Tea From Taiwan!

Taką herbatką z rana raczyć się miała zwyczaj moja koleżanka z klasy, zwana pieszczotliwie Korasicą ( z uwagi na wredno-słodziaszny charakter oraz pochodzenie z Kraju Kwitnącej Robótki Ręcznej czyli Korei… Tak, to ta, która usilnie obrabiała zad mój i Katarzyny, uprawiając PR tak czarny, że obce osoby bały się ze mną rozmawiać, nie mówiąc już o przerażeniu, jakie budziła moja osoba pojawiająca się w damskiej toalecie…). Do czasu, gdy na którejś z początkowych lekcji nie mieliśmy za zadanie wydukać naszych własnych preferencji żywieniowych (w ramach okrojonego słownictwa, nie uwzględniającego fanaberii typu – chlebek z serem żółtym i szynką podgrzewany w  mikrofali, ewentualnie – twarożek z rzodkiewką…) i Katarzyna wypaliła – Nie lubię bubble tea.

- Jak można nie lubić bubble tea? – Korasica nie kryła zdegustowania pomieszanego z zaskoczeniem. No cóż, czego się można spodziewać po dziwnych dziwadłach z Europy Środkowo-Wschodniej, które nigdy nie imprezują na mieście…

Katarzyna krótko streściła próbę zamachu na swoje zycie, gdy to pociągneła przez rureczkę, a wredna kuleczka wzięła ją z partyzanta i z zaskoczenia obezwładniła, nieomal wysyłając na chmurkę, gdzie z lirą w dłoni i aureolą na loczkach trzepotałaby skrzydełkami na widok mych przygód i czuwała nad mym bezpieczeństwem lepiej niż Anioł Stróż i PZU z ZUSem i policja razem wzięci (taką mam przynajmniej nadzieję…). A poważnie – akurat na kubkach z bubble tea powinno znaleźć się ostrzeżenie – ciągnąć z zachowaniem ostrożności… Rura bowiem zbiera w pierwszej kolejności kulki, a gdy ktoś nie spodziewa się czegoś mniej płynnego niż herbatka może być solidnie zaskoczony tworem o konsystencji gluta spadającego w niespodziewające się niczego zdrożnego gardziołko… I można się solidnie zakrztusić. Tak solidnie, że aż śmiertelnie, co potwierdziła Nauczycielka Ye, przytaczając kilka przypadków konsumpcji niewinnej bubble tea, zakończonych zgonem. Przynajmniej raz w roku zdarza się taki przypadek, że dziecko niedopilnowane przez mamę udławiło się kulką z herbaty.

- Oh, to straszne… – orzekła zaaferowana Korasica. -W każdym razie, ja bardzo lubię bubble tea – bezczelnie pucowała się nauczycielce, już bez śladów smutku i przejęcia na płaskonosej, skośnookiej facjacie. – Jest pyszna, ale dziękuję za ostrzeżenie, będę uważać…

- Oh powinnaś bardzo uważać, ale nie tylko na zadławienie się bąbelkami…. Kulki z tapioki są bardzo kaloryczne i powodują szybkie tycie, baaaardzo szybkie – uśmiechnęła się chudziutka jak patyczek Ye Laoshi…

I tak oto Korasica przestała pić napój z kulkami, przerzuciła się na herbatę – a ku mojej zazdrości,jej  rozrastający się zad, opinany miniówkami zaczął się kurczyć ( w przeciwieństwie do mojego, choć do stoiska z zhen zhu naicha trzymałam się z daleka…)

Pomimo swych tucząc- zabójczych właściwości, tajwańska herbata z miękkimi, słodkawymi kuleczkami rozpowszechniła się na świecie. Najpierw konsumowali ją tajwańscy emigranci w USA i Kanadzie, a potem, po licznych mutacjach – rozlała się bąbelkowym strumieniem po całym świecie, docierając i nad Wisłę. Aczkolwiek – wersja eksportowo różni się od oryginału znacznie.

Po pierwsze – napój niekoniecznie jest herbatą, niekoniecznie wzbogaconą mlekiem. Występują tu soki, oraz smoothies, jogurty i inne wynalazki. Menu zaczerpnęłam z kilku stron polskich stoisk oferujących herbatkę z kulkami. Reklamy robić nie będę, produktów żadnej z firm nie próbowałam, znaki towarowe -ukryłam.

Po drugie – kulki, wcale nie są już brązowo-tapiokowe. Występują w kolorach tęczy, z nadzieniem, w różnych wariacjach smakowych… Ponoć te nadziewane, tak smakujące białasom – mogą być rakotwórcze, z uwagi na niekoniecznie naturalne składniki koloryzujące i nadające smak oraz aromat, a także niuanse związane z procesem produkcji i przechowywania.

Po trzecie – zamiast cukrem w płynie (norma na Tajwanie, bo kryształki za bardzo się zbrylają wskutek wysokiej wilgotności powietrza) lub miodem – zagraniczne wersje są dosmaczane rozmaitymi sokami i syropami.

Po czwarte – opakowanie. Z internetu wyglądają zupełnie nie-tajwańskie kopulaste zwieńczenia kubeczków, zbliżone kształtem do tych z „restauracji” na M. Tajwańczycy zaś masowo foliują wierzchy kubków, za pomocą takiej specjalnej maszyny obecnej na każdym straganie.

Po piąte – cena. Na Tajwanie jest to produkt relatywnie tani, kosztuje ok 3-4-5 zł za kubek 0.5 litra (poza Tajpej, bo to stolica, więc drożyzna straszy na każdym kroku). W Polsce z tego co widziałam, jest to mocno promowany hipsterski napitek, więc płaci się jak za równie hipsterską  kawę ze Starbucks. Nie mam pojęcia jak wyglądają koszty trendy smakołyku w wypadku reszty świata, ale odnoszę wrażenie – że tanie nie będzie…

Innymi słowy – zaszło dokładnie coś takiego, jak w wypadku tajwańskiej pizzy czy spaghetti… Niby wygląda podobnie, niby pomysł w zarysie zbliżony – ale efekt jest mocno zaskakujący dla osoby znającej oryginał. Mój kolega Weasley spróbował owego szeroko reklamowanego przysmaku w Berlinie – i orzekł krótko, z pewnym zawstydzeniem (Tajwańczykowi nie wypada otwarcie wypowiadać się negatywnie na jakikolwiek temat) – ona była … obrzydliwa! Ten sok w kulkach… Ble!. Aczkolwiek wnioskuję – iż oryginał mógłby się nie sprzedać aż tak znakomicie…

Czy ktoś w ogóle próbował w Polsce lub poza granicami „europejsko-amerykańskiej” wersji? Z tego co widzę, w Polsce rozpoczął się szał na herbatki/napitki z kulkami – ciekawa jestem opinii konsumentów, którzy poświęcili tych kilka-kilkanaście złociszy na modną nowinkę…

Seksowne dziewczęta, wampirze uśmiechy i zielone orzeszki

Do koleżanki przyleciała jej kuzynka na krótkie wakacje w egzotycznym kraju. Koleżanka zapracowana przygotowaniami do „exam week” i obowiązkowymi konsultacjami grupowymi – poprosiła, żebym ją odebrała z lotniska, wsadziła w MRT i dowiozła na miejsce bez uzycia taksówki i zapoznała z tajnikami wejścia i wyjścia z budynku. Dlaczego bez taksówki?  Żadna z nas nie śmierdzi groszem, natomiast spora część taksówkarzy w Kaohsiung podwożąc białasa stara się go dyskretnie złupić jak to tylko możliwe. O ile w wypadku Europejczyków Zachodnich czy Amerykanów, 100 NTD w tą czy w tamtą to nie duża różnica – jakieś 3 EUR, 4 dolary- to dla mnie i koleżanki ma to nieco inny wydźwięk. A jak kurs dłuższy, to i na 100 dolcach frycowe może się nie zatrzymać…

Dojechałyśmy. Nowo przybyła koleżanka rozgląda się na boki, rejestrując – wariacki ruch skuterów pod prąd i po chodniku – psy leżące w podcieniach – czeredę Tajwanek w ultraszortach, pod parasolkami – starszych panów łupiących w madżonga… Starsi panowie na widok posągowej blondyny oderwali się od gry i przyjaźnie pomachali – Hallo! – uśmiechając się. Blondyna mało nie padła trupem…

Bo czasem uśmiech Tajwańczyka jako żywo przypomina ten z horroru o wygryzaniu świeżej wątroby lub innych krwistych opowieści:

Ujrzawszy takie coś po raz pierwszy musiałam hamować jednocześnie – obiadek, na drodze powrotnej z żołądka, oraz własne odnóża, instynktownie działające w odruchu – waaaaaampiiiir, ratuj się kto może!

Śliczne ząbki, podbarwione na odcienie brązu, czerwieni, ochry i pomarańczu (czarny to ekstremum, i raczej rzadko spotykane na Tajwanie), z czerwoną ślina przelewającą się w paszczy (coś chyba wspomniałam, iż zwyczaj zamykania dzioba przy jedzeniu jest tu niepraktykowanym dziwactwem, z dziąsłami głośno wołającymi :”paradontoza galopuje”, z ustami w nienaryralnym odcieniu czerwieni ceglastej są spotykane niezależnie od wieku i płci, bowiem grupa konsumentów używki o nazwie „bing lang” czyli betel, jest szeroka i zróżnicowana.

Zują panowie i panie, staruszkowie i licealiści, a nawet dzieci. Szczególnie często po gustownie zdobiący stymulant sięgają kierowcy zawodowi i robotnicy fizyczni, a także Aborygeni wszystkich plemion (którzy podają zielone orzeszki także dzieciom). Dlaczego żują?

Po pierwsze – kombinacja orzeszka z palmy areki, liścia betelu i proszku wapiennego – ma działanie pobudzające, rozgrzewające a także jest afrodyzjakiem (yyyy….). Kierowcy – zamiast pić niezdrową kawę i moczopędną herbatę lub wciagać nosem inne substancje niedozwolone tutaj – ciamciają zielone orzeszki, spluwając czerwoną śliną.

Po drugie – zawiniątka z „tajwańską gumą do  żucia” znane jest ze swoich przeciwpasożytniczych właściwości, a tasiemce i inne glisty to olbrzymi problem w Azji Południowo- Wschodniej. Starając się o wizę wjazdową ( z której Polacy są szczęśliwie zwolnieni) oraz wizę pobytową, a nawet przyjęcie do szkoły – trzeba wykazać się brakiem życia wewnętrznego.  Mina mojej lekarki rodzinnej na widok listy badań, które mam sobie wykonać – bezcenna. Ona chyba po raz pierwszy od czasu studiów widziała niektóre nazwy, a i na druczku zgłoszeniowym nie było takowych wynalazków, jakie sobie życzyła ambasada tajwańska.

Po trzecie – zabroniony przez Japończyków proces żucia i strzykania zabawionym sokiem stał się po prostu „modny”, jako substytut drogich papierosów, obłożonych przez rząd KMT wysoką akcyzą i jako „stara tajwańska tradycja”. I tak od czasów powojennych tradycja przeżuwania ma się dobrze…

Czym w ogóle jest owa „tajwańska guma do żucia”?

To sprzedawane na każdym rogu pod migającymi tęczowymi neonami zawiniątka składające się z: nasiona palmy areki, liścia betelu oraz sproszkowanego wapna i innych przypraw. Wyglądają mniej więcej tak:

A gdzie w tym wszystkim miejsce na obiecane seksowne dziewczęta?

Otóż – nie wszędzie na świecie białe żeby to wyznacznik piękna… O nie nie! W dawnej Japonii biały uśmiech był oznaką niskiego statusu społecznego, lub młodocianego wieku – bo dobrze urodzone i aspirujące panny na wydaniu ząbki czerniły. Podobnie zresztą jak mieszkanki Indii, Tajlandii i innych krajów Azji Południowo- Wschodniej. Ale, żeby nie było, że czytelnika zwodzę chodliwym tytułem…

Orzeszki zwyczajowo i wyjątkowo sprzedaje się z lodówki w oznaczonych miejscach – w mieście są to zazwyczaj stragany, wyróżniające się szczególnie migotliwymi i kolorowymi neonami, Przy trasie zaś – równie jasno oświetlone przeszklone kioski, w których zazwyczaj rezyduje niewiasta… Ale jak skłonić kierowcę, by wybrał postój i zakupił orzeszki właśnie w tym konkretnym spośród miliona punktów? Ano, niewiastę należy odpowiednio ubrać, a raczej rozebrać… Od lat 60, kiedy pierwsza firma w celach promocji i zwiększenia sprzedaży sięgnęła po nieortodoksyjnie ubrane „ślicznotki”, dziewczęta pracujące dla różnych pośredników i producentów, przy czym w Kaohsiung nie widać ich „akwariów” – im dalej na północ, tym więcej…

 

Początkowo owe kioseczki kojarzyły mi się z amsterdamską dzielnicą okiennych burdeli – bo jak tu uwierzyć, że chodzi tylko o orzeszka za piątaka??? Po co zatem neonowo- rozbierana otoczka, kapiący makijaż, kocie ruchy, różowo-fioletowe lampy UV? Do tej pory jestem prawie pewna, że przynajmniej część z pań oprócz orzeszków oferuje także i inne sposoby na „podładowanie akumulatorów”, i nawet dzieci pałętające się po podłodze owych kiosków nie do końca mnie przekonują…

Czy spróbowałam owych delikatesów i frykasów?

Tak! Tylko w wersji light, od prawdziwego Aborygena. Dostałam go w prezencie do mrożonej kawy, i był nieco inny niż to, co się kupuje na stoiskach. Zamiast liścia betelu i proszku, orzeszek owinięty był w podsuszoną śliwkę, bo zamiast rozgrzewać, miał chłodzić – i raczej nie był standardowym produktem, a robionym na własny użytek. Nie zabawił mi zębów na czerwono, smakował w sumie nieźle, nie spodobał upiornej fali gorąca, mdłości i strug potu właściwych klasycznej „tajwańskiej gumie do żucia”. Może w zimie skuszę się na powtórkę, tym razem w wersji piekielnej…

 

 

W skośnookiej fryzjerni…

O chińskich pralniach i zakładach fryzjerskich słyszał chyba każdy oglądający jakikolwiek film/kreskówkę o tematyce zahaczającej o świat Dzikiego Zachodu. Z kolei panowie odwiedzający Dzikszy Wschód raportowali, że u komunistów nazywanie po imieniu czynności zdrożnych i nagannych moralnie – czyli gimnastyki około-prokreacyjnej zastąpiono fryzjerskim eufemizmem, a same salony urody pogrupowano w dwie kategorie – te, w których zadba się o głowę, i te w których miłe panie zamiast czesać czupryny, profesjonalnie zaopiekują się tzw „główką”.

Relacja z pierwszej ręki -na odwiedzanym przeze mnie portalu tematycznym Chiny24. Uwaga – jest to relacja przeznaczona z założenia dla ludzi dorosłych i zainteresowanych tematem. I nawet zawiera pikantne detale, więc osoby małoletnie lub niezainteresowane takowymi ideami i materiałami proszę o nieklikanie.

A jak ma się to do Tajwanu? Fryzjerni wszelakich jest masa – bo Tajwańczycy i Tajwanki bardzo dbają o swoje koafiury. Półka z kosmetykami do stylizacji i upiększenia włosów ciągnie się w pobliskim supermarkecie drogeryjnym przez pół długości sklepu – a nie jest to sklepik kanciapowy. I znaleźć tam można najróżniejsze dziwolągi, ma których zasadność bym mogła sama z siebie nie wpaść, typu – spray do robienia loków na sucho bez lokówki Drugie pół zajmują wszelakie szampony i odżywki, w większości w znanych mi doskonale opakowaniach tzw światowych koncernów. W dodatku każdy fryzjer to tutaj sprzedawca, zachwalający jakieśtam „profesjonalne produkty”, które gwarantują super-efekty, a dla fryzjera – dodatkowe grosiwo z prowizji… Mi zostało oszczędzone (nie ma to jak wyjść na mrukliwego głąba z dalekiego końca świata…), ale przy sąsiednim lustrze pańcia po dłuższym monologu wcisnęła klientce sporą siatę rozmaitych specyfików…

Tradycyjnym oznaczeniem przybytku goligłowy i golibrody są takie walce z wirującymi paskami. Przy czym o ile na Tajwanie kolory wirujących pasków są dowolne (dominuje fiolet i trzy kolory flagi francuskiej), to już w Chinach ponoć – paski to zwykłe rach-ciach, a szachownica czarnobiała lub takiegoż koloru paski- przybytek, gdzie … wiadomo. Na Tajwanie z kolei takie funkcje pełnią tzw „SPA dla panów” i „gabinety masażu” oraz „salony piękności dla panów”

Tajwańczycy do fryzjera chodzą często, bo jest tam tanio. Jak dla mnie 20 zł za mycie z masażem, 40 za mycie plus strzyżenie męskie – to wcale nie mało, a tylko przeciętnie. Ale wierzę, że na tle reszty Europy to taniocha. Oprócz cięcia fryzjer też: może wyczyścić uszy specjalnymi szpilko-łopatkami (ale to chyba w bardziej tradycyjnych przybytkach lub w Chinach, mi nikt niczego w newralgiczne okolice nie pchał), przyciąć nadmiarowe brwi spejalnym golidełkiem (tu również mnie zlano, więc albo mam brwi idealne, albo liczono, że nie zauważę cięcia na zakresie usług podstawowych), nawet włosy w nosie może przetrzebić… Azjaci mają skłonność do – łupieżu, łysienia, genetycznej siwizny (niektórzy mają pojedyncze białe włosy już w gimnazjum, ale gremialnie siwieją w wieku mocno emerytalnym). Mają też na punkcie włosów i ich pielęgnacji regularnego hopla, wiecznie je przyczesują, przeczesują, traktują baterią kosmetyków (niestety, nie wiem bliżej jakich, bo sama mam zestaw minimum, w dodatku w sporej części przywieziony z Polski). O kosmetykach w Azji – dla zainteresowanych – pisze obficie i w miarę wyczerpująco Azjatycki Cukier z Singapuru, dla mnie temat makijażowo-urodowo-pielęgnacyjny pozostaje nieco abstrakcyjny. W każdym razie – Tajwańczycy i Tajwanki z włosami mogą poszaleć – i to robią.

Młodociany namawiał mnie na strzyżenie, koniecznie. Zapierałam się rękami i nogami, ślubując wierność i uczciwość kliencką mojej krakowskiej fryzjerce, pani Agacie (tu – link do salonu, jakby ktoś chciał odwiedzić), która jak dotąd nie ukrzywdziła mnie nigdy. No dobra, raz poszalała z ilością pasemek i wyszłam blondyną złotą, patrząc podejrzliwie na każdą szybę – co to za baba lezie koło mnie uparcie??? Ale też nie ma do niej pretensji, bo jestem klientką specyficzną. Na pytanie jak tniemy mówię – ty wiesz lepiej, rób co chcesz, tylko nie za krótko i żeby nie trzeba było z rana się pindrzyć.

Jednakowoż w końcu stwierdziłam, że chińskie mycie z masażem brzmi fajnie i mogę się skusić.  Niestety, o ile mycie było nie najgorsze – ale i bez fajerwerków (tylko szampon z odzywką śmierdziały intensywnie kwiatowo-chemicznie tanim specyfikiem marki Tesco,błe, jak jakiś płyn do podłogi), masaż taki se, to niestety – potem pani się nie popisała i wysuszyła mnie na „zmokłą kurę”, jak Chinkę.  Azjatki bowiem nie lubią jak coś im się puszy, i włosy namiętnie prostują. Jak mi się z kolei nie napuszy, to wyglądam jak pół de zza krzaka, bo włos mam może i zdrowy, ale cieniuchny jak u bobasa. No ale pani fryzjerce nie dało się przetłumaczyć, że mnie się suszy od spodu i tak jest lepiej, tylko uparcie ładowała suszarą od góry, no bo od dołu jakże to???… W efekcie nie musiałam nic mówić, Młodociany sam zauważył, że jednakowoż należy mnie przeprosić i nie naciskać więcej w kwestii korzystania z  usług włosowo-urodowych.

Abstrahując od stremowanej pani fryzjerki, która była śliczna, miła i prawdopodobnie całkiem kompetentna poza działem „włosy europejskie w wydaniu Gongzhu Majii”, salon spodobał mi się. Był spory, z gatunku tych nowoczesnych, w gdzie urzędują tzw „geje-styliści fryzur”, wnoszący powiew wielkiego świata i obsługi w stylu Tap Madl. Taki przybytek.  który z lekka onieśmiela ilością luster i wypasionego sprzętu, a personel gania i gania. Owszem, gejów stylistów fryzur było calkiem sporo, w tym bliźniaki, którzy co rusz mnie mijali w biegu (ale nigdy we dwóch unisomo, więc chwilę spędziłam na zastanawianiu się, w jakiż to magiczny sposób ufarbowany jest ten koleś z tatuażami, że raz mu się łeb mieni fioletem a raz kasztanowym brązem z frymuśną grzywką pink???). Młodociany ze wyczynów swojego fryzjera jest zadowolony, ja natomiast mam cichą nadzieję, że nie będę musiała się oddawać w ich ręce, ponieważ mogłoby się to skończyć podwójnie źle…

Jeszcze kilka słów o azjatyckich włosach – są jak powszechnie wiadomo – naturalnie czarne, grube, mocne, sztywne… Farbują się kiepsko – stąd zawartość wybielaczy w farbach przeznaczonych na rynek tutejszy wyraża się liczbą dwucyfrową, u statystycznej Polki powodującą szybkie wyłysienie. A u nich – z łaską – lekkie zjaśnienie czupryny. Dziewczyny uwielbiają zmieniać kolor na odcienie brązu i rudości, bo to im jakoby rozświetla twarz i nadaje uroku. Chłopcy częściej idą na całość, ładując sobie – blondziki platynowe, zielenie, fiolety. Wolno im, od paru lat zniesiono obowiązkową fryzurę o regulaminowej długości koafiury określonej odgórnie (i od tego czasu rozpoczął sie upadek duchowy tajwańskiej młodzieży).

 

W przeszłości bowiem młode Tajwanki i Tajwańczycy uczący się w szkołach średnich i podstawowych, mieli obowiązkowo wcielać w życie ideały skromności i skupienia się na nauce – a nie pindorwaniu, spędzaniu czasu przed lustrem i rozmyślaniu o modzie tudzież urodzie i jej brakach. Służyło temu opitolenie chłopców na zapałkę, a dziewczynek na „arbuza” – czyli taką typową chińską fryzurkę z grzywką, nie dłuższą niż dwa palce za koniuszek ucha. W którym rzecz jasna nie wyglądało się jak symbol seksu, a wręcz przeciwnie – Tajwanki twierdziły, że ich głowy przypominają łudząco wielkie , okrągłe arbuzy… Nie zdziwi nikogo informacja, że nauczyciele sprawdzali zgodność z przepisami i biada uczniowi, co dał się złapać na ich naruszeniu – szkolny personel albo wywalał za drzwi, albo sam nadrabiał owo „niedopatrzenie”… (Na zdjęciu – licealistki podczas musztry, na oko prawdopodobnie jest to ostatnia klasa szkoły średniej)