Tajfun, tfu tfu – czyli jak czasem wygląda tajwańska pogoda

Wczoraj przy okazji ploteczek czatowo-skajpowych z kuzynką w powietrzu zawisło pytanie:

- Majia, jak tam u was na Tajwanie, żyjecie? Bo w wiadomościach nawet było, że jakaś masakra i tragedia.
Zdziwiłam się trochę, bo nie zanotowałam żadnego spektakularnego wydarzenia, które mogłoby pretendować do miana wstrząsającego i straszliwego. Zatem – może dowiem się czegoś, co trzymano przede mną w tajemnicy? Czytaj dalej

Krajobraz potajfunowy ze statkiem

Mam pecha do tajfunów – albo olbrzymie szczęście. Jestem tajfunoujemna, więc jak dotąd plaga wakacyjna całej Azji Południowo-Wschodniej omija mnie szerokim łukiem. W tym roku, gdy zażywałam wakacji w upalnej Skandynawii (+26 C za kołem podbiegunowym to jest osiągnięcie), w Tajwan uderzył niezbyt silny tajfun Matmo (osiągnął I stopień w pięciostopniowej skali).

Tajwańczycy nauczeni doświadczeniem z ubiegłorocznym tajfunem Soulik przeprowadzili między innymi ewakuację turystów z najbardziej na wysuniętych na wschód wysp – Zielonej i Orchidei, zarządzili obowiązkowe wolne (tzw. typhoon holiday) 23 lipca. Czytaj dalej

Tajfun stulecia – supertajfun Usagi i moja utrata dziewictwa na niwie huraganów

W czwartek wypadło wolne z okazji Święta Środka Jesieni, które zgodnie z planem spędziłam na wodospadzie w miejscowości Majia. Nieco dreszczyku emocji dodawał fakt, że nadciąga tajfun i w każdej chwili może lunąć tudzież zadąć – a ewakuacja z położonego na stromym i słabo oporęczowanym stoku do odległego o godzinę jazdy Kaohsiung mogłaby być „z dreszczykiem” oraz „z deszczykiem”. Jednakowoż deszczyki i dreszczyki ominęły mnie szerokim łukiem – zabawa w wodospadzie była przednia, woda rześka, powietrze ciepłe, a tajwańskie dzieciaki i dorośli nad wyraz przyjazne i radosne.

Następnego dnia wraz Irkiem i jego znajomymi z Polski zjawiliśmy się na Secret Beach koło Uni. Czytaj dalej

Królik w tajfunie, królik z księżyca – Festiwal Środka Jesieni po raz drugi

15 dnia 8 miesiąca księżycowego wypada w chińskim kalendarzu 中秋 – czyli Festiwal Środka Jesieni. W Chinach z tej okazji przydzielono i tydzień wolnego, na Tajwanie – tylko ten dzień, aczkolwiek Wendzarnia swoim studentom podarowała dłuższy weekend, odrabiając uprzednio piątkowe zajęcia.

Ogólnie cały Tajwan będzie zapchany ludnością przemieszczającą się wte i wewte, albowiem Święto Środka Jesieni spędza się tradycyjnie w rodzinnym gronie, grillując i wpatrując się w księżyc. Czytaj dalej

Dotknąć tajfunu

Tajwan to mała wyspa, leżąca pomiędzy Japonią a Filipinami, na szlaku cyklonów tropikalnych, zwanych w tych rejonach 颱風 – táifēng, wiatr znad Tajwanu. W lecie – od mniej więcej czerwca do września/października bezmiar Oceanu Spokojnego nagrzewa się do temperatur powyżej 26C w warstwie około 50m w głąb (dlatego na Bałtyku tajfunów nie ma – za płytko i za zimno, wczoraj prognoza pokazała zawrotne 17 C zachęcające do pływania chyba tylko dla Eskimosów i morsów), ogrzana woda paruje tworząc chmury, które wskutek ruchu wirowego ziemi także zaczynają się kręcić – i znad bezkresnego falującego błękitu zmierzają  w kierunku lądów…  Trasa wiedzie przez Filipiny, skrętem nad Tajwan lub mijając Piękną Wyspę – walą w japoński Archipelag Ryukyu (czyli w między innymi Okinawę), ewentualnie w Hongkong i Chiny.

Tajfun dla Tajwańczyków jest „hen mafan” – czyli kłopotliwy i niewygodny. Tajfun to huraganowy wicher o prędkości przekraczającej 33m/s, a często- gęsto sięgającej powyżej 86 m/s czyli 300 km/h  (dla porównania, polski halny w porywach osiąga 60m/s) plus deszcz. A raczej oberwanie chmury – wielokrotnie przekraczające to, co znamy z polskich realiów. Oraz fale – i to nie byle jakie, 6-metrowe potwory walące wściekle o brzeg, zasypujące go mokrym piachem i urywające wielkie kawały brzegu.

Hen mafan – wiadomo, tajfun to kłopoty. Wicher zrywa elementy konstrukcyjne typu rzeźby i neony (dlatego wiele tajwańskich tablic ogłoszeniowych i afiszy jest dziurkowanych), obala drzewa, uniemożliwia wyjście z domu i jazdę skuterem lub samochodem. Deszcz zamienia ulice w potoki, powoduje zalania i podtopienia domów (na przykład w sąsiadującym z Kaohsiungiem Pingtung County większość domów ma specjalne drzwi blokujące wodę oraz łódkę na wyposażeniu standardowym). Silne opady prowadzą do lawin błotnych i osunięć ziemi, podmytych dróg i nawet zawalonych pod naporem wody i wichru domów. Linie energetyczne są zrywane, prąd często-gęsto jest wyłączany, ponadto leje jak z cebra, wichura urywa głowy, a ciśnienie atmosferyczne zamienia ludzi w zombiaki.

Jednak – Tajwańczycy bez tajfunów nie mogą żyć. Wyspa ma małe zasoby wodne, rzeki są raczej lichawe, jeziora niezbyt liczne i summa summarum nie są w stanie pokryć zapotrzebowania 26 milionów obywateli (plus obcokrajowców w liczbie nieustalonej, ale sporej) na picie, kąpanie, pranie, gotowanie… Każdy tajwański dom ma na dachu zbiornik, który wyrównuje ciśnienie wody, w wielu dzielnicach Kaohsiung są zlokalizowane studnie głębinowe. Korzytsanie z nich jest jednak hen mafan – bo trzeba się umordować, pompując (wyciągnąć wiadereczko z setki metrów to nie bagatelka, można płuca wypluć przy okazji…), potem wodę trzeba donieść do domu i często-gęsto wnieść na n-te piętro, a w dodatku potem gospodarować nią oszczędnie… Na przykład – wodę z pseudokąpieli (łazienki 3w1 nie sprzyjają leżeniu w wannie) wykorzystać do spłukiwania toalety. Gdy nie pojawi się tajfun, robiąc masę zamieszania, ale i uzupełniając naturalne i sztuczne rezerwuary – Tajwańczyk kąpie się raz w tygodniu, kibelek spłukuje raz dziennie i psioczy na zły rząd, co nie zagonił odpowiedniej ilości opadów na wyspę. O odsalaniu słonej jak nieszczęście wody morskiej nie słyszałam.

Czy przeżyłam tajfun? Nie.

Ogólnie rzecz biorąc wszelkie katastrofy naturalne omijają mnie szerokim łukiem. Nawet powódź stulecia w 1997 roku przeżyłam – we Włoszech na obozie, a rodzice i kadra chcąc zaoszczędzić nam stresu, włączyli blokadę informacji, więc jadąc do domu przez Czechy oglądałam ze zdumieniem i niedowierzaniem ulizaną trawę i zamulone fasady, nie łapiąc o co kaman. Powódź posmoleńska, gdy niebiosa zapłakały – również skomplikowała mi życie z najmniejszym z możliwych stopni, ot powku..wiałam się solidnie na zablokowane mosty i tyle. Inni nie mieli tyle szczęscia, i  Agga ciemną nocą musiała ewakuować swoją firmę – bo okoliczny ściek głęboki na 3 cm nagle zmienił się w Missisippi.

W zeszłym roku podziwałam tabliczkę, pokazującą dokąd sięgnął poziom wody w Wendzarni po tzw supertajfunie Morakot – a sięgał wysoko, ponad moją głowę… Widziałam też nieuprzątniete do dnia dzisiejszego – osuwiska, zamknięte drogi i zerwane mosty (na przykład do Katolickiego Ośrodka Wypoczynkowego, zarządzanego przez siostrę Koko jedzie się mostem, z którego zostało węższe pół, i stoi tam sygnalizator poazujący jechać/stać, bo ruch odbywa się wahadłowo) oraz super-szerokie koryta rzek, wyrzeźbione nadmiarem deszczówki. Ponieważ wróciłam w zimie, ominęło mnie wolne z okazji opadów w letniej sesji, odwołane loty i inne zakłócenia.

Ale-w tym roku w czerwcu nadeszła superpełnia, z księżycem wielkim jak na randce z Brucem Wszechmogącym. Pogoda, jak to przy pełni – piękna, niebo prawie bezchmurne, delikatny wietrzyk, pełny sybarytyzm z lenistwem. Sącząc kawkę aborygeńską (robioną przez Aborygena z plemienia Paiwan) rzuciłam – gorąco, jedźmy nad morze… Max skrzywił krótki nosek, ale – czemu nie. Wykąpać się można (tzn ja będę pływać, a on pluskać, bo z umiejętnościami unoszenia się na wodzie w wyspiarskim narodzie raczej bidnie), tylko nie bierzmy aparatu, bo zapiaszczy się, albo trzeba będzie go pilnować, i w ten sposób Mama Maxie (czyli Max w swej popisowej roli supertroskliwca, dbającego o brak uszkodzeń mej białej dupki) będzie rozdarta pomiędzy obowiązkiem pilnowania świętej Alfy350, a instynktem wskoczenia w złowieszczą toń głęboką po pas i odholowania mnie natychmiast w mniej niebezpieczne rejony, głębokie po kostki.

Ma to głębokie uzasadnienie – tutejsze wody są naprawdę niebezpieczne. Owszem, są płytkie (przy brzegu), ale silna fala potrafi obalić i sponiewierać, a nawet wyrwać dno spod stóp, tworząc taką dziurę, głębszą nagle o metr. Nie dalej jak klika dni przed superpełnią w gazecie czytanej przeze mnie do śniadania oraz lokalnych wiadomościach pojawiła się smutna historia studentów z Tainanu, którzy przyjechali do Kaohsiung  świętować ukończenie studiów. W biały dzień, podczas zabawy na plaży (strzeżonej! bo siedziałam tam kiedyś pod parasolem u ratowników, z nudów łowiących małże morskie) utopiła się trójka. W wodzie głębokiej po pas. Cóż – w wodzie się pływa, a nie drepta, jak to ujął mój kolega, maniak sportów wodnych. Zabiła ich panika – bo gdy nagle dno ucieka ci spod nóg, nie masz czasu na przypomnienie sobie lekcji pływania – i idziesz na dno jak kamień, a szarpiąc się w normalnym odruchu przeżycia łatwo się zachłysnąć. I nie ma na to rady, mistrzowie też toną… Ojciec mojego znajomego, zawodowy nurek pracujący w porcie Kaohsiung – też zmarł podczas pracy, i nikt nie wie dlaczego, po prostu zniknął z oczu partnerowi, być może zaklinował się gdzieś kablami (nurkował w takim sztywnym, roboczym skafandrze z hełmem, podobnym do strojów kosmonautów), wyrwał je – i nie dał rady się wynurzyć. Pogrzeb dopiero się odbędzie.

W każdym razie, gdy szliśmy na plażę, dotarło do mnie że coś tu nie gra. Pierwszym znakiem były hałdy piachu naniesione na „dzikie”wejście przez kratę. Drugim – woda stojąca przy tym wejściu, oddalonym od linii brzegu o jakieś 30m. Trzecim – huk. A potem zobaczyłam ciemne fale z białymi grzywami – wysokimi na jakieś 3-4 m. Moje ulubione miejsce z altanką i sadzawką ze słodką wodą (to od spotkania z syrenką) zniknęło pod piachem, woda wybijała się spod naniesionych wydm… Na płyciźnie taplali się nieliczni, brodząc tuż przy linii przyboju. Gdy wskoczyłam się ochlapać, zostałam z miejsca przywołana do porządku przez pilnujących tego miejsca rezydentów, solidnie uświadomiona czym grozi włażenie do wody w taką pogodę – nad oceanem wiele kilometrów dalej przewalał się właśnie tropikalny sztorm Leepi, ale pan z mańki określił go jako tajfun (jak powiedzieć tropikalny sztorm po chińsku nie mam bladego pojęcia, i podejrzewam, że Tajwańczycy też).

Ostrzeżona i wyposażona w boję wbiłam się do wody, skakać na falach,  ścigana z brzegu spojrzeniami pełnymi zdegustowania i najwyższej troski. Chwilę bawiłam się na wolnym od kamieni prześwicie, obserwując fale. Cofały się – i tam, gdzie zwykle woda sięgała mi po pas, było jej po kostki. Potem zaś uderzały z impetem – i tam, gdzie ich dotąd nie widziałam, zostawał ślad piachu, słonych jeziorek, śmieci, wodorostów i krabów. Dałam się takiej fali ponieść – i poniosła mnie tak z 20m, wygrzebałam się na kolana metry przed potężnymi głazami na brzegu.

Z wodą nie ma żartów, nawet jeżeli (a właściwie zwłaszcza nawet gdy) potrafisz pływać i czujesz się pewnie nie sięgając dna. Fala bowiem mogła mnie nie tylko rzucić na brzeg i pogruchotać kosteczki. Mogła mnie też pociągnąć w stronę pełnego morza, a nawet wepchać parę metrów w głąb. I byłby koniec epopei i epistoły Gong Zhu Majii, ewentualnie wykleconoby mi epitafium…

Kiedy kończyłam ten wpis, na fejsie użalał się mój kolega Irek – oto w celu odnowienia 90 dni pobytu zabukował sobie bilety na słoneczne Filipiny, i napawał perspektywą tanich wakacji na rajskich plażach… A tu nagle wyskoczył mu tajfun Soulik, wedle prognoz najsilniejszy od 2004 roku. I tak oto – Filipiny poszły w czarną dziurę marzeń niespełnionych, Ireneusz na gwałtu rety szukał taniego hostelu w Tajpej (oksymoron jak stąd do Murmańska… No dobra, jak z Tajwanu do Murmańska, ja do Murmańska mam chwilowo znacznie bliżej) i opisywał barwnie jak to miotało pełnym autobusem, wykładającym się niemal na zakrętach jak rasowy ścigacz. Czekam na finał tej historii, sącząc wodę i grzejąc się w polarnym słońcu o pólnocy :D

Relacja Irka – pisana na komórce, z FB:

Wczoraj kiedy szukalem hotelu w Taipei na zewnatrz tylko padalo i wialo. Natomiast kiedy ukladalem sie do snu, zaczelo sie. Niesamowite przezycie. Czegos takiego wczesniej nie przezylem. Soulik zaatakowal i pokazal swoja sile. Sciany hotelu sie zatrzesly, kraty w oknach poddawane byly ciezkim probom, wiatr jakby krzyczal tak bylo glosno. Co chwile bylo slychac jakby cos duzego spadalo na ziemie z wielka sila. Nieustajace gwizdanie i ryk wiatru, cos jakby szarpalo budynkiem. Chwilami czulem sie nie pewnie gdy cos walilo do moich i tak zabarykadowanych okien. Niesamowite doswiadczenie. Jestem na Tajwanie juz prawie 9 miesiecy i doswiadczylem dwoch tak niebezpiecznych zywiolow jak trzesienie ziemi i huragan. Tego nikt mi nie odbierze. I chociaz stracilem troche kasy przez ten tajfun i skrocil mi sie czas na odpoczynek na Filipinach to mimo wszystko nie narzekam. Tego sie nie da.opisac co wczoraj w nocy przezylem.

Tak to wyglądało w materiale na świeżo – bilans: 1 osoba (policjant) nie żyje, minimum 21 rannych(głównie kierowców skuterków, walniętych spadającymi dachówkami i konarami), strat materialnych nie oszacowano, ale małe nie będą, a tajfuntymczasem narozrabiawszy chyżym taj-galopkiem popędził na Chiny Ludowe…

A na koniec - trochę inny tajfun. Ech, być pod tym płotem….

Moknąc w deszczu

Ze zdziwieniem, rozbestwiona słonecznym szaleństwem i tropikalną aurą Kaohsiunga - skonstatowałam  iż PADA. Ośmiela się od dwóch dni siąpić, kropić, lać i walić żabami, ze zmienną amplitudą i natężeniem oraz interwałem. Odkryłam też, że Tajwańczycy potrafią jeździć na rowerze/skuterze, trzymając jednocześnie rozłożony parasol. Poluję od rana na szybką focię takiego delikwenta, bo bez dowodów nie sądzę, żeby ktoś uwierzył, że jegomość raźno pedałuje, paląc papierosa i trzymając nad głową metrowej średnicy deszczochron w kolorowe ciapki.

Plusem  intensywnych opadów jest to, że powietrze nieco się oczyściło, smog osiadł na ulicy i spłynął do morza. Ponadto trawa i roślinność odżyły i odzyskały intensywne kolory. Odrobinę się ochłodziło (aczkolwiek nie jest to mróz polarny czy po prostu zwykła zimnota, każąca zadziać polarek i wbić się pod kocyk z kawusią i książką). A z minusów – od dwóch dni jestem zombiakiem, ledwo chodzącym (w okolicy nie ma dobrej kawy a na substytut szkoda mi kasy i żołądka, a ja jestem na równi hipochondryczką i meteopatką). Życie towarzyskie i wyjścia musiałam ograniczyć. No i najbardziej irytujące – komary pchają się do domu drzwiami, oknami, klimatyzatorem i rurami. Jak to rurami? Też nie wierzyłam, ale tutejsze owady mają chyba szkolenie w SWAT zanim wylegną w poszukiwaniu wyżerki. Bowiem źródłem zaopatrzenia w krwiopijców jest – uwaga – dziurka ściekowa (czyli odpływ wanny/prysznica, gdybym miała wannę lub kabinę prysznicową) oraz odpływ umywalki. Taaa, też mnie zatkało. Ale przyjęłam do wiadomości, że dranie potrafią nurkować i prowadzić urozmaicone formy desantowania

Drzwi do łazienki bowiem zamknięte, okno zabezpieczone moskitierą, pokój okadzony kadzidłem, opsikany sokiem z trawy cytrynowej, wypłaszacz komarów podpięty do kontaktu, cisza i spokój ani bzyknięcia. Idę pod prysznic… Wiadomo, mydlenie , pilingowanie etc chwilę trwa. Po spłukaniu piany odkrywam – cztery bąble – dwa na szyi, dwa na nodze (przed myciem ich nie było) oraz dwa połowicznie napełnione krwią komary przyczajone w okolicy kolanka od umywalki. Idąc za radą nauczycielki Ye, zakryłam odpływ wody kubkiem po soku, takim plastikowym. Wracam do domu po szkole, przeprowadzam inspekcję- a w kubku wygłodniałych wampirów sztuk cztery…. Jak te dranie są w stanie pokonać kolanko???

Ponieważ akurat trafiło się okienko pogodowe, postanowiłam odrobinę sfufanemu Młodocianemu (Zejdź z mej wymowy chłopcze drogi, i powtórz „W Szczebrzeszynie Chrząszcz brzmi w trzcinie” cwaniaku, a w ogóle mów do mnie po angielsku, bo popełnię samobójstwo ubrana w czerwoną kieckę – czytaj wrócę pośmiertnie jako duch) pokazać nowe zakątki odkryte podczas spaceru z Keisukiem. Najpierw byli kulturyści, i Młodociany prężący podrośnięte muskułki w pozach konkursowych. Japonki nieco psuły wrażenie ogólne…

Potem zaś dotarłam do „czegoś”. „Coś” migało, psikało parą wodną, wydawało dziwne dźwięki, takie trochę jak łódź podwodna. a częściowo jak ścieżka dźwiękowa z filmów o kosmitach. Bo i wyglądem  nieco przypominało „Coś” mózg operacji, odrobinę podobne było do sterowca, trochę wyglądało na chmurę, a do tego wyposażone było w peryskop. Taka sztuka nowoczesna, widowisko światło dźwięk. Nie zdziwiłabym się, gdyby w tym metalowym pałąku obok zainstalowano ukrytą kamerę, a potem zmontowano fajny filmik o użytkownikach i oglądaczach tegoż wynalazku.

Potem było zaś takie ciekawe, opuszczone miejsce, które zagrało w jednym filmie – i zainspirowało mnie do wieczornych rozrywek (ale o tym kiedy indziej), w obowiązkowych futurystycznych betonach i szkle, utrzymane w czarno-białej kolorystyce (dlaczego tak – obiecuję, będzie wyjaśnione niebawem). Po drugiej stronie rozpościerała się panorama wieżowców:  Kaohsiung85, bliźniaki wyglądające z daleka jak roboty- wartownicy pilnujący Środkowego  Sztywnego Palca Azji, oraz dwie wielkie łodzie, z czego jedna wedle krążącej po mieście plotki - należy do rosyjskiego multimiliardera. Druga zaś wyglądała na produkt z drugiej ręki.

Panorama Kaohsiung Love River

Następny punkt programu został zasponsorowany przez Panią Chmurkę i Panią Mżawkę-Siąpawkę, która umknęła ze sceny wydarzeń, robiąc miejsce dla – ordynarnego, grubego Pana Deszcza w najbardziej chamskim i upierdliwym wydaniu  Innymi słowy – zaczęło lać jak z cebra, więc schroniłam swój aparat i odwłok (w dokładnie tej kolejności) pod artystyczną konstrukcją z kontenerów. Nie byłam jedyna, wraz ze mną, aparatem i Młodocianym kibicowaliśmy panu, który pomiędzy kolejnymi falami bardziej chlupiącej ulewy zarzucał wędkę. Czy ryby biorą w deszcz? Czy on po prostu musiał się odstresować, bez względu na pogodę i rezultat wędkowania? Ściana wody była tak mocna, że odległy o ok 500 m Kaohsiung85 zniknął zupełnie z widoku. Aczkolwiek- znaleźli się i tacy zapaleńcy, co w strugach deszczówki kontynuowali bieg czy jazdę na rowerze…

 

Stojąc pod przeciekającym kontenerem i tępo gapiąc się w deszcz, usłyszałam smutną wiadomość. Stara chińska barka, w dawnych czasach będąca restauracją „Morski Pałac”, a obecnie malowniczo murszejąca po niedostępnej stronie kanału portowego (wejście tylko dla pracowników z identyfikatorami) – zostanie niebawem rozebrana i usunięta, aby zrobić miejsce dla nowszej generacji sztuki.

Innymi słowy – dla Gumowej Kaczuszki, czyli wielkiej dmuchanej paskudy o wymiarach 16.5 x 20 x 32 metry, wykonaną przez Holendra Florentijna Hofmana i wystawianej po świecie. Wedle ogłoszonego na FB planu, ma w październiku zawitać do Kaohsiung (mieszkańcy są proszeni o wpisywanie się na listę entuzjastycznie witających)…

Ale! Być może do tego nie dojdzie – właśnie wyczytałam, że w środę 15 maja kaczucha się sklęsła w tajemniczy sposób … (tia, przeszło mi przez myśl wysłanie tam naszego czołowego eksperta od kaczych katastrof, ale chyba nie możemy tego jako Polacy zrobić ludzkości???)

Więcej zdjęć Rubber Duck z tournee „Spreading Joy Around the World” przystanek Hongkong – tutaj >>KLIK<<

W każdym razie, gapiłam się tępo w deszcz, oddając rozmyślaniom o przemijaniu i niszczeniu oraz plastikowej (wybaczcie wpadkę, gumowej) kulturze zastępującej tradycję, gdy z zadumy wyrwał mnie Młodociany: „Coś tak się zasępiła, Księżniczko? deszczu nie widziałaś? Taki deszcz to nic, dopiero w tajfun to jest coś, biga biga siamsing” zaszwargotał w czingliszu (big big something, tak mniej więcej wymówi to statystyczny Chińczyk). No tak, jak pamiętam z prasy, telewizji i zdjęć – tajfun to nie w kij dmuchał… Woda wtedy wali jak oszalała, przez dzień – czasem dwa, studzienki i rynny nie nadążają z odprowadzaniem, w dodatku Pogotowie Energetyczne prewencyjnie wyłącza prąd żeby wicher nie porwał drutów ( a jak porwie, to aby zbyt wielu postronnych nie popieścił prąd). Można spodziewać się wszystkiego - osunięć gruntu, lawin błotnych, powodzi, podtopień, zawalenia co słabszych konstrukcyjnie budynków (to zdjęcie to nie fake, 4 lata temu temu tak właśnie widowiskowo omsknął się w nurt rzeki hotel z Taidong po tym jak na Tajwanie narozrabiał tajfun Morakot).

Tajwańczycy sobie z tym jednak radzą.  najbardziej narażonych miejscach (wschodnie wybrzeże – Taidong, Hualien, Pingdong) domy buduje się – za górką i na palach, słupy elektryczne też stoją na postumentach (takich 4-5 m wysokich), partery domu są wyposażone w dodatkowe drzwi „anty-powodziowe”, które co prawda przepuszczają wodę, ale w znacznie mniejszym stopniu, no i na wyposażeniu rodziny oprócz zwyczajowego skutera znajduje się też łódka/ponton/motorówka. A poza tym – dopóki działają słynne „delikatesy 7-eleven”, nie jest źle :D Zawsze można popłynąć po wałówkę, choćby nawet na grzbiecie rekina. Trzeba tylko pamiętać o kasku, żeby nie dostać mandatu :P