Gdy kosmici odlecieli, ich domy zostały… – „nawiedzone” domki w Sanzhi

Szukając ciekawych miejsc na wycieczkę, znalazłam artykuł o „UFO-domkach”, niedokończonym osiedlu letniskowo-resortowym na północ od Tajpej.

Kosmiczne budynki w Sanzhi oglądnęłam dokładnie w sieci – wyglądały jak kwintesencja „miejsca w którym musisz być”.  Czytaj dalej

Jeszcze o lizaniu kultury… ( i kulturalnych artefaktów… z wątkiem perwersji i pornografii)

Obiecałam kontynuację wątku artystyczno-liżącego. Zatem zapoznam was z jeszcze jednym kąskiem sztuki nowoczesnej made in Taiwan. Zatem, wróćmy na brzeg portu Kaohsiung, przerobionego na przestrzeń wystawowo-publiczną.

Uwielbiam wieloznaczność. Uwielbiam intensywne kolory, miękkie linie, oraz lustrzany połysk zaczerpnięty z przysłowiowych psich jajec tudzież butów podporucznika z kompanii honorowej (poza politurką na czymkolwiek, którą trzeba polerowac, yhhh). I koty też lubię… Zatem – oto kotki.  Czytaj dalej

Liźnięcie kultury -nowa wystawa w Pier2

Choć bardzo zajęta, nie mogłam sobie odmówić sprawdzenia, co nowego w jednym z moich ulubionych punktów Kao, czyli „Artystycznym Nabrzeżu Pier2 Art Center”.

 W poniedziałek po szkole rączo niczym gazela popędziłam nad morze, licząc że dzień powszedni i w miarę wczesna godzina oszczędzi mi nadmiarowego zagęszczenia ludności. Przypominam – Tajwańczycy wszytsko robią stadami, hordami i czeredami, i spacer w Pier2 może zmienić się w ocieractwo ze szturchactwem.  Czytaj dalej

Muzeum Sztuki – i chińskie poczucie humoru

Kiedyś sądziłam, iż Azjaci wyprani są z poczucia humoru, nie rozumieją naszych żartów, dowcipasków i nawet nie zauważają ostentacyjnego nabijania się ich żółto-skośnookich osób, za to chichrają się jak potłuczeni w najmniej odpowiednich momentach… Potem przyszło oświecenie… Azjaci nie są kretynami, ale mają wysoko rozwinięte kompetencje społeczno-grzecznościowe przy jednoczesnym zaniku asertywności.  Posiadają także takie cechy jak ironia i złośliwe komentowanie zdarzeń w sposób celny ale i nienaganny pod względem uprzejmości. A na nasze docinki z dowcipaskami nie reagują, gdyż wychodzą z buddyjskiego założenia, że to tak – nienaumyślnie było.

Młodociany otworzył przede mną świat niepoprawnej gadki i przekomarzanek,szybko przyswajając sobie tekst o ironii będącej zwierzęciem futerkowym z amazońskich lasów. A mój słownik wzbogacił o kilka celnych podsumowań, po chińsku brzmiących bardzo miło i grzecznie, z kolei po tajwańsku już niekoniecznie… :D

Żyłam w każdym razie w słodkim przekonaniu o śmiertelnej powadze Azjatów, zaburzanej tylko pod wpływem % i zmieniającej się w radosne chichotanie rozbestwionych chomików z Hamtaro, aż któregoś chłodnego grudniowego dnia coś mnie pokusiło o sprawdzenie zawartości wielkiej kwadratowej plamy zieleni, wyposażonej w obowiązkowe oczko ) a raczej oczysko wodne, z którego środka coś błyskało w obraz z satelity, coś jakby helikopter na wodzie a nieco niczym smukły hipopotam/chromowany Nessie… W rogu mapa podpowiadała, Kaohsiung Museum of Fine Arts, Muzeum Sztuk Pięknych.

Odżałowałam 220 NT (prawie 30 PLN) na studencki bilecik i udałam się na ukulturalnianie podczas wystawy o Szalonym Dalim.

Obejrzałam więc słynną kanapę, nieco mniej słynne inne meble, wiele rozkłapcianych zegarów wykonanych w rozmaitych technikach, od rysunków przez brąz, chrom i szkło, potem jeszcze więcej aniołów z szufladami oraz statuetki heroin o fantastycznych biustach i inne zbiory, w tym trochę biżuterii oraz masę zdjęć ekscentrycznego Hiszpana z napomadowanym wąsikiem. Ale- najlepsze znalazłam po wyjściu… Bowiem muzeum otoczone jest parkiem – tak jak na zajęciach z Google Maps… Ale zdjęcia w małym kawalątku oddają to, co tam można odkryć… MeiShuGuanGongYuan (czyli Park Sztuk Pięknych) od pierwszego momentu zajął najwyższą lokatę w kategorii „lokacja na wagary”. Podobnie jak doki i Pier 2 – ma tę fenomenalną właściwość permanentnej mutacji, i przyjeżdżając za tydzień lub dwa zawsze znajduję coś nowego…

Po pierwsze – hektary przyrody. Jest się gdzie gonić, po alejkach, zaroślach, wąwozach, wzgórzach i innych wądołach.

Przyroda, oprócz aspektu deptanego, posiada także aspekt uciekający-syczący-fukający i pluskający. Czyli – kaczki, żółwie, czaple brodzące, jaszczurki, ryby, żaby, żuki i płochliwe kwiatki (takie jak na filmie „Avatar” – jak określił je mój amerykański kolega, one istnieją i dotknięte – zamykają się w sobie na chwilkę. Są niestety dość mikrych rozmiarów, więc łatwo je przegapić pośród bezkresu trawnika, a potem jest już za późno…).

 

Po drugie, przyczynek do upadku mitu o braku poczucia humoru i zmysłu ironii wśród Azjatów. Droga dookoła parku usiana jest znakami drogowymi, z opisami po angielsku i po chińsku.

Najpierw zobaczyłam taki – zakaz pieczenia kaczek , więc (nauczona instrukcją obsługi kibelka pospolicie i powszechnie wiszącą na drzwiach w każdym przybytku ulgi dla pęcherza) stwierdziłam domyślnie – może byli tu Polacy/Rumuni/Cyganie/inne nacje lubiące wszamać darmowego łabędzia w parku… Ale potem poważne, naukowo-obyczajowe podejście mi przeszło wraz z resztą arcypoważnych ostrzeżeń…

1. Zakaz tańca na rurce

2. Zakaz pławienia się w gorących źródłach

3.Zakaz dokarmiania zwierząt (pod machającą syrenką)

4. Zakaz praktyk religijnych

5.Uwaga! Qigong!(czyli energia życiowa, to, co uwalniają w sobie jogini i praktykujący poranne TaiQi)

6.Achtung, Minen – to przy żabkach, ponoć ma militarne wytłumaczenie, ale i całkiem praktycznie – całując żabę możesz wdepnąć w konkretny związkowy niewypał… (to tak mi się przypomniało rozliczeniowo, bo ostatnio prześladował mnie w snach mój uroczy Ex… Brr)

7. Skrzętnie zamaskowany w krzakach koło parkingu – Uważaj na Dyrektora Muzeum 8. Koło Muzeum Dzieci - raczkujący bobas z podpisem – zakaz puszczania luzem/uwalniania wszelkich zwierzaków… I inne (bo jestem pewna, że jeszcze nie wszystkie wypatrzyłam)

* かめはめ波; lit. „Turtle Devastation Wave” – dla tych co nie wiedzą, była w czasach mego dzieciństwa i kultowych japońskich kreskówek na tvn/polsacie/Polonii1 – taka rypiąca mózg i ogólnie demoralizująca japońska bajka(jedna z wielu, rzecz jasna), w której główni bohaterowie zdrowo lali się po pyskach w ramach ratowania świata i całej Galaktyki – a specjalną kosmiczną rozwałkę wszystkich form życia dookoła rozpoczynało magiczne zaklęcie - kame-hame- ha!, nie mające zbyt wiele wspólnego ze smutnym i samotnym hawajskim królem o takim imieniu…

Po trzecie, dziwne rzeźby na trawniku, Zaczynając od wielkiego, czerwonego znaku „Ai-miłość” na wzgórzu, przez rączki pomiędzy kamieniami (podobny do c**ki, stwierdził Młodociany – ale tytuł instalacji wszystko wyjaśnia), po kontener wyglądający jak z gry komputerowej o zdobywcach Marsa (lub z filmu „Obcy II”) i ławki – latarnie z kolorowych kosmitów.

Po czwarte, bajkowe zakątki z kwiatkami, ptaszkami, kiczowatymi rzeźbami piesków z gipsu, które poprzez sprytne umiejscowienie okoliczności przyrody zyskują mocno prowokujący rys…

Jest jeszcze Dziecięce Muzeum, w którym ja i Młodociany byliśmy jedynymi chyba gośćmi powyżej 14 lat, nie posiadającymi przychówku. Muzeum Dziecięce jest najlepsze :D

Właściwie cała wizyta w Parku Sztuk Pięknych przypomniała mi Akademię Pana Kleksa i resztę twórczości Brzechwy…

Czy Akademia była może tłumaczona na angielski? Bo o przekładzie na chiński z polskich autorów wydano – Mickiewicza Adama „Pana Tadeusza”, „Cesarza” R. Kapuścińskiego, którąś z książek Małgorzaty Musierowicz i wiersze Wisławy Szymborskiej, niedawno jeszcze „Wiedźmina” Sapkowskiego na fali popularności gry. A naprzwdę – była i kleksografia, i fabryka dziur i dziurek, i „Księżyc raz odwiedził staw” i Psie smuteczki”… Tylko Pana Kleksa nie było, doktor Paj Chi Wo pewnie by się znalazł…. :D

 

A jak wasze majówki?

 

 

Ludki z wielkimi zadami

Już kiedyś wprowadzałam w historię mego miasta tymczasowego zamieszkania. Kiedyś był to mega-zasyfiony port, jeden z bardziej ruchliwych punktów przeładunkowych Azji i świata – ponieważ kiedyś to Tajwan pełnił funkcję producenta i dystrybutora wszelakiego azjatyckiego badziewia. Potem pałeczkę produkcji przejęły smoki z Chin, Tajwan przekwalifikował się na produkty high-tech a i kwestie ekologiczne zaczęły być nieco bardziej palące – i tak oto portowy kopciuch rozpoczął powolną transformację w miasto światła, kolorów, sztuki i ekologii…

Mój kolega, przebywający kiedyś w Hsinchu (to na północy, takie zagłębie komputerowo mechaniczne) na czymś w rodzaju stypendium, ostrzegał mnie przed lokalnie panującym na pięknej wyspie pragmatyzmem i brakiem dbałości o estetykę wykończenia, objawiającą się tym, że jak działa to działa, i nic to, że wisi taki pisuar na płycie pilśniowej, przyśrubowany chamskimi gwintami, dookoła sterczą jakieś kable i inne gwoździe, wszak pisuar służy do opróżniania pęcherza a nie kontemplacji artystycznej. Ale południe Tajwanu miło mnie zaskoczyło… Stare dzielnice to owszem, blokowiska, przy których moja Nowa Huta to oaza piękna, przestrzeni i zieleni… Fakt, miałam szczęście wychować się w tej średnio-nowej części, gdzie zaplanowano, oprócz mini-parkingów i bloków i falujących ścianach (bo się majstru na kacu różnie betonem chlapało) oraz skośno osadzonych futrynach (bo oprócz krzywego chlapania, majstru miał również problem z pionizacją po trunkach ze Zdzichowej i Edziowej  piwniczki) – były i alejki, i place zabaw, i trawnik przed blokiem i jakieś tam upiększacze (u mnie straszyła głowa Kochanowskiego Jana, ale były i twory o kształtach abstrakcyjnych, z fontannami, brodzikami i kolorowymi szkiełkami/mozaiką). Nowsze dzielnice Kaohsiung, może i są zatłoczone blokami do imentu – i to takimi po 30 pięter, upchanymi przy sobie ulami, ale i o akcentach dekoracyjnych pomyślano. A to parczek jakiś, a to rzeźba ni stąd ni z zowąd, a to traska spacerowa. Ba! Aby naród stojący w korkach się ukulturalniał – to pod wiaduktami są też jakieś mniej lub bardziej artystyczne posążki, straszące lub wyglądające nawet nawet.

W podupadającym porcie urządzono atrakcję turystyczną, Art Center. W magazynach są wystawy, jest też część plenerowa – bo miasto Kaoshiung rocznie ma przeszło 300 słonecznych dni, jest kolorowo i urocznie. To właśnie tam spotkałam białego misia, tam stoi wielki plastikowy Transformer w kolorze żółtym, oraz oczywiście – słynne ludki z wielką dupą.

Ludki są symbolem miasta i formą hołdu oraz upamiętnienia dawnych mieszkańców Kaohsiung, budujących obecny dobrobyt tego miasta. Jest Pani – Rybaczka oraz Pan-Inżynier (przy czym inżynier to tutaj taki ładnie brzmiący zamiennik pana robotnika fizyczno-technicznego, operatora machinerii itp, niemający nic wspólnego z wykształceniem wyższym technicznym, albo niekoniecznie mający). Początkowo zaprojektowano białe figury. Pani – w obowiązkowym stroju każdej tajwańskiej kobiety pracującej na zewnątrz – czyli kapeluszu z liści bananowca (uwaga,stożkowatego kształtu kapelusze „chińskie” w poszczególnych skośnookich krajach różnią się!), zarękawkach - czyli takich niby rękawiczkach bez części na dłonie, chroniących przedramiona przed spaleniem na czekoladowy brąz, masko-chuście, zasłaniającej usta, nos i szyję. Pan – w roboczych portkach i pasie z narzędziami, w butach ochronnych alias gumowcach, w kasku na głowie, podkoszulku wypchanym na ramieniu czymś, demonstruje rozrośniętą klatę. Na jednym ramieniu, ma coś pod ubrankiem upchane.

Gdyby ktoś miał wątpliwości, to są właśnie wielkie ludki, z rozłożonym na czynniki pierwsze znakiem „miłość”… Taaakie wielkie zrobili! Swoją drogą, ja mało z motoru nie spadłam, jak kątem oka uchwyciłam coś wielkiego, niebieskiego… Walnęłam Młodocianego między łopatki (umowny znak- stawaj ale już!!!), on cudem utrzymał równowagę na chybotliwym dwukołowcu i i nie posłał mnie do wszystkich diabłów lub pod koła licznie zgromadzonych obok autobusów, busików,aut i innego smerfa. Najpierw odstawił atak paniki pt.: coś się Majii stało (np oberwałam kamykiem w oko, raz miałam już taką akcję – ale okulary wytrzymały)aaaaa!!!, potem się sfufał, że z tak błahego powodu jak plastikowy ogrom pośladków mało nas nie wysłałam w „anielski orszak niech twą duszę przyjmie”, a potem wraz ze mną zastygł, porażony ogromem „baby z zadem”…

- Naprawdę nie wiesz co to jest? -zdziwił się Młodociany, pod największą obecnie rzeźbą -symbolem. 

- Nie wiem. A ty wiesz?

- Wiem, przecież to oczywiste! No, popatrz jeszcze raz, niebieskie, kwadratowe… Przecież to paczka papierosów, hahaha! Niebieska w dodatku, to musi być z MildSeven, najpopularniejszej tajwańskiej marki. To u was robotnicy nie palą? A jak palą to gdzie noszą papierosy? Jak to, za uchem???

Tytułem wyjaśnienia. Tata Młodocianego pali, i jest z pokolenia owych noszących fajki na ramieniu. Młodsi lansowicze mają teraz specjalne metalowe pojemniczki – papierośnica, z zapalniczką i popielniczką w jednym, coby petami nie rzucać na trotuar…

Ludki stoją od 7 lat. Co roku więcej, i w nowych, okolicznościowych malowaniach. Zaczęło się od jednego, a potem - rozmnożyli się przez pączkowanie, niczym wrocławskie krasnale :D Kilka archiwalnych projektów:

A co oprócz ludków? Ano, jak to ładnie ujęła burmistrz Pulchna (którą doskonale znam z rysunkowej karykatury, a na zdjęciu jej nie poznałam, choć podobna jak dwie krople wody…) – Kaohsiung zyskuje nowe oblicze miasta Sztuki Nowoczesnej i Ekologii, więc jest i nowoczesna, ekologiczna wystawa na terenie starego dworca portowego.

Między szynami rosną kwiatuszki i trawniczki, dookoła domki, w których wciąż mieszkają ludzie (choć mi one wyglądały na takie bardziej lalczyne, tylko odrapane), a do tego z lekka statecznie rdzewieją ekologiczne rzeźby z odpadków… :D  I dinozaury.

I na koniec… Azjatyckie zabawy z perspektywą na zdjęciach… Każdy kojarzy focie z Egiptu, gdzie trzyma się piramidę w dłoniach? Albo -moje zdjęcia z Hongkongu, z wieżowcem „pod ręką”? To azjatycki wynalazek, ponoć japoński… W każdym razie, zrobienie dobrej fotki wymaga trochę mozołu i akrobacji…

 

A gdyby kogoś zaciekawiło, jak wyglądała transformacja Kaohsiung – TUTAJ KLIK  jest film z serii Nat Geo Megapolis, niestety – po angielsku. Dodam, że po obejrzeniu tegoż dokumentu dopiero do mnie dotarło, co Panda i inni mieli na mysli, mówiąc o „znacznej poprawie środkowiska, powietrza i czytości Love River”… Która – jak sądziłam, jest syfiastym ściekiem… Ale, jak tłumaczyło mi kilkoro mieszkańców tego miasta – jeszcze 10 lat mtemu to był taki rynsztok, że żeby popełnić samobójstwo, należało najpierw przebić się przez warstwę odpadków wszelakich, potem zaś zmobilizować wszelkie rezerwy samozaparcia, aby nie uciec przed mega -fetorem… Ryby nie chciały żyć w tej „wodzie”, a spacer brzegiem rzeki był rónoznaczny z deklaracją chęci dłuższego pobytu na oddziale toksykologicznym. A jak Młodociany stał w korku na moście – to aż oczęta mu łzawiły… I zobaczcie sami, jak ładnie dali radę :D