This ! is ! Taiwan!… czyli typowy tajwański spacer w obiektywie obcokrajowca

Stada skośnookich, wydzierających się Chińczyków są wszędzie, nawet na Nordkappie. Momentami ów odludny raczej Nordkapp wyglądał zresztą jak Plac Tian AnMen podczas obchodów święta partii, gdzie tylko smog zasłonił litościwie otaczające budynki – bowiem zaiste Chińczyk stał na Chińczyku, Chińczykiem się poganiał i o Chińczyka potykał, w kadrze chińskiego smartfona ujmując małe, (kilkusettysięczne zaledwie) grupki pobratymców…

Do globusa się nie dopchałam, nie machnęłam słitfoci z dzióbkiem (choć zawsze o takiej marzyłam…). Ale z kronikarskiego obowiązku zamieszczam znalezioną w necie focię – szczęśliwie, bez pekińskiego desantu emerycko-nowobogackiego.  Czytaj dalej

Ratując meduzy

Pojechaliśmy do Wetland Parku, odpocząć wśród zieleni nieco mniej sprzyjającej atakom komarów niż solidnie zacieniony park z Wieżą Tygrysa i Smoka. W jeziorku alias bajorku pływały biało-żelowate meduzy, uparcie dążąc do altanki na krańcu zalewu. Skąd falujące meduzy? Ano, z falującego morza, które połączone jest z AiHe, Rzeką Miłości, a woda z AiHe swobodnie wpływa do bajorka Wetland Parku i powoduje jego falowanie w rytm dobowy cyklu pływów, sterowanego księżycem  Tak więc sączymy lemoniadki z prawdziwej cytryny zmieszanej z dużą ilością drobno pokruszonego lodu, napawamy się widokiem półprzeźroczystych parasoli snujących się pośród fal, gdy nagle Młodociany stwierdził całkiem poważnie – Majia, ale my musimy je uratować…

Zmieniłam się cała w wielki znak zdziwionego zapytania. Co ratować?

- Bo one płyną do brzegu i tu utkną, bo woda jest za płytka, żeby mogły uciec, a słońce je poparzy, zobacz!

Rozejrzałam się i załapałam. Faktycznie, jedna z najbliższych meduz apatycznie falująca w jednej z nieco głębszych niecek wybitych w płyciutkim dnie brzegu bajorka wyraźnie przypominała pół ścięte jajko podczas procesu smażenia jajecznicy – tu i ówdzie błyskając sparzoną bielą pośród transparentnej glutowatości. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie zastanawiałam się zbytnio nad systemem nerwowym meduzy, pamiętając z lekcji biologii w szkole podstawowej, że meduzy rozróżniają jasno-ciemno jakimiś narządami na brzegach kapelusza i tyle. O klinice leczenia oparzeń specjalizującej się w parzydełkowcach uszkodzonych przez promieniowanie UV nie słyszałam. Obiły mi się tylko o uszy historię o mniej lub bardziej niebezpiecznych kontaktach z parzydełkami tych uroczych zwierzątek, i o zbawiennym wpływie octu na obrażenia odniesione podczas zaplątania się w okolicę takie krążkopława czy stułbiopława.

I Młodociany zastygł na brzegu rozważając, jakby tu te meduzy uratować. Bo ja je dotykałam ostatnio, i nic mnie nie poparzyło. Dopiero po dłuższej chwili odstygł, pokiwał z rezygnacją głową i podreptalismy do motoru. Ale humor miał już zwarzony do końca dnia, nawet wielki puchar lodów z czekoladą i truskawkami jakoś nie pocieszył go za bardzo.

Sama nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Idea ratowania meduz jest dosyć absurdalna, a podobną kwestię w Polsce podniosłoby dziecko w wieku przedszkolnym. Jest to jedna z rzeczy, które podobają mi się w Tajwańczykach – mają zupełnie inny niż Europejczycy poziom empatii.

A potem przypomniała mi się powielana w wielu mailach/postach/motywatorach etc historia, będąca swobodnym nawiązaniem do „The Star Thrower” autorstwa  Loren Eiseley.

Na specjalne życzenie, mogę przetłumaczyć tą historyjkę. Ale tylko na bardzo specjalne. Ćwiczyć angielski trzeba :D

Tajwańskie pupilki

- Ty, te psy to tak naprawdę??? – zapytała Agga zszokowana widokiem spasionego labradora wiezionego na spacer.

- No, a jak? na niby? Wkleiłam w Fotoszopie?

- Nie no, może one mają w zadzie jakiś magnes, albo kawał żelaza, że tak siedzą, bo mój by nie usiedział…

To niezaprzeczalny fakt. Bronisław to ADHD w opakowaniu teriera. Chociaż moje prywatne zdanie jest takie, że jakby od szczeniaka był tresowany metodami mojego taty, to by stał na baczność, tańczył, śpiewał  recytował…, a  nie ganiał po całym samochodzie.. Ale – mój tata jest postacią w rodzinie legendarną, której pojawieniem nakłaniano pociechy do wtranżalania kaszki czy sprzątania pokoju „bo przyjdzie wujek Janusz, to zobaczysz…”.Tak na marginesie, zwracam uwagę na dwa zjawiska… Pierwsze z nich to butki stosowane do  jazdy na skuterze – a są to klapki i szpilki, i czasem zdarza się , że na skrzyżowaniu można pół sklepu zaopatrzyć w pojedyncze sztuki obuwia, co komuś spadło… Nie wiadomo im o niestosowności i niedogodności prowadzenia wszelakich pojazdów w obuwiu na wysokim obcasie lub łatwym do ześlizgnięcia, czy jak? Kwestia druga – kluczyki tkwiące w stacyjkach… Niejednokrotnie przez kilka godzin. Na Tajwanie złodziei jest mało, ludzie raczej nie kradną, więc nic dziwnego, że mało kto zaprząta sobie głowę zabraniem kluczyków, gdy opuszcza skuterek „na chwilę”…

Był to jeden z wielu szokujących widoków na początku mojej tajwańskiej odysei – idę sobie chodnikiem, mija mnie wolno jadący skuter, do kierownicy przytroczona smycz, na końcu smyczy spasiony labrador/pudel/kundel zasuwa raźnym truchcikiem, pan pali papierosa… Po osiągnięciu końca chodnika i rzucenia kiepem do kanału – pies wskakuje panu pod nogi, rozsiada się, wywiesza jęzor – i jadą do domu. Bowiem na Tajwanie psów się nie wyprowadza  Przysłowioe lenistwo Tajwańczyków doprowadziło to powstania nowego zwyczaju – skuterowania czworonoga. I wielkie zdziwienie budzi=ą moje oczyska wybałuszone już nie jak 5 złotych,, ale jak piłeczki pingpongowe… No bo jak to, u was się psy WY-PRO-WA-DZA? tak… spacerem? Albo nawet jedzie za miasto, żeby sobie pobiegały? Eeech, bujdy prawisz kobieto :D

Drugą tradycją jest oblekanie włochatego kadłuba. W grę wchodzą nie tylko stroje ( i to nie przaśne sweterki/płaszczyki, które co wrażliwsi właściciele wychuchanych czworonogów dziergają na drutach lub kupują w zoologicznym) – ale i butki, smyczki oraz prawdziwe kreacje z falbankami i cekinami, a nawet przebrania. Znów… Ja byłam od zawsze zdania, że to katowanie psa, i po to ma futro, żeby mu zimno nie było, a jak marznie, to pobiega i mu od razu zrobi się cieplej. A wciskanie jakiegokolwiek zwierzaka w ludzkie ciuchy (podobnie jak karmienie go ludzkim obiadem) – to robienie mu krzywdy i świadectwo co najmniej zdziwaczenia. Rzecz jasna, poza uzasadnionymi przypadkami np psów pracujących odzianych w odblaskowe kamizelki, ewentualnie odzież ochronną i butki. Nieco później obrodziło w mediach zdjęciami szczurowatych wynalazków typu york i cziłała, wyglądającymi z torebek i „czekoladą dla psów”, psimi truflami, lakierami do pazurów… Ostatnią osobą, która moje europejskie myślenie sprowadziła do parteru, był Młodociany, który zaprezentował mi live swojego Formosa Mountain Dog odzianego w gustowny T-shirt z Mario Bros…

I faktycznie – pies zdawał się być zadowolonym wyjątkowo ze swojego ubranka. Na nightmarketach (co to za wynalazek, szerzej napiszę w przyszłości,a  skrótowo – to taki bazar ze wszystkim, głownie średnio potrzebnym wszelakim badziewiem oraz jedzeniem i rozrywkami, otwierający swe podwoje po zmroku) równie popularne jak kramy z ubraniami/biżuterią/pierdółkami do włosów/majciochami/innymi, są te z psimi/kocimi stroikami, często-gęsto obsadzone zresztą psem właściciela…

Króluje rozmiar pokurczastego pudla – yorka-maltańczyka- meksykańskiej rasy chihuahua, ponieważ takie właśnie kieszonkowe szczekacze cieszą się największą popularnością, także z uwagi na niewielkie gabaryty tajwańskich mieszkań oraz wstręt Tajwańczyków do aktywnej pracy z większymi czworonogami. Co ciekawe – popularny u nas wilczur, czyli owczarek niemiecki – jest tu kojarzony z wyznacznikiem luksusu i wysokiej pozycji społecznej. Popularne są labradory, a także jamniki, na które Młodociany reaguje radosnym piskiem – patrz Majia, idzie palówka kiełbasa :D (postępy w nauce języka polskiego w dziedzinie przekąsek/obiadów/posiłków/deserów robi znaczące… jeżeli pojedzie do Polski, głodował nie będzie…, ale RRRRRR mu za nic nie wychodzi, mówi dllllll i tyle).

Mój sąsiad ma regularnego husky…

Na zdjęciach wyraźnie widać, że Tajwan nie bez kozery dzierży palmę pierwszeństwa w dziedzinie produkcji psich ubranek… Zaiste- każdy, nawet najbardziej pokręcony i wymagający koneser znajdzie sposób, ażeby emanację swej osobowości zamanifestować na psim grzbiecie…

Nie powinno więc nikogo dziwić kuriozum w rodzaju farbowania psiej grzywki jako reklamy usług fryzjerskich…

Dodam, że widziałam tez mopsa czy innego maltańczyka usadzonego na podusi w salonie manikiuru i kosmetyki, robiącego za żywą reklamę i przyciagacza uwagi. Na moją uwagę, że nie pozwoliłabym sobie na to, żeby pryszcze wyciskała mi jakaś pańcia głaskająca swojego zapchleńca, Młodociany chwilę pomyślał  przyznał mi rację w kwestii higienicznej, po czym wyjaśnił, że zarówno właścicielka  jak i pracownice oraz klientki uważają jednakowoż, iż ów piesek jest „cute” czyli słodziaszny, i wcale się nie męczy na tym kontuarze, w oparze woni toaletowo-kosmetycznych.

No dobra. Każdemu  komu by się zdawało, że Tajwan to prawdziwa oaza psiej szczęśliwości, gdzie każdy piesek ma swoje ubranko, wybajerzony kojec, milion zabawek i przysmaczków z pańskiego stołu – przypomnę. Po pierwsze – po Kaohsiungu biega cała masa nierasowych kundli, które ktoś wyrzucił i tak sobie żyją, żywiąc się odpadkami i śpiąc na ulicach. Zresztą, do spania układają się bardzo sprytnie – niejednokrotnie tworząc figury geometryczne, okupując przestrzeń pod samochodami (cień i szczątki oparu klimatyzacyjnego), czasem tylko wpadają pod auta…

A rozmiar tego zjawiska jest regulowany polowaniami na psie mięsko. Niedawno w wiadomościach było o odkryciu policji w hrabstwie Yulin, gdzie jeden z obywateli prowadził przez kilka-kilkanaście lat knajpę z pulpetami z domieszką Burka i Azorka…, jako metodę utylizacji resztek z bardzo dochodowego procederu produkcji wywaru na psich siusiakach, sprzyjających zachowaniu płodności i podniesieniu możliwości seksualnych. Przy czym Młodociany, który mi tego njusa pokazał, kazał zaznaczyć, że amatorzy psiny są mniejszością spotykającą się z dezaprobatą społeczną, i że niejednokrotnie są to osoby – stare, ubogie i emigranci z gorzej rozwiniętych krajów.

No dobra. Powiązane notki – w tym także z treściami uznanymi za drastyczne i kontrowersyjne (w tym o jadłospisie chińsko-wietnamisko-koreańskim, opartym na psinie w pięciu smakach) oraz mniej drastycznymi, aczkolwiek wartymi uwagi:

1. Japoński symbol wierności – opowieść o Hachiko >>KLIK<<

2. O tajwańskich psach. O rasie Formosa Mountain Dog oraz o chińsko-wietnamskich kluskach z psinką na okrasę. >>KLIK<<  Tu można znaleźć treści drastyczne, obrzydliwe, niekaceptowane społecznie itp

3. Jeszcze o psach, tym razem z moim kolegą w roli głównej. >>KLIK<<  Kolega jest buddystą, a o jego wyczynach ze zwierzętami poczytać będzie można niebawem

Spacer wokól wzgórza Wiktorii

Do Hongkongu/Perły Orientu/Wonnej Przystani mało kto lata czysto turystycznie. To punkt przesiadkowy, centrum biznesowe i brama na komunistyczną Strefę Taniej Produkcji czyli SSE Shenzhen. 

Ostatnia nazwa – jest dokładnym tłumaczeniem znaków Xiang – kadzidło, zapach i Gang -przystań, czyli chińskiej nazwy Hongkongu. Dawniej, zanim nastała era kolonizacji, cyfryzacji oraz przemysłu bankowego – miasto leżące u ujścia Rzeki Perłowej słynęło z wyrobu kadzideł, w buddyjskim i daoistycznym świecie chińskiej religii zużywanych w ilościach monstrualnych.
Hongkong – jak pisałam, jest dla mnie miastem z żelbetu, stali i szkła, kompletnie wertykalnym i dającym wrażenie zimna, oraz duszącej ciasnoty. Ale – dla mnie odstręczające jest już warszawskie centrum, z wieżowcami po 20 pięter… Niby wychowałam się w blokowisku, ale – blokowisku na obrzeżach miasta, z małą ilością wyższych budynków, z parkiem i alejkami słusznych rozmiarów – więc betonowa dżungla niezbyt mnie fascynuje, stąd moje wycieczki na Sizihwan i po wszystkich parkach w okolicy.
Całe szczęście, oprócz terenów przeznaczonych pod zabudowę  jeszcze Brytyjczycy za czasów kolonialnych wytyczyli strefy parkowe, i to w czasach, kiedy pojęcie „ekologia” nie istniało, a jeżeli istniało – to tylko w słowniku wyrazów trudnych oraz rzadkich. Jednym z rezerwatów stało się Wzgórze Wiktorii – strome, zalesione wzniesienie -najwyższe na Wyspie Hongkong (581 m). Ze względu na ukształtowanie terenu i położenie, w dziwny sposób w tym miejscu natura utworzyła naturalną oazę klimatu umiarkowanego ciepłego, w kontraście do okolicznych upałów, zabijających dżentelmenów we frakach i cylindrach oraz ladies w krynolinach.

Tęskniący do chłodnego i mglistego Londynu Anglicy rozpoczęli sezon wycieczek na szczyt, obowiązkowo w lektykach wnoszonych przez kulisów po wyrąbanej w gęstym lesie drodze, a potem powolne stawianie rezydencji na stokach nachylonych pod kątem 45 stopni  Najpierw stacja sygnałowa radia i telegrafu, potem szpital – niestety, pomimo zmiany klimatu, ozdrowieńców nie przybywało, więc szpitalik opuszczono. Potem rozpoczęto mozolną budowę tzw letnich domów, u nas znanych jako „działki” a u sąsiadów zza Buga jako „dacze” (należy pamiętać, że Wzgórze Wiktorii było rejonem podmiejskim… Podobnie jak znajdująca się na ul. Królewskiej/Podchorążych w Krakowie siedziba Wydziału Architektury Polibudy Krakowskiej kiedyś dawno była podmiejskim, letnim pałacykiem królewskim we wsi Łobzów). Wraz z uruchomieniem cudu techniki, czyli tramwaju na linie – okolica z rekreacyjno-wypoczynkowej zmieniła charakter na luksusowe osiedle mieszkaniowe dla elity. I takie status quo utrzymuje się do dziś.

Ze szczytu góry można podziwiać rozciągającą się, mniej lub bardziej zamgloną i ukrytą w rudej kurzawie zanieczyszczeń panoramę najwyżej sięgającego miasta świata. Istnieją nawet mapo-plansze, informujące o punktach topograficznych. A jest tych wieżowców sporo, właściwie co jeden to lepszy… Azjaci mają bowiem specjalności budowlane. Chińczycy budują hotel z papieru w 3 miesiące a nawet tydzień, i mają specjalną machinę do autostrad… Wrzucasz z przodu piasek, smołę, asfalt, kamienie i co tam jeszcze, machina jedzie powoli jak żółw ociężale, a z tyłu wychodzi gotowa droga :D Japończycy budują konstrukcje odporne na trzęsienia ziemi, a mieszkańcy Hongkongu nabyli umiejętność stawiania stabilnych konstrukcji w miejscach gdzie przestrzeń jest łaska ale zlokalizowana pod bardzo niekorzystnym kątem w stosunku do linii horyzontu….

Domy są tu piekielnie drogie, ceny podaje się w milionach dolarów. Zaiste – rozumiem, bowiem widok jest niesamowity, w dodatku można się odgrodzić od dzikiego tłumu piszcząco-miauczących Chińczyków, rześka bryza odgania smog przyganiany rudą chmurą wraz z wiatrem znad przemysłowego Shenzhen. Tym większym zaskoczeniem był wypatrzony za zakrętem domek – wyraźnie opuszczony i z lekka zrujnowany. Phoebe (moja dobra dusza i anioł stróż w Hongkongu) wyraziła nawet przypuszczenie, że dom jest nawiedzony – bo nie zostawia się takiej miejscówki tak po prostu… Elewację zdobiły nieliczne grafitti, w tym – Get out i inne pokrewne po chińsku. Ze środka nikt nie wyniósł ani nie odbił – mebli, marmurów, sztukaterii i stiuków, nawet okna nie były wybite. Straszno tam było i nawiedzały mnie mroczne wizje jakiej upiornej łapy albo innej Sadako pojawiającej się znienacka…

Nie śmiać się. Strachajło ze mnie wyjątkowe, boję się duchów i potworów spod łóżka oraz z innych ciemnych zakamarków. Do tej pory nie umiem w nocy zrobić siusiu po ciemku, tylko obudzona w nocy zapalam światło w łazience, bo mam z dzieciństwa zakorzeniony lęk przed wielką łapą właśnie, co wyłoni się z otchłani sedesu i złapie mnie za pośladek a potem wciągnie do Hadesu … Nie śmiać się, mówię… 

Jednak, w moim odbiorze najbardziej interesującym miejscem w całym Hongkongu jest mimo wszystko lotnisko. Taaaakie samoloty, w takich malowaniach i kolorach, normalnie lesze niż sklep z zabawkami :D Ale – ja mam swoiste gusta i upodobania… I nie zmuszam nikogo do zachwytu nad masą blachy, która robi wrrrrrrum :D

W każdym razie – tu widać wyraźnie, jak mieszają się kultury i narody. Nie mówiąc już o szlifowaniu chińskiegp w praktyce – komunikaty lecą w trzech językach – chiński kantoński (nie rozumiem ani słowa), chiński mandaryński (ooo! Rozumiem ! Alleluja) oraz angielski (ooo? A jednak nie do końca zrozumiałam…). Przez długie godziny ganiałam wte i wewte po terminalu II, robiąc zdjęcia i obserwując różnokolorowy tłum, jasno i ciemnożółtych Chińczyków, Japończyków w czapeczkach, śniadych Indonezyjczyków i Filipińczyków, Murzynów z Afryki, białych w rozmaitych stopniach spieczenia (najbardziej różowo malinowi byli obładowani gadżetami Rosjanie na przesiadce z Tajlandii), Hindusów w turbanach… Rozwalona na leżaczku kontemplowałam piękny zachód słońca z oceanem i samolotami w tle, gdy nagle koło mego leżaczka skitranego za kwietnikiem i filarem ustawił się starszy jegomość. Chyłkiem rozejrzał się po stronach, z torby wyciągnął dywanik, strzepnął go gracko i magicznym ruchem rozłożył, po czym na nim przycupnął i zaczął procedurę walenia hasanów. Dołączył do niego kolejny i kolejny, a ja się zastanawiałam – po pierwsze czemu oni te hasany wbrew tradycji walą w stronę zachodzącego słońca z północnym azymutem (no tak, wedle Europy Mekka jest na wschód i południe, wedle Hongkongu na zachód i północ właśnie)… I nie powiem… oni chylili czoła ku podłodze w lekko nierównym rytmie a mi robiło się z lekka mroźno w okolicy kręgosłupa… Z ulgą odetchnęłam, kiedy poszli w kierunku innego gejta.


Gdyby ktoś nie wiedział co to walenie hasanów – to zwyczajowe pokłony towarzyszące muzułmańskiej modlitwie salat. Kolega, który niedawno był na wakacjach na Malediwach opowiadał, jak to o 6 na ulicach wszyscy się zatrzymują, padają na kolana i łotają czołem o bruk… Ba, nawet linie mają specjalne na ulicach wytyczone, żeby równo się rozstawiali…

Czekam wiosny…

Dopadło mnie chyba przesilenie marcowe, objawiające się mniej więcej typowo po kobiecemu:

Nie oszukujmy się – zeżarłwszy tonę czekolady, tonąc we łzach niemal pogryzłam koleżankę… Bo TAKKKKK! PMS to pikuś… Coś należało zatem zrobić, by stan rzeczy zmienić, zanim wybiję pół populacji Kaohsiungu ( a miałam takowe marzenia, oj miałam… o malutkim granaciku i łubudubu… albo o zgrabnym wynalazku inżyniera Kałasznikowa i filmowym zapasie pocisków… i dużej ilości azjatyckiej krwi pryskającej po ścianach). Zatem piję rumianek – bo mi smakuje i chodzę na spacery.  Powinnam do tego głęboko oddychać, ale jakoś brak mi odwagi solidnie sztachnąć się ożywczą mieszanką mutagenów i innych substancji słabo rozcieńczonych tlenem. Pewnie rozluźniłoby mnie to dogłębnie…

Okolic spacerowych mam kilka. Pierwsza to park wokół krematorium, z 4 świątyniami. Chwilowo go unikam, bo odbywają się tam jakieś religijne zamieszania i wali kadzidłem z każdej strony. I to nie jest delikatny zapach, uświetniający mszę wielkanocną i redukujący nieco zapaszek naftaliny unoszący się z wyjętych z szafy, odświętnych babcinych futer. Tu rządzi zawiesista chmura wielorakich woni, przed którą wieją nawet komary…

Park numer dwa zawiera – parczek właściwy, jezioro, dwie wieże (atrakcja turystyczna – włazi się paszczą smoka, wyłazi spomiędzy tygrysich zębów), świątynie buddyjsko-daoistyczną i daoistyczno-buddyjską, świątynię Konfucjusza (i pomyśleć, że to właśnie Konfucjusz i jego uczniowie tępili dao/taoistów za „ciemnogród intelektualny i hołdowanie zabobonom… a teraz ma śliczne ołtarze, w których masowo oddaje się mu cześć religijną…) oraz miejsce tuż przy drodze, gdzie można napić się prawdziwej kawy. Nie fałszowanego instantu, tylko siekierzastej małej czarnej, z ziaren palonych na miejscu, z ubitym na gorąco mleczkiem.

W parku numer 2 znajduje się (uwaga- niespodzianka!) świątynia… Świątynia poświęcona jest bogini miłosierdzia Guanyin, posiada znaczną ilość kolorowych dekoracji i plastikowo  wyglądających posążków z betonu i ceramiki. Szwenda się po niewielkim świątynnym pseudo-dziedzińcu z wieżyczkami -pagodami i alejkami zatrważająca ilość turystów, w przeważającej ilości z Chin Ludowych. Turystów tych poznać łatwo po niezbyt ładnym ubiorze ( w nieco staromodnym stylu, kroju i kolorystyce– przy czym nie są to tradycyjne chińskie kaftany, sukienki qipao czy inne jedwabne kubraki tylko zwyczajne stare ciuchy), jeszcze mniej ładnym zapachu i wyjątkowo głośno prowadzonych konwersacjach. Mówiąc krótko – drą japy, bez względu na miejsce i czas. W samolocie też – nie będą wstawać, żeby pogadać, tylko pokrzykują dziarsko przez 20 rzędów… Zabawa pełną gębą :D

Ale – oprócz Chińczyków, znajdują się tam – żółwie. Wszelkich gabarytów (od kapselka z piwa po solidną tackę), rozmaitych odmian kolorystycznych, pływające, pełzające i prezentujące żółwie sztuczki :D Gdyby ktoś miał problem z dostrzeżeniem: to koło czerwonej strzałki, przycupnięte na siatce – to są żółwie, które z natury naprawdę dobrze się wspinają, w co ciężko uwierzyć, póki się nie zobaczy ewidentnego potwierdzenia w/wym wyczynu,

Na żółwiach zwanych u mnie w domu pieszczotliwie „gadziną” lub „skorupiakami” mogę się zawiesić solidnie. Sama kiedyś dawno odchowałam wraz z bratem 4 takie żwawe kapselki, stanowiące żywe zaprzeczenie stereotypu powoli drepczącego opancerzonego leniucha. Tu akurat upozowały się raczej statycznie, wyciągając ku słońcu szyje i płetwiaste łapy.

Po południu przełażę na drugą stronę Rzeki Miłości, czyli nieco czyściejszego niż kiedyś (ś)cieku wodnego, do nowo powstałego Wetland Park, czyli parku krajobrazowego i tematyce mokradłowej.

Są tam mosty wiszące i drzewa, które kiedyś zaczną dawać cień. Na razie - wszystko na powierzchni 12 hektarów pokryte jest lekko przypaloną w słońcu trawą, drewnianymi ścieżkami edukacyjnymi i rozlicznymi tablicami informacyjnymi. Ale i tak jest zajebiście, chociaż bunkrów nie ma :D  A, są jeszcze altanki, niestety ciężko z nich skorzystać, bo okupują je babcie z dziećmi i migdalące się pary, ale – niech się migdalą na zdrowie :D

Wszystko to zasilane jest wodą z AiHe, czyli Rzeki Miłości, która uchodzi do morza, i faluje w rytm przyboju i odboju, w porządku dobowym. A wiadomym dowodem na morskość falującego błotnistego bajorka na pseudomokradłach są – meduzy. Które też falują zresztą.

Skąd pomysł na wyłysiałe mokradła? Wcześniej mieściły się tam slamsy i ruiny. Jednakże pucołowata burmistrz miasta Kaohsiung wpadła na to, iż niestety jeden z największych portów na świecie zaczyna nieco podupadać, z racji przejęcia pałeczki cargo przez Hongkong, Szanghaj, Qingdao, Dalian, etc (wszystkie po czerwonej stronie Morza Chińskiego, Wschodniochińskiego i Południowochińskiego). Co zatem zrobić? Jak nie ma turystów -robotników i marynarzy, to zaprośmy turystów zwykłych! I zaczęła się era „wielkich wydarzeń” i atrakcji turystycznych, pokroju właśnie odnowionych staroci, wiosek folklorystycznych, oraz np World Games, o których ja nie słyszałam wcześniej – a to takie jakby Igrzyska Olimpijskie, tylko z mniej tradycyjnymi dyscyplinami (włączając w to – spadochroniarstwo, wspinaczkę, frisbee, wrotkarstwo, rozmaite dyscypliny piłko-podobne, pływanie z monopłetwą, kajak-polo i inne, nieuwzględnione przez MKOI ). W 2007-8 roku, przed wspomnianymi zawodami, miasto ogarnęła gorączka budowlana, slumsy zburzono, mieszkańców wysiedlono aby nie psuli obrazu metropolii – a na miejscu ich chatynek ku pożytkowi społecznemu zbudowano z rozmachem park. Zaprojektował go nie- Azjata, więc park ma rozmiary parku, a nie boiska do kosza z jedną alejką dookoła :D – bo takie właśnie skwerki królują np w mojej okolicy. Jest gdzie pobiegać – nie tylko. Ale o tym – kiedy indziej…

 

PS. Kto wie jaka meduza jest w dotyku? No, mokra i żelowata, ale taka niezbyt gąbczasta tylko jędrna i sprężysta.  Dotykałam… Trzeba było ratować od niechybnej śmierci przez zadeptanie na trawniku, na który się meduzy pchały namiętnie

A kto wie jak smakuje meduza? Ja będę wiedziała… Już niedługo… Meduza spreparowana to lokalny przysmaczek… Ponoć smaczne. Witamy w Azji, tu nie ma niejadków.