Tajwańska zima – czyli jak poradzić sobie w zwrotnikowych zawiejach śnieżnych…

Ten wpis powstał w ramach projektu Klubu Polek na Obczyżnie. Dziewczyny z całego świata opowiadają, jak radzą sobie z mroźnym czasem w roku (a ponadto co drugi dzień straszą lub bawią loklanymi smaczkami i historyjkami). Jeżeli chcesz poczytać, jak oswoić zimę w na przykład Finladii, Norwegii, Singapurze, Tajlandii – zaglądaj na blogową listę TU (kolejne wpisy będą pojawiać się w miarę ich publikowania).

Zima na Tajwanie… jak tu sobie z nią poradzić? Ano, najlepiej jak mogę – czyli ubiorę się w szorciki, wysmaruję filtrem żeby mnie nie poparzyło i pójdę na plażę obserwować postępy Młodocianego w trudnej sztuce radzenia sobie z deską surfingową.

Ewentualnie jeszcze jak mi za bardzo przygrzeje to się wytaplam w morzu, albo kategorycznie zażadam zabrania mnie natentychmiast na lody. Bo zima na Tajwanie zazwyczaj wygląda tak….

Styczeń w Kending, w Muzeum Oceanu Czytaj dalej

Wiosna w Polsce a wiosna na Tajwanie

Powitał mnie dziś rano następujący obrazek na Aggi fejsiku:

Czyli mroczny krajobraz osiedla Smerfetkowo, Bronisław w sweterku, samochody upaćkane czymś szaro-buro-lepkim, niebo ołowiano- zmhoczyste, urocznie…

I pytanie retoryczne – jaką mam(ja, ty, my, wy, oni) wiosnę?

Krótkie zerknięcie w pogodynkę – taaaa, Kraków -5…. OK. Pamiętam ten nużący okres przesilenia, kiedy to pierwsze, anemiczne promienie słonka powodowały szybkie wystawienie bladych powłok skórnych w nadziei na pocałunek UVA/UVB. Kiedy armia zombiaków wlokła się po ulicach Stołecznego Królewskiego, rozpaczliwie wypatrując pierwszych oznak końca zimy. Kiedy buty mi z lekka przemakały w szarej brei, a przejeżdżający samochód narzucał abstrakcyjny deseń z soli i syfu z kałuży na mą kurteczkę, też w jakimś depresyjnym odcieniu. Kiedy zasnuwające się na ołowiano-popielato niebo, niosące zapowiedź kolejnego opadu deszczu ze śniegiem wywoływało pełną rezygnację. A śnieżynki wirujące w smogowym powietrzu zmieniału mnie w klona Jacka Nicholsona z filmu „Lśnienie”, z wirtualną siekierą w urękawiczonej dłoni i żądzą mordu w oczach…

 

A jak jest na Tajwanie? Max mówi, że jeszcze chłodno, i powinnam brać ze sobą bluzę, bo wieczorami jeszcze  ciągnie zimnem. Dobre sobie. Najniższa temperatura w Kaohsiung wyniosła kiedyś dawno temu 14C. Tej zimy było kilka faktycznie zimnych nocy, gdy spałam pod kocem i kołdrą, i pożyczałam od Maxa bluzy (moje były „gdzieś w drodzie”, w paczce), bo świerkłam regularnie w klimacie zwrotnikowym. To drobny minus mieszkania w subtropiku – nie ma tu centralnego ogrzewania, trzeba się ratować farelką (o ile się takową posiada)… W Kao, poza okresem obrzydliwej spiekoty i wilgotno-lepkiej sauny przerywanej tajfunami -panuje wieczna wiosna w rozmaitych odcieniach. Tak od października do kwietnia mamy aurę – polskiego lipca, sierpnia i września, kwietnia, maja, czerwca. A potem piekarnik totalny, z opcją gotowania na parze (wilgotność 80-90% robi swoje). Cóż, Zwrotnik Raka… Więc za oknem kwitnie mi wielkimi kwiatami drzewo, na którym więcej pąków jest niż liści, a gdy fioletowe płatki opadną, za tydzień między soczystą zielenią już miga kolejne pokolenie ciemnoróżowego…

Więc jak wygląda moja wiosna? O, tak:

Przy czym wyjaśnię od razu. Tubylcom jest jeszcze zimno! Albo inaczej – nie-ciepło. Na ulicach ciągle wiele osób gania w kurtkach  TangXin śmiga po szkole w bluzie i dresiwie, Nico w garsonkowo-żakietowym kompleciku, a Max zakłada długie spodnie i dwa podkoszulki. I wiecznie przypomina mi – niczym moja mama (w sumie, urodziny mają jednego dnia, to i charaktery podobne) – Majia, weź bluzę, bo jest zimno, wieczorem zmarzniesz… Dobre sobie. Zmarznąć przy 25-30C… Woda ma też  25 -28C, u nas jest to letnia temperatura nagrzanego jeziora, taka lekko zupowata. Ja cała szczęśliwa się pluskałam i najchętniej bym nie wyszła, Młodociany dołączył do mnie z wyraźnym zbrzydzeniem i gnany tylko i wyłącznie poczuciem rycerskości (Majia, wracaj, nie idź głębiej, fale są dziś wysokie… To niebezpieczne!!!), szybko dostając dreszczy, telepawki i lekko sinego dzioba, tłumacząc mi, że mam natychmiast z wody wyjść, bo jest zimna i się przeziębię. Okiiii….

 

 

To właśnie słynna czarna plaża i rzeczona wysoka fala. A tego latania na miotle, tfuu, desce ze spadochronem mam ochotę spróbować :D Strażnik plaży (nie ratownik, tylko umundurowany strażnik plaży publicznej, który nie wyciąga z wody tonących, nie macha biustem niczym Pamela, nie lansuje się na wieżyczce i nie opala na hebanik kalifornijski - ale pilnuje prawa i sprawiedliwości na skrawku piaszczystego cypla) chyba dostanie zawału…:D

Ostatnio bowiem miałam z nim małą spinę. Na plaży znajdują się znaki – nie pływać, nie łowić ryb i nie coś dziwnego, niezidentyfikowanego plus dużo skomplikowanego tekstu chińskiego, którego czytać mi się nie chciało, bo to lektura na godzinę minimum. Nie pływać – spoko. Wlazłam zatem do wody po kolanka, siadłam sobie, żeby się schłodzić – i mi dobrze… Ze zdziwieniem zanotowałam rozlegający się koło ucha świst. Odwracam się, a tam pan strażnik mało płuc sobie nie wypluwa, stojąc w bezpiecznej odległości od fali i machając do mnie w sposób wysoce irytujący, znamionujący natychmiastową konieczność wyjścia z wody. Z gracją wieloryba wygrzebałam się, koszula kąpielowa (zwyczajowy zakaz eksponowania bikini skutkuje zakładaniem Tshirta i spodenek lub innego powłóczystego zawoju) oblepiła mi nieeksponowane bikini w sposób mocno  nie – niewinny i patrzę na pana strażnika plującego się po chińsku wzrokiem błędnej owcy. Nawet mi się go słuchać z uwagą nie chciało, tępe oczęta plus mokry podkoszulek zazwyczaj odnoszą lepszy skutek niż udowadnianie swoich racji w języku obcym.

- Czy mówię po chińsku -pyta pan strażnik, w zrozumiałej angielszczyźnie dalekiej od płynności. Kiwam głową, że nie. Pan zaczyna od nowa coś na mnie pyszczyć.

Odpowiadam mu tak szybko jak potrafię i z tak paskudnym akcentem, jaki tylko potrafię z siebie wykrzesać, że o co mu biega i mów pan po angielsku!. Pan traci rezon i głosem robota powtarza, że: ” Kaosiung City Government Regulation nowa edycja zakazuje…”

Ja na to- gdzie jest to napisane.

Pan pokazuje tablicę z krzaczkami.

- Ale ja nie rozumiem po chińsku, jak Kaohsiung City Council chce się ze mną dogadać, niech się wyprodukuje po angielsku, proszę ze mnie zejść, proszę pana.

- Ale tam są obrazki, proszę pani.

- Ano, są. Nie pływam, nie łowię ryb i nie robię nic podobnego do trzeciego znaka.   Wieć w czym rzecz?

- Ależ pani pływa!

- Pokazać panu pływanie? Ja sobie siedzę w wodzie, bo widziałam znak, że pływanie wzbronione.

- Ale pani nie wolno tego robić!

- A co, woda toksyczna?

Pan się zaczął poddawać, niestety, tę wyborną zabawę przerwał mi Max, który gnąc się w ukłonach przyleciał i zaczął przepraszać i coś tłumaczyć, więc straciłam przewagę, niestety – no i musiałam przyjąć na klatę, iż po pierwsze, mam się uczyć chińskiego, a po drugie, definicja pływania po chińsku zakłada wszelkie moczenie, nawet w wodzie po kostki. A trzeci znak to szeroko pojęte sporty wodne. Więc koleś ze spadochronem jeżdżący w prawo i lewo tuż pod strażnikowym nosem musiał mu nieźle działać na nerwy… Nic dziwnego, że zamiast kulturalnie spać, musiał na mnie podciągnąć nadszarpnięte ego…

No dobra, edit. Też zadziewam bluzę z kapturem. Ale tylko w klasie. Zaczął się bowiem okres szalejącej klimy z wiatrakami, gdzie temperatura w klasie mrozi krew w żyłach, na korytarzu z nóg zbija parno duszny młot regularnej aury. Oszczędni zazwyczaj tajwańscy nauczyciele w Wendzarniowskim Huayu ZhongXin hulają klimą za wszystkie czasy – bo darmowa, a w salach regularnych trzeba za tą przyjemność płacić… :D, więc efekt bywa- zabójczy. Marznie człowiek na kość patrząc na termometr pokazujący 30C… :D

Przesyłam troszkę ciepełka – i zapraszam do siebie, to nie jest tak daleko… :D

 

A jaką Ty masz wiosnę?