Miszczowie parkowania i królowie pobocza – Taiwan parking level Hard

Niejednokrotnie dawałam upust swej frustracji na zwyczaje drogowe panujące na Tajwanie. Ale – nawet nie jeżdżące a stojące autka/skutery/jakiekolwiek pojazdy potrafią zmiażdżyć system, a przynajmniej z lekka zadziwić. I mówi to osoba mieszkająca w Krakowie, gdzie niejednokrotnie wieczorne postawienie pojazdu gdziekolwiek w promieniu 500m od domu stanowiło nie lada wyczyn i wiązało się w ekwilibrystyką na poziomie „chiński akrobata”.

Jednakowoż, Tajwańczycy Polaków przebijają z łatwością, zarówno jeżeli chodzi o wysublimowane umiejętności wciśnięcia się na styk z luzem 2cm w jakąkolwiek niszę czy dziurę, jak i fantazję, tą naszą ułańską wprawiając w kompleksy i rumieniec zażenowania. Czytaj dalej

Pojazd bojowy wielozadaniowy – o tajwańskich skuterynkach mowa

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy zaraz po wyjściu z klimatyzowanego wnętrza lotniska Kaohsiung – to ruch uliczny. We wczesnowieczornym zmroku błyszczała rzeka świateł, sunąca ulicą…

Ale – dźwięk był jakiś inny niż w Polsce, taki bardziej bzycząco- pierdzący.

Ze zdumieniem mój mózg przetrawił informację o hordzie wszędobylskich jednosladów śmigających z każdej strony, zwinnie, płynnie i szybko, w każdym możliwym kierunku i każdej strony… Czytaj dalej

Słodko, kolorowo, bezpiecznie

Tia…. Skojarzyło mi się odpowiednio, ale nie o tym zupełnie miało być…

Na Tajwanie podstawowym narzędziem poruszania siebie, psa, rodziny, zakupów, parasola ogrodowego, drabiny i sprzętu AGD też – jest skuter. Czytaj dalej

Policyjna kontrola jakości

Pierwszy oficjalny kontakt z policją – zaliczony.

Pierwszy nieoficjalny kontakt nawiązałam już rok temu, poznając całkiem przystojnego okaza z jednostki SWAT (to ten z lewej i na drugim zdjęciu w środku), który chciał koniecznie mnie zaprosić na spaghetti… No i rzecz jasna widziałam policjantów w TV (wiadomości plus seriale, tajwańskie AT jest bohaterem bardzo popularnego telewizyjnego patrzydła /ruchomy odpowiednik czytadła/, z którego wynika, że głównym zadaniem i celem tej ciężkiej służby jest romansowanie i rozwiązywanie konfliktów wewnątrz własnego małżeństwa tudzież rodziny). Pierwszy pół-oficjalny – gdy Młodociany zarobił mandat w bonusowej stawce z uwagi na to, że udawał ABC, ale się liczy, bo robiłam tylko za tło i uwiarygodnienie bajery. Rzecz jasna, zdarzyło mi się zauważyć także policjantów podczas wykonywania obowiązków służbowych - czyli przejeżdżających obok lub uzupełniających kajeciki.

Tajwańscy policjanci poruszają się radiowozami Mitsubishi, bez kraty i pleksy, ze skórzaną tapicerką (ewentualnie mogłaby to być dermoszpanka, ale zdecydowanie nie plastikowe kanapy) plus obowiązkową firanką na zagłówku. (Młodociany tłumaczył mi, że są stare i brzydkie, normalnie wieś i wstyd, siara z porutą, nie rób Majia zdjęć, nie kompromituj policji mego kraju… He he – jakby się przejechał polskim Poldkiem, Transporterem albo Oplem Hau-Astrą to by szybko zmienił zdanie… Aczkolwiek on żyje w przekonaniu  że u nas policja to się li i jedynie luksusowymi markami, takimi jak słynne primaparilisowe Porsche lub jak najbardziej prawdziwe Alfa Romeo 159 ) Do tego mają jeszcze helikoptery oraz skutery, i nie jest to jakiś obciach czy śmiech na sali, że się gliniarz porusza pierdziawką na sygnale. W Polsce by chyba taki „lotny oddział” zabito śmiechem i celnymi strzałami z sarkazmu, aczkolwiek na Tajwanie, wobec korków na dziesięciopasmowych autostradach* i ogólnego wyje**nego na pojazd uprzywilejowany na sygnale – są bardzo szybkim i skutecznym środkiem transportu. Tajwańczycy jeżdżą zwyczajowo niczym ostatnie pipy, ale gdy w tylnym lusterku zamajaczy się karetka, to zmieniają się w ociekających testosteronem terytorialnych samców i samice alfa i łaskawie odsuwają się w ostatniej chwili… Ale  to też  tak o tyle o ile,  aby czasem nie utracić swojego z trudem wywalczonego postępu o pół metra asfaltu do przodu… Więc karetka musi na łaskawego pana zatrąbić i zapipczeć ze trzy razy, a potem manewrować na odległość włosa od karoserii przeciwnika… Już rozumiem, czemu ichnie karetki mają takiego wyjca, że stać obok się nie da. Naprawdę, w tym wypadku Kraj nad Wisłą zdecydowanie przoduje w dziedzinie uprzejmości i kultury na drodze. Tajwan jest daleko za Murzynami…

Policyjne patrole są na ulicach widoczne – radiowóz porusza się bowiem z cały czas włączonym kogutem/błyskami, bez syreny. Trasę wyznaczają panom policjantom słupy meldunkowe, na których w takiej szafeczce schowana jest książka, którą pan policjant musi okrasić podpisem w wyznaczonym czasie, że tu był, a nie spał w krzakach pod mostem. Zawód: policjant nie jest może jakoś super wynagradzany, ale na brak chętnych nie można narzekać tutejsza Akademia Policyjna. zarobki lokują się powyżej średniej krajowej, a niebagatelne znaczenie dla kandydatów ma fakt, iż jest to profesja o wysokim społecznym prestiżu. No cóz. Polskie gimbazy z pokolenia JP tu nie dotarły, ogólnie policjanta się raczej szanuje – ale to kwestia kultury tutaj.

Wczoraj zaordynowałam Młodocianemu- przerwa w deszczu, jedziemy na obiad i kawę. Nie ujechaliśmy za daleko, bo zaraz po przekroczeniu Mintsu (czyli pobliskiej główniejszej arterii) po skręcie w boczną uliczkę musieliśmy hamować  Drogę zastawiało nam ustawione na skos auto osobowe, dostawczak oraz leżący na asfalcie skuterek z dwiema dziewczynkami, usiłującymi się spod niego wygrzebać. Innymi słowy- kolizja miała miejsce parę sekund wcześniej. Młodociany Ajfon włąsnie okazał się padnięty, więc jego pan kazał mi wygrzebać moją mało używaną cegłóweczkę  i zadzwonić na 110 (czyli policję/pogotowie/straż pożarną w jednej centrali), a sam poleciał ratować dziewice z opresji.

Stałam jak klępa z komórką w ręce, bowiem żywię wielki i uzasadniony lęk przed rozmową po chińsku z obcymi, nie znanymi mi osobami, którym w razie potrzeby nie będę mogła w języku migowym doprecyzować o co mi chodzi. Młodociany mnie zagrzał do czyny subtelnie niczym tur:

- No i czego się gapi? Bierze i dzwoni, ale już!

- Ale … Ale… Ale… Jak? po chińsku?

- Po tajwańsku jak potrafisz też da radę, też zrozumieją, rusz się kobieto! Umiesz już zamawiać żarcie i kolę ,opowiadać o swoim kraju oraz odpowiadać w miarę składnie na zadane pytania z puli ogólnej, i pytać o drogę po wsiach, a nawet nawiązywać znajomości ze starszymi panami siedzącymi na grillach w celu zrobienia zdjęć, to wezwanie pogotowia będzie bułką  z masłem!

No właśnie. Nie było, ale też nie było aż tak skomplikowane, jak by się mogło wydawać. Grzecznie sie przedstawiłam, powiedziałam, że był wypadek, samochód i skuter, że są dwie dziewczynki poszkodowane, jedna ma rękę a druga nogę z problemem, że ja nie widziałam co się stało ale jestem teraz na miejscu, podałam adres i wytłumaczyłam jak dojechać. Młodociany zawisł nade mną jak sęp i bezczelnie podsłuchiwał. Pani z dyspozytorni od mojego „Nihao” czyli dzień dobry, a nawet już chwile wcześniej wiedziała, że nie jestem Tajwanką, a obcokrajowcem,  więc mówiła powoli i wyraźnie. Poleciła między innymi zrobić zdjęcia i w miarę możliwości odblokować ulicę, oraz zabezpieczyć dziewczyny na jezdni, żeby ich ktoś czasem nie przejechał (fakt, z prawa lewa i środkiem, chodnikiem i między tarasującymi autami śmigali Tajwańczycy na skuterkach, nawet nie zwalniając, mało brakło a ja też bym dołączyła do poszkodowanych!).

Skąd pani wiedziała, że do mnie pomału i kwadratowymi literami trzeba? Tajwańskie telefony są rejestrowane przed aktywacją, więc strażakom, szpitalom, policjantom, placówkom urzędowym a nawet zwykłym ludziom wyposażonym w odpowiednią aplikację/usługę na telefonie. Domyśliła się więc, iż Magdalena Dwojga Imion i Długiego Nazwiska nie pochodzi z Pięknej Wyspy, albowiem tutejsi rodzice mają nieco więcej przyzwoitości podczas wymyślania imion dla swoich dzieci, i liczą się z tym, że jakiś Tajwańczyk biedny będzie je kiedyś musiał czytać, stąd imiona jedno-dwu-max trzy sylabowe w przypływie większego szaleństwa oraz nienawiści do krajanów.

Pani zadała mi jeszcze dużo innych, bardziej skomplikowanych pytań, wykraczających już poza moją znajomość chińskiego (medyczne tematy zaczynają mi się na gorączka, ból głowy/ucha/brzucha i kończą na grypie, więcej nie opanowałam), więc słuchawkę oddałam Młodocianemu. chwilę później zadzwonił telefon, zgłosił się szpital i komisariat, sprawdzając – czy to aby na pewno ja wzywałam pomocy i żeby powtórzyć im adres. Po ok 5minutach od pierwszego telefonu przyjechała karetka, potem druga, sanitariusze zebrali z asfaltu obie dziewczynki (jedna z brzydko rozciętym kolanem, druga z wybitym barkiem) i udzielili im pierwszej pomocy (dezynfekcja i oczyszczenie rany tudzież prowizoryczne obandażowanie reki). Pojawiła się także trójka funkcjonariuszy, w tym kobieta, mnie obrzucili z lekka spode łba, po czym, udali się zbierać zeznania od innych, a końcu ode mnie, jak już im ktoś powiedział, że ja coś niecoś daję radę. Ale i tak podeszli do mnie ze sporą pewna taką nieśmiałością.

Oczywiście na obiad z kawą nie zdążyłam - jak tylko karetki odjechały, zaczęło padać od nowa i nici z miłej przejażdżki do grill chaty na wieprzowinkę z ryżem oraz na kawę z lodami. Pocieszyłam się pobliskim  curry i ciastkami z budyniem, po czym poszłam spać, wytyrana deszczem.

Dziś rano- czyli dzień później po całej historii około godziny 9 dzwoni telefon. Pan w języku zbliżonym do angielskiego po-wo-li- i wy-raź-nie (tak naprawdę średnio wyraźnie,ale plus za dobre intencje, które przegrały z chińską fonetyką nałożoną na angielski) pyta czy rozmawia z panią Maa keda rena (tu wygulgotał coś, co pewnie było dwojgiem imion i długim nazwiskiem), która wczoraj dzwoniła na policję. Tak, odpowiedziałam  a o co chodzi? Tu pan się z lekka zacukał, więc przeszłam na chiński. Pan ma pytanie. Czy ja zadowolona jestem z obsługi  (jakby to nie brzmiało…) Powstrzymałam ironię i sarkazm, nie tłumaczyłam panu, że to nie mnie obsługiwano. Pan głosem robota czytał w angielskiemu-podobnym języku pytania, potem jeszcze raz po chińsku a ja miałam mówić TAK/NIE i tTAK-NIE w skali od 1 do 5. Bo tutejsze komisariaty mają odgórnie wprowadzoną politykę kontroli jakości, i każdorazowo po przeprowadzonej interwencji osoby wzywające (i prawdopodobnie osoby biorące udział w zdarzeniu, ale głowy nie dam) są proszone o wyrażenie swojego zdania na temat na przykład: jakości postępowania, kultury osobistej policjantów, atmosfery, profesjonalizmu, chęci pomocy, szybkości reagowania, zaangażowanie w sprawę itp. Kontrola jest obligatoryjna, i komisariat dzwoni do skutku, ewentualnie prosi o oddzwonienie (osoby z zagranicznymi numerami, lub przebywające za granicą). A wszytsko to, aby policja działała lepiej, ku radości obywateli. Ciekawe, jak taki system kontroli sprawdziłby się w Polsce?

Ponieważ rzecz działa się podczas przerwy, na kolejną lekcję się nieco spóźniłam. Nauczycielka Zheng spytała – co to za rozmowę prowadziłaś, Majia? Nowa praca?Sprawy rodzinne? Chłopak?

- Nie, policja… – odpowiedziałam.

- O! – Skomentowała krótko. – A po jakiemu rozmawialiście? (jakby nie słyszała, stojąc tuż obok…)

- Najpierw po angielsku, bo mój chiński nie jest zbyt dobry. Ale szybko wyszło, że angielski policjanta jest jeszcze gorszy, więc przeszliśmy na chiński…

- No tak… Angielski policjantów na południu jest faktycznie … Pozostawia sporo do życzenia, bo na przykład w Tajpej (nauczycielka pochodzi z Tajpej) policjanci muszą mówić płynnie w języku obcym, do wyboru japoński, angielski, niemiecki, hiszpański i inne… Ale to dlatego, że w Tajpej mieszka więcej ludzi i jest większa konkurencja w każdym zawodzie, także policjanta. A tak, w Kaohsiung do koleżanki Majii dzwonił policjant mówiący najlepiej z całego komisariatu po angielsku, a i tak trzeba było po chińsku. I właśnie dlatego powinniście jak najwięcej ćwiczyć mówienie po chińsku!

* dziesięciopasmowe autostrady – pojawiły się w wywiadzie z Tytusem, który na Tajwan przyjechał prawie rok temu, nie mówi po chińsku ani słowa poza - herbatę z kulkami proszę i” pu cy tao”, czyli nie wiem. Natomiast wywiadu udzielił, i trochę go fantazja poniosła. Ogólnie ma chłopak trochę racji – Tajwan to fajne miejsce, ale… Dziesięć pasów to na autostradzie tu będzie chyba tylko na dojeździe do bramek, ewentualnie na zjazdach i to licząc z obu stron (ale i tak lepiej niż w Polsce z jakością i ilością dróg), Miesiąc Duchów na pewno nie wypada w październiku, wi-fi na skwerze ciężko złapać (chyba,  że mowa o wi-fi komercyjnym np na lotnisku, za które się płaci, ewentualnie mowa o tanim internecie w komórce, który tu mają wszyscy za grosze), fantastyczne parki w starszych dzielnicach mają wielkość ogródka przy balkonie ( w nowszych jest trochę lepiej, ale w Tajpej mimo wszystko metry2 są na wagę złota i diamentów, więc tereny zielone nie są super wielkie), zanieczyszczenie powietrza jest w normie po deszczu lub tajfunie(w Tajpej więcej pada, więc bardziej zbija smog w dół, ale i tak jest to „wysoka” norma), ognisk w Miesiącu Duchów nie pali się na ulicy a w specjalnych piecykach – i nie o ognisko tu chodzi, a o spalenie przedmiotów ofiarnych dla duchów itp. Tajwan usunięto z ONZ nie na wniosek ChRL (która wtedy członkiem ONZ nie była), a na wniosek USA zmieniono reprezentację „jednych Chin” w ONZ z Republiki Chińskiej na Chińską Republikę Ludową, i tak dalej.

Wywiad z Tytusem polecam mimo błędów merytorycznych przeczytać – przede wszystkim dla zdjęć, ale raczej odradzam brać go za rzeczowe źródło. W kręgu wtajemniczonych te autostrady stały się popularnym synonimem szczególnego wykwitu fantazji i optymizmu… W każdym razie, optymistyczny Tytus klimat wyspy opisał w miarę realnie… Witamy na Pięknej Wyspie…

Tajwańskie pupilki

- Ty, te psy to tak naprawdę??? – zapytała Agga zszokowana widokiem spasionego labradora wiezionego na spacer.

- No, a jak? na niby? Wkleiłam w Fotoszopie?

- Nie no, może one mają w zadzie jakiś magnes, albo kawał żelaza, że tak siedzą, bo mój by nie usiedział…

To niezaprzeczalny fakt. Bronisław to ADHD w opakowaniu teriera. Chociaż moje prywatne zdanie jest takie, że jakby od szczeniaka był tresowany metodami mojego taty, to by stał na baczność, tańczył, śpiewał  recytował…, a  nie ganiał po całym samochodzie.. Ale – mój tata jest postacią w rodzinie legendarną, której pojawieniem nakłaniano pociechy do wtranżalania kaszki czy sprzątania pokoju „bo przyjdzie wujek Janusz, to zobaczysz…”.Tak na marginesie, zwracam uwagę na dwa zjawiska… Pierwsze z nich to butki stosowane do  jazdy na skuterze – a są to klapki i szpilki, i czasem zdarza się , że na skrzyżowaniu można pół sklepu zaopatrzyć w pojedyncze sztuki obuwia, co komuś spadło… Nie wiadomo im o niestosowności i niedogodności prowadzenia wszelakich pojazdów w obuwiu na wysokim obcasie lub łatwym do ześlizgnięcia, czy jak? Kwestia druga – kluczyki tkwiące w stacyjkach… Niejednokrotnie przez kilka godzin. Na Tajwanie złodziei jest mało, ludzie raczej nie kradną, więc nic dziwnego, że mało kto zaprząta sobie głowę zabraniem kluczyków, gdy opuszcza skuterek „na chwilę”…

Był to jeden z wielu szokujących widoków na początku mojej tajwańskiej odysei – idę sobie chodnikiem, mija mnie wolno jadący skuter, do kierownicy przytroczona smycz, na końcu smyczy spasiony labrador/pudel/kundel zasuwa raźnym truchcikiem, pan pali papierosa… Po osiągnięciu końca chodnika i rzucenia kiepem do kanału – pies wskakuje panu pod nogi, rozsiada się, wywiesza jęzor – i jadą do domu. Bowiem na Tajwanie psów się nie wyprowadza  Przysłowioe lenistwo Tajwańczyków doprowadziło to powstania nowego zwyczaju – skuterowania czworonoga. I wielkie zdziwienie budzi=ą moje oczyska wybałuszone już nie jak 5 złotych,, ale jak piłeczki pingpongowe… No bo jak to, u was się psy WY-PRO-WA-DZA? tak… spacerem? Albo nawet jedzie za miasto, żeby sobie pobiegały? Eeech, bujdy prawisz kobieto :D

Drugą tradycją jest oblekanie włochatego kadłuba. W grę wchodzą nie tylko stroje ( i to nie przaśne sweterki/płaszczyki, które co wrażliwsi właściciele wychuchanych czworonogów dziergają na drutach lub kupują w zoologicznym) – ale i butki, smyczki oraz prawdziwe kreacje z falbankami i cekinami, a nawet przebrania. Znów… Ja byłam od zawsze zdania, że to katowanie psa, i po to ma futro, żeby mu zimno nie było, a jak marznie, to pobiega i mu od razu zrobi się cieplej. A wciskanie jakiegokolwiek zwierzaka w ludzkie ciuchy (podobnie jak karmienie go ludzkim obiadem) – to robienie mu krzywdy i świadectwo co najmniej zdziwaczenia. Rzecz jasna, poza uzasadnionymi przypadkami np psów pracujących odzianych w odblaskowe kamizelki, ewentualnie odzież ochronną i butki. Nieco później obrodziło w mediach zdjęciami szczurowatych wynalazków typu york i cziłała, wyglądającymi z torebek i „czekoladą dla psów”, psimi truflami, lakierami do pazurów… Ostatnią osobą, która moje europejskie myślenie sprowadziła do parteru, był Młodociany, który zaprezentował mi live swojego Formosa Mountain Dog odzianego w gustowny T-shirt z Mario Bros…

I faktycznie – pies zdawał się być zadowolonym wyjątkowo ze swojego ubranka. Na nightmarketach (co to za wynalazek, szerzej napiszę w przyszłości,a  skrótowo – to taki bazar ze wszystkim, głownie średnio potrzebnym wszelakim badziewiem oraz jedzeniem i rozrywkami, otwierający swe podwoje po zmroku) równie popularne jak kramy z ubraniami/biżuterią/pierdółkami do włosów/majciochami/innymi, są te z psimi/kocimi stroikami, często-gęsto obsadzone zresztą psem właściciela…

Króluje rozmiar pokurczastego pudla – yorka-maltańczyka- meksykańskiej rasy chihuahua, ponieważ takie właśnie kieszonkowe szczekacze cieszą się największą popularnością, także z uwagi na niewielkie gabaryty tajwańskich mieszkań oraz wstręt Tajwańczyków do aktywnej pracy z większymi czworonogami. Co ciekawe – popularny u nas wilczur, czyli owczarek niemiecki – jest tu kojarzony z wyznacznikiem luksusu i wysokiej pozycji społecznej. Popularne są labradory, a także jamniki, na które Młodociany reaguje radosnym piskiem – patrz Majia, idzie palówka kiełbasa :D (postępy w nauce języka polskiego w dziedzinie przekąsek/obiadów/posiłków/deserów robi znaczące… jeżeli pojedzie do Polski, głodował nie będzie…, ale RRRRRR mu za nic nie wychodzi, mówi dllllll i tyle).

Mój sąsiad ma regularnego husky…

Na zdjęciach wyraźnie widać, że Tajwan nie bez kozery dzierży palmę pierwszeństwa w dziedzinie produkcji psich ubranek… Zaiste- każdy, nawet najbardziej pokręcony i wymagający koneser znajdzie sposób, ażeby emanację swej osobowości zamanifestować na psim grzbiecie…

Nie powinno więc nikogo dziwić kuriozum w rodzaju farbowania psiej grzywki jako reklamy usług fryzjerskich…

Dodam, że widziałam tez mopsa czy innego maltańczyka usadzonego na podusi w salonie manikiuru i kosmetyki, robiącego za żywą reklamę i przyciagacza uwagi. Na moją uwagę, że nie pozwoliłabym sobie na to, żeby pryszcze wyciskała mi jakaś pańcia głaskająca swojego zapchleńca, Młodociany chwilę pomyślał  przyznał mi rację w kwestii higienicznej, po czym wyjaśnił, że zarówno właścicielka  jak i pracownice oraz klientki uważają jednakowoż, iż ów piesek jest „cute” czyli słodziaszny, i wcale się nie męczy na tym kontuarze, w oparze woni toaletowo-kosmetycznych.

No dobra. Każdemu  komu by się zdawało, że Tajwan to prawdziwa oaza psiej szczęśliwości, gdzie każdy piesek ma swoje ubranko, wybajerzony kojec, milion zabawek i przysmaczków z pańskiego stołu – przypomnę. Po pierwsze – po Kaohsiungu biega cała masa nierasowych kundli, które ktoś wyrzucił i tak sobie żyją, żywiąc się odpadkami i śpiąc na ulicach. Zresztą, do spania układają się bardzo sprytnie – niejednokrotnie tworząc figury geometryczne, okupując przestrzeń pod samochodami (cień i szczątki oparu klimatyzacyjnego), czasem tylko wpadają pod auta…

A rozmiar tego zjawiska jest regulowany polowaniami na psie mięsko. Niedawno w wiadomościach było o odkryciu policji w hrabstwie Yulin, gdzie jeden z obywateli prowadził przez kilka-kilkanaście lat knajpę z pulpetami z domieszką Burka i Azorka…, jako metodę utylizacji resztek z bardzo dochodowego procederu produkcji wywaru na psich siusiakach, sprzyjających zachowaniu płodności i podniesieniu możliwości seksualnych. Przy czym Młodociany, który mi tego njusa pokazał, kazał zaznaczyć, że amatorzy psiny są mniejszością spotykającą się z dezaprobatą społeczną, i że niejednokrotnie są to osoby – stare, ubogie i emigranci z gorzej rozwiniętych krajów.

No dobra. Powiązane notki – w tym także z treściami uznanymi za drastyczne i kontrowersyjne (w tym o jadłospisie chińsko-wietnamisko-koreańskim, opartym na psinie w pięciu smakach) oraz mniej drastycznymi, aczkolwiek wartymi uwagi:

1. Japoński symbol wierności – opowieść o Hachiko >>KLIK<<

2. O tajwańskich psach. O rasie Formosa Mountain Dog oraz o chińsko-wietnamskich kluskach z psinką na okrasę. >>KLIK<<  Tu można znaleźć treści drastyczne, obrzydliwe, niekaceptowane społecznie itp

3. Jeszcze o psach, tym razem z moim kolegą w roli głównej. >>KLIK<<  Kolega jest buddystą, a o jego wyczynach ze zwierzętami poczytać będzie można niebawem

Zagadka Znikających Skuterków

Jadę z Młodym na koniec Tajwanu, czyli Sizihwan, takie wioskowe zadupie w obrębie metropolii Kao, zaludnione: populacją Sun Yat Sen Uni, lokalsami z okolic (w znikomej ilości) oraz żołnierzami siedzącymi w bazach wszędzie dookoła. Pomijając szwejów, którzy stoją jak słupy przy bramach rozlicznych mini-jednostek (bunkier ogrodzony drutem kolczastym od ulicy a od plaży szmatą z napisem „tu je wojo, prosimy grzecznie – obywatelu, nie pchaj się tu) i nie pozwalają sięgać po aparat – panuje tu cisza, spokój i klimat idylliczny. Oraz ruch drogowy zbliżony do tego w Finlandii – czyli 3 samochody w ciągu godziny to już „high traffic”. Włóczę się po tych oto  wertepach z asfaltową ulicą, gdyż jest to jedyne znane miejsce, gdzie w ciszy i spokoju mogę zgłębiać tajniki pomykania na skuterku.

Policja, mogąca zadawać niewygodne pytania w rodzaju – a ma pani prawo jazdy tajwańskie? A prawo jazdy na skuter? A OC, AC, Ka-ce i inne? – tu się nie zapuszcza, bo tu rządzi wojsko, a wojsko mnie ignoruje (tylko się ślepi udając obojętne wartowanie) dopóki nie zacznę szarżować tym skuterkiem na bramę główną jednostki, lub nie wyjmę aparatu. Pierdolec antyszpiegowski im nie przeszedł, o googlu earth nie słyszeli, i o wpadce koncernu Apple, co opublikował ściśle tajne położenie supertajnych tajwańskich baz w Iphonie5 też im nikt nie powiedział… Szczegóły -TUTAJ >KLIK<

No więc cała przejęta jadę tym skuterkiem – z zawrotną prędkością 20km/h, szybciej Młodociany nie pozwolił, twierdząc, że jest zbyt młody by umierać. Wszyscy mnie mijają, nawet piechurzy i rowerzyści… i żółwie i ślimaki… I nagle … Zobaczyłam małpę w krzakach, więc kierownica w lewo, i dawaj – zawierać przyjaźń. A to, że jakiś koleżka jadący tuż za mną mało nie zaliczył widowiskowego orła, bo mu zajechałam drogę – e tam, szczególik. Max miał śmierć w oczach, i była to moja śmierć, dłuuuga i bolesna, ale po chińsku zaklął szpetnie, zasyczał jeszcze paskudniej i całkiem spokojnie stwierdził – Magdalena, ty musisz uważać, bo w mieście to już byś była karmą dla psów. Małpa uciekła.

Postanowiłam wracać, droga prosta… i taka refleksja mnie naszła, a gdzie tamten skuter? Drogą nie jedzie, bo długa prosta widoczna calutka, jak w mordę strzelił. W rowie nie leży, bo rowów jako takich tu nie ma. Z klifu nie spadł, bo klif solidnie obrośnięty drzewami, kamieniami i betonowymi opaskami. Skręcić nie skręcił, bo i gdzie, rozjazdów brak. To gdzie go wsiąkło? W tej okolicy bowiem już parę razy zdarzyło mi się zaobserwować zniknięcia motorków, słychać je ale nie widać. Max po wysłuchaniu mojego klu z lekka zszarzał i stwierdził – ale ja się nie boję duchów, nie boję się i nie boję…

Zaintrygowały mnie te duchy – i faktycznie, dobry duch mój opiekuńczo przygodowy jakiejś 50 m dalej pokazał mi ukrytą w krzakach wybetonowaną drogę w dół i kilka zaparkowanych rowerów i motorów. A po struchtaniu po dosyć stromej spadziźnie – nawet i samochód… Zaintrygowana, puściłam się raczym kłusem w prawo, i znalazłam miejsce widokowe, z parkingiem dla jeszcze większej ilości skuterów (Tajwańczycy chodzić nie lubią, gdyby mogli, to by skuterami wjeżdżali do sklepu i do mieszkania… Nawet na zakupy do 7-11 jadą a nie idą – choć to zazwyczaj 500m).

I tak trafiłam do mojego własnego, prywatnego skrzętnie ukrytego Tajemniczego Ogrodu zwanego też Małym Rajem albo Tajwańskim Waikiki. W prawo ścieżka ekwilibrystyczna, po klifie w dół (dobra dusza zabezpieczyła zejście w solidnie umocowane poręczówki – czyli takie liny, co się ich można trzymać). Stromizna w połowie przechodziła w taras, na którym stały resztki stanowiska ogniowego – taki mały okrągły bunkier, z duuuużym panoramicznym oknem, z lekka nadgryziony zębem czasu, dokładnie jak to się fachowo nazywa niestety nie wiem – kolega dbający o rozwój mej wiedzy z dziedziny fortyfikacji i militariów niestety już moim kolegą nie jest i nie mam kogo spytać… Bunkra broni pole (chyba) opuncji – czyli takich kaktusów, których dodaje się do zielonej herbaty w celu poprawienia smaku i aromatu. Z tarasu można zleźć na kamienistą plażę – składającą się z – głazisków wielkości ciężarówki, głaziorów rozmiaru terenówki, głazów zbliżonych gabarytowo do lodówek i innych mebli, oraz pomniejszych głaziątek, pomiędzy którymi chyżo biegają spłoszone pająki… Eee! To nie pająki! To kraby! Uaaaa! Pierwszy raz widzę kraba na żywo! I dlaczego on nie jest czerwony?

 

 

Młodociany patrzy na mnie jakbym się z choinki urwała. No tak… Krewetki, raki i inne skorupiaki przed ugotowaniem nie są czerwone, śliczną różowo-malinową barwę zyskują za sprawą kąpieli we wrzątku. W naturze są umaszczone w sposób nieco bardziej ułatwiający kamuflaż, dopiero po zdechnięciu i solidnym wygrzaniu truchła w promieniach palącego słońca zyskują odcień biało-pomidorowy, jaskrawo odcinający się od piasku.

Wracamy – moje buty i strój nie zachęcają do uprawiania free runningu po skałach, nie dziś. Siedząc na ławeczce i patrząc w morze zauważyłam małpki skaczące w dół klifu i za nimi podązyłam, cały czas bowiem przyświecała mi idea znalezienia w miarę osłoniętego miejsca, gdzie będę mogła rozebrać się do bikini bez robienia za obleśny obiekt siejący zgorszenie swym ekshibicjonizmem, i gdzie wejdę do wody po kolana a nawet po pas, nie ryzykując awantury ze strażnikiem plaży, który gwiżdżąc na mnie gwizdkiem mało płuc nie wypluł, a potem warczał że w Kaohsiung obowiązuje zakaz pływania. Przy czym definicja pływania w Azji włącza w swój zakres także włażenie do wody po kostki…

 


W dół prowadzi droga po sypkich, miękkich, suchych liściach bambusa. Grzęznąc w suszonym runie odganiam komary i natrętne mysli o wężach i karaluchach, pająkach i innych jadowitych stawnonogach, które w Azji zyją i mają się świetnie. Tajwańskie węże nie należą może do największych, ale za to są jadowite nad podziw. Podobnie pająki i skolopendry wijące, bleee… Tup, tup, szuuuuuur, tup tup, sliiiiiiizg.

Za wykrotem znienacka otwiera się panorama na morzę. I nie tylko. W dół prowadzą schodki z kamienia, obramowane krotonami i difenbachią. Mamusia hodowała oba, stąd wiem, jak wyglądają… Tylko, że mamusine sięgały mi po kolana, a te – liście mają większe niż moja twarz. Dywan mięciutkiej, gęstej trawy rozpościera się przed przewiewną, zacienioną wiatą z bambusowymi ławami i stołem. Wycięte w drewnianej deseczce znaki głoszą – Ogród Radości, i – Szanowny gościu, prosimy nie niszcz tego miejsca i nie śmieć.

 

 

Na bambusowej ławeczce w cieniu siedzi starszy pan i na mój widok rozjaśnia się – Hello, hello – wita i zaprasza w zrozumiałam angielskim, naprawdę ucieszony. Pytam – czy to jego ogród, i czy mogę wejść? Pan uśmiecha się i mówi, że to miejsce dla wszystkich, i jak najbardziej mogę, a nawet powinnam tu wrócić z przyjaciółmi. Opowiada – już po tajwańsku, jeszcze bardziej ucieszony, że Max włada tym językiem (obecnie młodzi Tajwańczycy mówią po chińsku, tajwański i dialekt Hakka ewentualnie rozumieją, ale rzadko posługują się płynnie)- historię magicznego ogrodu. Gdy siedem lat temu przeszedł na emeryturę, wraz z dwoma przyjaciółmi zaczął budowę tego miejsca. Sami, za swoje pieniądze – tak po prostu. Cztery lata temu słynne supertajfuny Morakot i Sinlaku „urwały” kawał trawiastego „pola golfowego”, ale starsi panowie nie poddali się, zrekonstruowali co mogli (trawnik kończy się niespodziewanie prawie pionowym spadem ładnych paręnaście metrów w dół) i rozpoczęli rozbudowę nieco wyżej… Na własnych plecach znosząc elementy meblowe i konstrukcyjne – deski, stoły, tafle szkła, kamienie i elementy dekoracyjne…

Plaża jest odludna, woda czysta, a po taplaniu można spłukać sól w tryskającym wprost z glinianej ściany źródełku ze słodką, zimną wodą. Innymi słowy – będę tu wracać, szkoda tylko, że to tak daleko…

 


 

Mopliki i pierdziawki kontra zdobycze techniki, czyli o komunikacji w mieście

Po mieście poruszam się na piechotę, co budzi zdziwienie Tajwańczyków, którzy preferują transport mechaniczny. Anegdota mówi, że do najbliższego 7/11 jeżdżą na skuterkach… Jest to o tyle interesujące i budzące moje zdziwienie, bo:
1) seven eleven albo inne convinient stores są rozlokowane co około 500 m (ja w zasięgu 3 minut marszu mam przynajmniej 2 sztuki 7/11 i 1 Family Mart)
2) zaparkować pod takim sklepem zazwyczaj jest równie łatwo co w Galerii tuż przed gwiazdką albo świetem narodowego grillowania
3) convienient store to nie Makro, więc kupuje się tam rzeczy proste i potrzebne akurat teraz, typu przekąska, kawa, ciastko, prezerwatywy, papierosy i alkohol. Siat dźwigać nie trzeba…

No ale potrafię się wytłumaczyć, pokazuję moje śmieszne bujane butki MBT i wyjaśniam, że chodząc w magiczny sposób trenuję mięśnie i dbam o linię (dbanie o linie jest narodowym sportem Tajwanek). A że linię jeszcze mam całkiem niezłą (TFU TFU!!!) to jest to wytłumaczenie, które przyjmują ze zrozumieniem i łykają jak młode pelikany farmazon o 200m spaceru mogącym wyrzeźbić ciało bogini.

Tytułowe pierdziawki to skuterki, alias -podstawowy rodzinny środek komunikacji. Ze względu na klimat – całoroczne, tanie w utrzymaniu i tankowaniu (paliwo tu kosztuje ok 3 zł/litr, a za piątaka to można jeździć i jeżdzić). Co można takim skuterkiem przewieźć? Ano
- 4 osobową rodzinę
- mamę z dziećmi i zakupami
- psa rasy labrador wraz z właścicielem ( i przy okazji zaliczyć spacer, który wygląda tak: pan na skuterze jedzie chodnikiem 5km/h a pies na smyczy biegnie koło skutera jakieś 100 – 200 m po czym wskakuje na skuter i można wracać. A na skrzyżówaniu podczas postoju można od razu psie siusiu z kupką załatwić – stąd też konieczność uważania na pola minowe w okolicy świateł)
-parasol ogrodowy i drabinę
- wyposażenie przenośnego warsztatu wulkanizacyjnego
i wiele wiele innych.
Na skuter trzeba mieć prawo jazdy, choć mnie jako białasa nikt o to nie pytał kiedy takowy wynalazek wypozyczałam. Ale żeby jeździć po Kaohsiungu skuterem musiałabym być zdecydowanie bardziej w głowę walnięta niż jestem,konkurencja porównywalna z jazdą rowerem po Igołomskiej od Kombinatu na Pobiednik. A ja kocham życie!!)

Moplik to taka mała ciężaróweczka, troszkę większa od melexa, będąca tu powszechnym środkiem transportu cargo. Normalne ciężarówki też się znajdzie (wielkości Stara czy Jelcza, a TIRów nie widziałam, ale należy pamiętać, że mieszkam w mieście). Era miniaturyzacji objęła tu prawie wszystko – bo roboty drogowe robione są naszymi BobCatami, takimi jakie u nas stosuje się do kopania rowów na działkach podmiejskich. I co ciekawe idzie im to szybciej i sprawniej niż u nas z pomocą cięzkich sprzętów.

Po mieście na dłuższe dystanse poruszam się autobusem, z klimatyzacją! i urzekającą dekoracją wnętrza.

Autobusy jednakże mają jedną wadę – jeżdżą powoli i na okrętkę, grzęznąc w korkach, więc aby przebić się na przykład nad morze albo na lotnisko, albo ogólnie gdzieś dalej, należy skorzystać z metra (MRT), nowoczesnego i ładnego, z podwójnymi drzwiami – szklane tafle odgradzają tory od peronu i rozsuwają się po zatrzymaniu pociągu, anonsowanego stosowną melodyjką. MRT ma jedną wadę – nie wolno w nim jeść, pić, żuć gumy (za to mnie solidnie jakiś pan opieprzył, aczkolwiek mogło się skończyć karą rzędu 500 zł), a z zalet – ma zajebiste stacje, niektóre z witrażami, mozaikami, wodospadami i innymi atrakcjami – serio, aczkolwiek poziom artystyczny zupełnie inny niż w Moskwie.

Aga pytała mnie, czy nie ma sapiących dziadków i hanterskich babć. Są. To znaczy – starsze chińskie panie, może i lekko przyślepawe i gabarytowo zbliżone do krasnala, pogarbione i pokręcone wiekiem- potrafią perfekcyjnie wyczaić wolne miejsce na drugim końcu autobusu i podreptać tam krokiem gejszy w tempie, jakiego nie powstydziłby się Ben Johnson, albo inny sterydowy sprinter z Jamajki. A to że tutejsi nie mają obciachu z charkaniem i popluwaniem, to inna bajka, idzie się przywyczaić (a niedługo chyba zacznę im wtórować).  Z kolei śmierdzieli innych bezdomnych rozsiewaczy feromona nie zauważyłam. I jak dotąd nie spotkałam też żadnego natrętnego Rumuna co będzie grał na harmonijce i zawodził o dwadzieścia groszy na mleko i bułkę.

Ogólnie muszę przyznać – Polska unijno europejska znowu daje ciała po całości…

A na zakończenie – taka właśnie dekoracja autobusu powitała mnie, gdy przyleciałam tu 14 września.