Jak Antek został Wiedeńczykiem… – niezwykła historia pewnego samolotu

Każdy pilot ma swoją ksywkę noszoną z dumą na identyfikatorach, hełmach i burtach maszyn – kto oglądał „Top Gun” ten wie. Poszczególne modele samolotów też mają – oprócz nazw kodowych np MiG-29 Fulcrum czy Mi-24 Hind, pieszczotliwe lub pejoratywne określonka identyfikacyjne dla wtajemniczonych. Są „krokodyle” (helikoptery Mi 24), „pszczółki” lub „betoniarki” (zaokrąglone Mi-8 i Mi-17), albo „ołówki” (znane ze smukłej sylwetki i dzióbka z przodu MiGi-21). Ale tylko niezwykły samolot dostaje indywidualne malowanie i jedyne w swoim rodzaju imię… Czytaj dalej

Piknik! Piknik! Piknik! -czyli pora na X Małopolski Piknik Lotniczy

Końcem czerwca 2014 plakaty rozlepione po całym Krakowie (i pewnie nie tylko) zapowiadały jubileuszowy, X Małopolski Piknik Lotniczy. Zatem, jak mogłoby mnie zabraknąć? 

Organizowana przez krakowskie Muzeum Lotnictwa Polskiego coroczna, dwudniowa impreza ściąga tłumy nie tylko sympatyków lotnictwa, ale i osób chcących spędzić weekend na czymś ciekawszym niż rajd ze szmatą do podłogi. Czytaj dalej

Antek „Wiedeńczyk” – najpiękniejszy samolot świata cz I – moje latanie

Zaczęło się zwyczajnie… Któregoś czerwcowego poranka w sobotę obudziły mnie samoloty z wizgiem przelatujące tuż nad moim blokiem. Z balkonu wraz z mamą obserwowałam ganiające wte i wewte małe zwinne maszynki grające najwyraźniej w berka i nie bardzo wiedziałam o co chodzi… 

A był to I Piknik Lotniczy, który powstał po rozdzieleniu zawodów w lataniu precyzyjnych z podkrakowskiego Pobiednika od rodzinnej fiesty przeniesionej na jak najbardziej środkowo-krakowskie Czyżyny. Wówczas obeszło mnie to jakoś mało, musiałam za to uspokoić babcię – pewną, że to III wojna światowa właśnie się rozpoczyna od nalotu dywanowego na Nową Hutę. Czytaj dalej

Konkurs przedwielkanocny!

O tym, że lubię samoloty, nie muszę chyba nikomu przypominać? W Radomiu poznałam sporo nowych ludzi, zwyczajowo z lotniczego i okołolotniczego swiatka. Ostatnio na FB dostałam kilka próśb o głosowanie na rozmaite kandydatury w związku z plebiscytem Lotnicze Orły na portalu lotniczapolska.pl. A że osób było kilka – to stwierdziłam, że sama nie poradzę sobie z tematem – i poproszę Was, moich Czytelników o pomoc…

Najpierw maszerujemy na stronę

O podróży pod równik – Odc. 2 Opowieści o Palau

Palau leży jakieś 2500 km od Tajwanu. To mniej więcej tyle, co z Oslo do Rzymu, lub z Oslo na norweską Daleką Północ typu Tromso (co tłumaczy, dlaczego Norwegowie z Oslo rzadko bywają dalej na północy niż w leżącym mniej więcej pośrodku kraju Trondheim z ruchliwym lotniskiem Vaernes).

Oczywiście – lot musiał odbyć się ze stolicy, moje małe prowincjonalne Kao nie zasłuzyło sobie na luksus połączenia bezpośredniego z kurortem. Bo Palau jest kurortem – czego dowiedziałam się na etapie rezerwowania biletów. Znaczy – jest tam drożej niż na Tajwanie, i każdy człek lecący w tamtą stronę (Palau, Guam, Samoa, Tonga, Hawaje, Wyspa Wielkanocna) jest automatycznie traktowany jak bogol. No dobra, też uważam, że na Wyspę Wielkanocną nie trafiają biedaki.

Ogólnie to udało mi się trafić jak w Lotto… Czytaj dalej

Spacer wokól wzgórza Wiktorii

Do Hongkongu/Perły Orientu/Wonnej Przystani mało kto lata czysto turystycznie. To punkt przesiadkowy, centrum biznesowe i brama na komunistyczną Strefę Taniej Produkcji czyli SSE Shenzhen. 

Ostatnia nazwa – jest dokładnym tłumaczeniem znaków Xiang – kadzidło, zapach i Gang -przystań, czyli chińskiej nazwy Hongkongu. Dawniej, zanim nastała era kolonizacji, cyfryzacji oraz przemysłu bankowego – miasto leżące u ujścia Rzeki Perłowej słynęło z wyrobu kadzideł, w buddyjskim i daoistycznym świecie chińskiej religii zużywanych w ilościach monstrualnych.
Hongkong – jak pisałam, jest dla mnie miastem z żelbetu, stali i szkła, kompletnie wertykalnym i dającym wrażenie zimna, oraz duszącej ciasnoty. Ale – dla mnie odstręczające jest już warszawskie centrum, z wieżowcami po 20 pięter… Niby wychowałam się w blokowisku, ale – blokowisku na obrzeżach miasta, z małą ilością wyższych budynków, z parkiem i alejkami słusznych rozmiarów – więc betonowa dżungla niezbyt mnie fascynuje, stąd moje wycieczki na Sizihwan i po wszystkich parkach w okolicy.
Całe szczęście, oprócz terenów przeznaczonych pod zabudowę  jeszcze Brytyjczycy za czasów kolonialnych wytyczyli strefy parkowe, i to w czasach, kiedy pojęcie „ekologia” nie istniało, a jeżeli istniało – to tylko w słowniku wyrazów trudnych oraz rzadkich. Jednym z rezerwatów stało się Wzgórze Wiktorii – strome, zalesione wzniesienie -najwyższe na Wyspie Hongkong (581 m). Ze względu na ukształtowanie terenu i położenie, w dziwny sposób w tym miejscu natura utworzyła naturalną oazę klimatu umiarkowanego ciepłego, w kontraście do okolicznych upałów, zabijających dżentelmenów we frakach i cylindrach oraz ladies w krynolinach.

Tęskniący do chłodnego i mglistego Londynu Anglicy rozpoczęli sezon wycieczek na szczyt, obowiązkowo w lektykach wnoszonych przez kulisów po wyrąbanej w gęstym lesie drodze, a potem powolne stawianie rezydencji na stokach nachylonych pod kątem 45 stopni  Najpierw stacja sygnałowa radia i telegrafu, potem szpital – niestety, pomimo zmiany klimatu, ozdrowieńców nie przybywało, więc szpitalik opuszczono. Potem rozpoczęto mozolną budowę tzw letnich domów, u nas znanych jako „działki” a u sąsiadów zza Buga jako „dacze” (należy pamiętać, że Wzgórze Wiktorii było rejonem podmiejskim… Podobnie jak znajdująca się na ul. Królewskiej/Podchorążych w Krakowie siedziba Wydziału Architektury Polibudy Krakowskiej kiedyś dawno była podmiejskim, letnim pałacykiem królewskim we wsi Łobzów). Wraz z uruchomieniem cudu techniki, czyli tramwaju na linie – okolica z rekreacyjno-wypoczynkowej zmieniła charakter na luksusowe osiedle mieszkaniowe dla elity. I takie status quo utrzymuje się do dziś.

Ze szczytu góry można podziwiać rozciągającą się, mniej lub bardziej zamgloną i ukrytą w rudej kurzawie zanieczyszczeń panoramę najwyżej sięgającego miasta świata. Istnieją nawet mapo-plansze, informujące o punktach topograficznych. A jest tych wieżowców sporo, właściwie co jeden to lepszy… Azjaci mają bowiem specjalności budowlane. Chińczycy budują hotel z papieru w 3 miesiące a nawet tydzień, i mają specjalną machinę do autostrad… Wrzucasz z przodu piasek, smołę, asfalt, kamienie i co tam jeszcze, machina jedzie powoli jak żółw ociężale, a z tyłu wychodzi gotowa droga :D Japończycy budują konstrukcje odporne na trzęsienia ziemi, a mieszkańcy Hongkongu nabyli umiejętność stawiania stabilnych konstrukcji w miejscach gdzie przestrzeń jest łaska ale zlokalizowana pod bardzo niekorzystnym kątem w stosunku do linii horyzontu….

Domy są tu piekielnie drogie, ceny podaje się w milionach dolarów. Zaiste – rozumiem, bowiem widok jest niesamowity, w dodatku można się odgrodzić od dzikiego tłumu piszcząco-miauczących Chińczyków, rześka bryza odgania smog przyganiany rudą chmurą wraz z wiatrem znad przemysłowego Shenzhen. Tym większym zaskoczeniem był wypatrzony za zakrętem domek – wyraźnie opuszczony i z lekka zrujnowany. Phoebe (moja dobra dusza i anioł stróż w Hongkongu) wyraziła nawet przypuszczenie, że dom jest nawiedzony – bo nie zostawia się takiej miejscówki tak po prostu… Elewację zdobiły nieliczne grafitti, w tym – Get out i inne pokrewne po chińsku. Ze środka nikt nie wyniósł ani nie odbił – mebli, marmurów, sztukaterii i stiuków, nawet okna nie były wybite. Straszno tam było i nawiedzały mnie mroczne wizje jakiej upiornej łapy albo innej Sadako pojawiającej się znienacka…

Nie śmiać się. Strachajło ze mnie wyjątkowe, boję się duchów i potworów spod łóżka oraz z innych ciemnych zakamarków. Do tej pory nie umiem w nocy zrobić siusiu po ciemku, tylko obudzona w nocy zapalam światło w łazience, bo mam z dzieciństwa zakorzeniony lęk przed wielką łapą właśnie, co wyłoni się z otchłani sedesu i złapie mnie za pośladek a potem wciągnie do Hadesu … Nie śmiać się, mówię… 

Jednak, w moim odbiorze najbardziej interesującym miejscem w całym Hongkongu jest mimo wszystko lotnisko. Taaaakie samoloty, w takich malowaniach i kolorach, normalnie lesze niż sklep z zabawkami :D Ale – ja mam swoiste gusta i upodobania… I nie zmuszam nikogo do zachwytu nad masą blachy, która robi wrrrrrrum :D

W każdym razie – tu widać wyraźnie, jak mieszają się kultury i narody. Nie mówiąc już o szlifowaniu chińskiegp w praktyce – komunikaty lecą w trzech językach – chiński kantoński (nie rozumiem ani słowa), chiński mandaryński (ooo! Rozumiem ! Alleluja) oraz angielski (ooo? A jednak nie do końca zrozumiałam…). Przez długie godziny ganiałam wte i wewte po terminalu II, robiąc zdjęcia i obserwując różnokolorowy tłum, jasno i ciemnożółtych Chińczyków, Japończyków w czapeczkach, śniadych Indonezyjczyków i Filipińczyków, Murzynów z Afryki, białych w rozmaitych stopniach spieczenia (najbardziej różowo malinowi byli obładowani gadżetami Rosjanie na przesiadce z Tajlandii), Hindusów w turbanach… Rozwalona na leżaczku kontemplowałam piękny zachód słońca z oceanem i samolotami w tle, gdy nagle koło mego leżaczka skitranego za kwietnikiem i filarem ustawił się starszy jegomość. Chyłkiem rozejrzał się po stronach, z torby wyciągnął dywanik, strzepnął go gracko i magicznym ruchem rozłożył, po czym na nim przycupnął i zaczął procedurę walenia hasanów. Dołączył do niego kolejny i kolejny, a ja się zastanawiałam – po pierwsze czemu oni te hasany wbrew tradycji walą w stronę zachodzącego słońca z północnym azymutem (no tak, wedle Europy Mekka jest na wschód i południe, wedle Hongkongu na zachód i północ właśnie)… I nie powiem… oni chylili czoła ku podłodze w lekko nierównym rytmie a mi robiło się z lekka mroźno w okolicy kręgosłupa… Z ulgą odetchnęłam, kiedy poszli w kierunku innego gejta.


Gdyby ktoś nie wiedział co to walenie hasanów – to zwyczajowe pokłony towarzyszące muzułmańskiej modlitwie salat. Kolega, który niedawno był na wakacjach na Malediwach opowiadał, jak to o 6 na ulicach wszyscy się zatrzymują, padają na kolana i łotają czołem o bruk… Ba, nawet linie mają specjalne na ulicach wytyczone, żeby równo się rozstawiali…

Latający lekarz i restauracja pod dębem… Marzenia się spełniają!

W ostatnim tygodniu, kilka natrętnych marzeń tłukło mi się po głowie.

Ponieważ staram się być konstrukcją nieskomplikowaną pod każdym względem, co gwarantuje ponoć szczęśliwość w życiu i brak depresyjności (czy ktoś widział takiego np pantofelka z depresją? albo amebę?)… No więc marzenia staram się mieć również mało skomplikowane - dżinny od spełniania zachcianek nie lubią tych bardziej wybajerzonych. I spełniają je na opak.

No więc moje marzenia nieśmiało rozpoczęły wędrówkę ku fantasmagoriom ziemniaczków puree, pomidorówki, bigosu, leczo, buraczków, schabowego i kiszonych ogórków etc, podsycaną jeszcze przez moją uzdolnioną kuchennie kuzynkę, radośnie raportującą mi znienacka, ciosem w podniebienie, slinianki i żołądek oraz ośrodek głodu – na przykład – o!pomidorówka mi się pali, albo o!kaczka z żurawinką mniam mniam Czytaj dalej