Jak starałam się o pracę na Tajwanie – tragikomedia w pięciu aktach

Moi znajomi przyzwyczaili się do rytmu moich wyjazdów i powrotów na wyspę, wyznaczanych przez wakacje i ferie oraz 90 dniowy limit ‚”wjazdu bezwizowego”. Co prawda konieczność wywalenia pewnej, nie zawsze najniższej, kwoty na bilety rekompensowały mi coraz to nowe wspomnienia z egzotycznych krajów-rajów, ale mimo wszystko tymczasowość mego tajwańskiego bytowania, bez tutejszego ubezpieczenia i meldunku – jednak męczyła.

Zalegalizować swój pobyt mogę za pomocą na przykład: Czytaj dalej

O miłości i partnerstwie w klimatach Dalekiego Wschodu I

- Mogę cię wykorzystać?- zapytał którejś nocy mój polski znajomy.

- Yyy, raczej tak…  A w jakiej sprawie? Bo jak pożyczka albo zakupy z dostawą do domu, to nie…

- Nie, nie o to chodzi… Wiesz, moja koleżanka wyszła za mąż za Japończyka, wyjechała tam, urodziła dziecko i teraz ma zonka, bo ani mąż ani teściowa nie chcą jej wyręczać i bawić, a dla niej to udręka i rzecz niezrozumiała, taki brak wsparcia, więc i szykuje się do rozwodu… A ja się tak zastanawiam, czy to norma u was skośnych czy ona tak trafiła niefartownie…

Na ile znam Japończyków, i jacy by nie byli uroczy, to – norma, zwłaszcza, gdy żyje się w Kraju Kwitnącej Wiśni. Mój kolega Keisuke opytany na tę okoliczność rzecz jasna entuzjastycznie zaprzeczył istnieniu jakiegokolwiek seksizmu w Cesarstwie Wschodzącego Słońca, ale mina srającego kota na hasło – „przewijanie, spacery, karmienie, niunianie” mówiła sama za siebie. Odpowiedź jest prosta: Japończycy nie pomagają na równych prawach w opiece nad dzieckiem, bo po prostu nikt im nie powiedział, że tak trzeba. Podobnie jak ja – dopóki nie zobaczyłam pewnej reklamy, nie wiedziałam, że włosy mogą się „puszyć”, i owo „puszenie”jest naganne estetycznie. No cóż. Moje puszystością jakąkolwiek wykazują się w dość nikłym stopniu tylko kilka godzin po umyciu i robią za grządkę szczypiorku po ataku piorunów, potem smętnie zwisają. A japońskie bobasy świetnie się mają pod opieką mamuś ( bo nikt ium nie uświadomił, że tatuś ma psi obowiązek czytać bajki i oglądać teatrzyki tudzież entuzjastycznie uczestniczyć w życiu pociechy, a jeżeli nie – to wywołuje straszliwe zmiany na psychice dziecka i powinien w związku z tym co najmniej się powiesić), i tylko jakaś (walnięta w potylicę) Polka uważa, że cała japońska rodzina powinna współuczestniczyć w trudach macierzyństwa, bo tak jest w Europie przyjęte… Swoją drogą, nie chciałabym się znaleźć na jej miejscu, będąc dokładnie taką samą Polką, walniętą dla odmiany w czółko.

Powyższe zdarzenie natchnęło mnie do baczniejszej obserwacji ogólnych relacji partnerskich na Tajwanie. Zatem wnioski w sposób syntetyczny przedstawiam poniżej

1. Faza wstępna –  poznali się i…?

Tutaj uprawia się podchody. Fakt uderzenia w ślinkę z kimś na imprezie nie oznacza automatycznie „uzwiązkowienia”. Tu trzeba się „propose”, czyli tak jakby oświadczyć się w celu uzyskania wiążącej odpowiedzi, czy się panna będzie czy nie będzie prowadzać się. A takie oświadczyny – to może nie klękanie z bukietem róż czy innymi biżutami, ale na przykład zaśpiewanie wiele mówiącej piosenki w karaoke. Przy czym zanim do tego dojdzie, to „nierandkowe” spotkania trwają i z pół roku, ale najczęściej „nierandkuje” się tak z miesiąc-dwa. średnio ze 2 razy w tygodniu. Ważne – mężczyzna powinien za wszystko płacić, ale na to nie musi zgodzić się dziewczyna. Jak to mi ładnie ujęła TangXin – jej mama mówi, że jeżeli nie chcesz spędzić reszty życia z tym panem, to nie powinnaś pozwalać mu na wyłączne sięganie po portfel i raz na czas zaprotestować z gracją, zapłacić za siebie czy nawet coś zafundować.

2. Są razem i…?

No właśnie – i??? Co wyróżnia Tajwańczyka w związku? Ano to, że swojej pani tacha torebunię… Serio :D Popyla po mieście z przewieszonym przez ramię symbolem kobiecości, nieważne – że różowy, koronkowy, cekinowy, z dumą ukazuje światu zwisający z chuderlawego ramionka dowód swej atrakcyjności i uprzejmości. Drzwi nie otworzy, paltocika nie przytrzyma, w tachaniu siat nie wyręczy – ale torebkę niósł będzie wiernie i wytrwale. Czego zrozumieć nie mogą obcokrajowcy – że o co kaman z tą torebką, weź się kobieto ogarnij, chyba nie sądzisz że „to” załaduję sobie pod pachę i tak się po mieście będę lansował jak Pinki-Winki???

Tajwankom zaś w głowach się nie mieści, że Pan Romantyczny, który umie śpiewać po francusku, ma taki słodki bajer i jest taki mniam mniam przystojny i superwspaniały – że na kobietę usiłującą mu tą torebkę jakoś dyskretnie wtrynić za pomocą aluzji popatrzy jakby się owa istota posługiwała dialektem wenusjańskim, totalnie nie przyswajając treści komunikatu. Położony przed nosem przedmiot sporu ominie, nie zauważając, ewentualnie się potknie – i pójdzie dalej, zaś wciśnięty bezpośrednio w łapę przytrzyma jakieś 10 sekund, po czym położy w jakimś bezpiecznym miejscu…

Drugi wyróżnik – to koszulki, tzw matching outfit. Czyli – takie same toćka w toćkę, albo w kolorach kontrastowych, albo z pasującymi do siebie elementami graficznymi. Tajwańczycy w ogóle mają lekkiego szmyrgla na punkcie uniformów, jednakowości ubioru i okolicznościowych ciuszków, więc warsztaciki, gdzie pan lub pani wyprodukuje w trymiga koszulinkę z wybranym wzorkiem są nader popularne, a i co krok jesteśmy zachęcani do zakupu na przykład – klubowego Tshirta sekcji wspinaczkowej, wydziału, kibica itp.  Wykonanie jest z reguły całkiem przyzwoite (albo Tajwańczycy piorą ciuchy za rzadko i w dodatku w zimnej wodzie, więc nie ma się co dziwić, że wzorek się nie spiera… Też możliwe…)

Trwają spory, skąd pochodzi podbijający cały świat a bijący rekordy popularności słodki trend wszech-dopasowania. Ponoć – wymyślili go Koreańczycy, sprzedający do dziś najwięcej „pasujących” koszulek i gadżetów (breloczki do komórek, okładki na Iphona, kółka do kluczy, smyczki, pierdołki wszelakie). Ale reszta Azji wcale się nie poddaje i też produkuje oraz kupuje owe słodkie wyznaczniki parzystości na potęgę… A nie są to wbrew pozorom tanie drobiazgi.

A co z całowaniem? Publiczne obściskiwanie się jest mocno niemile widziane. Za ucałowanie kolegi w policzek na powitanie w knajpce zostałam zmieszana z błotem i zbluzgana oraz odsądzona od czci i wiary jako niemoralna wywłoka ze zgniłego Zachodu… Czyli buzi- buzi nie bardzo, publicznej wzajemnej eksploracji rejonów migdałkowych też nie przeprowadza się zbyt często .. Aczkolwiek parę razy zdarzyło mi się przyhaczyć gównażerię gimnazjalną oddają się z lubością i zapamiętaniem zgłębianiem tajemnic dentystyczo-laryngologicznych (komentarz Młodocianego: eeech, a ja nawet w technikum to mogłem sobie o tym pomarzyć tylko, bo jakby mnie kto złapał na realizacji, to miałbym z d… jesień średniowiecza).

I dotyczy to zarówno pań, jaki panów, we wszystkich konfiguracjach! Gejów się tu akceptuje, ale nie dzięki temu, że kreatury pokroju posła Biedronki. nie płaczą zbyt głośno o straszliwych homofobiach społecznych, tutejsi homoskesualisci mniej rzucają się w oczy. A jest ich – zapewniam- sporo. W Weznao znakomita większość panów woli panów. Przy czym są w miarę cisi i bezwonni, wyróżniają się głównie całkiem sensownym wyglądem i dbałością o siebie.

Będąc razem, można chodzić na spacery, trzymać się za rączkę, jadać razem obiady, chadzać do kina – i Tajwańczycy to robią. Przydałoby się też po jakimś (stosownym) czasie znajomość z gruntu platonicznego przenieść w pielesze sypialniane… I tu pojawiają się różnice tajwańsko- polskie, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Nie ma się co oszukiwać, tajwańskie gimnazjalistki w słoneczko nie bawią się powszechnie. wiek inicjacji seksualnej spada, ale wciąż lokuje się znacznie powyżej 18 lat. Nie ma rozmów uświadamiających, nie zdradza się szczegółów alkowianych, nie dywaguje na temat walorów i umiejętności pań i panów. Natomiast licealiści Tajwańczycy mają lekcje „wiedzy o rodzinie”, do których  podchodzą  - jak do każdego innego przedmiotu - nad wyraz poważnie i zakuwają jak małe dzięciołki wszelkie potencjalnie ważne detale. Ale obyczajowo są dosyć pruderyjni, nieśmiałość skutecznie przykrywa porywy chuci.

Wiedza ta jest albo dość dobrze wpojona, albo jednakowoż robienie dzieci nie wychodzi Tajwańczykom za dobrze, współczynnik dzietności i wskaźnik urodzeń od lat na Pięknej Wyspie jest żałośnie niski (średnią podciągają mamy obecnych studentów i nastolatków, które miały i po troje- czworo dzieci, „próbując ustrzelić” męskiego potomka, tak ważnego dla dziadków, zwłaszcza ze strony ojca, którzy cisnęłi bezlitośnie o kolejne próby, i dlatego TangXin ma 3 siostry i dopiero na braciszku skończyła się prokreacyjna misja rodziny Hsu). Ciąże nastoletnie, studenckie i przedślubne zdarzają się z rzadka. Na hasło, że moja kuzynka urodziła mając lat 17, moi koledzy i koleżanki zrobili wielkie oczy – bo tu taka skaza na życiorysie  masa wydatków i utrudnień dla całej rodziny to rzecz nie do pomyślenia. No i taki wstyd! Taka hańba! Takie problemy dla wszystkich dookoła! Nie podniosłam zatem tematu ciąż gimnazjalnych i zabawy w słoneczko, wzbudziłam wystarczającą zgrozę w biednych tajwańskich serduszkach.

Aborcja na Tajwanie jest legalna, zabieg jest odpłatny (ale cena nie jest zaporowa), wymagana jest obecność osoby pełnoletniej, ale nie musi być to rodzic  czy członek rodziny. I tyle. Pigułki nie cieszą się olbrzymim wzięciem, głównie z uwagi na cenę, za to prezerwatywy są w smakach, kolorach i odmianach wszelakich. W ogóle – na tajwańskich sex-shopach nie ciąży odium „zła i brudu moralnego”, są to sklepy z fikuśnymi gadżetami wszelakiego rodzaju, w tym w sporej części asortyment u nas zaklasyfikowany zostałby jako „śmieszne rzeczy” – obok prezerwatyw i wibratorów leżą pałeczki do ryżu z penisową końcówką, popielniczki ze sprośnymi lub żartobliwymi tekstami,maski goryla, Tshirty z rozmaitymi nadrukami… tak sobie przypomniałam, że jadąc zarówno do Gorących Źródeł jak i na Wyspę z Rafą w pokoju obok jednorazowej szczoteczki i pasty do zębów, ręczniczka, szamponu itp znalazłam także przydziałowy kondonek z kotkiem…

Jak wygląda kwestia partnerstwa w związku? Bardzo różnie. Są pary gdzie on ją tłucze (bo tak i już) – zwłaszcza tyczy się to małżeństw mieszanych, między Tajwańczykami z niższym wykształceniem i obyciem, z braku innych kandydatek ściągającymi sobie spragnioną lepszego życia na granicą – narzeczoną z Wietnamu, Filipin, Kambodży, Indonezji, Tajlandii… Aczkolwiek sytuacja poprawia się coraz bardziej, zagraniczne żony są instruowane o swoich prawach i egzekwujące je… Tyle teoria, w praktyce – jest chyba podobnie jak w Polsce lat temu 20-30, gdy nie ważne jaki buras, ważne, że zagraniczny i stanowił przepustkę do lepszego świata, co stanowiło niejaką karierę społeczną. Do tej pory obsewruję takie stanowsko zwłaszcza w mniejszej miejscowości i pośród Ukrainek, dla których małżeństwo z potencjalnymi pieniędzmi oznacza gwarancję szczęścia na wieki.

Ale z tego co obserwuję – kobiety na Tajwanie są raczej wyemancypowane, pracują i są mniej lub bardziej niezależne od mężczyzn. Rozwody są też coraz bardziej powszechne i nie obarczone aż takim piętnem wstydu dla kobiety jak late temu kilka-naście. Mężczyźni uczestniczą w procesie chowania potomka już nie tylko w charakterze portfela i Kary Ostatecznej… Na przykład – w domu Młodocianego gotują mężczyźni, bo mama tego nie lubi i nie umie. Podobnie jak ja, nie trzyma się przepisów i wymyśla z rozmaitym skutkiem dania mniej lub bardziej odległe od oryginału, Młodociany robi za pralniczego i zmywarka i jest to jak najbardziej normalne. Na historię o Polkach skaczących dookoła swoich mężów jak koło pisklątek, i o facetach zalegających przed telewizornią gdy kobieta miota się między kuchnią, przedpokojem, odkurzaczem, dechą tortur oraz pralką – zapytał… — Eeee, serio?, NoWay! Ale już w domu moich nowo poślubionych znajomych – Mandy stwierdziła, że nie będzie pracować, ona zajmie się gotowaniem dla rodziny (czytaj – siebie i męża), a Nick ma zapewnić jej stosowny poziom siedzenia w domu.

Z chińskiego na ludzki…

Mowa o tłumaczeniu…

 

Najbardziej zaskakujące w kontaktach międzykulturowych, zwłaszcza tych bardziej odległych – jest różnica kontekstowo-interpretacyjna. Która osobiście mnie powala  i poniekąd solidnie utrudnia życie.

 

Nie tak dawno pisałam o tym, jak skutecznie stworzyłam sobie wroga i ogólnie wykreowałam wrażenie równie złe, albo i gorsze, niż gdybym Pannę Młodą zwyzywała od ladacznic, a Panu Młodemu zarzuciła impotencję. A ja tylko stwierdziłam – zgodnie z prawdą, iż wedle mojej informacji, koszty pobytu w stolicy Francji wyniosą tyle a tyle. Plus kilka innych niuansów, na które szczerze mówiąc mało który białas zwróci uwagę.

Tajwańczycy są dla mnie momentami jak kosmici. Serio. Nawet buźki mają podobne, wielkie głowy, nóżki jak patyczki i wytrzeszczone oczyska. A problem w kontakcie bezpośrednim wynika z ich rozumienia pewnych sytuacji… Przykłady można mnożyć.

Najprościej zacznę od tak łopatologicznego zagadnienia jak – TAK i NIE.

Polskie TAK = tak. Chińskie TAK tymczasem…

= tak (czasem), a czasem

= oczywiście, że się nie zgadzam z Tobą/Twój plan lub Twoje zdanie wywołuje mą reakcję odmowna, ale moja kultura nie pozwala mi powiedzieć „spadaj na drzewo” lub „do bani”, i żeby cię nie zasmucić lub nie zepsuć swojej doskonałej karmy mówię, że tak, i liczę na to, że się domyślisz, że niekoniecznie pałam radością i ochotą. Przy czym mówienie TAK z ostentacyjnym/ widocznym podejściem negatywnym nie wchodzi w rachubę, udają nad wyraz przekonująco…

- NIE

Polskie NIE oznacza zazwyczaj Nie! I basta!. Poza sytuacjami z podtekstem flirciarskim i seksualnym, gdzie wciąż trwa kampania feministek pt” Nie znaczy nie”

Chińskie NIE, jeżeli już się pojawi ( a pojawia się wyjątkowo rzadko jako odpowiedź na pytanie jakiekolwiek), oznacza – oczywiście, że TAK, tylko z rozmaitych względów nie mogę przytaknąć, bo mnie odsądzą od czci i wiary…

Brzmi skomplikowanie?

Kilka przykładów

- Jedziemy na motorach, zima (czyli poniżej 20C), pizga wiatrem jak nieszczęście. Ja trzęsę się, pomimo okutania w sweter, bambiego i windstoper oraz czapkę i szalik. Motor obok szyku zadaje koleżanka Miau (lubi koty, więc ma takie a nie inne angielskie imię… Studentki Wendzarni słyną z kreatywności na tym polu), odziana w przezroczyste rajstopki i szorty, oraz jakąś lichawą kurtałkę ( w sensie izolacji termicznej), bo poza tym śliczna była. Widząc podczas postoju na stacji benzynowej, że dziewczyna zdrętwiała z przemrożenia ledwo się rusza, zaproponowałam jej pożyczenie swoich dodatkowych dżinsów. Odpowiedź była mocno odmowna, więc zaproponowałam jeszcze raz, w pamięci mając chińskie certolenie się – czyli trzeba proponować kilkakrotnie, żeby nie narazić zbyt rychło przyjmującego propozycję na „utratę twarzy”. Znów usłyszałam – nie. Zanim zapytałam trzeci raz, Max pociągnął mnie za rękaw i szybko wyjaśnił – zrozum, ona chce twoje spodnie, ale musi powiedzieć nie, bo inaczej utraciłaby twarz, i uwidoczniłaby swoją głupotę… Jakby nikt nie zauważył braku rozgarnięcia koleżanki  (i jej chłopaka, który w sumie powinien jej pilnować), która pojechała do domu się przebrać w strój odpowiedni na motorową eskapadę przez pół kraju- i zadziała krótki płaszczyk, zapominając o ciepłych gatkach…

- Spotkanie towarzyskie, mieszane – urodziny białasa, więc grono szeroko pojętych znajomych (białasów, albo szerzej – westernersów w zachodnich kolorach tęczy) i kilkoro lokalsów, w tym koleżanki na 100% mieszkające w akademiku (który o 22.30 zamyka swe podwoje szczelnie i nieodwołalnie). Wiadomo, że posiadanie w znajomych na fejsie bladej twarzy daje +50 do rispektu na dzielnicy, a słit focia z bladą twarzy to już +100 do zajebistości – zaproszenie na białe urodziny to nie w kij dmuchał… Więc siedziały te Azjatki w kątku, grzecznie obserwowały konwersację między samymi-swoimi, jadły bardzo drogie i bardzo niesmaczne białe żarcie polecone przez kogoś z kasty bladoskórych-uprzywilejowanych, i nudziły się zapewne setnie, bo jakoś nikt, łącznie z zapraszającym – organizatorem spotkania, jak i solenizantem, nie zwracał na nie większej uwagi. Podejrzewam, że nie rozumiały za wiele, bo ja osobiście nie ogarniałam rozmaitych odmian chińskiego i angielskiego na różnych stopniach zaawansowania – i zniekształcenia (by ł tam i Francuz, i Belg, i Niemiec, i Ruski, i Ukrainka,i Portorykanka, i Mex, i Teksański, i Kalifornian, i chicagowski Murzyn i Polak niepomiernie kaleczący każdy możliwy język, i Węgierka posługująca się dziwacznym miksem wielu znanych narzeczy, i wielu innych, równie barwnych). Na moje pytanie, czy nie muszą wracać do akademika – tylko się uśmiechnęły, i stwierdziły, że nie ma problemu. OK, no problem to no problem, może sobie wyżebrały jakąś dyspensę od noclegu za kratami Konwentu Sióstr Urszulanek. Zabawa trwała, a ja koło 10 stwierdziłam, że mam dość, nie odpowiada mi lokal, towarzystwo, atmosfera – i czas się ewakuować. Zadzwoniłam po taksówkę, pożegnałam solenizanta i kurtuazyjnie spytałam, czy ktoś nie chce się ze mną zebrać… W życiu nie widziałam równie szybko przebierających nogami Chinek :D W taksówce nerwowo patrzyły na zegar i minutę przez zatrzaśnięciem wrót biegusiem wpadły za bramę… Jak się okazało – no przecież nie wypadało im nie przyjść, a tym bardziej wyjść z powodu tak prozaicznego jak zamknięcie akademika… Nie wypadało się zresztą to podobnie trywialnej okoliczności przyznać….

- Szkoła. Nauczycielka tłumaczy i tłumaczy i tłumaczy, niestety, tłumaczenie gramatyki po chińsku niesie drobne ryzyko – zakumasz, albo nie zakumasz, albo załapiesz - szkoda tylko, że źle. W moim wypadku – nie łapię. No nie łapię i basta . Za cholerę nie jestem w stanie przyswoić sobie dziwnej konstrukcji, gdzie jest słówko typu „kto, który, dlaczego, jak, po co etc” plus „razem” plus konstrukcja z miękkim nie (w odróżnieniu od nie twardego, oznaczającego całkowite zaprzeczenie… Coś w rodzaju – nie zjadłem miękkie w domyśle - jeszcze nie zjadłem, no śniadania, ale za chwilę owszem skonsumuję, nie zjadłem twarde w domyśle - nie, bo niesmaczne, albo nie chcę, albo nie lubię, albo się odchudzam), co razem daje  - wszyscy z wyjątkami wykonujemy czynność x. No abstrakcja.

Nauczycielka rysuje schemat… No ale nie mam problemu z budową, mam problem z logiką wypowiedzi – bo nie potrafię ułożyć sobie co z czym i dlaczego, i w jakim kontekście w ogóle stosować ów niezwykle wybajerzony twór. Co mi się zdaję, że już wiem, i zgłaszam się mówiąc, dowiaduję się – a kto ma inną propozycję - czyli mój domysł był nietrafiony… Ale dlaczego? po 45 minutach wałkowania tematu nie jestem ani trochę mądrzejsza.

Zostaję na przerwie, czekam, aż wyjdą inni uczniowie, i proszę – Proszę mi to jeszcze raz wytłumaczyć, może po angielsku, będzie łatwiej. Dlaczego? No bo nie rozumiem po chińsku, a po angielsku może mi się uda przyswoić. Nie, nie nie… Ty masz tego używać. Ale jak mam używać czegoś, co jest dla mnie czarną magią w białych trampkach? No masz używać i już, a jak nie rozumiesz, to znaczy, że się nie starasz.  Używaj, to doznasz oświecenia. Inni jakoś nie mieli z tym problemu.

- Szkoła II. Z moim learning partnerem umawiamy się na 12, Godzina jest dziwna – bo to przerwa na lunch, ale skoro LP nie chce nic jeść to mi pasuje, bo ja spożywam obiadek około 15. OK, Czekam. Mija minut 10,15, 20. Dzwonię.Dzwonię drugi raz – bo może nie słyszy, jedzie skuterem albo co. No i czego się dowiaduję? Że mój LP tak naprawdę nie chciał się spotkać, tylko nie wypadało mu powiedzieć mi w oczy, że nie ma czasu/ochoty/whatever – więc podał taką godzinę, żebym się domyśliła, że on nie przybędzie. A w ogóle moje dzwonienie było nachalne i nieuprzejme, wręcz na-gan-ne!

- Zakłady produkcyjne dużej niemieckiej firmy, kolega pracuje z lokalnymi robotnikami. Pytanie do robotników: Czy wiesz co masz zrobić? Taaaaak jeeest! Czy wiesz jak masz to zrobić? Taaaak jest! Kiedy to będzie gotowe – za godzinę!

Godzinę później – efektu finalnego ani widu ani słychu. Kolega jeszcze raz pokazuje, co i jak, z czym i do czego.  Czy już wiesz? taaaaak jest! wiesz jak? taaaaak jest! wiesz co? taaaak jest! to za godzinę? Taaaak jest! Za godzinę – wiadomo… Bo pan robotnik nie powie wielkiemu nadzorcy, że on nie wie i nie kuma – bo nadzorca może go okrzyczy, a może premię utnie… Więc zamiast tego rżnie jarząbka… Kolega walił konkretne piwsko za piwskiem, żeby czasem swoich podwładnych nie wytłuc…

- Klub wspinaczkowo - turystyczny, zapisy

Ale na pewno nie będę dla was problemem? Bo mówię słabiej po chińsku, a raczej po angielsku… Nie, nie, w żadnym wypadku! Nasza sekcja jest bardzo dumna z tego, że uczestniczą w niej studenci z róznych krajów – faktycznie, na liście kilkanaście nazwisk nagryzmolonych łacińskim alfabetem. Ale nie będę dla was na pewno problemem? Nie chcę takiej sytuacji, w której ktoś będzie miał do mnie pretensje, ze czegoś nie rozumiem, albo robię inaczej niż to przyjęte… Oh, daj spokój! Nie jesteś pierwszym obcokrajowcem w naszej sekcji, jesteśmy otwarci na wzbogacające doświadczenia inter-kulturalne… OK. 3 wyjazdy, podczas których bardzo staram się nie zakłócać niczyjego spokoju duszy, nie odstaję od normy sprawnościowej etc. Gdy rozmawiam z Bellą (prezes klubu) w styczniu – bez problemu mogę uiścić składkę po przyjeździe. Przyjeżdżam, i idę się dopytać o kalendarz wycieczkowy i zonk – ale ty nie możesz jechać z nami, bo nie opłaciłaś składki, trzeba było do końca grudnia zapłacić za nowy semestr. ??? Ale jak to?? Rozmawiałam z Bellą i powiedziała co innego. Niemożliwe. Pokazuję maila. Ale Belli tu nie ma, poza tym pewnie się jej coś pomyliło. Bo ogólnie to nasz klub jest dla studentów Wendzarni… A ja to niby co? Z byka? Zresztą rozmawiaj z Bellą. Bella telefonu nie odbiera. Na fejsie się nie odzywa, na maile nie odpisuje. Aha. Co jej pocisnęłam w myślach, to moje.

Takie historie można mnożyć, Często kończy się tylko na lekkim kwasie, który rozchodzi się po kościach. Jak dotąd tylko dwukrotnie miałam poważniejsze scysje ( w zeszłym roku szkolnym), które zaowocowały ochłodzeniem kontaktów do poziomu zera absolutnego.  Ale chyba łatwo zauważyć, że poziom frustracji może tu dość szybko osiągnąć wartości krytyczne… I bardzo łatwo o spore nieporozumienia. O które nie można oskarżyć Tajwańczyka, bo „no one is to blame”… A tak czasem myślę - pokazowy łomot z waleniem po krzywych szczękach szybko by im podniósł rozumienie ze zrozumieniem…

Ale z drugiej strony – po prostu tacy są, I basta. Trzeba się przyzwyczaić…