Manila, Manila…

Po zrelaksowaniu się na plaży i opieczeniu na delikatny karmelowy brązik nadszedł nieuchronny koniec urlopu na rajskiej plaży.                   

Winston i Cherry wyjechali wcześnie rano, ja mogłam jeszcze odbyć ostatnią przechadzkę promenadą, wypić ostatnie „buko” czyli sok ze świeżego, zielonego kokosa i zebrać mandżur w troki oraz ruszyć w kierunku ostatniego etapu mojej filipińskiej włóczęgi. Czytaj dalej

Miszczowie parkowania i królowie pobocza – Taiwan parking level Hard

Niejednokrotnie dawałam upust swej frustracji na zwyczaje drogowe panujące na Tajwanie. Ale – nawet nie jeżdżące a stojące autka/skutery/jakiekolwiek pojazdy potrafią zmiażdżyć system, a przynajmniej z lekka zadziwić. I mówi to osoba mieszkająca w Krakowie, gdzie niejednokrotnie wieczorne postawienie pojazdu gdziekolwiek w promieniu 500m od domu stanowiło nie lada wyczyn i wiązało się w ekwilibrystyką na poziomie „chiński akrobata”.

Jednakowoż, Tajwańczycy Polaków przebijają z łatwością, zarówno jeżeli chodzi o wysublimowane umiejętności wciśnięcia się na styk z luzem 2cm w jakąkolwiek niszę czy dziurę, jak i fantazję, tą naszą ułańską wprawiając w kompleksy i rumieniec zażenowania. Czytaj dalej

Protesty studenckie w Tajpej – zamieszanie wokół Cross-Strait Trade Pact

Przy śniadaniu, o ile przezwyciężę zew Wściekłych Ptaszysk – mam zwyczaj czytywać gazetę. Gazeta jest lotów nienajwyższych, taki odpowiednik SuperExpresu i Faktu, ale umówmy się – mój poziom tzw „Szumieju” (書面語 shūmiàn yǔ, formalny język pisany) jest zblizony do „małoumieju” a wręcz „ch..jaumieju” i czytanie czegoś ambitniejszego skończyło by się drastycznymi scenami i pluciem herbatą z rozpaczy.

Tematem numer jeden są protesty studenckie. Konkretnie rzecz biorąc, studenci zablokowali parlament, zrobili barykady z krzeseł i siedzą, część w środku – a część na zewnatrz.  Czytaj dalej

Długie życie i tajwańskie papierosy

Kolega poprosił – czy mogłabyś zakupić paczkę albo dwie lokalnych fajek? Nie ma sprawy.

Oczywiście dokonałam rozpytania, co będzie lokalną fajką i nie udusi potencjalnego obdarowanego. Standardowo jako propozycje „polecane” były – Dunhille, Marlborasy, LMy, Camele i inna międzynarodowa ramówka. Cóż, sama pamiętam jak z drżeniem serca wskazałam niemieckiej koleżance z wymiany „Sobieskie”, a potem zastawiałam się czy przeżyła odpalenie…

W końcu stanęło na dwóch – jednej, o tradycyjnej nazwie „Formoza”, i drugiej. Które nazywały się Long Life.  Czytaj dalej

Policyjna kontrola jakości

Pierwszy oficjalny kontakt z policją – zaliczony.

Pierwszy nieoficjalny kontakt nawiązałam już rok temu, poznając całkiem przystojnego okaza z jednostki SWAT (to ten z lewej i na drugim zdjęciu w środku), który chciał koniecznie mnie zaprosić na spaghetti… No i rzecz jasna widziałam policjantów w TV (wiadomości plus seriale, tajwańskie AT jest bohaterem bardzo popularnego telewizyjnego patrzydła /ruchomy odpowiednik czytadła/, z którego wynika, że głównym zadaniem i celem tej ciężkiej służby jest romansowanie i rozwiązywanie konfliktów wewnątrz własnego małżeństwa tudzież rodziny). Pierwszy pół-oficjalny – gdy Młodociany zarobił mandat w bonusowej stawce z uwagi na to, że udawał ABC, ale się liczy, bo robiłam tylko za tło i uwiarygodnienie bajery. Rzecz jasna, zdarzyło mi się zauważyć także policjantów podczas wykonywania obowiązków służbowych - czyli przejeżdżających obok lub uzupełniających kajeciki.

Tajwańscy policjanci poruszają się radiowozami Mitsubishi, bez kraty i pleksy, ze skórzaną tapicerką (ewentualnie mogłaby to być dermoszpanka, ale zdecydowanie nie plastikowe kanapy) plus obowiązkową firanką na zagłówku. (Młodociany tłumaczył mi, że są stare i brzydkie, normalnie wieś i wstyd, siara z porutą, nie rób Majia zdjęć, nie kompromituj policji mego kraju… He he – jakby się przejechał polskim Poldkiem, Transporterem albo Oplem Hau-Astrą to by szybko zmienił zdanie… Aczkolwiek on żyje w przekonaniu  że u nas policja to się li i jedynie luksusowymi markami, takimi jak słynne primaparilisowe Porsche lub jak najbardziej prawdziwe Alfa Romeo 159 ) Do tego mają jeszcze helikoptery oraz skutery, i nie jest to jakiś obciach czy śmiech na sali, że się gliniarz porusza pierdziawką na sygnale. W Polsce by chyba taki „lotny oddział” zabito śmiechem i celnymi strzałami z sarkazmu, aczkolwiek na Tajwanie, wobec korków na dziesięciopasmowych autostradach* i ogólnego wyje**nego na pojazd uprzywilejowany na sygnale – są bardzo szybkim i skutecznym środkiem transportu. Tajwańczycy jeżdżą zwyczajowo niczym ostatnie pipy, ale gdy w tylnym lusterku zamajaczy się karetka, to zmieniają się w ociekających testosteronem terytorialnych samców i samice alfa i łaskawie odsuwają się w ostatniej chwili… Ale  to też  tak o tyle o ile,  aby czasem nie utracić swojego z trudem wywalczonego postępu o pół metra asfaltu do przodu… Więc karetka musi na łaskawego pana zatrąbić i zapipczeć ze trzy razy, a potem manewrować na odległość włosa od karoserii przeciwnika… Już rozumiem, czemu ichnie karetki mają takiego wyjca, że stać obok się nie da. Naprawdę, w tym wypadku Kraj nad Wisłą zdecydowanie przoduje w dziedzinie uprzejmości i kultury na drodze. Tajwan jest daleko za Murzynami…

Policyjne patrole są na ulicach widoczne – radiowóz porusza się bowiem z cały czas włączonym kogutem/błyskami, bez syreny. Trasę wyznaczają panom policjantom słupy meldunkowe, na których w takiej szafeczce schowana jest książka, którą pan policjant musi okrasić podpisem w wyznaczonym czasie, że tu był, a nie spał w krzakach pod mostem. Zawód: policjant nie jest może jakoś super wynagradzany, ale na brak chętnych nie można narzekać tutejsza Akademia Policyjna. zarobki lokują się powyżej średniej krajowej, a niebagatelne znaczenie dla kandydatów ma fakt, iż jest to profesja o wysokim społecznym prestiżu. No cóz. Polskie gimbazy z pokolenia JP tu nie dotarły, ogólnie policjanta się raczej szanuje – ale to kwestia kultury tutaj.

Wczoraj zaordynowałam Młodocianemu- przerwa w deszczu, jedziemy na obiad i kawę. Nie ujechaliśmy za daleko, bo zaraz po przekroczeniu Mintsu (czyli pobliskiej główniejszej arterii) po skręcie w boczną uliczkę musieliśmy hamować  Drogę zastawiało nam ustawione na skos auto osobowe, dostawczak oraz leżący na asfalcie skuterek z dwiema dziewczynkami, usiłującymi się spod niego wygrzebać. Innymi słowy- kolizja miała miejsce parę sekund wcześniej. Młodociany Ajfon włąsnie okazał się padnięty, więc jego pan kazał mi wygrzebać moją mało używaną cegłóweczkę  i zadzwonić na 110 (czyli policję/pogotowie/straż pożarną w jednej centrali), a sam poleciał ratować dziewice z opresji.

Stałam jak klępa z komórką w ręce, bowiem żywię wielki i uzasadniony lęk przed rozmową po chińsku z obcymi, nie znanymi mi osobami, którym w razie potrzeby nie będę mogła w języku migowym doprecyzować o co mi chodzi. Młodociany mnie zagrzał do czyny subtelnie niczym tur:

- No i czego się gapi? Bierze i dzwoni, ale już!

- Ale … Ale… Ale… Jak? po chińsku?

- Po tajwańsku jak potrafisz też da radę, też zrozumieją, rusz się kobieto! Umiesz już zamawiać żarcie i kolę ,opowiadać o swoim kraju oraz odpowiadać w miarę składnie na zadane pytania z puli ogólnej, i pytać o drogę po wsiach, a nawet nawiązywać znajomości ze starszymi panami siedzącymi na grillach w celu zrobienia zdjęć, to wezwanie pogotowia będzie bułką  z masłem!

No właśnie. Nie było, ale też nie było aż tak skomplikowane, jak by się mogło wydawać. Grzecznie sie przedstawiłam, powiedziałam, że był wypadek, samochód i skuter, że są dwie dziewczynki poszkodowane, jedna ma rękę a druga nogę z problemem, że ja nie widziałam co się stało ale jestem teraz na miejscu, podałam adres i wytłumaczyłam jak dojechać. Młodociany zawisł nade mną jak sęp i bezczelnie podsłuchiwał. Pani z dyspozytorni od mojego „Nihao” czyli dzień dobry, a nawet już chwile wcześniej wiedziała, że nie jestem Tajwanką, a obcokrajowcem,  więc mówiła powoli i wyraźnie. Poleciła między innymi zrobić zdjęcia i w miarę możliwości odblokować ulicę, oraz zabezpieczyć dziewczyny na jezdni, żeby ich ktoś czasem nie przejechał (fakt, z prawa lewa i środkiem, chodnikiem i między tarasującymi autami śmigali Tajwańczycy na skuterkach, nawet nie zwalniając, mało brakło a ja też bym dołączyła do poszkodowanych!).

Skąd pani wiedziała, że do mnie pomału i kwadratowymi literami trzeba? Tajwańskie telefony są rejestrowane przed aktywacją, więc strażakom, szpitalom, policjantom, placówkom urzędowym a nawet zwykłym ludziom wyposażonym w odpowiednią aplikację/usługę na telefonie. Domyśliła się więc, iż Magdalena Dwojga Imion i Długiego Nazwiska nie pochodzi z Pięknej Wyspy, albowiem tutejsi rodzice mają nieco więcej przyzwoitości podczas wymyślania imion dla swoich dzieci, i liczą się z tym, że jakiś Tajwańczyk biedny będzie je kiedyś musiał czytać, stąd imiona jedno-dwu-max trzy sylabowe w przypływie większego szaleństwa oraz nienawiści do krajanów.

Pani zadała mi jeszcze dużo innych, bardziej skomplikowanych pytań, wykraczających już poza moją znajomość chińskiego (medyczne tematy zaczynają mi się na gorączka, ból głowy/ucha/brzucha i kończą na grypie, więcej nie opanowałam), więc słuchawkę oddałam Młodocianemu. chwilę później zadzwonił telefon, zgłosił się szpital i komisariat, sprawdzając – czy to aby na pewno ja wzywałam pomocy i żeby powtórzyć im adres. Po ok 5minutach od pierwszego telefonu przyjechała karetka, potem druga, sanitariusze zebrali z asfaltu obie dziewczynki (jedna z brzydko rozciętym kolanem, druga z wybitym barkiem) i udzielili im pierwszej pomocy (dezynfekcja i oczyszczenie rany tudzież prowizoryczne obandażowanie reki). Pojawiła się także trójka funkcjonariuszy, w tym kobieta, mnie obrzucili z lekka spode łba, po czym, udali się zbierać zeznania od innych, a końcu ode mnie, jak już im ktoś powiedział, że ja coś niecoś daję radę. Ale i tak podeszli do mnie ze sporą pewna taką nieśmiałością.

Oczywiście na obiad z kawą nie zdążyłam - jak tylko karetki odjechały, zaczęło padać od nowa i nici z miłej przejażdżki do grill chaty na wieprzowinkę z ryżem oraz na kawę z lodami. Pocieszyłam się pobliskim  curry i ciastkami z budyniem, po czym poszłam spać, wytyrana deszczem.

Dziś rano- czyli dzień później po całej historii około godziny 9 dzwoni telefon. Pan w języku zbliżonym do angielskiego po-wo-li- i wy-raź-nie (tak naprawdę średnio wyraźnie,ale plus za dobre intencje, które przegrały z chińską fonetyką nałożoną na angielski) pyta czy rozmawia z panią Maa keda rena (tu wygulgotał coś, co pewnie było dwojgiem imion i długim nazwiskiem), która wczoraj dzwoniła na policję. Tak, odpowiedziałam  a o co chodzi? Tu pan się z lekka zacukał, więc przeszłam na chiński. Pan ma pytanie. Czy ja zadowolona jestem z obsługi  (jakby to nie brzmiało…) Powstrzymałam ironię i sarkazm, nie tłumaczyłam panu, że to nie mnie obsługiwano. Pan głosem robota czytał w angielskiemu-podobnym języku pytania, potem jeszcze raz po chińsku a ja miałam mówić TAK/NIE i tTAK-NIE w skali od 1 do 5. Bo tutejsze komisariaty mają odgórnie wprowadzoną politykę kontroli jakości, i każdorazowo po przeprowadzonej interwencji osoby wzywające (i prawdopodobnie osoby biorące udział w zdarzeniu, ale głowy nie dam) są proszone o wyrażenie swojego zdania na temat na przykład: jakości postępowania, kultury osobistej policjantów, atmosfery, profesjonalizmu, chęci pomocy, szybkości reagowania, zaangażowanie w sprawę itp. Kontrola jest obligatoryjna, i komisariat dzwoni do skutku, ewentualnie prosi o oddzwonienie (osoby z zagranicznymi numerami, lub przebywające za granicą). A wszytsko to, aby policja działała lepiej, ku radości obywateli. Ciekawe, jak taki system kontroli sprawdziłby się w Polsce?

Ponieważ rzecz działa się podczas przerwy, na kolejną lekcję się nieco spóźniłam. Nauczycielka Zheng spytała – co to za rozmowę prowadziłaś, Majia? Nowa praca?Sprawy rodzinne? Chłopak?

- Nie, policja… – odpowiedziałam.

- O! – Skomentowała krótko. – A po jakiemu rozmawialiście? (jakby nie słyszała, stojąc tuż obok…)

- Najpierw po angielsku, bo mój chiński nie jest zbyt dobry. Ale szybko wyszło, że angielski policjanta jest jeszcze gorszy, więc przeszliśmy na chiński…

- No tak… Angielski policjantów na południu jest faktycznie … Pozostawia sporo do życzenia, bo na przykład w Tajpej (nauczycielka pochodzi z Tajpej) policjanci muszą mówić płynnie w języku obcym, do wyboru japoński, angielski, niemiecki, hiszpański i inne… Ale to dlatego, że w Tajpej mieszka więcej ludzi i jest większa konkurencja w każdym zawodzie, także policjanta. A tak, w Kaohsiung do koleżanki Majii dzwonił policjant mówiący najlepiej z całego komisariatu po angielsku, a i tak trzeba było po chińsku. I właśnie dlatego powinniście jak najwięcej ćwiczyć mówienie po chińsku!

* dziesięciopasmowe autostrady – pojawiły się w wywiadzie z Tytusem, który na Tajwan przyjechał prawie rok temu, nie mówi po chińsku ani słowa poza - herbatę z kulkami proszę i” pu cy tao”, czyli nie wiem. Natomiast wywiadu udzielił, i trochę go fantazja poniosła. Ogólnie ma chłopak trochę racji – Tajwan to fajne miejsce, ale… Dziesięć pasów to na autostradzie tu będzie chyba tylko na dojeździe do bramek, ewentualnie na zjazdach i to licząc z obu stron (ale i tak lepiej niż w Polsce z jakością i ilością dróg), Miesiąc Duchów na pewno nie wypada w październiku, wi-fi na skwerze ciężko złapać (chyba,  że mowa o wi-fi komercyjnym np na lotnisku, za które się płaci, ewentualnie mowa o tanim internecie w komórce, który tu mają wszyscy za grosze), fantastyczne parki w starszych dzielnicach mają wielkość ogródka przy balkonie ( w nowszych jest trochę lepiej, ale w Tajpej mimo wszystko metry2 są na wagę złota i diamentów, więc tereny zielone nie są super wielkie), zanieczyszczenie powietrza jest w normie po deszczu lub tajfunie(w Tajpej więcej pada, więc bardziej zbija smog w dół, ale i tak jest to „wysoka” norma), ognisk w Miesiącu Duchów nie pali się na ulicy a w specjalnych piecykach – i nie o ognisko tu chodzi, a o spalenie przedmiotów ofiarnych dla duchów itp. Tajwan usunięto z ONZ nie na wniosek ChRL (która wtedy członkiem ONZ nie była), a na wniosek USA zmieniono reprezentację „jednych Chin” w ONZ z Republiki Chińskiej na Chińską Republikę Ludową, i tak dalej.

Wywiad z Tytusem polecam mimo błędów merytorycznych przeczytać – przede wszystkim dla zdjęć, ale raczej odradzam brać go za rzeczowe źródło. W kręgu wtajemniczonych te autostrady stały się popularnym synonimem szczególnego wykwitu fantazji i optymizmu… W każdym razie, optymistyczny Tytus klimat wyspy opisał w miarę realnie… Witamy na Pięknej Wyspie…

Polka w wiadomościach po raz wtóry

Przeszło tydzień temu w nadmorskim kurorcie Kending odbywał się Wiosenny Festiwal Muzyczny, czyli – dużo młodych ludzi, spore grono białych imprezowiczów, laski w bikini pośród piany mydlanej etc. Serio, te laski widziałam w telewizji… Musiało być im zimno – bo standardowo ze Świętem Zamiatania Grobów nadeszła wiosna, a z nadejściem wiosny – pojawiły się kolorowe chrząszcze czy inne robale oraz – wiosenny deszczyk. Taki… monsunik, ciepły i wilgotny. No dobra, wilgotny, a ciepły – może w porównaniu z nadwiślańskim klimatem

Koledzy ze szkoły – w tym opisywany przeze mnie Michał i mój sąsiad z ławki, Roman zwany Marianem, alias LeiWen (Szok kulturowy/Wstrząsająca Kultura) rodem z Gujany Francuskiej i inni wybrali się celebrować 5 dni wolnego do Kending i potem na słynną górę Alishan, znaną z pięknych, zapierających dech w piersiach widoków.
W Kending bawili się średnio, bo pomimo optymistycznie słonecznej prognozy pogody - mżyło,  siąpiło oraz kropiło i wręcz lało. A jeżeli chodzi o widoki z Alishan – to LeiWen zapamiętał tylko jedno, dobitnie rzucające się w oczy - chmury  mgłę i chmurzyska…

Wczoraj Młodociany pyta mnie na fejsbuku – Majia, Sara Wantulok to polskie nazwisko?
- Ano, może być i polskie, może być też czeskie, słowackie i nawet ukraińskie, a ponadto- brytyjskie, amerykańskie, niemieckie, holenderskie, belgijskie (zależy dokąd emigrowali rodzice/dziadkowie owej Sary). A czemu pytasz?
- A bo w wiadomościach pokazywali studentkę i mówili, że z Polski, to się wolałem upewnić…

No cóż. Znalezienie się w tajwańskich wiadomościach kojarzy się raczej niezbyt fortunnie. Aczkolwiek Katarzyna i ja znalazłyśmy się dwukrotnie w gazecie, chyba nawet w okolicy pierwszej strony :D raz za sprawą Wendzarniowego Pikniku dla Sierotek, w którym ochoczo wspomagałyśmy nasze koleżanki, a raz za sprawą wycieczki do podstawówki w pobliskim PingTungu, gdzie udzielałyśmy dzieciom lekcji z polskiej (czytaj- zagranicznej) kultury i sztuki. A dlaczegóż to pani Sara znalazła się w materiałach publikowanych przez tajwańskie serwisy informacyjne?

Pamiętacie historię aparatu Canon, który znalazł się na plaży w Taidong?

Pani Sary akurat morze nie wyrzuciło pod nogi szczęśliwego znalazcy blond egzotycznej piękności, ale historia jest nieco podobna. W każdym razie morskie fale niosące najmniej spodziewane przedmioty – grają w niej sporą rolę.

Studentka pewnej krakowskiej uczelni  trafiła do tajwańskiego Hsinchu w ramach międzyuczelnianej wymiany, i wzorem chyba wszystkich obcokrajowców nie wiedzących co z sobą zrobić podczas z założenia rodzinnego święta Dnia Zamiatania Grobów – pojechała poimprezować do Kending. Tam w ferworze świetnej zabawy zapomniała o tym, że posiada jakąś torebkę… (no dobra, w tekście jest takie słówko oznaczające zgubić, zapomnieć, stracić). Zorientowała się po fakcie, gdy była już w drodze powrotnej do Hsinchu. Zapłakana zadzwoniła na komisariat w Hsinchu, informując o tym nieprzyjemnym fakcie, więc gliniarze z północnego Tajwanu w ramach pomocy skontaktowali się z tymi na południowym wschodzie. Niestety – torebki w klubie nie znaleziono… Sara była niezwykle zmartwiona, bowiem wśród zagubionych/skradzionych przedmiotów znalazły się jej dokumenty, przez co mogłaby mieć problemy z opuszczeniem wyspy.

W domniemaniu,  być może był to jej paszport? Jeżeli tak, to faktycznie, z uwagi na skomplikowane położenie geopolityczne Republiki Chińskiej, mogłaby mieć dziewczyna zgryz… Bowiem organu mogącego wystawić tzw dokument tymczasowy na Tajwanie Polska nie posiada, bowiem nie nawiązała stosunków dyplomatycznych ze „zbuntowaną prowincją”, i zamiast ambasadora/konsula w Tajpej rezyduje „radca handlowy” czy inny „przedstawiciel/pracownik Warszawskiego Biura w Tajpej”, wystawiający wizy dla Tajwańczyków jako „placówka Tokio II”

Ale… wszystko skończyło się dobrze. Podczas patrolu jeden z funkcjonariuszy Straży Przybrzeżnej zauważył unoszący się na falach szary przedmiot, który po wyłowieniu okazał się być damską torebką. Po sprawdzeniu zawartości stało się jasne, że jest to ta właśnie torebka, o którą pytał komisariat w Hsinchu, a wśród znalezionych w środku dokumentów była między innymi legitymacja tajwańskiej uczelni. Jeden z funkcjonariuszy, będący absolwentem owej Alma Mater  - spakował się w samochód i wyruszył w przeszło 400 kilometrową podróż, aby osobiście wręczyć zgubę studentce… :D

No i jak tu nie lubić Tajwanu?

Link do chińskiej gazety. Niestety, translator robi z tego straszną sieczkę.