Dobre imię wiele znaczy – czyli jak mnie przechrzcić chciano na chińską modłę…

O poranku bladym świtem przydreptał do mnie Młodociany ze śniadankiem i kawunią i obserwując jak wciągam tosta przybrał ten wyraz twarzy, który niechybnie oznaczał iż myśli nad czymś intensywnie i chciałby powiedzieć coś, ale śmiałości mu brak.
Zatem chrupiąc spadającą z chlebka kapustę udającą sałatę, Czytaj dalej

Muzeum Sztuki – i chińskie poczucie humoru

Kiedyś sądziłam, iż Azjaci wyprani są z poczucia humoru, nie rozumieją naszych żartów, dowcipasków i nawet nie zauważają ostentacyjnego nabijania się ich żółto-skośnookich osób, za to chichrają się jak potłuczeni w najmniej odpowiednich momentach… Potem przyszło oświecenie… Azjaci nie są kretynami, ale mają wysoko rozwinięte kompetencje społeczno-grzecznościowe przy jednoczesnym zaniku asertywności.  Posiadają także takie cechy jak ironia i złośliwe komentowanie zdarzeń w sposób celny ale i nienaganny pod względem uprzejmości. A na nasze docinki z dowcipaskami nie reagują, gdyż wychodzą z buddyjskiego założenia, że to tak – nienaumyślnie było.

Młodociany otworzył przede mną świat niepoprawnej gadki i przekomarzanek,szybko przyswajając sobie tekst o ironii będącej zwierzęciem futerkowym z amazońskich lasów. A mój słownik wzbogacił o kilka celnych podsumowań, po chińsku brzmiących bardzo miło i grzecznie, z kolei po tajwańsku już niekoniecznie… :D

Żyłam w każdym razie w słodkim przekonaniu o śmiertelnej powadze Azjatów, zaburzanej tylko pod wpływem % i zmieniającej się w radosne chichotanie rozbestwionych chomików z Hamtaro, aż któregoś chłodnego grudniowego dnia coś mnie pokusiło o sprawdzenie zawartości wielkiej kwadratowej plamy zieleni, wyposażonej w obowiązkowe oczko ) a raczej oczysko wodne, z którego środka coś błyskało w obraz z satelity, coś jakby helikopter na wodzie a nieco niczym smukły hipopotam/chromowany Nessie… W rogu mapa podpowiadała, Kaohsiung Museum of Fine Arts, Muzeum Sztuk Pięknych.

Odżałowałam 220 NT (prawie 30 PLN) na studencki bilecik i udałam się na ukulturalnianie podczas wystawy o Szalonym Dalim.

Obejrzałam więc słynną kanapę, nieco mniej słynne inne meble, wiele rozkłapcianych zegarów wykonanych w rozmaitych technikach, od rysunków przez brąz, chrom i szkło, potem jeszcze więcej aniołów z szufladami oraz statuetki heroin o fantastycznych biustach i inne zbiory, w tym trochę biżuterii oraz masę zdjęć ekscentrycznego Hiszpana z napomadowanym wąsikiem. Ale- najlepsze znalazłam po wyjściu… Bowiem muzeum otoczone jest parkiem – tak jak na zajęciach z Google Maps… Ale zdjęcia w małym kawalątku oddają to, co tam można odkryć… MeiShuGuanGongYuan (czyli Park Sztuk Pięknych) od pierwszego momentu zajął najwyższą lokatę w kategorii „lokacja na wagary”. Podobnie jak doki i Pier 2 – ma tę fenomenalną właściwość permanentnej mutacji, i przyjeżdżając za tydzień lub dwa zawsze znajduję coś nowego…

Po pierwsze – hektary przyrody. Jest się gdzie gonić, po alejkach, zaroślach, wąwozach, wzgórzach i innych wądołach.

Przyroda, oprócz aspektu deptanego, posiada także aspekt uciekający-syczący-fukający i pluskający. Czyli – kaczki, żółwie, czaple brodzące, jaszczurki, ryby, żaby, żuki i płochliwe kwiatki (takie jak na filmie „Avatar” – jak określił je mój amerykański kolega, one istnieją i dotknięte – zamykają się w sobie na chwilkę. Są niestety dość mikrych rozmiarów, więc łatwo je przegapić pośród bezkresu trawnika, a potem jest już za późno…).

 

Po drugie, przyczynek do upadku mitu o braku poczucia humoru i zmysłu ironii wśród Azjatów. Droga dookoła parku usiana jest znakami drogowymi, z opisami po angielsku i po chińsku.

Najpierw zobaczyłam taki – zakaz pieczenia kaczek , więc (nauczona instrukcją obsługi kibelka pospolicie i powszechnie wiszącą na drzwiach w każdym przybytku ulgi dla pęcherza) stwierdziłam domyślnie – może byli tu Polacy/Rumuni/Cyganie/inne nacje lubiące wszamać darmowego łabędzia w parku… Ale potem poważne, naukowo-obyczajowe podejście mi przeszło wraz z resztą arcypoważnych ostrzeżeń…

1. Zakaz tańca na rurce

2. Zakaz pławienia się w gorących źródłach

3.Zakaz dokarmiania zwierząt (pod machającą syrenką)

4. Zakaz praktyk religijnych

5.Uwaga! Qigong!(czyli energia życiowa, to, co uwalniają w sobie jogini i praktykujący poranne TaiQi)

6.Achtung, Minen – to przy żabkach, ponoć ma militarne wytłumaczenie, ale i całkiem praktycznie – całując żabę możesz wdepnąć w konkretny związkowy niewypał… (to tak mi się przypomniało rozliczeniowo, bo ostatnio prześladował mnie w snach mój uroczy Ex… Brr)

7. Skrzętnie zamaskowany w krzakach koło parkingu – Uważaj na Dyrektora Muzeum 8. Koło Muzeum Dzieci - raczkujący bobas z podpisem – zakaz puszczania luzem/uwalniania wszelkich zwierzaków… I inne (bo jestem pewna, że jeszcze nie wszystkie wypatrzyłam)

* かめはめ波; lit. „Turtle Devastation Wave” – dla tych co nie wiedzą, była w czasach mego dzieciństwa i kultowych japońskich kreskówek na tvn/polsacie/Polonii1 – taka rypiąca mózg i ogólnie demoralizująca japońska bajka(jedna z wielu, rzecz jasna), w której główni bohaterowie zdrowo lali się po pyskach w ramach ratowania świata i całej Galaktyki – a specjalną kosmiczną rozwałkę wszystkich form życia dookoła rozpoczynało magiczne zaklęcie - kame-hame- ha!, nie mające zbyt wiele wspólnego ze smutnym i samotnym hawajskim królem o takim imieniu…

Po trzecie, dziwne rzeźby na trawniku, Zaczynając od wielkiego, czerwonego znaku „Ai-miłość” na wzgórzu, przez rączki pomiędzy kamieniami (podobny do c**ki, stwierdził Młodociany – ale tytuł instalacji wszystko wyjaśnia), po kontener wyglądający jak z gry komputerowej o zdobywcach Marsa (lub z filmu „Obcy II”) i ławki – latarnie z kolorowych kosmitów.

Po czwarte, bajkowe zakątki z kwiatkami, ptaszkami, kiczowatymi rzeźbami piesków z gipsu, które poprzez sprytne umiejscowienie okoliczności przyrody zyskują mocno prowokujący rys…

Jest jeszcze Dziecięce Muzeum, w którym ja i Młodociany byliśmy jedynymi chyba gośćmi powyżej 14 lat, nie posiadającymi przychówku. Muzeum Dziecięce jest najlepsze :D

Właściwie cała wizyta w Parku Sztuk Pięknych przypomniała mi Akademię Pana Kleksa i resztę twórczości Brzechwy…

Czy Akademia była może tłumaczona na angielski? Bo o przekładzie na chiński z polskich autorów wydano – Mickiewicza Adama „Pana Tadeusza”, „Cesarza” R. Kapuścińskiego, którąś z książek Małgorzaty Musierowicz i wiersze Wisławy Szymborskiej, niedawno jeszcze „Wiedźmina” Sapkowskiego na fali popularności gry. A naprzwdę – była i kleksografia, i fabryka dziur i dziurek, i „Księżyc raz odwiedził staw” i Psie smuteczki”… Tylko Pana Kleksa nie było, doktor Paj Chi Wo pewnie by się znalazł…. :D

 

A jak wasze majówki?