Atak kaszalota – okrągła rocznica wielorybiej inwazji na Tajwan

Data „26.01.2004″ wielu Tajwańczykom przypomina  o niezwykłym wydarzeniu w historii wyspy – o dniu, w którym wieloryb zaatakował miasto Tainan.

I nie chodzi mi bynajmniej o takiego wieloryba:

źródło: www.plumpprincess.com

Ani też o coś dmuchanego, protoplastę czy też konkurencję żółtej kaczuszki (która znów pękła z hukiem w Sylwestra, ale niestety ją załatali…).  Czytaj dalej

O trzęsieniu ziemi – po raz kolejny

Miało być o dniu dziecka, ale tu nie robią aż takiej szopki z kupowaniem miliona HotWheelsów i Barbie… Tajwańczycy kupują zabawki albo- żeby się pokazać, że ich rodzinę stać na top-trendy, albo z okazji dobrych wyników w nauce, albo bez okazji, bo im wolno.

W Chinach – jak w całym bloku komunistycznym, 1 czerwca jest wolne od szkoły, poświęcone na idyllę Międzynarodowego Dnia Dziecka. O tym, jak to wygląda - raportuje Adam Machaj

W Singapurze Dzień Dziecka wypada w październiku (aczkolwiek nie mam pewności, czy jest to data stała, czy ruchoma, bo oparta o kalendarz księżycowy) – i o tym Kura. W Japonii zaś obchodzi się to święto dwa razy, osobno dziewczynki, osobno chłopcy. Chłopcom w marcu wiesza się balono-latawce w kształcie karpi, aby powiewały na zdrowie i szczęście, dziewczynkom zaś wystawia się w październiku na oknach lalki cesarza, cesarzowej, ministrów, dam dworu itp.  A na Tajwanie… Zgadnijcie… No jasne – je się :D I tyle w kwestii Dnia Dziecka.

Za to dziś… Dziś miałam w zamiarze szczytnym pójść na plażę w szerszym gronie. Plażę mam taką fajną, jedną z kamieniami, drugą z piaseczkiem, odludne, spokojne, z ciepłą wodą i falami w sam raz do podskakiwania na nich, a zasolenie wody powoduje, że nie trzeba nawet ruszać małym paluszkiem u stopy aby się unosić swobodnie i relaksowo. Na plaży nr 1 -dokąd dotarłam po zmasowanym ataku komarów w tempie ekspresowym, niestety, kolega Irek nie gustuje w plaży typu chorwackiego, czyli z kamyczkami – więc aby mógł zakosztować kąpieli orzeźwiającej, popędziliśmy kurcgalopkiem na plażę nr dwa, tą od syrenki, gdzie na dnie leży czarny piaseczek. Po drodze zaliczyłam zdziwko, albowiem droga na przełaj brzegiem i kamieniami zupełnie nie przypominała analogicznej trasy, jaką pokonałam niecały miesiąc wcześniej. Nie sądziłam, że linia brzegowa może zmienić się tak szybko!

Po dotarciu do celu zaliczyłam jeszcze większe zdziwko. Na plaży -zawsze pustej, nawiedzanej przez nieliczne grupki studentów Sun Yat Sena – trwał bowiem pieprzony Armageddon. Były i namioty chroniące plażowiczów przed słońcem, i psy z gatunku pudli torebkowym, i dzieci, i babcie w kominiarkach (tak, kiedyś sądziłam, że zdjęcia zamaskowanych Chinek opatulonych od stóp do głów w jakieś ciuchy ochronne przed słońcem to gruba przesada – ale dziś takich pań spotkałam z 5…), i mamusie, i tatusiowie, i biali, i żółci… Uomatkobosko. Najsympatyczniejsi byli gimnazjaliści, co drugi z tatuażem na całe plecki/nogę/brzuch/chuderlawą klatę (nie ma tu bariery 18 lat, jeżeli chcesz mieć tatuaż, to go po prostu masz, jak wyjaśnił mi Młodociany i jego mocno upstrzony takimi malunkami kolega Jason) i petem w dziobie, nota bene- nie zaciągali się, aż miałam ochotę im pokazać jak się powinno palić…. Najmniej sympatyczne były mamuśki z pociechami pętającymi się koło nóg.  Jedna przegięła – myła dzieciakowi ufajdany zadek w zbiorniku, do którego ścieka czysta, słodka woda. Do płukania się, mycia a nawet picia… Generalnie, jak to w dużej zbiorowości Azjatów, było- tłoczno, głośno, brudno i raczej niefajnie.Nawet woda była jakaś taka… lepka i mocno zanieczyszczona/urozmaicona śmieciowymi akcentami Szybko się ewakuowaliśmy , a ja przysięgłam sobie nie przychodzić tam w dni wolne, chyba że zaopatrzona w złego psa i granatnik, który szybko przywróci komfortową ilość Chińczyków na metr kwadratowy.

Irek zaprosił mnie do siebie w okolicę Jeziora Krystalicznej Czystości, żebym się popluskała w basenie – tak, jego mieszkanie w wieżowcu wyposażone jest bowiem w ogólnodostępną siłownię dla mieszkańców, salę konferencyjną na ostatnim pietrze, oraz rzecz jasna basen, nic specjalnego, ale popływać można i dzieci oddzielone są od reszty zbiornika – kratą. A wszystko to za 7000 NTD miesięcznie – plus opłaty za prąd i internet, Dla porównania, ja płacę 5500 plus prąd, mieszkanie mam dwa razy mniejsze, bez kuchni i balkonu. Zamiast ciecia na parterze mam właściciela i jego żonę, symulujących pracę w warsztacie klucznika i pięczęciarza za pomocą gry w Candy Crush, League of Legends,World of Warcraft i Counter Strike, no i roletę z łomotem na pół Ding-dong Lu. Innymi słowy – Irek mieszka jak człowiek, a ja jak student:D

Poszłam sobie do pobliskiej knajpki, podreperować siły przed pławieniem i pluskaniem, Irek poprosił o godzinę dla siebie na chiński, spozyłam zatem tofu i warzywka, gdy nagle poderwał mnie telefon.

-Wei?- odebrałam

-Nic ci nie jest? -pytał Irek, mocno przejęty.

-Nic, a co?

- A bo się przecież trzęsło! I to jak, mi kolumny wywróciło, woda z basenu się wychlupała na trawnik, tak konkretnie!

-Eee, jaja se robisz… Litości nie masz?

-Ty serio nie poczułaś?

-Nie… – no dobra, kątem oka zarejestrowałam, że telewizorem na ścianie z lekka załomotało. I że z budynku obok wyszli ludzie. Ale kto by się takimi detalami przejmował, Tajwańczyków jest jak mrówek i wiecznie gdzieś włażą/wyłażą skądś, spiesząc się niezmiernie. I tak oto przegapiłam kolejne trzęsienie ziemi, ponoć całkiem konkretne.

Ponieważ pojawiły się informacje w polskich mediach (sezon ogórkowy się zaczyna, czas na hot stories z dziwnych zakątków świata…), pędzę sprostować – żyjemy! Ja i 28 milionów Tajwańczyków. Ale napisała już w Al-Jazzeera, i jakaś australijska gazeta, i i TVN Pogoda (na główną stronę jeszcze nie zasłużyło się Formozie), i WP (odzew większy niż kiedy się Tajwan z Filipinami kłócili na sankcje gospodarcze) to przytoczę podsumowanie paniki medialnej związanej z trzęsieniem ziemi półtora miesiąca temu. Podsumowania dokonała po polsku w wersji blogowej i vlogowej  (na wideo chwilę mówi po angielsku, potem już naprawdę dobrą polszczyzną, lepszą niż używana przez spory odsetek Polaków z Polski,  co biorąc pod uwagę, że w Polsce dziewczyna jest gościem, i to rzadkim- jest nie lada osiągnięciem) piętnastoletnia Zofia, mieszkanka Tajpej, w którym trzęsie się znacznie bardziej niż u mnie, w zacisznym Kao.

Generalne przesłanie jest takie – nawet, jeżeli w wiadomościach trąbią o klęskach żywiołowych na Tajwanie – olejcie to. Prawdopodobnie nic wielkiego się nie stało…

 

Zdjęcia z plaży dołączę później…

 

 

Nadmorskie spotkanie Japończyka i Syrenki

Japończyk – to poznany w zeszłym roku w Krakowie Keisuke, który podczas urlopu odwiedził Tajwan.

Keisukowa firma bowiem nader szczodrze nagrodziła go dwutygodniowym wolnym, w podzięce za trzy lata wytężonej pracy bez opuszczenia ani jednego dnia. Zatem Keisuke tydzień postanowił spędzić u mamusi w Japonii, rozpieszczając żołądeczek wymęczony europejskim żarłem, i tęskniący za swojsko cuchnącym natto (czyli sfermentowaną soją), które jest bardzo zdrowe i Keisuke w Japonii jadał je trzy razy dziennie, oraz rzecz jasna tempurą, udonem i innymi lokalnymi specjałami, kiepskawo podrabianymi na Zachodzie. Dziwne? No to wyobraźcie sobie, że o ile kolega ma ochotę zjeść coś niezwykłego, to w te pędy udaje się do japońskiej restauracji w jakimkolwiek europejskim mieście i ma – coś, na co w życiu żaden Japończyk by nie wpadł, przygotowując np suszi, czy inne wodorosty. Ranking dziwacznych wynaturzeń i gwałtów na japońskiej tradycji kulinarnej otwiera Moskwa oraz Petersburg, nie wiem gdzie znalazła się Polska, bo Keisuker jest nienagannie uprzejmy i mi nie powiedział…

Przybył Keisuke w okresie szalejącego SARSa, i dzielnie zjechał na południe. Na południu straszyła akurat fala upałów, takich pod 35 stopni wściekle prażącego słońca, nie zakłocanego nawet nbajmniejsą sugestią chmurki, ale Keisuke – aby mnie nie zgorszyć, zadział uwaga – adidasy (obnażanie paluchów u stóp to nietakt) , dżinsy (kwintesencja casual dresscode dla hetero, sztruksy są bowiem nieco za mało sztywne i za bardzo pedalskie jak na japoński gust), oraz koszulę z kołnierzykiem (dobrze, że rękawy chociaż podwinął…), Tshirt (który objawił później  na moją stanowczą prośbę, bo bałam się, że udaru biduś dostanie) plus rzecz jasna – aparat fotograficzny z całym plecakiem szpeja. Nikona miał ,takiego 5200, kupionego za 600 EUR w MediaMarkcie, z dwoma obiektywami…

Ja z zazdrością patrzyłam na jego aparat, on na mój z nie mniejszym podziwem, i wzajemnie podejrzewaliśmy się o Bóg wie jakie umiejętności fotograficzne. Tymczasem długie ustawianie się do zdjęcia Keisuke praktykował, bo to jego pierwszy „poważny”aparat, kupiony tuż przed wyjazdem – i nie bardzo wiedział, gdzie naciskać… :D… Brzmi znajomo?  Co do mnie, to podsumowałam swoje osiągnięcia w  tej dziedzinie, prawda?

Ponieważ Japończycy kochają chodzić, taksówkami się Keisuke rozbijać nie chciał, więc przegoniłam go jakieś 4-5 km bo nabrzeżu, przez Pier 2 do Sizihwanu. Tak, żeby pożałował skąpstwa taksiarskiego.

Wyciągnęłam go nawet na plażę – aczkolwiek odkryłam wówczas iż Keisuke nie należy do osób chcących zamoczyć choć czubek paluszka w morzu. No to, żeby mi na czarnym piachu nie wyciągnął kopytek obutych we flagowy produkt firmy z łyżwą, zaordynowałam krótki spacer do wybudowanych na skałach ogródków, domków i przebieralni (ciąg dalszy Hawajskiego Ogrodu). A tam w altance siedziała syrenka. I to nie byle jaka, pozazdrościłam jej ciałka – biust bowiem miała spory a okrągły i trzymający poziom, grawitacją nie zmęczony; do tego brzuch jak deska płaski i wciętą talię; pupkę całkiem całkiem… Nogi nawet miała całkiem całkiem jak na Tajwankę i syrenkę.

Jak wyszpiegowałam – byli to studenci Szkoły Plastycznej, ćwiczący do egzaminu. Oboje zwiesiliśmy smętnie wzrok w kierunku odmętów syrenowatego stroju kąpielowego i oglądaliśmy postępy w pacykowaniu dziewczyny, a po dłuższej chwili kontemplacji zapytałam o możliwość wspólnego sfocenia się, ku ich radości wielkiej. 

Potem półżywego Kesiukę wywlokłam do fortu na wyspie Cijin, kazałam mu biegać pod górkę w upale, ale – warto było. Szczęka mu z lekka opadła :D Wiedziałam, że takie umocnienia zrobią wrażenie na miłośniku historii. A na sam koniec dnia, jeszcze wynalazłam fajny kramik z kawą, gdzie wreszcie mogłam się pochwalić znajomością języka. Niestety, znajomość znaków kany, wbijana Japończykom do główek od podstawówki, była przez cały dzień po stronie Keisuke,. Sprzedawcy od razu widzieli wielki neon „American Pie” nad moją głową, nad czarnym poczochranym łebkiem Keisuke zaś świeciło trudne do przeoczenia „Made in Japan”, w związku z tym uczynni sprzedawcy, sklepikarze i dzieci darły się za nami – Hellou i Konnicziła. Zaś jeżeli chodzi o zamawianie jedzenia, niestety poległam w rozgryzaniu 200 pozycyjnego menu z lodami, więc Keisuke się odrobinę ze mnie natrząsał. Dopiero kiedy pan od kawy zaczął ze mną konwersować, keisukowi szczęka opadła. Bo tak szybko i płynnie… Nie umiał całe szczęście ocenić moich niuansów tonalnych (yyyy… opuśćmy temat litościwie, OK?), więc wydawało mu się, że jestem już na poziomie stratosfery w dziedzinie konwersacji, a znaczki to tak dla funu myliłam… Komentarz pana od kawy- hahahaha, Azjata i nie rozumie po chińsku, pomagać mu musi białas… :D

Wizyta Kesiuke wyjątkowo mnie ucieszyła… Wreszcie – mogłam pogadać po angielsku, bez ciśnięcia na chiński, chiński, ćwicz, ćwicz, ćwicz, wreszcie nikt mnie nie poprawiał,nawet jeżeli powiedziałam coś źle -ale zrozumiale (jak dotąd bywało). Niestety, w związku ze zbliżającym się egzaminem końcowym, moi znajomi w zupełnie dobrej wierze dostają szału pału i w absolutnie szczytnych intencjach wymagają ode mnie pełnych wypowiedzi wyłącznie po chińsku. Psiakość. Doceniam, ale czasem mam dość, więc miło było odetchnąć. No i absolutnie nie zrobiły na mnie wrażenia japońskie czekoladki, które kolega przywiózł w ramach prezentu – bo ja nie lubię przecież mleka, czekolady, białej czekolady, wafelków, słodyczy… :D Jakby jeszcze do tego – ogórka kiszonego przywiózł, kefirek i ziemniaczki z koperkiem…

O rajskiej wyspie, białych plażach, zielonych żółwiach i czarnych duchach

A wpis o kanonie urodowym leży w zanadrzu i straszy już nawet kiedy lodówkę otwieram…. Więc aby uniknąć pań z dynastii Tang, Qing, Ming i pomniejszych z wielką ulgą zerwałam się z zajęć, oddaliłam od nawiedzonej lodówki i udałam w kierunku czegoś, co zowie się „Małą Okinawą”. Duża Okinawa do wielkich też się nie zalicza, na wysepkach należących do Archipelagu Riukiu, rozrzuconego na Morzu Wschodniochińskim i Pacyfiku, żyje powiem około miliona mieszkańców 0 czyli mniej niż 1%całej populacji Kraju Kwitnącej Wiśni. Zresztą, z Tajpej na te wyspy to już tzw „żabi skok” – o ile znajdzie się samolot/łódkę udającą się w tamtym kierunku…

Ale – północ Tajwanu jest zimna i deszczowa i w dodatku droga. Japonia – jeszcze droższa. Zatem pomknęłam chyżobusem, z lekka tylko rozklekotanym – na południowy wschód…

W hrabstwie Pingdong, w mieście Dongguan (czyli Wschodniej Przystani) trwało gorączkowe malowanie, rozwieszanie dekoracji, zamiatanie, kolorowanie elewacji itp. Powód? Ano, zbliża się sezon na czarnego tuńczyka (polskiej nazwy brak, angielski odpowiednik to pacyficzny tuńczyk błękitnopłetwy… szczerze mówiąc, znam tylko dwa gatunki tuńczyka – z puszki w stanie” papki z mięsa mechanicznie oddzielanego od ości” oraz „z puszki w nieco większych kawałkach”, ichtiologiem nie jestem…). I co z tego, że zbliża się sezon? Ano, do miasta zwala się masa wszystkożernych Japończyków, łapczywie rzucających się na sashimi z owego nad wyraz super hiper smakowitego tuńczyka… Sashimi takowe kosztuje zatem odpowiednio, w sam raz na kieszenie bogatych obżartuchów z krainy wielkookich kreskówek… Zdarza się, że i 50-60 PLN za kawałek, taki na jedno kichnięcie i jeden ząbek…

Większość rybaków skutecznie umiejących wytropić i złapać owe smakowite potwory, ważce po kilkaset kilogramów i mierzące nawet i 3m długości – pochodzi z wyspy XiaoLiuChu, zwanej też – małą Okinawą, z racji na swoje umiejscowienie.

Ponieważ mało kto chce być rybakiem, z uwagi na brak nowych adeptów rybołówstwa oraz nieuniknione starzenie się i przechodzenie na emeryturę starszej generacji pogromców mórz i sardeli, wyspa XiaoLiuChu zaczęła się przebranżawiać – z osady portowej o długoletniej tradycji w kurort. Ma do tego wszelkie warunki…

Po pierwsze -leży około 20 km od brzegu, a więc smog z fabryk i hut Xiaogangu (największa tajwańska huta, stalownia, walcownia, odlewnia i diabli wiedzą co jeszcze, w każdym razie kombinat większy niż doskonale mi znana krakowska Huta im. Tadeusza Sędzimira, co z patriotycznym bólem serca przyznaję na forum…) oraz z stref przemysłowych Pingdong tam nie dolatuje.

Po drugie, wysepka położona jest bajkowo – na rafie koralowej otaczającej dawny, bardzo stary i wygasły wulkan.

Po trzecie – w tych warunkach zwłaszcza morska fauna rozwija się znakomicie, pozwalając mieszkańcom produkować urozmaicone posiłki złozone z owoców morza na wiele sposobów. Oraz rzecz jasna dostarczając romantycznej scenerii do podziwiania. Tajwańczycy pływać nie lubią, a opalanie się w stylu europejskim uważają za absolutną durnotę i poddają się takowemu zabiegowi, zwanemu „ludzkim grillowaniem” – przypadkowo albo w ramach kary za wyjątkowo wielkie przewinienia.

Po czwarte – religijna społeczność dawnych rybaków pobudowała na tej niewielkiej wysepce tyle świątyń, że bogowie łaskawym okiem spoglądają na rajsko-biało-szmaragdowy klejnot pośród szafiru i granatu okolicznych mórz.

Po dotarciu na wysepkę za pomocą szybkiej łódki raźno podskakującej na falach- - odkryłam wiele ciekawych spraw, związanych z wyspami koralowymi…(Powierzchnia tego kawałeczka raju wynosi niecałe 7km2, objeżdża się ją  dookoła skuterem w 20-30 min, przy czym na to 30 min to się trzeba solidnie napracować i jechać tak szybko, że prawie do tyłu…

Plaże koralowe są do-ba-ni!. To nie jest sypki złocisty piaseczek z Mielna, o nie… To drobno lub grubiej pokruszony żwirek, po którym chodzić się da, ale wylegiwanie się to raczej zadanie dla masochisty…lub fakira. Ponadto, do wody włazi się wyłącznie w butach i podkoszulku. Buty – bo nierówna powierzchnia skał koralowo- wulkanicznych jest schronieniem dla licznych stworzonek, na które nie chcesz nadepnąć no i fale ostro rzegotają nieco większymi kamyczkami w strefie przyboju, łatwo o kontuzję paluszka i paznokcia… Podkoszulek – bo smarowanie się kremem z filtrem jest niewskazane z uwagi na to, że substancje chemiczne zawarte w ochronnych balsamach mogą podrażnić lub wytruć okoliczne zwierzaki zamieszkujące rafę. A zwierzak może cię zaatakować i ugryźć. A stworki morskie są wielkokortnie bardziej jadowite od tych lądowych. A na plazy nie ma ratownika z antidotum na morskie neurotokstny, ani flaszek z octem ani nawet kotłów z wrzącą wodą (to w celu denaturacji trującego związku organicznego zawartego we wstrzyknietym jadzie). Aha. 

Ale za to można udać się na nurkowanie… Juppi! No, nie tak juppi… Moje nurkowanie -czyli skafander, butla, płetwy – to coś znanego mieszkańcom XiaoLiuChu tylko z filmów. Turysta chcący nurkować dostaje – pajacyk z lycry, butki neoprenowe (takie same jak moje w Polsce), kamizelkę ratunkową unoszącą na wodzie dostojny zezwłok, oraz rurkę i maskę. I tela. Może wsiadać na skuter, wiozący go do plaży. Aha, jeszcze kółko ratunkowe, po jednym na parę, spięte smyczą. Kółka się trzymamy, zanurzamy paszczaki i podziwiamy podwodny raj, a pan przewodnik nas ciągnie niczym skuter wodny, głośno omawiając mijane ciekawostki….

Prawie jak w szkole z „Gdzie jest Nemo” :D

Rozumiałam tak pół na pół jego chiński, ale w sumie, dużo mi tłumaczyć nie musiał. W końcu nurkuję od jakiegoś czasu i zgłębiam mimochodem zagadnienia związane z tzw pedalskimi kolorowymi rybkami, które można podziwiać w Egipcie, Chorwacji czy innej ciepłowodnej destynacji nurkowej. Dlaczego pedalskie? Takie powiedzenie z mojego pierwszego klubu, gdzie usiłowano mnie przerobić na niemal komandosa z Formozy, nurkującego w cienkiej piance w zimie,targającego ze sprzętem kilometrami, stojącego w opozycji do „egipskich nurków”, co to miętcy są i ciency jak wężowy zadek… Głupio się przyznać mi było, że ja to bym wolała jednak oglądać te pedalskie rybki kolorowe, tylko mnie nie stać na wyjazd do Egiptu, więc teraz zachwycam się okoniami i płocią-trocią-ukleją. No ale- przyszedł w końcu czas na oglądanie w wersji live kolorowej rafy koralowej :D

Zwieńczeniem wycieczki było bliskie spotkanie z ośmiornicą (zwinęła się w kłębek w norze i wystawiła tylko jedną mackę ze sporego rozmiaru przyssawkami i w odwłoku miała starania przewodnika w celu wywabienia jej z nory) oraz  wpadnięcie na żerującego żółwia. jak zapewnił pan przewodnik, żółw jest wegetarianinem, tak jak buddyści i krzywdy nam nie zrobi… Ale był spory, tak z 70 cm do metra długości. I minął mnie dostojnie machając płetwami – może o jakieś 5 m, wynurzając się co chwilkę aby zaczerpnąć powietrza (i rozejrzeć się, czy te głupawe człowieki zniknęły z horyzontu, czy nie).

Oj, jak płakałam w duszy, że nie mam swojego małego podwodnego aparacika… Żółw według mojego rozeznania – był żółwiem zielonym, osiągającym do półtora metra długości skorupy i do 500 kilogramów masy. Wbrew nazwie, jest raczej brązowawy, zielonkawą barwę ma za to jego tłuszcz.

Dzień drugi spędziłam na na objeżdżaniu wyspy dookoła na skuterku… Ulic jest tam 4 na krzyż, jakby się nie błądziło, tak się się wybłądzi po maksymalnie 5 minutach jazdy, po prostu trafi się na już wcześniej odwiedzony kawałek terenu :D Do tego 100 świątyń (od całkiem malutkich po takie pięciopiętrowe, z teatrzykiem dla duchów i fajerwerkami), 3 podstawówki i jedna Junior High oraz baza wojskowa i jakieś tam niby zabytko-atrakcje. Dlaczego 3 podstawówki? Nie wiem, ale w każdej z nich – a są to budynki słusznych rozmiarów, większe niż nasze polskie tysiąclatki – w każdym wielkim budynku uczy się tylko jedna klasa (albo rocznik, bo nie wiem czy dobrze zrozumiałam pana Yao, od którego wynajmowałam pokój i który jest kopalnią wiedzy o wyspie). W Junior High jest więcej klas, ale też nie za wiele – a po ukończeniu gimnazjum biedne dzieci piątek świątek sztorm i susza musza płynąć do Pingdonga, do najbliższego liceum (około pół godziny szybkim promem)… I nikt nie płacze, że muszą o 7 rano stawić się na sprzątanie terenu wokół szkoły…

Atrakcje XiaoLiuChu są – niezbyt imponujące  Przyzwyczajona do pozytywek i wodotrysków z Europy, czasem z trudem przestawiam się na lokalne „podziwianie scenerii” będące powodem do targania godzinę albo i dwie w jedną stronę, Zwłaszcza że owa sceneria sprowadza się do np kawałka skały oblegane przez turystów…

Tutaj za atrakcję robią-

- opuszczony fort artyleryjski ze ściągą dla celowniczego na ścianie

- pod fortem tzw „korytarz ekologiczny”, gdzie można do ręki wsiąść - rozgwiazdę, kraba, ślimaka morskiego, jeżowca i inne pomniejsze stworki, które dla ciebie złapaie i opowie o nich specjalnie wyszkolony pracownik

- ścieżki pomiędzy skałami wyrzeźbionymi przez erozję w arcyciekawe kształty – na przykład kalafior (miejscowi widzą tam wazon z kwiatami, ale dla mnie to bezdyskusyjnie owo biało-zielone, mało romantyczne warzywo)

-jaskinie

Jaskiń są dwie większe – ale niestety tzw „Beauty Cave” akurat była umacniana i remontowana, więc pozostało mi tylko i wyłącznie udanie się do „Groty Czarnego Ducha/Groty Czarnego Krasnala”. Legenda mówi, że ukrywali się w niej czarni niewolnicy, znalezieni na holenderskim statku, który złupił Koxinga – legendarny załozyciel tajwańskiej państwowości, poplecznik upadłej dynastii Ming uciekający przed zemstą manzdżurskiej dynastii Qing. Ale prawda jest nieco smutniejsza…

Mała biała wyspepka była od dawien dawna (podobnie jak reszta Tajwanu) terytorium Aborygenów, spokrewnionych z Maorysami i Polinezyjczykami, ciemnoskórych (wyraźnie ciemniejszych niż jasnożółci Chińczycy Han), wielkookich (Aborygeni mają normalne oczy bez tzw mongolskiej powieki, określane automatycznie jako „ładne, duże oczy”) myśliwych  rybaków i zbieraczy. Gdy podczas sztormu o rafę rozbił się holenderski statek zmierzający z lub do Indii, rzecz jasna resztki załogi spacyfkowano, a dobra zutylizowano. Taki występek przeciwko Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej nie mógł, zgodnie z polityką firmy, ujść bezkarnie. Gubernator Formozy otrzymał stanowcze polecenie ukarania bezczelnych „czarnuchów” – bowiem mocno opalonych Aborygenów właśnie tak nazywali Holendrzy. Mieszkańcy wyspy chronili się w jaskiniach, skąd atakowali karną ekspedycję. Holendrzy wycofali się z bardzo nikłym sukcesem – zdobyli dowody na obecność białych rozbitków i rozszabrowanie żaglowca (monety, miedź a nawet kapelusz o charakterystycznym kroju) i rozpoznali teren, lokalizując główną grotę. Trzy lata później kolonizatorzy powrócili. Grotę-schron zablokowano, szczelnie zamykając wszelkie otwory, poza obstawionymi przez wojsko niewielkimi dziurami, które wypełniono tlącą się siarką i smołą. Opar i dym niósł się do wnętrza groty. Po ośmiu dniach gazowania, gdy krzyki zamkniętych wewnątrz ucichły, jaskinię odblokowano, niedobitki płci męskiej wywieziono precz, na plantacje Batavii (obecnie Indonezja, Dżakarta), dziewczęta i kobiety zaś trafiły na Tajwan, gdzie służyły w domach Holendrów. Około 300 ciał wrzucono do morza. Depopulację wyspy – czyli usunięcie rdzennych mieszańców – zakończono 10 lat później, gdy chiński dzierżawca XiaoLiuChu, przejmując teren od Holenderskiej Kompanii Wchodnio-Indyjskiej, wysłał na Formozę ostatnich 10 autochtonów.

Mała wysepka, ale wypoczynek -bajkowy. Udała mi się i pogoda, i dobre dni wybrałam – mało tłoczno. Kiedy wracałam, akurat mijałam – chmury znamionujące zwyczajową po pełni Księzyca zmianię pogody oraz łodki szczelnie wypchane turystami.

Zagadka Znikających Skuterków

Jadę z Młodym na koniec Tajwanu, czyli Sizihwan, takie wioskowe zadupie w obrębie metropolii Kao, zaludnione: populacją Sun Yat Sen Uni, lokalsami z okolic (w znikomej ilości) oraz żołnierzami siedzącymi w bazach wszędzie dookoła. Pomijając szwejów, którzy stoją jak słupy przy bramach rozlicznych mini-jednostek (bunkier ogrodzony drutem kolczastym od ulicy a od plaży szmatą z napisem „tu je wojo, prosimy grzecznie – obywatelu, nie pchaj się tu) i nie pozwalają sięgać po aparat – panuje tu cisza, spokój i klimat idylliczny. Oraz ruch drogowy zbliżony do tego w Finlandii – czyli 3 samochody w ciągu godziny to już „high traffic”. Włóczę się po tych oto  wertepach z asfaltową ulicą, gdyż jest to jedyne znane miejsce, gdzie w ciszy i spokoju mogę zgłębiać tajniki pomykania na skuterku.

Policja, mogąca zadawać niewygodne pytania w rodzaju – a ma pani prawo jazdy tajwańskie? A prawo jazdy na skuter? A OC, AC, Ka-ce i inne? – tu się nie zapuszcza, bo tu rządzi wojsko, a wojsko mnie ignoruje (tylko się ślepi udając obojętne wartowanie) dopóki nie zacznę szarżować tym skuterkiem na bramę główną jednostki, lub nie wyjmę aparatu. Pierdolec antyszpiegowski im nie przeszedł, o googlu earth nie słyszeli, i o wpadce koncernu Apple, co opublikował ściśle tajne położenie supertajnych tajwańskich baz w Iphonie5 też im nikt nie powiedział… Szczegóły -TUTAJ >KLIK<

No więc cała przejęta jadę tym skuterkiem – z zawrotną prędkością 20km/h, szybciej Młodociany nie pozwolił, twierdząc, że jest zbyt młody by umierać. Wszyscy mnie mijają, nawet piechurzy i rowerzyści… i żółwie i ślimaki… I nagle … Zobaczyłam małpę w krzakach, więc kierownica w lewo, i dawaj – zawierać przyjaźń. A to, że jakiś koleżka jadący tuż za mną mało nie zaliczył widowiskowego orła, bo mu zajechałam drogę – e tam, szczególik. Max miał śmierć w oczach, i była to moja śmierć, dłuuuga i bolesna, ale po chińsku zaklął szpetnie, zasyczał jeszcze paskudniej i całkiem spokojnie stwierdził – Magdalena, ty musisz uważać, bo w mieście to już byś była karmą dla psów. Małpa uciekła.

Postanowiłam wracać, droga prosta… i taka refleksja mnie naszła, a gdzie tamten skuter? Drogą nie jedzie, bo długa prosta widoczna calutka, jak w mordę strzelił. W rowie nie leży, bo rowów jako takich tu nie ma. Z klifu nie spadł, bo klif solidnie obrośnięty drzewami, kamieniami i betonowymi opaskami. Skręcić nie skręcił, bo i gdzie, rozjazdów brak. To gdzie go wsiąkło? W tej okolicy bowiem już parę razy zdarzyło mi się zaobserwować zniknięcia motorków, słychać je ale nie widać. Max po wysłuchaniu mojego klu z lekka zszarzał i stwierdził – ale ja się nie boję duchów, nie boję się i nie boję…

Zaintrygowały mnie te duchy – i faktycznie, dobry duch mój opiekuńczo przygodowy jakiejś 50 m dalej pokazał mi ukrytą w krzakach wybetonowaną drogę w dół i kilka zaparkowanych rowerów i motorów. A po struchtaniu po dosyć stromej spadziźnie – nawet i samochód… Zaintrygowana, puściłam się raczym kłusem w prawo, i znalazłam miejsce widokowe, z parkingiem dla jeszcze większej ilości skuterów (Tajwańczycy chodzić nie lubią, gdyby mogli, to by skuterami wjeżdżali do sklepu i do mieszkania… Nawet na zakupy do 7-11 jadą a nie idą – choć to zazwyczaj 500m).

I tak trafiłam do mojego własnego, prywatnego skrzętnie ukrytego Tajemniczego Ogrodu zwanego też Małym Rajem albo Tajwańskim Waikiki. W prawo ścieżka ekwilibrystyczna, po klifie w dół (dobra dusza zabezpieczyła zejście w solidnie umocowane poręczówki – czyli takie liny, co się ich można trzymać). Stromizna w połowie przechodziła w taras, na którym stały resztki stanowiska ogniowego – taki mały okrągły bunkier, z duuuużym panoramicznym oknem, z lekka nadgryziony zębem czasu, dokładnie jak to się fachowo nazywa niestety nie wiem – kolega dbający o rozwój mej wiedzy z dziedziny fortyfikacji i militariów niestety już moim kolegą nie jest i nie mam kogo spytać… Bunkra broni pole (chyba) opuncji – czyli takich kaktusów, których dodaje się do zielonej herbaty w celu poprawienia smaku i aromatu. Z tarasu można zleźć na kamienistą plażę – składającą się z – głazisków wielkości ciężarówki, głaziorów rozmiaru terenówki, głazów zbliżonych gabarytowo do lodówek i innych mebli, oraz pomniejszych głaziątek, pomiędzy którymi chyżo biegają spłoszone pająki… Eee! To nie pająki! To kraby! Uaaaa! Pierwszy raz widzę kraba na żywo! I dlaczego on nie jest czerwony?

 

 

Młodociany patrzy na mnie jakbym się z choinki urwała. No tak… Krewetki, raki i inne skorupiaki przed ugotowaniem nie są czerwone, śliczną różowo-malinową barwę zyskują za sprawą kąpieli we wrzątku. W naturze są umaszczone w sposób nieco bardziej ułatwiający kamuflaż, dopiero po zdechnięciu i solidnym wygrzaniu truchła w promieniach palącego słońca zyskują odcień biało-pomidorowy, jaskrawo odcinający się od piasku.

Wracamy – moje buty i strój nie zachęcają do uprawiania free runningu po skałach, nie dziś. Siedząc na ławeczce i patrząc w morze zauważyłam małpki skaczące w dół klifu i za nimi podązyłam, cały czas bowiem przyświecała mi idea znalezienia w miarę osłoniętego miejsca, gdzie będę mogła rozebrać się do bikini bez robienia za obleśny obiekt siejący zgorszenie swym ekshibicjonizmem, i gdzie wejdę do wody po kolana a nawet po pas, nie ryzykując awantury ze strażnikiem plaży, który gwiżdżąc na mnie gwizdkiem mało płuc nie wypluł, a potem warczał że w Kaohsiung obowiązuje zakaz pływania. Przy czym definicja pływania w Azji włącza w swój zakres także włażenie do wody po kostki…

 


W dół prowadzi droga po sypkich, miękkich, suchych liściach bambusa. Grzęznąc w suszonym runie odganiam komary i natrętne mysli o wężach i karaluchach, pająkach i innych jadowitych stawnonogach, które w Azji zyją i mają się świetnie. Tajwańskie węże nie należą może do największych, ale za to są jadowite nad podziw. Podobnie pająki i skolopendry wijące, bleee… Tup, tup, szuuuuuur, tup tup, sliiiiiiizg.

Za wykrotem znienacka otwiera się panorama na morzę. I nie tylko. W dół prowadzą schodki z kamienia, obramowane krotonami i difenbachią. Mamusia hodowała oba, stąd wiem, jak wyglądają… Tylko, że mamusine sięgały mi po kolana, a te – liście mają większe niż moja twarz. Dywan mięciutkiej, gęstej trawy rozpościera się przed przewiewną, zacienioną wiatą z bambusowymi ławami i stołem. Wycięte w drewnianej deseczce znaki głoszą – Ogród Radości, i – Szanowny gościu, prosimy nie niszcz tego miejsca i nie śmieć.

 

 

Na bambusowej ławeczce w cieniu siedzi starszy pan i na mój widok rozjaśnia się – Hello, hello – wita i zaprasza w zrozumiałam angielskim, naprawdę ucieszony. Pytam – czy to jego ogród, i czy mogę wejść? Pan uśmiecha się i mówi, że to miejsce dla wszystkich, i jak najbardziej mogę, a nawet powinnam tu wrócić z przyjaciółmi. Opowiada – już po tajwańsku, jeszcze bardziej ucieszony, że Max włada tym językiem (obecnie młodzi Tajwańczycy mówią po chińsku, tajwański i dialekt Hakka ewentualnie rozumieją, ale rzadko posługują się płynnie)- historię magicznego ogrodu. Gdy siedem lat temu przeszedł na emeryturę, wraz z dwoma przyjaciółmi zaczął budowę tego miejsca. Sami, za swoje pieniądze – tak po prostu. Cztery lata temu słynne supertajfuny Morakot i Sinlaku „urwały” kawał trawiastego „pola golfowego”, ale starsi panowie nie poddali się, zrekonstruowali co mogli (trawnik kończy się niespodziewanie prawie pionowym spadem ładnych paręnaście metrów w dół) i rozpoczęli rozbudowę nieco wyżej… Na własnych plecach znosząc elementy meblowe i konstrukcyjne – deski, stoły, tafle szkła, kamienie i elementy dekoracyjne…

Plaża jest odludna, woda czysta, a po taplaniu można spłukać sól w tryskającym wprost z glinianej ściany źródełku ze słodką, zimną wodą. Innymi słowy – będę tu wracać, szkoda tylko, że to tak daleko…