Trzynastkowe mebelki… – czyli o urodzinach i dylematach na obczyźnie

Urodzinowy poranek rozpoczął mi się normalnie – czyli mocno spóźniona w locie pożarłam śniadanie i wpadłam tuż przed dzwonkiem na teścik. Teścik z uwagi na fakt moich urodzin przełożono na jutro, a cała klasa odśpiewała mi piosenki urodzinowe w swoich językach (czyli po azjatycku – japońsku, wietnamsku, indonezyjsku i koreańsku). Było śmiesznie.

Po szkole zaś postanowiłam odnowić zapasy żywnościowe i udałam się do nie najbliższego, ale ulubionego sklepiku z owocami, tuż koło rogu na którym swój śmieszny kramiko-wehikuł parkuje Dziadzio Guawa. Po drodze zaś jest kolejny ulubiony sklepik Starego Wujka Li, trochę ze starzyzną a trochę z drewnianym rekodziełem kleconym przez seniora rodu w czasie wolnym od bawienia wnuków albo i prawnuków. Czytaj dalej

Literacko o piśmie chińskim – Lisa See „Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz”

W latach 60-tych na jednej ze stacji kolejowych gdzieś w głębi Chin zasłabła starsza kobieta. Ku wielkiemu zdziwieniu i wręcz przerażeniu ratowników, w kieszeni jej płaszcza znaleziono chusteczkę pokrytą dziwacznymi haftami-znakami. Staruszkę wysłano na przesłuchanie jako potencjalnego szpiega w akcji, a tajemnicze znalezisko/materiał dowodowy – skierowano pilnie do przebadania przez kryptografów, w celu ustalenia korzeni, celu i zasięgu spisku przeciwko władzy ludowej, miłościwie panującej, z pewnością zawartych (dla niepoznaki) na wyszywanej chustce.

Kolejnym zaskoczeniem okazała się diagnoza uczonych – to nie żadne materiały konspiracyjne, a zwyczajne kobiece historie, zapisane w używanym od setek  lat „kobiecym piśmie” 女書, Nu Shu. Gdy tradycja zarezerwowała umiejętność czytania dla mężczyzn, tylko i wyłącznie (Konfucjusz oprócz tego, że mędrcem, to dodatkowo obrzydliwym seksistą był, wyznawcą teorii o niepełnej wartości dziewczynek), kobiety wymyśliły swój sposób na zagranie Konfucjuszowi na nosie, na dzielenie się sekretami, notowanie opowieści, życzeń… Właśnie miękkie, delikatne niczym odcisk ptasich łapek na śniegi znaki nu shu, oparte o fragmenty „prawdziwych, męskich” ideogramów, tylko uproszczone, wydłużone, pochylone, zmienione niemal nie do poznania… Nie odpowiadały poszczególnym słowom, a dźwiękom,upraszczając problem homofonów, co z kolei ograniczyło ilość znaków do – bagatelka! około 1000. Wzorki nu shu (mniej lub bardziej oficjalnie) znalazły się w deseniach hafciarskich, na obrazach, czasem w korespondencji; a w wersji mówionej w pieśniach-wierszach recytowanych podczas tak zwanych babskich posiaduch, przy pracy…

Pismem NuShu obecnie posługują się już tylko naukowcy – ostatnia naturalna użytkowniczka zmarła niemal 10 lat temu. Ten -jak to określiła moja nauczycielka – dialekt, nie język i nie alfabet, tracił na popularności stopniowo. Po pierwsze, posługiwały się nim tylko kobiety z ludu Yao, jednej z 56 chińskich grup etnicznych, zamieszkujące na ograniczonej przestrzeni prowincji Hunan. Ponadto – nie każdej kobiecie i nie każdej rodzinie było dane zapoznać się z pisaniem Nu Shu, często bowiem na przykład tylko jedna z mieszkającym pod jednym dachem szwagierek i kuzynek potrafiła znaki czytać i stawiać, pozostałe zaś znały jedynie utwory w wersji recytowanej. Nie każda matka zgadzała się też na to, żeby jej bezużyteczne z założenia córki traciły czas na coś, co kobiecie nie przystoi – zamiast ćwiczyć umiejętności związane z prowadzeniem domu i odciążać rodziców, dopóki małżeństwo nie wyrwie ich z domu. Po drugie - sekretny język budził zrozumiałą niechęć władz – cesarskich co prawda w niewielkim stopniu, ale już japońscy okupanci,a potem walczący komuniści i kuomintangowcy doskonale zdawali sobie sprawę z niebezpiecznego potencjału NuShu. Po trzecie, wraz z postępującą emancypacją kobiet – między innymi wprowadzeniem urzędowego zakazu krępowania stóp (czyli de facto uzyskaniem swobody poruszania) oraz powszechnym obowiązkiem edukacyjnym w ramach walki z analfabetyzmem – zniknęła zasadność użytkowania kobiecego pisma.

Dopiero w latach 80-tych coś drgnęło – zaczęto zbierać nieliczne pozostałe materiały i pamiątki (tradycja kazała bowiem palić wszelkie materiały zawierające sekretne znaki), utworzono muzeum – a nawet szkołę NuShu, traktowana obecnie jako atrakcję turystyczną. Kobiecy dialekt pojawił się też w powszechnej świadomości dzięki programom edukacyjnym, wzmiankach w literaturze popularnej oraz kinematografii.

Lilia, urodzona w XIX bohaterka książki sino-amerykańskiej pisarki Lisy See „Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz” tak mówi o sekretnym piśmie Nu Shu:

Naszymi znakami można się posługiwać, aby pisać listy, pieśni, autobiografie, wykłady o kobiecych obowiązkach, modlitwy do bogini i oczywiście popularne historyjki. Kreśli się je pędzelkiem i tuszem na papierze lub wachlarzu, ale można także wyszywać na chusteczkach lub włączać do wzorów tkackich. Zapisane teksty można i wręcz należy śpiewać przed audytorium złożonym z innych kobiet i dziewcząt, ale również czytać i delektować się nimi w samotności. Najważniejsze dwie zasady brzmią: mężczyźni nie mogą się dowiedzieć o istnieniu pisma,a ni dotykać żadnej jego postaci.

I właśnie taką chusteczkę, pełną słów ciepła, pokory, bólu, miłości i przyjaźni – odnaleziono w kieszeni nieprzytomnej starszej pani.

Pewnie, gdyby była to pora letnia – znaleziono by je na wachlarzu…

Wachlarz, z nakreśloną tuszem ma pierwszej zakładce grzecznościową formułą: Słyszałam, że w waszym domu mieszka dziewczyna dobrego charakteru i dużej wiedzy w zakresie kobiecych umiejętności. Ty i ja urodziłyśmy się tego samego roku i tego samego dnia. Czy nie mogłybyśmy zostać takie same? otrzymała pewnego dnia urodzona w niezbyt bogatej, wiejskiej rodzinie Lilia. Wachlarz, z propozycją zostania „laotong” (taką samą), siostrą bliźniaczką astralną (to chyba najbliższe tłumaczenie niezwykłej więzi laotong, bliższych sobie niż komukolwiek innemu, włączając w to rodziców i męża) dziewczynki o imieniu Kwiat Śniegu.

Dziewczynki razem -osobno dorastają, od tłuściutkich 6-latek z jeszcze nieskrępowanymi stopami, do dorosłych kobiet-matkek. Wachlarz – z listami kreślonymi na kolejnych zakładkach towarzyszy im cały czas… A my wraz z nimi – cierpimy przy krępowaniu stóp, jedziemy odwiedzić swatkę, szyjemy prezenty ślubne, modlimy się w świątyni o dobrego męża, a potem zajadamy chińskimi łakociami, dzielimy szczęście i troski małżeństwa… Jest to biografia zwykłej kobiety – nie bohaterki, nie księżniczki, nie heroiny romansu. Takiej, która w dzieciństwie marzyła o wyrwaniu się z biedy, i nade wszystko lubiła chwile spędzane u taty na kolanach, w oparach fajkowego dymu. Takiej, która niekoniecznie kocha swojego męża, wybranego przez swatkę, ale zgodnie ze swoją rolą rodzi mu synów i dba o jego dom. Takiej, która nagle, wskutek zawirowania historii (powstanie Tajpingów) musi uciekać w góry, maszerując na swoich okaleczonych „złotych lotosach” wiele kilometrów. Takiej, która zawsze ma swoją laotong…

Nie chcę streszczać zbyt wiele, bo książka jest warta przeczytania, a jeżeli zna się fabułę już na starcie – lektura mniej wciąga. Uważam, że warto w wolnej chwili się z nią zapoznać, bo po pierwsze – miłość i przyjaźń to wartości uniwersalne, a po drugie – czytając, w każdym akapicie można natknąć się na drobne i większe różnice obyczajowe czy kulturowe, znacznie dokładniej opisane niż u mnie na blogu. Wyjaśni kwestię preferencji płciowej w Chinach (i przyczynę znaczącej dysproporcji między chłopcami i dziewczynkami) oraz istotę chińskiego (po części tajwańskiego, po części ogólno-azjatyckiego) „systemu emerytalnego” w sposób prosty i logiczny. Jasno wyłoży kwestię stosunków rodzinno-społecznych, rzutujących właściwie na całokształt osobowości Azjaty, oraz przybliży chiński sposób postrzegania świata, zwracania uwagi na szczegóły, których Europejczycy są zupełnie nieświadomi, a także – ignorowania ważnych dla kultury Zachodu zagadnień. Nie jest to HarryPotter z magią tryskającą z każdego kąta, nie ocieka seksem, perwrsjami i akcentami Kopciuszkopodobnymi jak 50Shades, nie traktuje o wampirach i innych mistycznych stworach, słowem – do niczego z listy bestsellerów nie jest podobne… Ale – zwłaszcza kobietom (bo faceci ogólnie czytać nie lubią) – polecam. Choćby dla kontrastu.

Dla leniwych – jest też film. Trailer – tutaj http://www.youtube.com/watch?v=Aa93drpm30E . Nie wiem czy polecać, czy odradzać. Sama nie znalazłam jeszcze czasu na zapoznanie się, a recenzje dają pełen przekrój, od pełnego zachwytu po krańcowe zdegustowanie innowacjami fabularnymi. Na pewno, podobnie jak książka, pokaże niesamowity i niezwykły świat chińskich wierzeń, przesądów, kolorów, strojów, zachowań… I od razu mówię – lepiej najpierw sięgnąć do książki, a potem oglądać - można więcej zrozumieć.

 

Zdjęcia, które wykorzystałam – pochodzą ze stron poświęconych filmowi „Snow Flower and the secret fan” w rezyserii Wayne Wanga

 

A teraz idę świętować.

Kaligrafia w pięciu smakach, czterech stylach i dwóch odmianach

Co do pięciu smaków żartowałam. Pozostałe – to prawda najszczersza.

Przebrnąwszy szczęśliwie przez czytanie w pinyinie i pobocznych, z lekka zdruzgotany i przytłoczony człowiek z radosnym sentymentem patrzy na te karne szeregi tysięcy znaczków, bo ich niezmienność napełnia go poczuciem bezpieczeństwa i zachwytem pełnym… Ach, ostojo moja w skomplikowanym chińskim świecie! Niezmienna od tysięcy lat, od czasu reformy pisma Wielkiego Cesarza Shi Huangdi!

Qin Shi Huangdi, Wielki Żółty Cesarz – to smutny i śmiertelnie poważny Jet Li z filmu „Hero”, człowiek nieakceptujący własnej ludzkiej śmiertelności i opętany władzą. Ten, który który swoją wizję idealnego, silnie scentralizowanego państwa wprowadził w życie, łącząc skonfliktowane Siedem Królestw w jedno. W ciągu roku swojego panowania jako imperator (bo na tron wstąpił jako nastolatek) rozkazał i dopilnował wykonania rozkazu dotyczącego: rozbudowy Wielkiego Chińskiego Muru, sieci irygacyjno- komunikacyjnej, miast przewróconych do góry nogami w celu wprowadzenia nowego porządku oraz swojego mauzoleum – tak, właśnie tego , od Terakotowej Armii. Zaordynował także totalną unifikację wszystkiego w nowopowstałym królestwie (użycie czegokolwiek starego porządku stało się przestępstwem!), od rozmiaru osi wozów, przez jednakowe monety- od momentu wprowadzenia obligatoryjnie wypierające inne środki płatnicze, po ujednolicone i standaryzowane pismo, zwane kancelaryjnym, które stało się podstawą póżniejszego wzorcowego pisma chińskiego, tego samego, które przyswajam ja…

Pismo wzorcowe/kancelaryjne nie zmieniło się od wieków! Ma cieniowanej grubości kreskę i jest niezwykle dekoracyjne. Oczywiście – pisze się je nie bele jak! Porządnie! Od lewej do prawej, od góry do dołu, od środka na zewnątrz – czyli czasem zupełnie wbrew przyzwyczajeniu europejskiemu… I teraz najzabawniejsze – wedle europejskiej reguły i orientacji – wspak. Poważnie, zaczynając od prawego górnego rogu w dół i sukcesywnie w lewo (zapis tradycyjny) – bo tak najłatwiej było czytać ze zrolowanego zwoju bez jego rozwijania po połowie domostwa, w wypadku dłuższych epopei w rodzaju „Wojny i Pokoju” Tołstoja /samo streszczenie „Wojny i pokoju” dokonane przez autora liczy sobie chyba z 200 stron, a ekranizacja – 9 godzin…/.

W zeszłym roku moja Wielce Szacowna a Obecnie Emerytowana Nauczycielka Gong solidnie wpoiła mi absolutne podstawy stawiania kresek, harmonii znaku (wpisanego w kwadratową krateczkę), kolejności a nawet kierunku… Tak, wiem, brzmi jak wyszukana tortura. Troszkę tak, ale szybko odkryłam radość płynącą ze żmudnego powtarzania tych samych ruchów, raz po raz, aż wejdą w krew – i koniec jednej kreseczki podpowie kierunek następnej… O tak jak tu:

, na pekińskiej ulicy… Od razu mówię – ja tak nie umiem, i być może umieć nie będę… Ale napisać, tak aby Chińczyk moje karaktersy przeczytał bez pytania o ssso chozzi – dam radę. Nieco gorzej miała moja leworęczna koleżanka – bo zgodnie z zaleceniem Gong Laoshi musiała pisać zgodnie z obowiązującymi wszystkich zasadami, czyli w jej mańkucim przypadku – na odwrót, tak jakby do tyłu… Ale w ostatecznym rozrachunku to jej drobniutkie literki określano jako ładniejsze, o moich mówiąc pocieszająco – wyraźne :D

A teraz o co chodzi z tymi czterema stylami?

Po pierwsze -trzeba rozróżnić styl pisma od stylu kaligrafii.

Styl pisma – to różne sposoby zapisania jednego znaku, zmieniające się na przestrzeni wieków, od pierwszych prymitywnych form rytych w celach wróżebnych na skorupach żółwi (skorupę z prostym pytaniem podgrzewano w ogniu a następnie analizowano układ pęknięć i zmian wywołanych temperaturą i udzielano odpowiedzi, przedstawiając interpretację), poprzez pismo na brązowych dzbanach (tak się nazywa,, od głównego nośnika), pieczątkowe wielkie i małe aż po ujednolicone przez Shi Huangdi pismo kancelaryjne.

Kaligrafia w Chinach i obszarze kulturowo zależnym – to sztuka, pięknie napisane wiersze wiesza się na ścianach obok lub zamiast obrazów, osoby obdarzone pewną ręką i precyzją pełnego gracji ruchu pędzelka mogą zarabiać spore pieniądze – analogicznie do malarzy, portrecistów, karykaturzystów i ilustratorów.

Ten pan na przykład liczy sobie około 25 PLN w górę za takiego maziulca. Maziulec przedstawia smoka, bo malowany/pisany był rok temu, tuż przed rozpoczęciem Roku Smoka. Zmrużywszy oczy, wysiliwszy wyobraźnię i z lekka się wstawiwszy – mogę dostrzec nawet i smocze wąsiki, podłużne oczy, czułko-różki oraz policzyć łuski na ogonie. Ponieważ zaś byłyśmy białymi twarzami ochującymi i achującymi w jego stoisku – wspaniałomyślnie po zakupie 4, namalował nam kolejne 16 innych szczęśliwych symboli w gratisie. W tym i informatyczne błogosławieństwo – czyli pobożne życzenie: oby twój komputer nigdy się nie zepsuł…

Ponieważ kaligrafia to sztuka, należało jakoś odróżnić spontaniczność i niezwykłość kreacji artystycznej od nudnej urzędowej czcionki. I tak powstały mniej lub bardziej fantazyjne rodzaje, style kaligraficzne, będące wariacją na temat pisma wzorcowego.

Styl trawiasty – szybko pisany, jednym ruchem ręki (we wzorcowym istnieje wyraźna kolejność stawiania kresek określonego kształtu, i straszy imperatyw odrywania pędzelka/ołówka po każdym etapie…To tak jakby rozbić stawianie litery A na: / – \). Trawiasta kaligrafia jest miękka, i nieczytelna nawet dla Chińczyków. A już absolutnym szczytem jest tzw „szalone pismo trawiaste”, porównywane z naszą stenografią lub pismem aptekarskim.

Styl szybki/bieżący – to właśnie to, co można spotkać w zeszytach moich kolegów na Uni. Oni notują szybko, zlewając kilka kresek w jedną, upraszczając znaki. Ja zrozumiem co tam nagryzmolili (oczywiście w ramach moich umiejętności), ale już nie przepiszę poprawnie i nie sprawdzę w słowniku. Dla nich to też abstrakcja :D że wiem co to jest ale nie napiszę sama, a jak próbuję to tak nieudolnie, że aż się w głowę stukają. Ma się tak jak pismo odręczne dorosłego człowieka do wzorca z elementarza pierwszoklasisty – to chyba najlepsza paralela.

Jeszcze jedn niuans, o ostatniej reformie pisma.

Pismo wzorcowe trwało wiekami, zwalniając wykształconych Chińczyków ze znanej każdemu biednemu europejczykowi zainteresowanemu historią – konieczności przebijania się przez pieprzoną gothike lub barokowe zawijasowe maniery, nie mówiąc już o cudach ortograficznych, związanych z kolejnymi reformami (na przykład kiedyś dawno Zeraz =Sieradz,vczyl = uczył, iayko = jajko, a z imion pamiętam formy Mikołay i Jakób). Pismo urzędowe było jednolite, możliwe do odczytania w każdym zakątku cesarstwa, niezależnie od mówionego dialektu (to też jest powodem dla którego Chińczyk z Północy nie zamienił ani słowa z tym z Południa, ale gazetą się podzielili). Jednak miało poważny minus. Mianowicie – było cholernie skomplikowane.

Gdy do władzy w 1949 doszedł towarzysz Mao, postanowił zwalczyć analfabetyzm u podstaw (kto w miarę wykształcony i myślący, wiał ile sił przed komunistami na Tajwan, lub gdziekolwiek, byle dalej) – by jego kraj mógł z Sowieckim Sojuzem rywalizować o palmę pierwszeństwa w dziedzinie rozwoju masz chłoporobotniczych. Zorganizowano więc szkoły wieczorowe, gdzie obowiązkowo wpajano ten 1000 – 2000 znaków w dwa miesiące(!), a potem zdolniejszych kształcono dalej. Jednak, aby granatem od pługa oderwany robotnik fabryczny, zmordowany jak stonka w wykopki po wyrobieniu 150% normy na swojej zmianie miał szansę coś zapamiętać – Towarzysz Mao wpadł na pomysł genialny w swej prostocie. Uprościł alfabet!

Moim ulubionym jest uproszczenie ryby. Tradycyjna, tajwańska pisownia ryby wygląda tak: 魚 widać i haczyk, i łuski na brzuszku, i ogon. Komuniści ucięli rybie ogonek w ramach uproszczenia – tak, aby pływała tylko i wyłącznie zgodnie z linią i kierunkiem głoszonym przez partię 鱼.

A tu tabelka, pokazująca w jednej linijce to o czym ja się produkowałam ostatnie X słów :D, czyli smok w różnych stylach

Pierwszy wiersz – cztery style 2x kości wróżebne, dzban brązowy, mała pieczęć, kancelaryjne , wzorcowe i osttanie – uproszczone

Drugi wiersz – style kaligraficzne tradycyjne, ostatnie zawijas to pismo bieżące, przedostatni trawiaste w wersji małozamotanej

Trzeci wiersz – style kaligraficzne uproszczone, na przykładzie czcionek komputerowych :D

Proste(?) sposoby na czytanie po chińsku. Pinyin, bopomofo i inne cz I

There is probably no subject on earth concerning which more misinformation is purveyed and more misunderstandings circulated than Chinese characters (漢字, Chinese hanzi, Japanese kanji, Korean hanja) or sinograms.-Victor Mairfrom the foreword to Ideogram, by J. Marshall.


Dzisiejszy wpis dedykuję Mantis i próbuję odpowiedzieć na jedno z pytań postawionych w komentarzu:

Wyczytałam, że język chiński składa się z około 50 000 znaków, do których wciąż dochodzą nowe, ale już 5-6 tys. wystarczy, aby biegle czytać(!) Lecz osoba, która zna ich tylko 2000 uznawana jest za analfabetę. Do tego dochodzi wymowa, która może być inna w zależności od dialektu plus kaligrafia… Chcesz nauczyć się chińskiego? Naprawdę? Jest to w ogóle możliwe? o_O

Pośrednio – o nauce ideogramów oraz niuansach wymowy kiedy indziej, dziś o łopatologicznym zapisie dla potrzeb edukacji.

Tylko sprostuję – 50000 znaków to stanowczo za mało – tak powiedziała z uśmiechem moja pani nauczycielka i pokazała mi opasłe tomiszcze o kartkach cieniutkich niczym bibułka. Oficjalny słownik znaków chińskich – Zhonghua Zidian podaje 85 568 znaków (wydanie z 1994 roku). Jednak w słowniku tym znalazły się oboczne formy jednego ideogramu, ujęte jako osobne pozycje. Ponadto, podaje on również znaki używane tylko w niektórych dialektach, słownictwo branżowe oraz archaizmy.

Z kolei mój szkolny słowniczek zawiera 3000 znaków, co w zupełności wystarczy do przeczytania gazety, obejrzenia filmu a nawet skomponowania maila do partnera handlowego czy wypełnienia druku urzędowego i ogólnie codziennej egzystencji. Egzamin państwowy HSK na poziomie B1 (wg wytycznych Common European Framework of Reference for Languages)wymaga znajomości 600 ideogramów z listy najpopularniejszych, B2 to 1200 znaków, C2 czyli poziom najwyższy, odpowiednik angielskiego CPE – około 5000 znaków. Dla porównania – „Wielki słownik ortograficzny PWN” pod red. E. Polańskiego (Warszawa 2003) zawiera 150 000 haseł, ale w ujęciu funkcjonalnym, w polszczyźnie posługujemy się przeszło dziesięciokrotnie mniejszą bazą słów (a już slang nowohucki momentami zdaje się ograniczać do mniej niż 100, z czego połowa to wulgaryzmy a reszta zaimki i spójniki…). Ergo – nie ma się co załamywać, tylko wkuwać krzaczki!

Jak zapisać język równie pokręcony jak chiński?

Sami Chińczycy jakoś nie widzieli problemu w tym, że ich język nie posiada alfabetu, a aby delektować się mozliwością czytania, przyswoić należy  masę skomplikowanych ideogramów, w dodatku w kilku wzorcowych typach kaligrafii (o tym kiedy indziej)… Problem pojawił się wraz z  wizytami białego człowieka na skalę hurtową -gdy każdy szanujący się handlowiec chciał uskubać co nieco z przebogatego i egzotycznego chińskiego tortu (jedwab, nefryt, herbata, mandarynki, papier, porcelana … ) i jakoś musiał negocjować nie tylko na migi, a także -gdy zjawili się misjonarze przynoszący nową religię dalekiego zachodu.

Dygresja I – nasi też tu byli! Źródła wspominają o Polakach, jezuitach Michale Boymie i Mikołaju Smoguleckim, którzy krzewił wiarę europejską wśród buddystów, taoistów i zwolenników wiary w przodków oraz innych animistów. Ponadto, jak ich zwano -卜彌格 Bǔ Mígé oraz穆尼阁 Mù Nígé, zajmowali się także: nauczaniem matematyki, kreśleniem map i spisywaniem dokładnych relacji ze swoich podróży po rozmaitych zakątkach Chin. Kiedyś napiszę o nich więcej, bo biografia Michała Boyma mogłaby stać się kanwą dobrego filmu akcji, thrillera politycznego i audycji przyrodniczo-antropologicznej – wciągneła mnie bardziej niż przereklamowany Grey III

Misjonarzom, zmotywowanym koniecznością nauczenia się języka lokalnego w celu efektywnego nawracania zdziczałych owieczek zawdzięczamy pierwsze systemy zapisu. Misjonarze skodyfikowali między innymi języki grupy Hakka oraz poszczególne dialekty Aborygenów tajwańskich – które dzięki temu przetrwały, pomimo nie zawsze przychylnej polityki władz. No dobra, bez eufemizmów – Czang Kaj Szek tępił Aborygenów jak mógł i uniemilał im życie w miarę swoich całkiem sporych możliwości, pomimo, że  nie wspierali nigdy oni znienawidzonych komunistów ani Japończyków. Mówić mieli po mandaryńsku, ewentualnie tajwańsku, śpiewać po swojemu czy nosić plemiennych ubrań nie wolno było, demonstrowano ogólna dezaprobatę do wielkookich, ogorzałychMaorysów, piętnując ich zwyczaje jako prymitywne. Dopiero od niedawna Aborygeni z 14 plemion są trendy, jako dziedzictwo kulturowe…

Zapraszam do zapoznania się z jednym z dialektów aborygeńskich. Prawda, że nieco inny niż standardowy mandaryński? (muzyka, nie ma się czego bać)

Zatem pośrednio dzięki misjonarzom z konkurencyjnych zgromadzeń funkcjonuje do dziś kilka równoległych romanizacji:

- System Wade- Gilesa- najpopularniejszy w XX wieku. Dzięki niej Beijing nazywamy Pekinem, i ćwiczymy Kung-fu a nie gongfu. „Wade-Giles” tony zapisywał cyferkami umieszczonymi obok wyrazów, więc szersza publiczność te dziwne numerki opuszczała. I dlatego Pekin, i taoizm, i Konfucjusz, i Kosinga, i Sun Yatsen, i Chang Kaishek i Mao Tsetung, co ogółem do wymowy oryginalnej ma się jak Rolex szwajcarski do T-Roleksa z dworcowej budki…

Hanyu pinyin - będący najpopularniejszą formą zapisu za pomocą standardowego 24-znakowego alfabetu łacińskiego (plus niemieckie ue umlaut) plus znaków diakrytycznych nad samogłoską. Proste jak konstrukcja cepa niemal. W kontekście wczorajszej homofonii, słów zapisanych jako zhan ton 1 jest 7 głównych(oznaczających: świętość, klejenie, osiągnięcie, nawilżenie, dotyk, gadatliwość, koc, odwinięcie) plus z 30 derywatów w rodzaju odpakowanie prezentu, zwilżyć łzami itp. Uważam zatem, że te 3000 to poziom średnio-rozwiniętego człowieka, a nie analfabety (ale Chińczycy kochają przesadyzm i propagandę „najtrudniejszości”, więc nie dziwi mnie obiegowa opinia).

[Osobiście z pinyina korzystać nie lubię, drażni mnie i myli. Wolę czytać znaki, nawet ze złym tonem -co budzi naprawdę duże zdziwienie, bo nie jest typowe dla obcokrajowców. Amerykanie wprost mówią, gdzie mają naukę znaczków, i wymagają pinyina pomocniczo na wszystkich poziomach edukacji.  A ja hanzi po prostu lubię, kreślenie ich z zachowaniem kierunku, kolejności, harmonii i innych elementów  składowych bardzo mnie uspokaja i wycisza.]

Pinyin jest standardowym systemem transkrypcji w Dużych Chinach – tam każdy Chińczyk mały już od dziecka w szkole stuka romanizację znaczków. Klawiatura chińskiego komputera jest mniej więcej europejska, można więc wklepać ten przykładowy zhan uzywając europejskich klawiszy, do tego wybrać ton i rozwinie się paseczek ze znaczkami, spośród których jeden na pewno będzie tym zhanem, o który nam chodzi. Proste, prawda?

Pinyin ma wpływ na model nauczania obcokrajowców po jednej i drugiej stronie Kanału Tajwańskiego. O ile na Tajwanie od pierwszych zajęć jesteś zaznajamiany jednocześnie z wymową oraz pismem (z różnym, najczęściej średnim skutkiem), uczniowie z Szanghaju po pierwszym roku mogą szczycić się super wymową, ale w kwestii wynalezienia czegokolwiek w menu, na mapie czy gazecie leżą i kwiczą, bo od pierwszych zajęć piłują jedynie tony i wymowę, rzeczywistość poznają fonetycznie i wizualny system charaktersów jest dla nich kosmiczną zagadką. Dyskusja o wyższości jednego nad drugim toczy się zaś wciąż na podobieństwo tej o świętach Wielkanocy i Bożego Narodzenia :D

Bopomofo – ponieważ romanizacja jest niedokładna, a poza tym Tajwańczycy nie będą naśladować Chińczyków ze względów ambiconalnych, na południowy wschód od kanału stosuje się alfabet fonetyczny bopomofo, podobny trochę do japońskiej hiragany i katakany oraz koreańskiego hangul. Bopomofo to zbiór 37 znaków odpowiadającym chińskim głoskom. Jest wprowadzany pomocniczo w szkołach przy nauce poprawnej wymowy oraz czytania (w 1 klasie, podobnie jak u naszych pierwszaków zgłębiających meandry alfabetu).

Książki dla dzieci zawierają tekst zapisany ideogramami oraz alfabetem bopomofo. Nie umiesz przeczytać znaku i nie rozumiesz tekstu? Nie szkodzi, przeczytaj na głos, na pewno rozumiesz słowo! Z tego powodu Tajwańczycy mają spory problem z pinyinem… Moje xiaolaoshi na przykład we dwie albo i trzy potrafią deliberować nad zapisem wymowy w pinyinie (i jeszcze się rąbnąć, tzn napisać inaczej niż mówi to moja książka, słownik i wujek Google), podczas gdy w bopomofo robią to odruchowo. A dziś nawet i nauczycielka się chwilę zastanawiała jak podpisać krzaczki na pandę :D

No i klawiatura komputerów jest przystosowana do zapisywania w bopomofo własnie, i wygląda mniej wiecej tak:

Górny prawy rógkażdego klawisza to własnie znaki bopomofo, i od razu mówię, nie są przyporządkowane do liter europejskich, głoska „a” znajduje się na klawiszu 8, a tam gdzie nasze zwyczajowo mamy „a” na klawiaturze qwerty, Tajwańczycy mają „m”. Wolno im… :D

W efekcie potem rozdziawiają paszczęki kiedy piszę po angielsku bezwzrokowo, w solidnym tempie 20 słów na minutę. A potem czekają godzinami aż systemem biblijnego „szukajcie a znajdziecie” dotrę do końca zdania po chińsku :D

C.D.N

Proste(?) sposoby na czytanie po chińsku. Pinyin, bopomofo i inne II

Oprócz tych dwóch/trzech* wiodących transkrypcji (czyli Wade-Giles, pinyin i bopomofo) należy wspomnieć o istniejących pobocznie:

Guóyǔ Luómǎzì, autochtonicznym system autorstwa samych Chińczyków, oparty o litery łacińskie. Co ciekawe, tony usiłowali oni opisywać nie cyferkami czy podpowiadającymi intonację znakami diakrytycznymi, ale kombinacją liter. Miał w zamyśle od razu pokazywać różnicę w wymowie. – ilustracja z wiki. O tym, że system nie przetrwał, pomimo że był całkiem logiczny i sensowny, świadczy choćby zapis jego nazwy w pinyinie…

GL wyglądał tak:

Jak widać – cztery sposoby powiedzenia i zapisania ideogramem jednego guo :D Reliktem jest spotykany gdzieniegdzie zapis Hsieh, Kaohsiung, Chunghwa… Ooo, ta Chunghwa to mi krwi napsuła rok temu…

Chunghwa- to, niosąca niemiłe skojarzenie z czupakabrą, nazwa głównej sieci telekomunikacyjnej Tajwanu. Co na zajęciach (normalnych, na Uni) się mi z amerykańska/pinyińska ta „czangwa” wyrwała, mój najmniej ulubiony profesor mnie poprawiał, a ja bliska byłam poderżnięcia mu gardła. Bo po 15 powtórzeniu tej cholernej czangły i tak nie było dobrze, a czangła wałkowana była średnio co zajęcia, robiąc ze mnie w oczach wszytskich licznie zgormadzonych w klasie – ułoma do potęgi ntej…

W rewanżu poprawiałam jego „łolsłagena”, złosliwie się podśmiechując kiedy nie umiał powtórzyć Volkswagen… Wet za wet. Też poczuj się jak kretyn, Dejnielu i rozwiń swą empatię…

Dopiero w tym roku zrozumiałam, o co chłopu chodziło. A oświecenie nastąpiło na widok cholernej czangły, zapisanej nie w romanizacji a w znaczkach, 中話  ZhōngHuà, chińska mowa. Przecież ja to umiem powiedzieć, tylko  to nie brzmi w żadnym wypadku czangwa, czangła i inna bladź… (gdybym cię choć trochę lubiła i szanowała, to bym cię Dejnielu przeprosiła…, aczkolwiek, dupa z ciebie a nie nauczyciel chińskiego, tak oczywistej rzeczy nie umiesz jasno wyłożyć… więc pozostań przy swym NGO i nie bierz sie za coś, czego nie umiesz…)

Wracając do systemów zapisu, wynalazłam polonicum, czyli:

polską romanizację -właściwie kilka, bo „każdy sinolog miał swój system lub systemik”, próbując opisać ten dziwny język i jego pokręconą fonetykę. Najszerzej stosowana tzw harbińska,  uznawana za”poboczną ale znaczącą” przez anglojęzyczny mainstream naukowy, konieczna dla wygody uchodźców/uciekinierów z Syberii do zlokalizowanego w Mongolii Wewnętrznej miasta Harbin, była oparta o cyrylicę -naprawdę interesująco i wyjątkowo… aczkolwiek dowodzi, że zgłębianie chińskiego może być drogą z Wieliczki do Gdańska przez Licheń i Kaliningrad, zahaczając o Szczecin…

Po II wojnie światowej Polacy próbowali nadal dzielnie stworzyć i rozwinąć własną transkrypcję, na potrzeby niszowej edukacji sinologicznej. Skończyło się jednak na zaakceptowaniu jednej-dwóch-trzech światowo wiodących, choćby z uwagi na dostępność materiałów edukacyjnych.

W moim podręczniku straszy pinyin mieszany ze znakami tradycyjnymi. W podręczniku równoległym – znaki, bopomofo i pinyin. W Polsce korzysta się głównie z materiałów w języku angielskim (dopiero niedawno koleżanka ucząca w Polsce chińskiego wynalazła jakiś niszowy podręcznik po polsku), więc właśnie ta transkrypcja jest dla nas naturalna – litery romańskie każdy czytać potrafi? A to, że pinyin wiedzie na manowce, to inna bajka

*Dlaczego piszę „dwóch/trzech”? Ponieważ tak naprawdę romanizacji było więcej, i każda znalazła częściowe odbicie w rzeczywistości… Rząd tajwański idąc na rękę obcokrajowcom wprowadził drogowskazy oraz znaki informacyjne w zapisie tradycyjnym i zromanizowanym. I idąc taką 族一路, widzę iż ta sama ulica na jednym znaku zowie się Mintzu Yi lu, na drugim Mintsu Yi lu, na trzecim Minzu Yi lu, i tak dalej. A to tylko jedna 3-kilometrowa ulica… Im dalej w las tym ciemniej…

Swoją drogą, podziwiam tajwańskich listonoszy, którzy potrafią znaleźć adresatkę koślawo opisanej paczki z błędami ortograficznymi… Trochę to zajęło, ale dostałam ładowarkę i komórkę, czekam teraz na ubrania, książki i witaminy.