Tajemnice uroczej pieczarki – czyli wyniki psiego konkursu

Reakcja na widok zdjęcia „pieczarkowego” psiuńcia była jedna jedyna dozwolona:

Najpierw:

- Oooooo jaki słodki!

A potem, gdy cukier nieco opadł i percepcja się polepszała, szczegóły zaczynały być widoczne:

- Matko, gdzie ten pies ma uszy????? Czytaj dalej

Noworoczne stylizacje tajwańskie

Chiński Nowy Rok, albo Nowy Rok Księżycowy – to dla każdego Chińczyka wielka sprawa.
Trzeba wysprzątać dom w każdym zakamarku, żeby Kuchenny Bóg nie doniósł gdzie trzeba, że pod łóżkiem pani Zhang koty sypialniane aż mruczą, pan Cheng za szafą trzyma gazety z golizną, a panna Chen w łazience hoduje kultury żywych bakterii i penicylinę oraz impregnje ściany kuchenne centymetrową warstwą oleju ze smażonych przez rok potraw. Czytaj dalej

Pieskie życie na Tajwanie II – bo pies też człowiek

Pokazywałam Wam już psy:

Pieskie życie na Tajwanie, czyli Polska to jest raj dla psów!

Niniejszy wpis dedykuję wszystkim właścicielom psów, którzy uważają, że ich czworonogi mają w Polsce źle, są dyskryminowani i prześladowani przez wredną Straż Leśną (za puszczanie psa luzem w lesie) oraz Straż Miejską (sprzątanie kup, chodzenie na smyczy i w kagańcu) jak i rolników (opeer za tratowanie zaoranych/obsianych pól) oraz sąsiadów, którzy czepiają się ogólnie.

 
Już parokrotnie poruszałam kwestię nieco odmiennego podejścia do zwierzaków, niż to, jakie znamy z Europy-Polski-tak zwanego „Zachodu”. Na przykład tu: Czytaj dalej

This ! is ! Taiwan!… czyli typowy tajwański spacer w obiektywie obcokrajowca

Stada skośnookich, wydzierających się Chińczyków są wszędzie, nawet na Nordkappie. Momentami ów odludny raczej Nordkapp wyglądał zresztą jak Plac Tian AnMen podczas obchodów święta partii, gdzie tylko smog zasłonił litościwie otaczające budynki – bowiem zaiste Chińczyk stał na Chińczyku, Chińczykiem się poganiał i o Chińczyka potykał, w kadrze chińskiego smartfona ujmując małe, (kilkusettysięczne zaledwie) grupki pobratymców…

Do globusa się nie dopchałam, nie machnęłam słitfoci z dzióbkiem (choć zawsze o takiej marzyłam…). Ale z kronikarskiego obowiązku zamieszczam znalezioną w necie focię – szczęśliwie, bez pekińskiego desantu emerycko-nowobogackiego.  Czytaj dalej

Psia golonka wieczorową porą w upale

W Kaohsiung panują upały sub-tropikalne. Raz, że położenie za Zwrotnikiem Raka w stronę równika, dwa – fenomenalna słoneczna pogoda jaka z drobnymi epizodami chmurno-burzowo-deszczowymi panuje tu niepodzielnie od  2?3? miesięcy, trzy – betonowa dżungla Kaohsiunga nagrzewa się szybko i skutecznie absorbuje ciepło, podnosząc lokalną termikę o jakieś 5C w stosunku do reszty.

Jak sobie radzi z takim wyzwaniem klimatycznym Gongzhu Majia? Ano, jako rasowa księżniczka, ma przestronny pałac z szerokimi werandami, z wielkim ogrodem, chodnikami zraszanymi źródlaną wodą z dalekich lodowców, zacienioną lektykę oraz zastęp Murzynów z wielkimi wachlarzami… Nie ta bajka?  No cóż – radzę sobie zwyczajnie…

Po pierwsze – lekki ubiór bawełniany w jasnych kolorach, do tego koniecznie narzutka z równie cieniutkiej białej bawełny z długim rękawem… Pomimo tego, że nie eksponuje barków i ramion, są one naprawdę opalone w sposób nieosiągalny w Polsce. Do tego mam odbite na stopach ewidentne oznaki chodzenia w japonkach i sandałkach – czyli białe paski :D

Po drugie – krem z filtrem, mogę spokojnie zarekomendować polskie Lirene Kids 50+, bo po mamusi mam jasną, średnio podatną na opalanie skórę, która na zbyt duże ilości słońca reaguje poparzeniami i paskudną wysypką. Tutejsze kremy SPF, oprócz tego, że wyjątkowo drogie (minimum połowę droższe niż w Polsce), to dodatkowo są niepomiernie badziewne. Konsystencję mają wodnistą, spływają z potem i wcale nie chronią przed  słońcem (co objawia się pieczeniem wystawionych na palące promienie części ciała. Jeżeli kiedykolwiek firma Dr Eris będzie chciała wejść na tutejszy rynek – ma sporą szansę zrobić furorę tym mleczkiem, moje tajwańskie  koleżanki podbierają ode mnie po kropelce, po kropelce  i są bardzo zadowolone.

Po trzecie -wiatrak i klimatyzator. Wiatrak chodzi na nonstopie, wczoraj po wejściu do mego tostera poddałam się i załączyłam szatański wynalazek. Pilot pokazał, że w pokoju jest 38 C. Niestety, machina chłodząco – uzależniająca (oj…. ten komfort chłodnych 30C… Ach!) konsumuje prąd 220V (na Tajwanie używa się raczej  tego 110V) , i żre go jak na diabelskie ustrojstwo przystało, więc lepiej ograniczyć działanie powyższego…

Po czwarte – pudry i zasypki oraz kremy z mentolem – dają chwilowy efekt chłodku, co w połączeniu z wiatrakiem pozwala usnąć ( a potem obudzić się mokrym jak po kąpieli…)

Po piąte – wypady w zadrzewione/pozamiejskie rejony, gdzie termika jest unormowana trochę bardziej, i wieje jakiś wiaterek, tudzież jest wyraźnie chłodniej

Po szóste – kapiele. Zimne. W morzu (temperatura zupy, żeby była bardziej ludzka i wiało chłodkiem trzeba się wypuścić jakieś 50 m od brzegu minimum… A wtedy ratownik na brzegu dostaje korby). W basenie Irka (woda również ciepła, ale za to czysta i bezpłatna oraz beztłoczno-beztłumowa).  Pod prysznicem – w założeniu lodowaty ma temperaturę ciała, albo ciut cieplejszą. Najzimniejsza woda jaką znam leci – z wendzarniowskiej machiny do wody (ale przecież nie właduję się pod mini kranik, ani nie wskoczę do fontanny z wodą pitną o temperaturze od plus 4 do plus 12C) oraz do mojej pralki (zgiń, przepadnij – ale miałam ochotę wskoczyć do bębna i chwilę się powirować…).

Po siódme – parasolki i maksymalne wykorzystanie cienia. Zamieniłam się w Chinkę – one bowiem pomykają tylko i wyłącznie bezsłoneczną stroną ulicy, arkadami itp, wejście w plamę słońca traktując jak wejście do Afganistanu. Parasolkę przyniósł mi Młodociany w zeszłym tygodniu, bo stwierdził u mnie „udarek cieplny” (jeszcze nie pełnowymiarowy udar, ale już coś niepokojącego) – po tym jak musiałam na niego czekać w południe przez około 5 minut na słońcu (cienia nie było nigdzie) poczułam się senna i nie chciałam jeść. I tak dwa razy – więc dostałam parasolkę ze srebrnym spodem, żebym mogła sobie cień zrobić w każdej chwili, wedle uznania. Chinki nawet na dwumetrowym kawałku chodnika bez zadaszenia lub przechodząc przez ulice – odruchowo zakrywają ciemiona czymkolwiek, kartką, teczką, ręką – więc coś w tym chyba jest…

Po ósme – lody i dużo wody. O ile początkowo mój bidonik półtora litra budził głupawe uśmieszki, to obecnie Młodociany już nie drze łacha, tylko po raz kolejny przyznał mi rację, bo takie półtora litra to jest w sam raz na jedno popołudnie. O lodach tajwańskich pisałam – to głównie woda/solidnie rozwodniony soczek/jeszcze solidniej rozwodnione mleko, podawane w formie strużków, do tego słodki syrop i owoce.

Po dziewiąte – moczenie nóg w wodzie z lodem.  Trzymanie prześcieradła i koszulki do spania w lodówce. Okładanie buzi i ciała kompresami z lodówki. Kosmetyczka mnie ubije zapewne jak wrócę. A jak nie ubije, to solidnie pomarudzi nad traktowaniem skóry wrażliwej w tak barbarzyński sposób. Może i nie jest to najzdrowsze – ale za to skuteczne.

Tyle o mnie. A jak ze zwierzętami? Właściwie, to nie zastanawiałam się nad tym. Przyjęłam, że tajwańskie pieski i kotki po prostu przywykły do gorąca.   Aż – jak to często bywa – na skrzyżowaniu dróg dopadło mnie oświecenie…

O tym, że tajwańskie psy jeżdżą na skuterach i noszą fikuśnie ubranka – pisałam. I o tym, że nikogo to nie dziwi, nie bulwersuje, nie oburza, nie budzi protestów ekologów i animalsów.

Ale…

Tuż obok nas przystanął skuterek jakiejś parki, a spod kierownicy wyjrzał w moją stronę sympatyczny, biało czarny pysk bordera z wywieszonym ozorem. No tak, border collie pasące owieczki same mają futerko adekwatne do pełnionych zadań, więc raczej jest im gorąco. Border popatrzył mi w oczy, uśmiechnął się, obwąchał nogę i zainteresował się czymś po drugiej stronie skuterea właściciela. A ja ujrzałam… Borderowy zad. Nic dziwnego, nieprawdaż? Psy mają to do siebie, że po stronie przeciwnej do pyska znajduję się dupka z mniejszym lub większym ogonem. Nawet u border collie.

Ale! Ów ogon był owłosiony tylko jakieś 10 cm od końca. A od tego punktu po kark border collie świecił różowo białą skórą w ciemnoszare łaty. Znaczy się – ogolony był na łyso, na mnicha.

Młodociany ma chyba w tyle kasku jakiś czujnik na moje zdziwienia, więc się obrócił, zainteresowany, co też takiego zobaczyłam. Widok długowłosego z założenia psa opitolonego na zapałkę nie wzruszył go specjalnie, i dalej rozglądał się, co to takiego mogło mnie zdziwić. Wytłumaczyłam.

- To przecież normalne- orzekł. – Psy się zawsze goli na lato. Po co mają się pocić i męczyć? W tych futrach to im jest naprawdę niekomfortowo.

-Psy się nie pocą. Nie mają na skórze gruczołów potowych. Mają tylko na łapach. A chłodzą się zianiem i wywalaniem ozora.

- No to tym bardziej należy je golić. U was się tego nie praktykuje? Mój tata był z naszym Kobe u fryzjera niedawno, bo biedak się strasznie męczył i nie chciał wychodzić z domu.

 

Zamknęłam się. Przypomniała mi się babcia Helenka, traktująca Amcię – polskiego owczarka nizinnego – nozyczkami, w wyniku czego kudłata zazwyczaj Amcia przypominała – od strony łba mocno poirytowanego nietoperza, a dalej lwa po konkretnej szarpaninie (babci się czasem nozyce omskły…). Ale czy ktoś z was widział np owczarka niemieckiego podstrzyganego na lato? Albo Lassie/owcarka szkockiego???

Dlaczego koty nie lubią myszy? – o chińskim kalendarzu słów kilka

Chińska cywilizacja rozwijała się w trybie ciągłym ( z drobnymi przerwami na drobiazgi w rodzaju kosmetycznych zmian dynastii, rewolucji  buntów i bycia podbijanymi) przez ładnych kilka tysięcy lat. Może Egipcjanie i Aztekowie są starszymi ludami – ale to skośnookie ludziki z Państwa Środka przetrwali w miarę nienaruszenie wojny, pokoje i inne epokowe wydarzenia. A Egipcjanie starożytni w piramidach się przewracają, patrząc na upadek swoich zarabizowanych potomków…

Mieli więc czas na wynalezienie bardzo skomplikowanego systemu fonicznego (solidnie przeze mnie wyklinanego na zajęciach z wymowy), wcale nie łatwiejszego systemu zapisu oraz przyprawiającego o depresję i załamkę  zbioru zasad savoir-vivre, kilku systemów filozoficznych, spójnego holistycznego podejścia do medycyny, która leczy – dietą, masażem wybranych punktów i kłuciem innych strategicznych miejsc. Oraz oczywiście na skomplikowanie sobie życia na maksa.

Jakiego kalendarza używają Chińczycy? Ano, używają dwóch, a na Tajwanie nawet trzech. Jak szaleć to szaleć.

Obowiązuje kalendarz zachodni – tylko z inną niż w Polsce i Europie kolejnością zapisu – rok/miesiąc/dzień – i tak wszędzie, u lekarza, na dokumentach wszelakich i w ogłoszeniach parafialnych też… Jest super? Da się ogarnąć. I tylko na początku dziwisz się, że w październiku trąbią o zapisach na egzamin odbywających się do 11/3… Ale szybko przyswajasz, 11/20 odbywa się ten egzamin, czyli chodzi o listopad… Okejla! Czasem mylą mi się daty w rodzaju 4/5 i 6/4, ale – da się to jakoś oswoić i żyć z datownikiem na odwyrtkę.

Ale, żeby nie było za bardzo z górki…

Tajwańczycy częściej niż normalnej (tzn takiej, do której my jesteśmy przyzwyczajeni) numeracji lat, czyli 2013 stosują tzw. rok republiki (obecnie mamy 102 rok republiki). I dlatego, gdy patrzyłam w dokumenty Młodocianemu pierwszy raz, ujrzałam tam stojące jak wół w polu „data urodzenia” -81/2/26. Zdziwiłam się setnie, czemu taki stary byk studiuje dziennie zamiast pracować, a po chwili zrozumiałam bezmiar swej durnoty… „Stary byk” liczył sobie lat 20,  obecnie 21, a wedle chińskiego kalendarza 22 – bo tradycyjnie wiek liczy się nie od momentu urodzin a od szacowanego dnia poczęcia). Małą niedogodnością dla mnie jest system zapisu dat ważności – no bo jedz tu spokojnie jogurcik (za ciężką kasę kupiony), gdy na wieczku wołami wybita data przydatności do spożycia woła – „Eat before 02/06/25″ …

Rok Smoka/Węża/Psa/ Szczura itp – jest stosowany jak najbardziej, miasta są dekorowane stosownie do nadciągającego patrona, w domach wywiesza się kaligrafie i naklejki z rysunkami odpowiednich zwierzątek, mające pilnować dobytku i mieszkańców. Przykłady takowych zeszłorocznych, smoczych dekoracji na zdjęciach.

Jednakże 12letni cykl zwierzęcy i 60 letni cykl zwierzęco – żywiołowy (5 żywiołów feng shui, czyli woda, ogień, drewno, ziemia i metal również mają wpływ na losy jednostki) jest obecnie stosowany bardziej do celów astrologicznych i wróżbiarskich niż kronikarskich. Oczywiście – że pada (i to często) pytanie „z jakiego roku jesteś/jakim jesteś zwierzęciem” – będące zawoalowaną inwigilacją w celu ustalenia wieku interlokutora. Nasz – zachodni horoskop jest znany tutaj, ale nie tak popularny. W ocenie doboru par też stosuje się raczej zharmonizowanie roczne niż miesięczne, w głębokim poważaniu mając czy to Lew, Wodnik, czy Panna, ważniejsze – że spod znaku Owcy, Krowy, Świni. 

Miesiące są absolutnie nieromantycznie ponumerowane – i tyle. Japończycy mieli kiedyś dawno, w odległej przeszłości bardziej poetyckie nazwy, które zachowały się w tradycji literackiej:

Tradycyjne nazwy miesięcy (wymowa i dosłowne znaczenie) – za źródłem wiedzy wszelakiej czyli wikipedią, ale sprawdziłam u znajomego Japończyka i wiki prawdę rzecze:

  • styczeń – 睦月 (mutsuki, miesiąc uczucia)
  • luty – 如月 lub 衣更着 (kisaragi lub kinusaragi, zmiana ubrań)
  • marzec – 弥生 (yayoi, nowe życie; początek wiosny)
  • kwiecień – 卯月 (uzuki, miesiąc zająca)
  • maj – 皐月 lub 早月 lub 五月(satsuki, szybki miesiąc)
  • czerwiec – 水無月 (minatsuki lub minazuki, miesiąc wody — znak 無 to ateji)
  • lipiec – 文月 (fumizuki, miesiąc książki)
  • sierpień – 葉月 (hazuki, miesiąc liści)
  • wrzesień – 長月 (nagatsuki, długi miesiąc)
  • październik – 神無月 (kan’nazuki lub kaminazuki, miesiąc bez bogów), 神有月 lub 神在月; (kamiarizuki, miesiąc z bogami – tylko w prefekturze Shimane, ponieważ w tym właśnie miesiącu wszyscy bogowie mieli się spotykać w Izumo Taisha w prefekturze Shimane)
  • listopad – 霜月 (shimotsuki, miesiąc szronu)
  • grudzień – 師走 (shiwasu, bieg mnicha; w tym miesiącu mnisi są bardzo zajęci odprawianiem modłów związanych z końcem roku i błogosławieństwami)

Chińczycy o czymś takim nie słyszeli. Znajoma Tajwanka, świetnie mówiąca po polsku – po wysłuchaniu wykładu o etymologii polskich miesięcy i dni tygodnia zrobiła oczy jak pięciozłotówki i rzekła tylko – ale fajnie. Bo u nich tak łopatologicznie, pierwszy miesiąc dziesiąty dzień, dwunasty miesiąc trzydziesty dzień. Pfffy.

Ale – żeby nie było tak prościutko – to na kalendarz gregoriański nakłada się tradycyjny kalendarz księżycowy, obecnie stosowany głównie dla świąt i wydarzeń religijnych – przewidujący stałe daty związane z fazami księżyca, za to wypadające jak się im zachce w kalendarzu. W Polsce w ten sposób mamy organizowaną tylko Wielkanoc (pierwsza niedziela po pełni po równonocy wiosennej) i Boże Ciało – 40 dni później. Tutaj cyrk zaczyna się już od Nowego Roku, co rok wypadającego w innym dniu, w styczniu lub lutym. Potem – święto latarni, dzień zamiatania grobów, miesiąc duchów - wszystko wedle kalendarza religijnego. Aby się w tym połapać – w plannerach (taki kieszonkowy kapowniczek to tu obowiązkowy gadżet, pozwalający super zajętym Azjatom ogarniać rzeczywistość i czaso-przestrzeń) w jednym rogu jest data księżycowa  a w drugim słoneczna. Bo o tym, że co pełnię i 14 dni później odbywa się naparzanie fajerwerkami oraz papierowych pieniędzy dla bogów – chyba już wspominałam? A jak nie, to wspominam – w południe wystawia się przed dom stoliczek, na stoliczku – nakryj się, ofiary dla bogów przynoszące szczęście i pieniądze, czyli – jedzenie, owoce, zupki instant, a w pobliskim Macu to nawet burgery i szejki oraz kolę, do tego kadzidło plus coś w rodzaju koksownika (wielkości od wiaderka po całkiem spory bojler 3 m wysoki) z raźno buzującym płomieniem, do którego dbający o rozwój fortuny tajwańscy przedsiębiorcy wrzucają żółte banknoty ze złotym brzeżkiem.

Jak sobie poradzić z kalendarzem księżycowym? Zignorować, albo nie przejmować się nim za bardzo, w końcu dotyczy on życia religijnego, w którym nie mamy obowiązku uczestniczyć. Oczywiście, aby nie wyjść na totalnego głąba – wypada mieć świadomość istnienia takiego dualizmu, ale zazwyczaj nadchodzące religijne święta są tak wałkowane i anonsowane wszędzie dookoła, że ślepy zauważy, więc wysilać się nie trzeba.

A na koniec – historyjka z mojej pierwszej samodzielnie przeczytanej i przetłumaczonej z chińskiego na polski książeczki dla dzieci – czyli „Dlaczego chiński zodiak wygląda tak a nie inaczej, oraz – dlaczego koty nie lubią myszy?”.

Dawno, dawno temu, przed wiekami – na świecie panował Chaos, także chronologiczny. Ludzie odróżniali dzień od nocy, lato od zimy – ale jak je uporządkować, jak zapamiętać, oprócz tego, że to dawno temu? Wielki Cesarz Niebios Shi Huangdi postanowił pomóc swoim podopiecznym – i ogłosił konkurs na obsadzenie planowanego cyklu zodiaku przez zwierzęta. Wici rozeszły się po całym Państwie Środka, trafiając pod każdą strzechę i każdy krzaczek oraz kamyk.

Także dwójka dobrych przyjaciół, Kot i Mysz postanowili wspólnie wziąć udział w wielkim wyścigu przed bosko – cesarskie oblicze. Znani byli bowiem z tego, że gdzie on, tam i ona, nierozłączni… Dzielili się każdym okruszkiem, wzajemnie chronili i wspierali, wspólnie rozwiązywali każdy problem – bo razem lepiej i łatwiej i raźniej. Śpioch – Kot zawsze mógł liczyć na pobudkę przez czujną przyjaciółkę, ona z kolei na jego zwinność, spryt i ostre pazury.

Lecz w noc poprzedzającą start, Mysz opanowały wątpliwości… Zwierząt tak wiele, czy ona, taka mała, szara – ma szansę dopchać się do cesarskich stóp i zostać zauważona w tym tłumie, nawet z Kotem w duecie? Zresztą, Kot to konkurencja do nieśmiertelności w zodiakalnym gronie…  Po tak owocnych rozważaniach, o brzasku – gdy rozpoczął się wyścig, Mysz- cichutko jak spod miotły- wymknęła się z bezpiecznych objęć Kota, nie budząc nikogo i popędziła ile sił w krótkich łapkach. Gdy  srodze zmęczona przycupnęła na miedzy i zastanawiała się co dalej począć i jak uniknąć gniewu Kota, który zapewne już obudził sięi ruszył w pościg, tuż obok przystanęła Krowa, rozglądając się po okolicy i szukając drogi. Mysz szybko przekonała prostoduszną i naiwną Krowę do współpracy, reklamując się znajomością lokalnej topografii oraz bystrym oczkiem, przydatnym w wykrywaniu niebezpieczeństw, na przykład drapieżników. Faktycznie, gdy tylko mały gryzoń przejął dowodzenie, Krowa mogła całą energię włożyć w przebieranie racicami – i dystans do tronu Huang Di zmniejszył się wyraźnie. Nie przeszkodziła im nawet szeroko rozlana, porywista rzeka, Krowy bowiem potrafią brodzić i pływać. A Mysz? Mysz schowała się wewnątrz krowiego ucha i zachęcała towarzyszkę do walki z wartkim nurtem.

Gdy słaniająca się ze zmęczenia Krowa stanęła przed Cesarzem, a ten podnosił rękę aby ją uhonorować – Mysz szybko zeskoczyła z rogatego łba i oświadczyła – ze przecież to ona wygrała, bo krowia glowa i jej łapki wcześniej przekroczyły linię mety niż racice Krowy… Huangdi chcąc nie chcąc, musiał przyznać jej rację – i dlatego chiński cykl zodiakalny otwiera Mysz, potem znajduje się Krowa (albo- Bawół). Jako trzeci dopadł do stóp cesarskiego tronu zdyszany Tygrys, który cały czas biegł za Krowio- Mysim tandemem, licząc nie tylko na wygraną – ale i przekąskę, co znacznie podniosło rączość kandydatki do schrupania. Tygrys -jako kot, z wodą radził sobie słabiej niż przyzwyczajona do brodzenia Krowa, stąd jego spóźnienie.

Potem zameldował się Królik – rzekę przeskoczył po kamieniach, a potem znalazł opuszczoną łódkę i tak dotarł na drugi brzeg. Po nim objawił się Smok. Zdziwiło to Cesarza – dlaczego Smok, który potrafi przecież i latać, i i pływać, nie wygrał? Smok wyjaśnił, że najpierw musiał zadbać pobliskie miasto i jego zagrożonych powodzią mieszkańców (bo chińskie smoki to stworzenia przyjacielskie i opiekuńcze), a potem zobaczył dryfującego w przeciekającej łódce Królika, którego dopchał do brzegu, żeby się biedak nie utopił, dlatego wyścig zakończył jako piąty.

Gdy Cesarz skończył chwalić smoka, zza zakrętu wypadł cwałujący na złamanie karku Koń z rozwianą grzywą. Tuż przed metą od jego nóg oderwał się Wąż, do tej pory mocno owinięty wokół prawej pęciny. Nagłe pojawienie się niebezpiecznego gada i jego przeraźliwe syczenie spłoszyło Konia, który cofnął się i zastygł przerażony. Sprytny Wąż wykorzystał to, i momentalnie wśliznął się na szóste miejsce, siódme pozostawiając obrażonemu wierzchowcowi. Wkrótce pojawiły się kolejne zwierzęta – Małpa, Owca i Kogut, które we trójkę zgodnie skorzystały z porzuconej przez Królika łódki i bez sprzeciwów zajęły wskazane przez Cesarza pozycje. Kolejny objawił się Pies, przepraszając za spóźnienie, ale woda była taka czysta, a on taki zakurzony po biegu polną drogą, że musiał się wykąpać dokładnie, aby nie przeżyć hańby objawienia się najważniejszemu dostojnikowi świata  w nieświeżym i wybrudzonym futrze.

Potem nie pojawił się już nikt, choć Huang Di i zwierzęta czekały cierpliwie aż do zachodu słońca. Gdy Żółty Cesarz miał zamiar zamiar odpuścić obsadzenie dwunastego stanowiska i zadowolić się jedenastoznakowym zodiakiem, najpierw usłyszał wściekłe prychanie Kota, a potem przeraźliwy kwik małej, tłustej świnki  która przebierając krótkimi nóżkami pędziła co sił w stronę mety. Jak się okazało, przez rzekę przeprawiła się trzymając końskiego ogona, i byłaby wcześniej – ale po co się spieszyć, gdy przy brzegu znalazło się tyle pysznego jedzenia, wyrzuconego przez wezbraną rzekę? Świnka zatem pojadła, popiła, pospała – i obudziło ją dopiero marudzenie kota, który nie mógł się przemóc do wskoczenia w mokrą wodę…

Zatem zarządził Żółty Cesarz – każdy cykl rozpoczynać będzie pazerna Mysz, a kończyć leniwa sybarytka Świnia. A Kot? Kot nie wybaczył swojej byłej przyjaciółce zdrady i tego, ze przez nią nie miał szans dostać się do zodiakalnego kręgu. Dlatego – gdy tylko zamajaczy się gdzieś w kącie szare futerko, od razu rozpoczyna polowanie…

Gdyby komuś spodobały się te okrągłe mangowe rysuneczki – informuję: można je zakupić w postaci kapsli?broszek?przypinek? w internetowym sklepie YATTA.PL. Mają też zodiak europejski, i ceny niewygórowane również mają. Kasy od nich za reklamę nie biorę – ale mnie urzekły, takie kawaii słodziaszne.

Tajwańskie pupilki

- Ty, te psy to tak naprawdę??? – zapytała Agga zszokowana widokiem spasionego labradora wiezionego na spacer.

- No, a jak? na niby? Wkleiłam w Fotoszopie?

- Nie no, może one mają w zadzie jakiś magnes, albo kawał żelaza, że tak siedzą, bo mój by nie usiedział…

To niezaprzeczalny fakt. Bronisław to ADHD w opakowaniu teriera. Chociaż moje prywatne zdanie jest takie, że jakby od szczeniaka był tresowany metodami mojego taty, to by stał na baczność, tańczył, śpiewał  recytował…, a  nie ganiał po całym samochodzie.. Ale – mój tata jest postacią w rodzinie legendarną, której pojawieniem nakłaniano pociechy do wtranżalania kaszki czy sprzątania pokoju „bo przyjdzie wujek Janusz, to zobaczysz…”.Tak na marginesie, zwracam uwagę na dwa zjawiska… Pierwsze z nich to butki stosowane do  jazdy na skuterze – a są to klapki i szpilki, i czasem zdarza się , że na skrzyżowaniu można pół sklepu zaopatrzyć w pojedyncze sztuki obuwia, co komuś spadło… Nie wiadomo im o niestosowności i niedogodności prowadzenia wszelakich pojazdów w obuwiu na wysokim obcasie lub łatwym do ześlizgnięcia, czy jak? Kwestia druga – kluczyki tkwiące w stacyjkach… Niejednokrotnie przez kilka godzin. Na Tajwanie złodziei jest mało, ludzie raczej nie kradną, więc nic dziwnego, że mało kto zaprząta sobie głowę zabraniem kluczyków, gdy opuszcza skuterek „na chwilę”…

Był to jeden z wielu szokujących widoków na początku mojej tajwańskiej odysei – idę sobie chodnikiem, mija mnie wolno jadący skuter, do kierownicy przytroczona smycz, na końcu smyczy spasiony labrador/pudel/kundel zasuwa raźnym truchcikiem, pan pali papierosa… Po osiągnięciu końca chodnika i rzucenia kiepem do kanału – pies wskakuje panu pod nogi, rozsiada się, wywiesza jęzor – i jadą do domu. Bowiem na Tajwanie psów się nie wyprowadza  Przysłowioe lenistwo Tajwańczyków doprowadziło to powstania nowego zwyczaju – skuterowania czworonoga. I wielkie zdziwienie budzi=ą moje oczyska wybałuszone już nie jak 5 złotych,, ale jak piłeczki pingpongowe… No bo jak to, u was się psy WY-PRO-WA-DZA? tak… spacerem? Albo nawet jedzie za miasto, żeby sobie pobiegały? Eeech, bujdy prawisz kobieto :D

Drugą tradycją jest oblekanie włochatego kadłuba. W grę wchodzą nie tylko stroje ( i to nie przaśne sweterki/płaszczyki, które co wrażliwsi właściciele wychuchanych czworonogów dziergają na drutach lub kupują w zoologicznym) – ale i butki, smyczki oraz prawdziwe kreacje z falbankami i cekinami, a nawet przebrania. Znów… Ja byłam od zawsze zdania, że to katowanie psa, i po to ma futro, żeby mu zimno nie było, a jak marznie, to pobiega i mu od razu zrobi się cieplej. A wciskanie jakiegokolwiek zwierzaka w ludzkie ciuchy (podobnie jak karmienie go ludzkim obiadem) – to robienie mu krzywdy i świadectwo co najmniej zdziwaczenia. Rzecz jasna, poza uzasadnionymi przypadkami np psów pracujących odzianych w odblaskowe kamizelki, ewentualnie odzież ochronną i butki. Nieco później obrodziło w mediach zdjęciami szczurowatych wynalazków typu york i cziłała, wyglądającymi z torebek i „czekoladą dla psów”, psimi truflami, lakierami do pazurów… Ostatnią osobą, która moje europejskie myślenie sprowadziła do parteru, był Młodociany, który zaprezentował mi live swojego Formosa Mountain Dog odzianego w gustowny T-shirt z Mario Bros…

I faktycznie – pies zdawał się być zadowolonym wyjątkowo ze swojego ubranka. Na nightmarketach (co to za wynalazek, szerzej napiszę w przyszłości,a  skrótowo – to taki bazar ze wszystkim, głownie średnio potrzebnym wszelakim badziewiem oraz jedzeniem i rozrywkami, otwierający swe podwoje po zmroku) równie popularne jak kramy z ubraniami/biżuterią/pierdółkami do włosów/majciochami/innymi, są te z psimi/kocimi stroikami, często-gęsto obsadzone zresztą psem właściciela…

Króluje rozmiar pokurczastego pudla – yorka-maltańczyka- meksykańskiej rasy chihuahua, ponieważ takie właśnie kieszonkowe szczekacze cieszą się największą popularnością, także z uwagi na niewielkie gabaryty tajwańskich mieszkań oraz wstręt Tajwańczyków do aktywnej pracy z większymi czworonogami. Co ciekawe – popularny u nas wilczur, czyli owczarek niemiecki – jest tu kojarzony z wyznacznikiem luksusu i wysokiej pozycji społecznej. Popularne są labradory, a także jamniki, na które Młodociany reaguje radosnym piskiem – patrz Majia, idzie palówka kiełbasa :D (postępy w nauce języka polskiego w dziedzinie przekąsek/obiadów/posiłków/deserów robi znaczące… jeżeli pojedzie do Polski, głodował nie będzie…, ale RRRRRR mu za nic nie wychodzi, mówi dllllll i tyle).

Mój sąsiad ma regularnego husky…

Na zdjęciach wyraźnie widać, że Tajwan nie bez kozery dzierży palmę pierwszeństwa w dziedzinie produkcji psich ubranek… Zaiste- każdy, nawet najbardziej pokręcony i wymagający koneser znajdzie sposób, ażeby emanację swej osobowości zamanifestować na psim grzbiecie…

Nie powinno więc nikogo dziwić kuriozum w rodzaju farbowania psiej grzywki jako reklamy usług fryzjerskich…

Dodam, że widziałam tez mopsa czy innego maltańczyka usadzonego na podusi w salonie manikiuru i kosmetyki, robiącego za żywą reklamę i przyciagacza uwagi. Na moją uwagę, że nie pozwoliłabym sobie na to, żeby pryszcze wyciskała mi jakaś pańcia głaskająca swojego zapchleńca, Młodociany chwilę pomyślał  przyznał mi rację w kwestii higienicznej, po czym wyjaśnił, że zarówno właścicielka  jak i pracownice oraz klientki uważają jednakowoż, iż ów piesek jest „cute” czyli słodziaszny, i wcale się nie męczy na tym kontuarze, w oparze woni toaletowo-kosmetycznych.

No dobra. Każdemu  komu by się zdawało, że Tajwan to prawdziwa oaza psiej szczęśliwości, gdzie każdy piesek ma swoje ubranko, wybajerzony kojec, milion zabawek i przysmaczków z pańskiego stołu – przypomnę. Po pierwsze – po Kaohsiungu biega cała masa nierasowych kundli, które ktoś wyrzucił i tak sobie żyją, żywiąc się odpadkami i śpiąc na ulicach. Zresztą, do spania układają się bardzo sprytnie – niejednokrotnie tworząc figury geometryczne, okupując przestrzeń pod samochodami (cień i szczątki oparu klimatyzacyjnego), czasem tylko wpadają pod auta…

A rozmiar tego zjawiska jest regulowany polowaniami na psie mięsko. Niedawno w wiadomościach było o odkryciu policji w hrabstwie Yulin, gdzie jeden z obywateli prowadził przez kilka-kilkanaście lat knajpę z pulpetami z domieszką Burka i Azorka…, jako metodę utylizacji resztek z bardzo dochodowego procederu produkcji wywaru na psich siusiakach, sprzyjających zachowaniu płodności i podniesieniu możliwości seksualnych. Przy czym Młodociany, który mi tego njusa pokazał, kazał zaznaczyć, że amatorzy psiny są mniejszością spotykającą się z dezaprobatą społeczną, i że niejednokrotnie są to osoby – stare, ubogie i emigranci z gorzej rozwiniętych krajów.

No dobra. Powiązane notki – w tym także z treściami uznanymi za drastyczne i kontrowersyjne (w tym o jadłospisie chińsko-wietnamisko-koreańskim, opartym na psinie w pięciu smakach) oraz mniej drastycznymi, aczkolwiek wartymi uwagi:

1. Japoński symbol wierności – opowieść o Hachiko >>KLIK<<

2. O tajwańskich psach. O rasie Formosa Mountain Dog oraz o chińsko-wietnamskich kluskach z psinką na okrasę. >>KLIK<<  Tu można znaleźć treści drastyczne, obrzydliwe, niekaceptowane społecznie itp

3. Jeszcze o psach, tym razem z moim kolegą w roli głównej. >>KLIK<<  Kolega jest buddystą, a o jego wyczynach ze zwierzętami poczytać będzie można niebawem

Na psa urok I !!! Pies z talerza, pies spod auta, pies rasowy (Formosa Mountain Dog)

Zdjęć psów kulinarnych nie będzie. Zainteresowanych odsyłam do zasobów wujka gugla.

Pies z talerza…

Tak, tak, decydując się na wyjazd do Azji należy się liczyć możliwością, że miejscowi w ramach uhonorowania/wkręcenia/zaoszczędzenia cennego mięska bydlęcego przemycą ci na talerzu psinę.

Azjaci bowiem jedzą psy. Którzy Azjaci – ciężko wyczuć, oficjalnie bowiem nikt się do tego nie przyzna, zwłaszcza pytającemu wprost białasowi. Chińczyk z Szanghaju powie, że to na pewno Koreańczycy, Koreańczyk z Kraju Kwitnącej Robótki Ręcznej zaprzeczy z oburzeniem i paluchem pokaże na mapie że to może Korea Północna (bo z nimi nigdy nic nie wiadomo, ale psów to raczej już nie jedzą) albo Wietnam, Wietnamczyk zdegustowany zasyczy że może Japończycy i Tajwańczycy, bo oni pomiędzy Hanoi a HoShiMinh to mają świnie i krowy do jedzenia w swoim kraju socjalistycznego dobrobytu. Tajwańczyk palnie kazanie, że ich hotdog to jest ryżowo-wegetariański i nieładnie się nabijać z serwowanych przysmaków, bo Tajwan kraj cywilizowany i psów się tu NIE-JA-DA!!!

Jakby się nie wykręcali, z niczego się taka szemrana propaganda nie wzięła. Na takim Tajwanie w 2001 roku ustawowo zabroniono spożywania psiego mięsa (popularnego przysmaku Aborygenów/tradycyjnych Chińczyków/starszego pokolenia) - http://wiadomosci.wp.pl/kat,1347,title,Tajwan-bez-psa-i-kota-na-talerzu,wid,94502,wiadomosc.html?ticaid=1f88b , w Chinach kontynentalnych nie ma jednolitego zakazu obowiązującego na całym terytorium, a psie mięso osiąga wysokie ceny ze względu na posiadane ponoć właściwości leczniczo- wzmacniające, zwłaszcza w dziedzinie libido oraz wytrzymałości ogólnej.  Z tego co wyczytałam, psy jadalne są traktowane jako odmienny gatunek niż te użytkowe/domowe. Wiem, że widok najlepszego przyjaciela człowieka przerabianego na kotlet może być nam niemiły – ale z drugiej strony, my jemy króliki (Ye laoshi i parę innych osób – oczy w słup, wielkie jak 5 zł i nieme pytanie – ale jak to??? bo tu króliki są zwierzątkiem domowym, tzw „pet”, podobnie jak nasze klatkowo akwariowe świnki morskie – jednocześnie peruwiańskim przysmakiem). Jak na razie psiną nikt mnie nie częstował. Ale poczęstowana nie odmówię, od razu uprzedzam. I proszę mnie za to nie sekować.

 Pies spod auta…

Bynajmniej nie jest rozjechany na placek… Tutaj, podobnie jak w Polsce lat temu 20-30-40 psy biegają luzem. Część z nich jest bezpańska, część posiada właścicieli, ale korzysta z wolności nie dawanej tajwańskim dzieciom.

Będzie dygresja:

Wczoraj zademonstrowałam podstawowe figury drążkowo trzepakowe – bo znalazłam jakiś trzepak, na którym przysiedlismy wracając ze spaceru/wycieczki do parku (10m x30, jedna alejka, 4 ławki, parę rachitycznych drzewek plus kilka figowców ledwo dających radę w spalinach z rzadka rozcieńczonych tlenem, plus dziki tłum zażywający zdrowego ruchu wśród zieleni…). Ja przycupnełam na lajcie, na środku belki, a złażąc wykonałam zwykły przewrót, na co moi Azjaci mało palpitacji serca nie dostali. padło pytanie – Skąd ja to umiem? Opowiedziałam więc w trzech zdaniach o miejskim dzieciństwie na trzepaku i wakacyjnym odgniataniu dupki na drabinkach oraz ogólnym szukaniu guza i obijaniu się totalnym, z braku lepszych rozrywek. Oczy znajomych zrobiły się jakby większe i maślane. W końcu Max wyartykułował tok myślenia całego stadka – on szczerze mi zazdrości, bo ze swojego dzieciństwa pamięta głównie bǔxíbān 補習班 , taką szkoło-świetlicę z intensywnym programem naukowym, a wakacje kiedy nie ma szkoły to przecież świetna okazja do nauczenia się czegoś nowego, żeby nie mieć tyłów w nowej klasie… Chciałam opowiedzieć o różnych durnych zabawach, ale taktownie zamilkłam. Biedni mali, pracowici Azjaci, od pieluch uczeni etosu Pstrowskiego przodownika pracy.

Więc dzieciaki zakuwają angielskie słówka i podstawy matematyki oraz gry na cytrze, rodzice pracują, a psy biegają luzem. A że na Tajwanie gorąco i powszechnie wiadomo, że słońce powoduje niekorzystne zmiany skórne, więc zarówno psy jak i ludzie uciekają z pola rażenia. Ludzie chowają się pod parasolkami i innymi wynalazkami, a psy polegują pod autami, leniwie i z widocznym zdegustowaniem opuszczając plamę cienia i klimatyzowanego chłodku z drugiej ręki dopiero po zapaleniu silnika przez kierowcę.

Tutaj widać tylko dwa, ale bywa i 5 upchanych pod szczególnie schłodzonym autkiem…

Co ciekawe, nikt ich nie łapie, hycli nie zarejestrowałam, więc z tym większym zdziwieniem przeczytałam, że na Tajwanie jest jakieś schronisko dla psów, gdzie jakiś fotograf robi pamiątkowe zdjęcia pieskom przez uspaniem ich, dla upamiętnienia ich istnienia i refleksji ogółu.

http://www.swiatobrazu.pl/psy-skazane-na-uspienie-na-zdjeciach-tajwanskiego-fotografa-26922.html

Pies rasowy

Tajwan ma swoją własną rasę psów- Formosa Mountain Dog, albo 土狗. Jest to wyglądająca kundlowato, chuda, wielkoucha, skośnooka mieszanka w różnych kolorach, od beżu przez pręgowane brązowe po czekoladę i czerń. Badacze wśród przodków wymieniają – holenderskie owczarki, chińsko-mongolskie chow chow, japonskie akity oraz inne, niezidentyfikowane. Tugou/formosan ma fioletowy język, a miejscowi nie do końca zdają sobie sprawę z faktu że to lekki ewenement…

Poniżej na fotkach Kobe, piesek mojego kolegi Maxa.

Formosan jest opisywany jako pies towarzyski,jako pies stróżujący bywa nieco nieufny w stosunku do obcych – ale gdy już się przekona do nowego znajomego, zostaje przyjacielem na całe życie. Jest niezwykle lojalny i co ciekawe -naprawdę przyjacielski, obdarzony olbrzymią cieprliwością. Jako rasowy Azjata nie ma nic przeciwko hałasowi i tłokowi – może spokojnie polegiwać na chodniku tuż przy ruchliwej ulicy i przystanku, z milionem pieszych przełażących mu nad głową. Jest to właściwie piesek uniwersalny – może być stróżem, psem pracującym czy po prostu towarzyszącym.

Pomimo, że to rasa endemiczna, jest na Tajwanie naprawdę rzadka. Spotyka się trochę krzyżówek, beztrosko pelentających się po ulicach, ale osobników „czystej krwi” nie ma zbyt wiele. Tajwańczycy kochają importowane brązowe pudle (nader paskudne), yorki, torebkowe chihuahua poubierane w cudaczne ubranka oraz z większych odmian – labradory i goldeny. Aczkolwiek po drugiej stronie ulicy mieszka też husky (przypominam, tu w lecie jest 40C!!!), oraz paskudnie spasiony budog, z pyskiem równie wrednym jak charakter jego właściciela.

Jeszcze jeden raz – Kobe. Nie mogę się powstrzymać, tak mi się spodobał :D