Tajemnice uroczej pieczarki – czyli wyniki psiego konkursu

Reakcja na widok zdjęcia „pieczarkowego” psiuńcia była jedna jedyna dozwolona:

Najpierw:

- Oooooo jaki słodki!

A potem, gdy cukier nieco opadł i percepcja się polepszała, szczegóły zaczynały być widoczne:

- Matko, gdzie ten pies ma uszy????? Czytaj dalej

Pieskie letnie tajwańskie życie… – czyli o psach, kosmitach i brzytwach, i o konkursie!

Już kiedyś pokazywałam wam tajwańskiego husky w wersji letniej. I kota prawie perskiego, śnieżnobiałego, na skwar kanikuły do skóry gołej opitolonego.

Mnie już przestały zadziwiać takie przypadki, ale…

Pewnego dnia zaczęły pojawiać się one nie pojedynczo w stosownych odstępach czasu pozwalających przetrzeć patrzałki i pokiwać głową w zadumie - ech, kumie, co te Tajwańce nie wymyślą znów. O nie. Zwierzyna przystrzyżona „na fantę” (starsi będą pamiętali tą reklamę), albo inną fantazję trzęsących się rąk podekscytowanego balwierza zaczęła mnie wręcz prześladować. Czytaj dalej

Noworoczne stylizacje tajwańskie

Chiński Nowy Rok, albo Nowy Rok Księżycowy – to dla każdego Chińczyka wielka sprawa.
Trzeba wysprzątać dom w każdym zakamarku, żeby Kuchenny Bóg nie doniósł gdzie trzeba, że pod łóżkiem pani Zhang koty sypialniane aż mruczą, pan Cheng za szafą trzyma gazety z golizną, a panna Chen w łazience hoduje kultury żywych bakterii i penicylinę oraz impregnje ściany kuchenne centymetrową warstwą oleju ze smażonych przez rok potraw. Czytaj dalej

Pieskie życie na Tajwanie II – bo pies też człowiek

Pokazywałam Wam już psy:

Pieskie życie na Tajwanie, czyli Polska to jest raj dla psów!

Niniejszy wpis dedykuję wszystkim właścicielom psów, którzy uważają, że ich czworonogi mają w Polsce źle, są dyskryminowani i prześladowani przez wredną Straż Leśną (za puszczanie psa luzem w lesie) oraz Straż Miejską (sprzątanie kup, chodzenie na smyczy i w kagańcu) jak i rolników (opeer za tratowanie zaoranych/obsianych pól) oraz sąsiadów, którzy czepiają się ogólnie.

 
Już parokrotnie poruszałam kwestię nieco odmiennego podejścia do zwierzaków, niż to, jakie znamy z Europy-Polski-tak zwanego „Zachodu”. Na przykład tu: Czytaj dalej

Psia golonka wieczorową porą w upale

W Kaohsiung panują upały sub-tropikalne. Raz, że położenie za Zwrotnikiem Raka w stronę równika, dwa – fenomenalna słoneczna pogoda jaka z drobnymi epizodami chmurno-burzowo-deszczowymi panuje tu niepodzielnie od  2?3? miesięcy, trzy – betonowa dżungla Kaohsiunga nagrzewa się szybko i skutecznie absorbuje ciepło, podnosząc lokalną termikę o jakieś 5C w stosunku do reszty.

Jak sobie radzi z takim wyzwaniem klimatycznym Gongzhu Majia? Ano, jako rasowa księżniczka, ma przestronny pałac z szerokimi werandami, z wielkim ogrodem, chodnikami zraszanymi źródlaną wodą z dalekich lodowców, zacienioną lektykę oraz zastęp Murzynów z wielkimi wachlarzami… Nie ta bajka?  No cóż – radzę sobie zwyczajnie…

Po pierwsze – lekki ubiór bawełniany w jasnych kolorach, do tego koniecznie narzutka z równie cieniutkiej białej bawełny z długim rękawem… Pomimo tego, że nie eksponuje barków i ramion, są one naprawdę opalone w sposób nieosiągalny w Polsce. Do tego mam odbite na stopach ewidentne oznaki chodzenia w japonkach i sandałkach – czyli białe paski :D

Po drugie – krem z filtrem, mogę spokojnie zarekomendować polskie Lirene Kids 50+, bo po mamusi mam jasną, średnio podatną na opalanie skórę, która na zbyt duże ilości słońca reaguje poparzeniami i paskudną wysypką. Tutejsze kremy SPF, oprócz tego, że wyjątkowo drogie (minimum połowę droższe niż w Polsce), to dodatkowo są niepomiernie badziewne. Konsystencję mają wodnistą, spływają z potem i wcale nie chronią przed  słońcem (co objawia się pieczeniem wystawionych na palące promienie części ciała. Jeżeli kiedykolwiek firma Dr Eris będzie chciała wejść na tutejszy rynek – ma sporą szansę zrobić furorę tym mleczkiem, moje tajwańskie  koleżanki podbierają ode mnie po kropelce, po kropelce  i są bardzo zadowolone.

Po trzecie -wiatrak i klimatyzator. Wiatrak chodzi na nonstopie, wczoraj po wejściu do mego tostera poddałam się i załączyłam szatański wynalazek. Pilot pokazał, że w pokoju jest 38 C. Niestety, machina chłodząco – uzależniająca (oj…. ten komfort chłodnych 30C… Ach!) konsumuje prąd 220V (na Tajwanie używa się raczej  tego 110V) , i żre go jak na diabelskie ustrojstwo przystało, więc lepiej ograniczyć działanie powyższego…

Po czwarte – pudry i zasypki oraz kremy z mentolem – dają chwilowy efekt chłodku, co w połączeniu z wiatrakiem pozwala usnąć ( a potem obudzić się mokrym jak po kąpieli…)

Po piąte – wypady w zadrzewione/pozamiejskie rejony, gdzie termika jest unormowana trochę bardziej, i wieje jakiś wiaterek, tudzież jest wyraźnie chłodniej

Po szóste – kapiele. Zimne. W morzu (temperatura zupy, żeby była bardziej ludzka i wiało chłodkiem trzeba się wypuścić jakieś 50 m od brzegu minimum… A wtedy ratownik na brzegu dostaje korby). W basenie Irka (woda również ciepła, ale za to czysta i bezpłatna oraz beztłoczno-beztłumowa).  Pod prysznicem – w założeniu lodowaty ma temperaturę ciała, albo ciut cieplejszą. Najzimniejsza woda jaką znam leci – z wendzarniowskiej machiny do wody (ale przecież nie właduję się pod mini kranik, ani nie wskoczę do fontanny z wodą pitną o temperaturze od plus 4 do plus 12C) oraz do mojej pralki (zgiń, przepadnij – ale miałam ochotę wskoczyć do bębna i chwilę się powirować…).

Po siódme – parasolki i maksymalne wykorzystanie cienia. Zamieniłam się w Chinkę – one bowiem pomykają tylko i wyłącznie bezsłoneczną stroną ulicy, arkadami itp, wejście w plamę słońca traktując jak wejście do Afganistanu. Parasolkę przyniósł mi Młodociany w zeszłym tygodniu, bo stwierdził u mnie „udarek cieplny” (jeszcze nie pełnowymiarowy udar, ale już coś niepokojącego) – po tym jak musiałam na niego czekać w południe przez około 5 minut na słońcu (cienia nie było nigdzie) poczułam się senna i nie chciałam jeść. I tak dwa razy – więc dostałam parasolkę ze srebrnym spodem, żebym mogła sobie cień zrobić w każdej chwili, wedle uznania. Chinki nawet na dwumetrowym kawałku chodnika bez zadaszenia lub przechodząc przez ulice – odruchowo zakrywają ciemiona czymkolwiek, kartką, teczką, ręką – więc coś w tym chyba jest…

Po ósme – lody i dużo wody. O ile początkowo mój bidonik półtora litra budził głupawe uśmieszki, to obecnie Młodociany już nie drze łacha, tylko po raz kolejny przyznał mi rację, bo takie półtora litra to jest w sam raz na jedno popołudnie. O lodach tajwańskich pisałam – to głównie woda/solidnie rozwodniony soczek/jeszcze solidniej rozwodnione mleko, podawane w formie strużków, do tego słodki syrop i owoce.

Po dziewiąte – moczenie nóg w wodzie z lodem.  Trzymanie prześcieradła i koszulki do spania w lodówce. Okładanie buzi i ciała kompresami z lodówki. Kosmetyczka mnie ubije zapewne jak wrócę. A jak nie ubije, to solidnie pomarudzi nad traktowaniem skóry wrażliwej w tak barbarzyński sposób. Może i nie jest to najzdrowsze – ale za to skuteczne.

Tyle o mnie. A jak ze zwierzętami? Właściwie, to nie zastanawiałam się nad tym. Przyjęłam, że tajwańskie pieski i kotki po prostu przywykły do gorąca.   Aż – jak to często bywa – na skrzyżowaniu dróg dopadło mnie oświecenie…

O tym, że tajwańskie psy jeżdżą na skuterach i noszą fikuśnie ubranka – pisałam. I o tym, że nikogo to nie dziwi, nie bulwersuje, nie oburza, nie budzi protestów ekologów i animalsów.

Ale…

Tuż obok nas przystanął skuterek jakiejś parki, a spod kierownicy wyjrzał w moją stronę sympatyczny, biało czarny pysk bordera z wywieszonym ozorem. No tak, border collie pasące owieczki same mają futerko adekwatne do pełnionych zadań, więc raczej jest im gorąco. Border popatrzył mi w oczy, uśmiechnął się, obwąchał nogę i zainteresował się czymś po drugiej stronie skuterea właściciela. A ja ujrzałam… Borderowy zad. Nic dziwnego, nieprawdaż? Psy mają to do siebie, że po stronie przeciwnej do pyska znajduję się dupka z mniejszym lub większym ogonem. Nawet u border collie.

Ale! Ów ogon był owłosiony tylko jakieś 10 cm od końca. A od tego punktu po kark border collie świecił różowo białą skórą w ciemnoszare łaty. Znaczy się – ogolony był na łyso, na mnicha.

Młodociany ma chyba w tyle kasku jakiś czujnik na moje zdziwienia, więc się obrócił, zainteresowany, co też takiego zobaczyłam. Widok długowłosego z założenia psa opitolonego na zapałkę nie wzruszył go specjalnie, i dalej rozglądał się, co to takiego mogło mnie zdziwić. Wytłumaczyłam.

- To przecież normalne- orzekł. – Psy się zawsze goli na lato. Po co mają się pocić i męczyć? W tych futrach to im jest naprawdę niekomfortowo.

-Psy się nie pocą. Nie mają na skórze gruczołów potowych. Mają tylko na łapach. A chłodzą się zianiem i wywalaniem ozora.

- No to tym bardziej należy je golić. U was się tego nie praktykuje? Mój tata był z naszym Kobe u fryzjera niedawno, bo biedak się strasznie męczył i nie chciał wychodzić z domu.

 

Zamknęłam się. Przypomniała mi się babcia Helenka, traktująca Amcię – polskiego owczarka nizinnego – nozyczkami, w wyniku czego kudłata zazwyczaj Amcia przypominała – od strony łba mocno poirytowanego nietoperza, a dalej lwa po konkretnej szarpaninie (babci się czasem nozyce omskły…). Ale czy ktoś z was widział np owczarka niemieckiego podstrzyganego na lato? Albo Lassie/owcarka szkockiego???