Pieskie życie na Tajwanie II – bo pies też człowiek

Pokazywałam Wam już psy:

Pieskie życie na Tajwanie, czyli Polska to jest raj dla psów!

Niniejszy wpis dedykuję wszystkim właścicielom psów, którzy uważają, że ich czworonogi mają w Polsce źle, są dyskryminowani i prześladowani przez wredną Straż Leśną (za puszczanie psa luzem w lesie) oraz Straż Miejską (sprzątanie kup, chodzenie na smyczy i w kagańcu) jak i rolników (opeer za tratowanie zaoranych/obsianych pól) oraz sąsiadów, którzy czepiają się ogólnie.

 
Już parokrotnie poruszałam kwestię nieco odmiennego podejścia do zwierzaków, niż to, jakie znamy z Europy-Polski-tak zwanego „Zachodu”. Na przykład tu: Czytaj dalej

Pojazd bojowy wielozadaniowy – o tajwańskich skuterynkach mowa

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy zaraz po wyjściu z klimatyzowanego wnętrza lotniska Kaohsiung – to ruch uliczny. We wczesnowieczornym zmroku błyszczała rzeka świateł, sunąca ulicą…

Ale – dźwięk był jakiś inny niż w Polsce, taki bardziej bzycząco- pierdzący.

Ze zdumieniem mój mózg przetrawił informację o hordzie wszędobylskich jednosladów śmigających z każdej strony, zwinnie, płynnie i szybko, w każdym możliwym kierunku i każdej strony… Czytaj dalej

Psia golonka wieczorową porą w upale

W Kaohsiung panują upały sub-tropikalne. Raz, że położenie za Zwrotnikiem Raka w stronę równika, dwa – fenomenalna słoneczna pogoda jaka z drobnymi epizodami chmurno-burzowo-deszczowymi panuje tu niepodzielnie od  2?3? miesięcy, trzy – betonowa dżungla Kaohsiunga nagrzewa się szybko i skutecznie absorbuje ciepło, podnosząc lokalną termikę o jakieś 5C w stosunku do reszty.

Jak sobie radzi z takim wyzwaniem klimatycznym Gongzhu Majia? Ano, jako rasowa księżniczka, ma przestronny pałac z szerokimi werandami, z wielkim ogrodem, chodnikami zraszanymi źródlaną wodą z dalekich lodowców, zacienioną lektykę oraz zastęp Murzynów z wielkimi wachlarzami… Nie ta bajka?  No cóż – radzę sobie zwyczajnie…

Po pierwsze – lekki ubiór bawełniany w jasnych kolorach, do tego koniecznie narzutka z równie cieniutkiej białej bawełny z długim rękawem… Pomimo tego, że nie eksponuje barków i ramion, są one naprawdę opalone w sposób nieosiągalny w Polsce. Do tego mam odbite na stopach ewidentne oznaki chodzenia w japonkach i sandałkach – czyli białe paski :D

Po drugie – krem z filtrem, mogę spokojnie zarekomendować polskie Lirene Kids 50+, bo po mamusi mam jasną, średnio podatną na opalanie skórę, która na zbyt duże ilości słońca reaguje poparzeniami i paskudną wysypką. Tutejsze kremy SPF, oprócz tego, że wyjątkowo drogie (minimum połowę droższe niż w Polsce), to dodatkowo są niepomiernie badziewne. Konsystencję mają wodnistą, spływają z potem i wcale nie chronią przed  słońcem (co objawia się pieczeniem wystawionych na palące promienie części ciała. Jeżeli kiedykolwiek firma Dr Eris będzie chciała wejść na tutejszy rynek – ma sporą szansę zrobić furorę tym mleczkiem, moje tajwańskie  koleżanki podbierają ode mnie po kropelce, po kropelce  i są bardzo zadowolone.

Po trzecie -wiatrak i klimatyzator. Wiatrak chodzi na nonstopie, wczoraj po wejściu do mego tostera poddałam się i załączyłam szatański wynalazek. Pilot pokazał, że w pokoju jest 38 C. Niestety, machina chłodząco – uzależniająca (oj…. ten komfort chłodnych 30C… Ach!) konsumuje prąd 220V (na Tajwanie używa się raczej  tego 110V) , i żre go jak na diabelskie ustrojstwo przystało, więc lepiej ograniczyć działanie powyższego…

Po czwarte – pudry i zasypki oraz kremy z mentolem – dają chwilowy efekt chłodku, co w połączeniu z wiatrakiem pozwala usnąć ( a potem obudzić się mokrym jak po kąpieli…)

Po piąte – wypady w zadrzewione/pozamiejskie rejony, gdzie termika jest unormowana trochę bardziej, i wieje jakiś wiaterek, tudzież jest wyraźnie chłodniej

Po szóste – kapiele. Zimne. W morzu (temperatura zupy, żeby była bardziej ludzka i wiało chłodkiem trzeba się wypuścić jakieś 50 m od brzegu minimum… A wtedy ratownik na brzegu dostaje korby). W basenie Irka (woda również ciepła, ale za to czysta i bezpłatna oraz beztłoczno-beztłumowa).  Pod prysznicem – w założeniu lodowaty ma temperaturę ciała, albo ciut cieplejszą. Najzimniejsza woda jaką znam leci – z wendzarniowskiej machiny do wody (ale przecież nie właduję się pod mini kranik, ani nie wskoczę do fontanny z wodą pitną o temperaturze od plus 4 do plus 12C) oraz do mojej pralki (zgiń, przepadnij – ale miałam ochotę wskoczyć do bębna i chwilę się powirować…).

Po siódme – parasolki i maksymalne wykorzystanie cienia. Zamieniłam się w Chinkę – one bowiem pomykają tylko i wyłącznie bezsłoneczną stroną ulicy, arkadami itp, wejście w plamę słońca traktując jak wejście do Afganistanu. Parasolkę przyniósł mi Młodociany w zeszłym tygodniu, bo stwierdził u mnie „udarek cieplny” (jeszcze nie pełnowymiarowy udar, ale już coś niepokojącego) – po tym jak musiałam na niego czekać w południe przez około 5 minut na słońcu (cienia nie było nigdzie) poczułam się senna i nie chciałam jeść. I tak dwa razy – więc dostałam parasolkę ze srebrnym spodem, żebym mogła sobie cień zrobić w każdej chwili, wedle uznania. Chinki nawet na dwumetrowym kawałku chodnika bez zadaszenia lub przechodząc przez ulice – odruchowo zakrywają ciemiona czymkolwiek, kartką, teczką, ręką – więc coś w tym chyba jest…

Po ósme – lody i dużo wody. O ile początkowo mój bidonik półtora litra budził głupawe uśmieszki, to obecnie Młodociany już nie drze łacha, tylko po raz kolejny przyznał mi rację, bo takie półtora litra to jest w sam raz na jedno popołudnie. O lodach tajwańskich pisałam – to głównie woda/solidnie rozwodniony soczek/jeszcze solidniej rozwodnione mleko, podawane w formie strużków, do tego słodki syrop i owoce.

Po dziewiąte – moczenie nóg w wodzie z lodem.  Trzymanie prześcieradła i koszulki do spania w lodówce. Okładanie buzi i ciała kompresami z lodówki. Kosmetyczka mnie ubije zapewne jak wrócę. A jak nie ubije, to solidnie pomarudzi nad traktowaniem skóry wrażliwej w tak barbarzyński sposób. Może i nie jest to najzdrowsze – ale za to skuteczne.

Tyle o mnie. A jak ze zwierzętami? Właściwie, to nie zastanawiałam się nad tym. Przyjęłam, że tajwańskie pieski i kotki po prostu przywykły do gorąca.   Aż – jak to często bywa – na skrzyżowaniu dróg dopadło mnie oświecenie…

O tym, że tajwańskie psy jeżdżą na skuterach i noszą fikuśnie ubranka – pisałam. I o tym, że nikogo to nie dziwi, nie bulwersuje, nie oburza, nie budzi protestów ekologów i animalsów.

Ale…

Tuż obok nas przystanął skuterek jakiejś parki, a spod kierownicy wyjrzał w moją stronę sympatyczny, biało czarny pysk bordera z wywieszonym ozorem. No tak, border collie pasące owieczki same mają futerko adekwatne do pełnionych zadań, więc raczej jest im gorąco. Border popatrzył mi w oczy, uśmiechnął się, obwąchał nogę i zainteresował się czymś po drugiej stronie skuterea właściciela. A ja ujrzałam… Borderowy zad. Nic dziwnego, nieprawdaż? Psy mają to do siebie, że po stronie przeciwnej do pyska znajduję się dupka z mniejszym lub większym ogonem. Nawet u border collie.

Ale! Ów ogon był owłosiony tylko jakieś 10 cm od końca. A od tego punktu po kark border collie świecił różowo białą skórą w ciemnoszare łaty. Znaczy się – ogolony był na łyso, na mnicha.

Młodociany ma chyba w tyle kasku jakiś czujnik na moje zdziwienia, więc się obrócił, zainteresowany, co też takiego zobaczyłam. Widok długowłosego z założenia psa opitolonego na zapałkę nie wzruszył go specjalnie, i dalej rozglądał się, co to takiego mogło mnie zdziwić. Wytłumaczyłam.

- To przecież normalne- orzekł. – Psy się zawsze goli na lato. Po co mają się pocić i męczyć? W tych futrach to im jest naprawdę niekomfortowo.

-Psy się nie pocą. Nie mają na skórze gruczołów potowych. Mają tylko na łapach. A chłodzą się zianiem i wywalaniem ozora.

- No to tym bardziej należy je golić. U was się tego nie praktykuje? Mój tata był z naszym Kobe u fryzjera niedawno, bo biedak się strasznie męczył i nie chciał wychodzić z domu.

 

Zamknęłam się. Przypomniała mi się babcia Helenka, traktująca Amcię – polskiego owczarka nizinnego – nozyczkami, w wyniku czego kudłata zazwyczaj Amcia przypominała – od strony łba mocno poirytowanego nietoperza, a dalej lwa po konkretnej szarpaninie (babci się czasem nozyce omskły…). Ale czy ktoś z was widział np owczarka niemieckiego podstrzyganego na lato? Albo Lassie/owcarka szkockiego???

Tajwańskie pupilki

- Ty, te psy to tak naprawdę??? – zapytała Agga zszokowana widokiem spasionego labradora wiezionego na spacer.

- No, a jak? na niby? Wkleiłam w Fotoszopie?

- Nie no, może one mają w zadzie jakiś magnes, albo kawał żelaza, że tak siedzą, bo mój by nie usiedział…

To niezaprzeczalny fakt. Bronisław to ADHD w opakowaniu teriera. Chociaż moje prywatne zdanie jest takie, że jakby od szczeniaka był tresowany metodami mojego taty, to by stał na baczność, tańczył, śpiewał  recytował…, a  nie ganiał po całym samochodzie.. Ale – mój tata jest postacią w rodzinie legendarną, której pojawieniem nakłaniano pociechy do wtranżalania kaszki czy sprzątania pokoju „bo przyjdzie wujek Janusz, to zobaczysz…”.Tak na marginesie, zwracam uwagę na dwa zjawiska… Pierwsze z nich to butki stosowane do  jazdy na skuterze – a są to klapki i szpilki, i czasem zdarza się , że na skrzyżowaniu można pół sklepu zaopatrzyć w pojedyncze sztuki obuwia, co komuś spadło… Nie wiadomo im o niestosowności i niedogodności prowadzenia wszelakich pojazdów w obuwiu na wysokim obcasie lub łatwym do ześlizgnięcia, czy jak? Kwestia druga – kluczyki tkwiące w stacyjkach… Niejednokrotnie przez kilka godzin. Na Tajwanie złodziei jest mało, ludzie raczej nie kradną, więc nic dziwnego, że mało kto zaprząta sobie głowę zabraniem kluczyków, gdy opuszcza skuterek „na chwilę”…

Był to jeden z wielu szokujących widoków na początku mojej tajwańskiej odysei – idę sobie chodnikiem, mija mnie wolno jadący skuter, do kierownicy przytroczona smycz, na końcu smyczy spasiony labrador/pudel/kundel zasuwa raźnym truchcikiem, pan pali papierosa… Po osiągnięciu końca chodnika i rzucenia kiepem do kanału – pies wskakuje panu pod nogi, rozsiada się, wywiesza jęzor – i jadą do domu. Bowiem na Tajwanie psów się nie wyprowadza  Przysłowioe lenistwo Tajwańczyków doprowadziło to powstania nowego zwyczaju – skuterowania czworonoga. I wielkie zdziwienie budzi=ą moje oczyska wybałuszone już nie jak 5 złotych,, ale jak piłeczki pingpongowe… No bo jak to, u was się psy WY-PRO-WA-DZA? tak… spacerem? Albo nawet jedzie za miasto, żeby sobie pobiegały? Eeech, bujdy prawisz kobieto :D

Drugą tradycją jest oblekanie włochatego kadłuba. W grę wchodzą nie tylko stroje ( i to nie przaśne sweterki/płaszczyki, które co wrażliwsi właściciele wychuchanych czworonogów dziergają na drutach lub kupują w zoologicznym) – ale i butki, smyczki oraz prawdziwe kreacje z falbankami i cekinami, a nawet przebrania. Znów… Ja byłam od zawsze zdania, że to katowanie psa, i po to ma futro, żeby mu zimno nie było, a jak marznie, to pobiega i mu od razu zrobi się cieplej. A wciskanie jakiegokolwiek zwierzaka w ludzkie ciuchy (podobnie jak karmienie go ludzkim obiadem) – to robienie mu krzywdy i świadectwo co najmniej zdziwaczenia. Rzecz jasna, poza uzasadnionymi przypadkami np psów pracujących odzianych w odblaskowe kamizelki, ewentualnie odzież ochronną i butki. Nieco później obrodziło w mediach zdjęciami szczurowatych wynalazków typu york i cziłała, wyglądającymi z torebek i „czekoladą dla psów”, psimi truflami, lakierami do pazurów… Ostatnią osobą, która moje europejskie myślenie sprowadziła do parteru, był Młodociany, który zaprezentował mi live swojego Formosa Mountain Dog odzianego w gustowny T-shirt z Mario Bros…

I faktycznie – pies zdawał się być zadowolonym wyjątkowo ze swojego ubranka. Na nightmarketach (co to za wynalazek, szerzej napiszę w przyszłości,a  skrótowo – to taki bazar ze wszystkim, głownie średnio potrzebnym wszelakim badziewiem oraz jedzeniem i rozrywkami, otwierający swe podwoje po zmroku) równie popularne jak kramy z ubraniami/biżuterią/pierdółkami do włosów/majciochami/innymi, są te z psimi/kocimi stroikami, często-gęsto obsadzone zresztą psem właściciela…

Króluje rozmiar pokurczastego pudla – yorka-maltańczyka- meksykańskiej rasy chihuahua, ponieważ takie właśnie kieszonkowe szczekacze cieszą się największą popularnością, także z uwagi na niewielkie gabaryty tajwańskich mieszkań oraz wstręt Tajwańczyków do aktywnej pracy z większymi czworonogami. Co ciekawe – popularny u nas wilczur, czyli owczarek niemiecki – jest tu kojarzony z wyznacznikiem luksusu i wysokiej pozycji społecznej. Popularne są labradory, a także jamniki, na które Młodociany reaguje radosnym piskiem – patrz Majia, idzie palówka kiełbasa :D (postępy w nauce języka polskiego w dziedzinie przekąsek/obiadów/posiłków/deserów robi znaczące… jeżeli pojedzie do Polski, głodował nie będzie…, ale RRRRRR mu za nic nie wychodzi, mówi dllllll i tyle).

Mój sąsiad ma regularnego husky…

Na zdjęciach wyraźnie widać, że Tajwan nie bez kozery dzierży palmę pierwszeństwa w dziedzinie produkcji psich ubranek… Zaiste- każdy, nawet najbardziej pokręcony i wymagający koneser znajdzie sposób, ażeby emanację swej osobowości zamanifestować na psim grzbiecie…

Nie powinno więc nikogo dziwić kuriozum w rodzaju farbowania psiej grzywki jako reklamy usług fryzjerskich…

Dodam, że widziałam tez mopsa czy innego maltańczyka usadzonego na podusi w salonie manikiuru i kosmetyki, robiącego za żywą reklamę i przyciagacza uwagi. Na moją uwagę, że nie pozwoliłabym sobie na to, żeby pryszcze wyciskała mi jakaś pańcia głaskająca swojego zapchleńca, Młodociany chwilę pomyślał  przyznał mi rację w kwestii higienicznej, po czym wyjaśnił, że zarówno właścicielka  jak i pracownice oraz klientki uważają jednakowoż, iż ów piesek jest „cute” czyli słodziaszny, i wcale się nie męczy na tym kontuarze, w oparze woni toaletowo-kosmetycznych.

No dobra. Każdemu  komu by się zdawało, że Tajwan to prawdziwa oaza psiej szczęśliwości, gdzie każdy piesek ma swoje ubranko, wybajerzony kojec, milion zabawek i przysmaczków z pańskiego stołu – przypomnę. Po pierwsze – po Kaohsiungu biega cała masa nierasowych kundli, które ktoś wyrzucił i tak sobie żyją, żywiąc się odpadkami i śpiąc na ulicach. Zresztą, do spania układają się bardzo sprytnie – niejednokrotnie tworząc figury geometryczne, okupując przestrzeń pod samochodami (cień i szczątki oparu klimatyzacyjnego), czasem tylko wpadają pod auta…

A rozmiar tego zjawiska jest regulowany polowaniami na psie mięsko. Niedawno w wiadomościach było o odkryciu policji w hrabstwie Yulin, gdzie jeden z obywateli prowadził przez kilka-kilkanaście lat knajpę z pulpetami z domieszką Burka i Azorka…, jako metodę utylizacji resztek z bardzo dochodowego procederu produkcji wywaru na psich siusiakach, sprzyjających zachowaniu płodności i podniesieniu możliwości seksualnych. Przy czym Młodociany, który mi tego njusa pokazał, kazał zaznaczyć, że amatorzy psiny są mniejszością spotykającą się z dezaprobatą społeczną, i że niejednokrotnie są to osoby – stare, ubogie i emigranci z gorzej rozwiniętych krajów.

No dobra. Powiązane notki – w tym także z treściami uznanymi za drastyczne i kontrowersyjne (w tym o jadłospisie chińsko-wietnamisko-koreańskim, opartym na psinie w pięciu smakach) oraz mniej drastycznymi, aczkolwiek wartymi uwagi:

1. Japoński symbol wierności – opowieść o Hachiko >>KLIK<<

2. O tajwańskich psach. O rasie Formosa Mountain Dog oraz o chińsko-wietnamskich kluskach z psinką na okrasę. >>KLIK<<  Tu można znaleźć treści drastyczne, obrzydliwe, niekaceptowane społecznie itp

3. Jeszcze o psach, tym razem z moim kolegą w roli głównej. >>KLIK<<  Kolega jest buddystą, a o jego wyczynach ze zwierzętami poczytać będzie można niebawem