Jeszcze o lizaniu kultury… ( i kulturalnych artefaktów… z wątkiem perwersji i pornografii)

Obiecałam kontynuację wątku artystyczno-liżącego. Zatem zapoznam was z jeszcze jednym kąskiem sztuki nowoczesnej made in Taiwan. Zatem, wróćmy na brzeg portu Kaohsiung, przerobionego na przestrzeń wystawowo-publiczną.

Uwielbiam wieloznaczność. Uwielbiam intensywne kolory, miękkie linie, oraz lustrzany połysk zaczerpnięty z przysłowiowych psich jajec tudzież butów podporucznika z kompanii honorowej (poza politurką na czymkolwiek, którą trzeba polerowac, yhhh). I koty też lubię… Zatem – oto kotki.  Czytaj dalej

Liźnięcie kultury -nowa wystawa w Pier2

Choć bardzo zajęta, nie mogłam sobie odmówić sprawdzenia, co nowego w jednym z moich ulubionych punktów Kao, czyli „Artystycznym Nabrzeżu Pier2 Art Center”.

 W poniedziałek po szkole rączo niczym gazela popędziłam nad morze, licząc że dzień powszedni i w miarę wczesna godzina oszczędzi mi nadmiarowego zagęszczenia ludności. Przypominam – Tajwańczycy wszytsko robią stadami, hordami i czeredami, i spacer w Pier2 może zmienić się w ocieractwo ze szturchactwem.  Czytaj dalej

O ogrodach… ogródkach… doniczkach…kwiatkach

Tajwan to mała wyspa, z wilgotnym i ciepłym klimatem – więc logiczne, że powinna przypominać rajski ogród pełen kwiatów, owoców, drzew, zwierząt, papug, motyli, elfów w zwiewnych sukienkach i tak dalej, co sobie człowiek zamarzy. Czytaj dalej

Moknąc w deszczu

Ze zdziwieniem, rozbestwiona słonecznym szaleństwem i tropikalną aurą Kaohsiunga - skonstatowałam  iż PADA. Ośmiela się od dwóch dni siąpić, kropić, lać i walić żabami, ze zmienną amplitudą i natężeniem oraz interwałem. Odkryłam też, że Tajwańczycy potrafią jeździć na rowerze/skuterze, trzymając jednocześnie rozłożony parasol. Poluję od rana na szybką focię takiego delikwenta, bo bez dowodów nie sądzę, żeby ktoś uwierzył, że jegomość raźno pedałuje, paląc papierosa i trzymając nad głową metrowej średnicy deszczochron w kolorowe ciapki.

Plusem  intensywnych opadów jest to, że powietrze nieco się oczyściło, smog osiadł na ulicy i spłynął do morza. Ponadto trawa i roślinność odżyły i odzyskały intensywne kolory. Odrobinę się ochłodziło (aczkolwiek nie jest to mróz polarny czy po prostu zwykła zimnota, każąca zadziać polarek i wbić się pod kocyk z kawusią i książką). A z minusów – od dwóch dni jestem zombiakiem, ledwo chodzącym (w okolicy nie ma dobrej kawy a na substytut szkoda mi kasy i żołądka, a ja jestem na równi hipochondryczką i meteopatką). Życie towarzyskie i wyjścia musiałam ograniczyć. No i najbardziej irytujące – komary pchają się do domu drzwiami, oknami, klimatyzatorem i rurami. Jak to rurami? Też nie wierzyłam, ale tutejsze owady mają chyba szkolenie w SWAT zanim wylegną w poszukiwaniu wyżerki. Bowiem źródłem zaopatrzenia w krwiopijców jest – uwaga – dziurka ściekowa (czyli odpływ wanny/prysznica, gdybym miała wannę lub kabinę prysznicową) oraz odpływ umywalki. Taaa, też mnie zatkało. Ale przyjęłam do wiadomości, że dranie potrafią nurkować i prowadzić urozmaicone formy desantowania

Drzwi do łazienki bowiem zamknięte, okno zabezpieczone moskitierą, pokój okadzony kadzidłem, opsikany sokiem z trawy cytrynowej, wypłaszacz komarów podpięty do kontaktu, cisza i spokój ani bzyknięcia. Idę pod prysznic… Wiadomo, mydlenie , pilingowanie etc chwilę trwa. Po spłukaniu piany odkrywam – cztery bąble – dwa na szyi, dwa na nodze (przed myciem ich nie było) oraz dwa połowicznie napełnione krwią komary przyczajone w okolicy kolanka od umywalki. Idąc za radą nauczycielki Ye, zakryłam odpływ wody kubkiem po soku, takim plastikowym. Wracam do domu po szkole, przeprowadzam inspekcję- a w kubku wygłodniałych wampirów sztuk cztery…. Jak te dranie są w stanie pokonać kolanko???

Ponieważ akurat trafiło się okienko pogodowe, postanowiłam odrobinę sfufanemu Młodocianemu (Zejdź z mej wymowy chłopcze drogi, i powtórz „W Szczebrzeszynie Chrząszcz brzmi w trzcinie” cwaniaku, a w ogóle mów do mnie po angielsku, bo popełnię samobójstwo ubrana w czerwoną kieckę – czytaj wrócę pośmiertnie jako duch) pokazać nowe zakątki odkryte podczas spaceru z Keisukiem. Najpierw byli kulturyści, i Młodociany prężący podrośnięte muskułki w pozach konkursowych. Japonki nieco psuły wrażenie ogólne…

Potem zaś dotarłam do „czegoś”. „Coś” migało, psikało parą wodną, wydawało dziwne dźwięki, takie trochę jak łódź podwodna. a częściowo jak ścieżka dźwiękowa z filmów o kosmitach. Bo i wyglądem  nieco przypominało „Coś” mózg operacji, odrobinę podobne było do sterowca, trochę wyglądało na chmurę, a do tego wyposażone było w peryskop. Taka sztuka nowoczesna, widowisko światło dźwięk. Nie zdziwiłabym się, gdyby w tym metalowym pałąku obok zainstalowano ukrytą kamerę, a potem zmontowano fajny filmik o użytkownikach i oglądaczach tegoż wynalazku.

Potem było zaś takie ciekawe, opuszczone miejsce, które zagrało w jednym filmie – i zainspirowało mnie do wieczornych rozrywek (ale o tym kiedy indziej), w obowiązkowych futurystycznych betonach i szkle, utrzymane w czarno-białej kolorystyce (dlaczego tak – obiecuję, będzie wyjaśnione niebawem). Po drugiej stronie rozpościerała się panorama wieżowców:  Kaohsiung85, bliźniaki wyglądające z daleka jak roboty- wartownicy pilnujący Środkowego  Sztywnego Palca Azji, oraz dwie wielkie łodzie, z czego jedna wedle krążącej po mieście plotki - należy do rosyjskiego multimiliardera. Druga zaś wyglądała na produkt z drugiej ręki.

Panorama Kaohsiung Love River

Następny punkt programu został zasponsorowany przez Panią Chmurkę i Panią Mżawkę-Siąpawkę, która umknęła ze sceny wydarzeń, robiąc miejsce dla – ordynarnego, grubego Pana Deszcza w najbardziej chamskim i upierdliwym wydaniu  Innymi słowy – zaczęło lać jak z cebra, więc schroniłam swój aparat i odwłok (w dokładnie tej kolejności) pod artystyczną konstrukcją z kontenerów. Nie byłam jedyna, wraz ze mną, aparatem i Młodocianym kibicowaliśmy panu, który pomiędzy kolejnymi falami bardziej chlupiącej ulewy zarzucał wędkę. Czy ryby biorą w deszcz? Czy on po prostu musiał się odstresować, bez względu na pogodę i rezultat wędkowania? Ściana wody była tak mocna, że odległy o ok 500 m Kaohsiung85 zniknął zupełnie z widoku. Aczkolwiek- znaleźli się i tacy zapaleńcy, co w strugach deszczówki kontynuowali bieg czy jazdę na rowerze…

 

Stojąc pod przeciekającym kontenerem i tępo gapiąc się w deszcz, usłyszałam smutną wiadomość. Stara chińska barka, w dawnych czasach będąca restauracją „Morski Pałac”, a obecnie malowniczo murszejąca po niedostępnej stronie kanału portowego (wejście tylko dla pracowników z identyfikatorami) – zostanie niebawem rozebrana i usunięta, aby zrobić miejsce dla nowszej generacji sztuki.

Innymi słowy – dla Gumowej Kaczuszki, czyli wielkiej dmuchanej paskudy o wymiarach 16.5 x 20 x 32 metry, wykonaną przez Holendra Florentijna Hofmana i wystawianej po świecie. Wedle ogłoszonego na FB planu, ma w październiku zawitać do Kaohsiung (mieszkańcy są proszeni o wpisywanie się na listę entuzjastycznie witających)…

Ale! Być może do tego nie dojdzie – właśnie wyczytałam, że w środę 15 maja kaczucha się sklęsła w tajemniczy sposób … (tia, przeszło mi przez myśl wysłanie tam naszego czołowego eksperta od kaczych katastrof, ale chyba nie możemy tego jako Polacy zrobić ludzkości???)

Więcej zdjęć Rubber Duck z tournee „Spreading Joy Around the World” przystanek Hongkong – tutaj >>KLIK<<

W każdym razie, gapiłam się tępo w deszcz, oddając rozmyślaniom o przemijaniu i niszczeniu oraz plastikowej (wybaczcie wpadkę, gumowej) kulturze zastępującej tradycję, gdy z zadumy wyrwał mnie Młodociany: „Coś tak się zasępiła, Księżniczko? deszczu nie widziałaś? Taki deszcz to nic, dopiero w tajfun to jest coś, biga biga siamsing” zaszwargotał w czingliszu (big big something, tak mniej więcej wymówi to statystyczny Chińczyk). No tak, jak pamiętam z prasy, telewizji i zdjęć – tajfun to nie w kij dmuchał… Woda wtedy wali jak oszalała, przez dzień – czasem dwa, studzienki i rynny nie nadążają z odprowadzaniem, w dodatku Pogotowie Energetyczne prewencyjnie wyłącza prąd żeby wicher nie porwał drutów ( a jak porwie, to aby zbyt wielu postronnych nie popieścił prąd). Można spodziewać się wszystkiego - osunięć gruntu, lawin błotnych, powodzi, podtopień, zawalenia co słabszych konstrukcyjnie budynków (to zdjęcie to nie fake, 4 lata temu temu tak właśnie widowiskowo omsknął się w nurt rzeki hotel z Taidong po tym jak na Tajwanie narozrabiał tajfun Morakot).

Tajwańczycy sobie z tym jednak radzą.  najbardziej narażonych miejscach (wschodnie wybrzeże – Taidong, Hualien, Pingdong) domy buduje się – za górką i na palach, słupy elektryczne też stoją na postumentach (takich 4-5 m wysokich), partery domu są wyposażone w dodatkowe drzwi „anty-powodziowe”, które co prawda przepuszczają wodę, ale w znacznie mniejszym stopniu, no i na wyposażeniu rodziny oprócz zwyczajowego skutera znajduje się też łódka/ponton/motorówka. A poza tym – dopóki działają słynne „delikatesy 7-eleven”, nie jest źle :D Zawsze można popłynąć po wałówkę, choćby nawet na grzbiecie rekina. Trzeba tylko pamiętać o kasku, żeby nie dostać mandatu :P

Ludki z wielkimi zadami

Już kiedyś wprowadzałam w historię mego miasta tymczasowego zamieszkania. Kiedyś był to mega-zasyfiony port, jeden z bardziej ruchliwych punktów przeładunkowych Azji i świata – ponieważ kiedyś to Tajwan pełnił funkcję producenta i dystrybutora wszelakiego azjatyckiego badziewia. Potem pałeczkę produkcji przejęły smoki z Chin, Tajwan przekwalifikował się na produkty high-tech a i kwestie ekologiczne zaczęły być nieco bardziej palące – i tak oto portowy kopciuch rozpoczął powolną transformację w miasto światła, kolorów, sztuki i ekologii…

Mój kolega, przebywający kiedyś w Hsinchu (to na północy, takie zagłębie komputerowo mechaniczne) na czymś w rodzaju stypendium, ostrzegał mnie przed lokalnie panującym na pięknej wyspie pragmatyzmem i brakiem dbałości o estetykę wykończenia, objawiającą się tym, że jak działa to działa, i nic to, że wisi taki pisuar na płycie pilśniowej, przyśrubowany chamskimi gwintami, dookoła sterczą jakieś kable i inne gwoździe, wszak pisuar służy do opróżniania pęcherza a nie kontemplacji artystycznej. Ale południe Tajwanu miło mnie zaskoczyło… Stare dzielnice to owszem, blokowiska, przy których moja Nowa Huta to oaza piękna, przestrzeni i zieleni… Fakt, miałam szczęście wychować się w tej średnio-nowej części, gdzie zaplanowano, oprócz mini-parkingów i bloków i falujących ścianach (bo się majstru na kacu różnie betonem chlapało) oraz skośno osadzonych futrynach (bo oprócz krzywego chlapania, majstru miał również problem z pionizacją po trunkach ze Zdzichowej i Edziowej  piwniczki) – były i alejki, i place zabaw, i trawnik przed blokiem i jakieś tam upiększacze (u mnie straszyła głowa Kochanowskiego Jana, ale były i twory o kształtach abstrakcyjnych, z fontannami, brodzikami i kolorowymi szkiełkami/mozaiką). Nowsze dzielnice Kaohsiung, może i są zatłoczone blokami do imentu – i to takimi po 30 pięter, upchanymi przy sobie ulami, ale i o akcentach dekoracyjnych pomyślano. A to parczek jakiś, a to rzeźba ni stąd ni z zowąd, a to traska spacerowa. Ba! Aby naród stojący w korkach się ukulturalniał – to pod wiaduktami są też jakieś mniej lub bardziej artystyczne posążki, straszące lub wyglądające nawet nawet.

W podupadającym porcie urządzono atrakcję turystyczną, Art Center. W magazynach są wystawy, jest też część plenerowa – bo miasto Kaoshiung rocznie ma przeszło 300 słonecznych dni, jest kolorowo i urocznie. To właśnie tam spotkałam białego misia, tam stoi wielki plastikowy Transformer w kolorze żółtym, oraz oczywiście – słynne ludki z wielką dupą.

Ludki są symbolem miasta i formą hołdu oraz upamiętnienia dawnych mieszkańców Kaohsiung, budujących obecny dobrobyt tego miasta. Jest Pani – Rybaczka oraz Pan-Inżynier (przy czym inżynier to tutaj taki ładnie brzmiący zamiennik pana robotnika fizyczno-technicznego, operatora machinerii itp, niemający nic wspólnego z wykształceniem wyższym technicznym, albo niekoniecznie mający). Początkowo zaprojektowano białe figury. Pani – w obowiązkowym stroju każdej tajwańskiej kobiety pracującej na zewnątrz – czyli kapeluszu z liści bananowca (uwaga,stożkowatego kształtu kapelusze „chińskie” w poszczególnych skośnookich krajach różnią się!), zarękawkach - czyli takich niby rękawiczkach bez części na dłonie, chroniących przedramiona przed spaleniem na czekoladowy brąz, masko-chuście, zasłaniającej usta, nos i szyję. Pan – w roboczych portkach i pasie z narzędziami, w butach ochronnych alias gumowcach, w kasku na głowie, podkoszulku wypchanym na ramieniu czymś, demonstruje rozrośniętą klatę. Na jednym ramieniu, ma coś pod ubrankiem upchane.

Gdyby ktoś miał wątpliwości, to są właśnie wielkie ludki, z rozłożonym na czynniki pierwsze znakiem „miłość”… Taaakie wielkie zrobili! Swoją drogą, ja mało z motoru nie spadłam, jak kątem oka uchwyciłam coś wielkiego, niebieskiego… Walnęłam Młodocianego między łopatki (umowny znak- stawaj ale już!!!), on cudem utrzymał równowagę na chybotliwym dwukołowcu i i nie posłał mnie do wszystkich diabłów lub pod koła licznie zgromadzonych obok autobusów, busików,aut i innego smerfa. Najpierw odstawił atak paniki pt.: coś się Majii stało (np oberwałam kamykiem w oko, raz miałam już taką akcję – ale okulary wytrzymały)aaaaa!!!, potem się sfufał, że z tak błahego powodu jak plastikowy ogrom pośladków mało nas nie wysłałam w „anielski orszak niech twą duszę przyjmie”, a potem wraz ze mną zastygł, porażony ogromem „baby z zadem”…

- Naprawdę nie wiesz co to jest? -zdziwił się Młodociany, pod największą obecnie rzeźbą -symbolem. 

- Nie wiem. A ty wiesz?

- Wiem, przecież to oczywiste! No, popatrz jeszcze raz, niebieskie, kwadratowe… Przecież to paczka papierosów, hahaha! Niebieska w dodatku, to musi być z MildSeven, najpopularniejszej tajwańskiej marki. To u was robotnicy nie palą? A jak palą to gdzie noszą papierosy? Jak to, za uchem???

Tytułem wyjaśnienia. Tata Młodocianego pali, i jest z pokolenia owych noszących fajki na ramieniu. Młodsi lansowicze mają teraz specjalne metalowe pojemniczki – papierośnica, z zapalniczką i popielniczką w jednym, coby petami nie rzucać na trotuar…

Ludki stoją od 7 lat. Co roku więcej, i w nowych, okolicznościowych malowaniach. Zaczęło się od jednego, a potem - rozmnożyli się przez pączkowanie, niczym wrocławskie krasnale :D Kilka archiwalnych projektów:

A co oprócz ludków? Ano, jak to ładnie ujęła burmistrz Pulchna (którą doskonale znam z rysunkowej karykatury, a na zdjęciu jej nie poznałam, choć podobna jak dwie krople wody…) – Kaohsiung zyskuje nowe oblicze miasta Sztuki Nowoczesnej i Ekologii, więc jest i nowoczesna, ekologiczna wystawa na terenie starego dworca portowego.

Między szynami rosną kwiatuszki i trawniczki, dookoła domki, w których wciąż mieszkają ludzie (choć mi one wyglądały na takie bardziej lalczyne, tylko odrapane), a do tego z lekka statecznie rdzewieją ekologiczne rzeźby z odpadków… :D  I dinozaury.

I na koniec… Azjatyckie zabawy z perspektywą na zdjęciach… Każdy kojarzy focie z Egiptu, gdzie trzyma się piramidę w dłoniach? Albo -moje zdjęcia z Hongkongu, z wieżowcem „pod ręką”? To azjatycki wynalazek, ponoć japoński… W każdym razie, zrobienie dobrej fotki wymaga trochę mozołu i akrobacji…

 

A gdyby kogoś zaciekawiło, jak wyglądała transformacja Kaohsiung – TUTAJ KLIK  jest film z serii Nat Geo Megapolis, niestety – po angielsku. Dodam, że po obejrzeniu tegoż dokumentu dopiero do mnie dotarło, co Panda i inni mieli na mysli, mówiąc o „znacznej poprawie środkowiska, powietrza i czytości Love River”… Która – jak sądziłam, jest syfiastym ściekiem… Ale, jak tłumaczyło mi kilkoro mieszkańców tego miasta – jeszcze 10 lat mtemu to był taki rynsztok, że żeby popełnić samobójstwo, należało najpierw przebić się przez warstwę odpadków wszelakich, potem zaś zmobilizować wszelkie rezerwy samozaparcia, aby nie uciec przed mega -fetorem… Ryby nie chciały żyć w tej „wodzie”, a spacer brzegiem rzeki był rónoznaczny z deklaracją chęci dłuższego pobytu na oddziale toksykologicznym. A jak Młodociany stał w korku na moście – to aż oczęta mu łzawiły… I zobaczcie sami, jak ładnie dali radę :D