O lesie mangrowym i krokodylach – Odc. 5 Opowieści o Palau

Wróćmy do ciepłego, rajskiego Palau, gdzie woda jest ciepła i czysta, flora i fauna bogata, a całość przypomina raj. Tak… I tu właśnie włączyło mi się myślenie – to za piękne, aby było prawdziwe, gdzieś musi być haczyk, coś głęboko skrywanego, brudny sekrecik, który zrujnuje tę bajkową scenerię…

Były komary. Ale trzmały się na przyzwoitą odległość od mej białej powłoki cielesnej, wysmarowanej tajwańskim mazidłem antykomarowym (Z kolei tajwańskie komary zlewały to mazidło sikiem prostym i podkręconym, i żarły aromatyczną pieczeń z białasa z niegasnącym entuzjazmem).  Czytaj dalej

Legendy czytane z drewnianych komiksów

W poprzednim poście wspominałam o mikronezyjskich deskowych opowieściach, używanych jako nośnik przekazu i element dekoracyjny. 

Storyboards wyglądają mniej więcej tak:

Syreny i inne historie wyrzeźbione w drewnie – Odc. 5 Opowieści o Palau

Syrena – to jak wiadomo, piękna kobieta, obdarzona ogonem zamiast nóg, obiekt westchnień marynarzy i księcia Eryka . Uważa się, że pierwowzorem odzianych w górę od bikini i łuski slicznotek były ssaki z rzędu syren – czyli manaty, diugonie i wymarłe już krowy morskie.

O nurkowaniu słów kilka – Odc. 4 Opowieści o Palau

Przygodę z nurkowaniem zaczęłam dawno temu. Mój ówczesny chłopak nurkował i jego zdjęcia podwodne i nawodne z różnych egzotycznych zakątków podziałały mi na wyobraźnię niemal tak samo, jak czytane w podstawówce przygody Dirka Pitta z powieści Cliva Cusslera (notabene, seria zeszła na psy straszliwie).

Ale pewnie podwodne przygody skończyłyby się na etapie marzeń, gdyby nie mój kolega Andrzej, który rok wcześniej zrobił kurs i zaprowadził mnie za rękę do jednego z krakowskich centrów nurkowych. Czytaj dalej

Leniwa niedziela z rafą w tle – Odc. 3 Opowieści o Palau

Z odrobiną ciepła dla wszytskich Polaków, uderzonych zimą i orkanem, z niedosytem słońca, kolorów i wakacyjnych widoków.

Przyleciałam po zachodzie słońca, więc Palau powitało ciemnością palauańską, odrobinę tylko mniej nieprzeniknioną niż klasyczna egipska. A szkoda, bo plenery Mikronezji są stworzone do tego, żeby je oglądać, nawet 24 godziny na dobę. 

W dodatku padało (piskliwy jęk popłochu z zawodem w wykonaniu tajwańskich dziewoi zdążających na wakacje niósł się po kabinie Aiiaaa, paaadaaa), więc samolot wyrżnął konkretnie o pas i jeszcze się poślizgnął, a mój aparat i reszta gadżetowni wylądowała pod siedzeniem, bo nie przewidziałam, że coś takiego może się stać i nie schowałam go pod nogami (choć powinnam). Nawet na norweskich Lofotach zimową porą, czy podczas słynnego lądowania podczas frankfurckiej zamieci nie było tak ostro jak tu, w lekkiej mżawce.

Pierwsze co zarejestrowałam po dopchaniu się do drzwi, to ciepełko, wygrywające z rzadko rozmieszczonymi atrapami klimatyzatorów. Dużo ciepełka. Więcej ciepełka. Bardzo dużo ciepełka, pociłam się zatem jak mysz w podróżnej bluzie i dżinsach, wyciągając rączo nogi do stanowisk kontroli paszportowej i imigracyjnej. Przy okazji obejrzałam sobie główne lotnisko na wyspie, zbudowane w stylu folkowo-zakopiańskim i szczerze mówiąc, nieco ubożuchne po wspaniałościach innych, większych portów lotniczych z betonu, szkła (i żaluzji).

Kolejka ruszała się tak sobie, z dwóch powodów. Po pierwsze, wyspiarze mają duszę latynoską – czyli ppodejście siesta, fiesta i  manana króluje. A po drugie Tajwańczycy ruszyli do kolejek jakby cukier rzucili… no dobra, poprawka na różnicę kulturową – jakby rozdawali coś darmowego. Czyli zajęli pozycję strategiczną, po czym okazało się, że nie wiedzieli co wpisać w karteluszku imigracyjnym, albo nie mają kopii biletu powrotnego pod ręką i muszą szukać. Zanim weszłam w fazę gryzienia i toczenia wściekłym wzrokiem dookoła, dobroczynna manana nana mnie ukołysała prosto przed oblicze pana od imigracji. Który uśmiech miał biały i zaraźliwy, twarz jak z malowidła – i egzotyczną, i męską, i czarne oczy pod wachlarzem czarnych rzęs, i pełne usta z garniturem białych zębów (naturalnych, te nadpoprawne prosto od ortodonty i protetyka budzą mą najwyższą odrazę)…

Oficer imigracyjny w błękitnym polo wysławiał się angielszczyzną tak poprawną i płynną, że aż z wrażenia nie zrozumiałam i musiał powtarzać, niskim i melodyjnym głosem, z usmiechem i błyskiem białych zębów… Jeżeli pamiętacie tego czekoladowego przystojniaka z reklamy Bounty, to -chyba był jego młodszy brat, albo on sam, świetnie zakonserwowany… Normalnie już mi się nogi uginały, już Amor mnie żgał po żebrach szukając tzw miętkiego na zatopienie strzały w serce… Gdy w ostatnim przebłysku świadomości dotarło do mnie, że ów ultra przystojny mężczyzna poniżej twarzy o fantastycznych rysach posiada doskonale rozwiniętą nadwagę i wygląda jak pączuch, zwieńczony buzią przystojniaka. 

Niestety, wyspiarze mają olbrzymi problem z epidemią nadwagi. Przyczyn jest kilka – raz, kochają jeść. Dwa, kiedyś byli rybakami i biedakami, zanim zjedli to musieli upolować i spalić trochę kalorii – a teraz wszyscy poruszają się autami, rybactwo kultywują jednostki, a reszta wykonuje prace siedzące, rządowe znaczy. Trzy – jedzenie w tutejszych marketach jest w znacznej części „made in USA”, mrożone, doprawiane i modyfikowane – aby przetrwało podróż w kontenerze przez ocean.

Żgnięta kopniakiem od obrażonego Amora tuż ponad rzyć, ochoczo popędziłam do nieklimatyzowanej poczekalni bagażowej i czekając na plecak (tak, spakowałam się do plecaka - czerwona walizka została w Kao na szafie), któremu również udzielił się manana nastrój, zapoznałam się z obostrzeniami importowymi (zakaz wwozu nasion, owoców, mięsa, wyrobów drewnianych, produktów żywnościowych, bla bla bla). W końcu przeszłam przez kontrolę „celno-sanitarną bagażu”, czyli wybebeszenie mych tobołków, omacanie ich i odpytanie na okolicznośc posiadania „food, drugs, tobacco„. Kontrola była prowadzona tak drobiazgowo, że nabrałam podejrzeń graniczących z pewnością, iż słonia z nosorożem grających w duecie na fortepianie bym do Palau wwiozła, a nie tylko jakieś kłącza i drewno z robalami. Moje podejrzenia okazały się prawdą – Nerida, czyli teściowa Tatiany, też zażywająca żaru tropików i wakacji – w swoich walizach przepadlistych przeszmuglowała z Australii między innymi pomidory (świeże), awokado prosto z krzaka, nasionka i inne pomniejsze drobiazgi w ilosciach hurtowych. A co.

Po wszytskich formalnościach wyściskałam Tatianę – która nie zmieniła się nic, ona wyściskała mnie, komentując jak bardzo ja się zmieniłam, a potem poznałam resztę rodzinki – czyli Toma oraz Mayę, córkę i Vespę – czyli niby-mopsa, oraz Neridę i jej chłopaka Waltera. Tatiana i jej polsko-wenezuelsko-australijsko-palauańska rodzina wygląda tak (w poprzednim poście nie było zdjęć, nadrabiam):

 

A potem poszłam do swojego pokoju, w którym co prawda nie było światła bo się coś przepaliło, ale za to rekompensował to w pełni wielki balkon, i widok. Po przebudzeniu ujrzałam bowiem taką panoramę:

Niedaleko domu znajdował się pomost, przy którym przycumowana była łódka, własnoręcznie wykończona przez Toma, w stylu tradycyjnym palauańskim (albo inspirowanym), z pływakami i dachem krytym liśćmi palmy. Oczywiście z okazji mego (oraz Neridy i Waltera) przyjazdu, niedzielny dzionek zarezerwowany został odgórnie na spacerowy rejs po archipelagu i towarzyskie spotkanie zwane „imprezą w trzy łódki” czyli stanadrowym sposobem wspołnego spędzania czasu, na wyspie która prawdę mówiąc jest oazą dla hippisów obecnej ery.  Malownicza Łódka Toma – wykonana ręcznie od podstaw (na gotowym kadłubie). Poniżej zestaw łódki z dwoma motorówkami, spiętymi na sztywno dla bezpieczeństwa imprezy.

Snuliśmy się zatem w tempie spacerowym, wzdłuż lasów mangrowych porastających okolice domu Tatiany i Toma w bardziej atrakcyjne plażowo i nurkowo okolice. Wystawiałam blade łydki na słoneczko, gapiłam się w krystałowo przejrzystą wodę i podziwiałam widoki, o takie.

 

Czółno na bogato – jachcik dla lepiej sytuowanych turystów i grup nurkowych.

Pierwsza pieczarkowa wyspa zaliczona. Mario Bros byłby zachwycony krajobrazem…

 

To nie fotoshop. Zdjęcie wykonane w automode, niepoddane jakimkolwiek modyfikacjom (głównie z racji tego, że nie umiem). Konkuluzja – ta woda naprawdę tak wygląda, ma głębokość ok 3-6 m i można by czytać z łódki gazetę leżącą na dnie.Ciemniejsze plamy to rośliność i koralowce, jaśniejsze-czysty piach lub kamień. Pisałam, że piasek koralowy jest do bani? Odwołuję i odszczekuję! Ten na Palau jest dobrze zmielony przez fale, biały i mięciutki niczym plastelina, a chodzenie po nim to czysta rozkosz dla stóp (trochę mniejsza dla pedikuru, ale kto by się przejmował, że lakier odłazi, kiedy ma do dyspozycji tyle fajnych atrakcji?)

Brodzenie jest malownicze, relaksujące i przyjemne… Po lewej charakterystyczne „pieczarkowe” nisze, nadające wyspie sympatyczny i apetyczny kształt

Nietypowy kształt wysp Palau wynika z faktu, ze miękki i kruchy wapień, pochodzący z bardzo starej rafy ulega erozji na skutek działania fal. Podczas przypływu woda sięga do krawędzi tej „półki”, przy odpływie cofa się. Wybicie tej niszy zajęło pewnie ze 100 lat. A wrażenie, gdy stoi się poniżej (nisza jest wysoka na ok 2 m, więc mieści nawet bardziej wyrośniętych osobników), ze świadomością posiadania całej wyspy nad głową – bezcenne i jedyne w swoim rodzaju. Bo wyspa jest wypiętrzona na 50 i więcej metrów, porośnięta bujną zielenią i wygląda na raczej ciężką…

Trza było pokazać, że jakieśtam chińskie wywijasy potrafię naskrobać. Nawet czytelnie  wyszło. Oczywiście, ponieważ nikt nie wiedział co tam nagryzmoliłam, dostałam + 100 do rispektu na jakieś 5 min. I dokładkę ziemniaczków.

Woda jak szkło, i tak ciepła, że prawie nie wiesz, gdzie kończy się plaża a zaczyna ocean. Poniżej -lokalna przystań w wersji „organic”. Toalety  na przystani też są organiczne (czyli sławojka z bambusa).

Na organicznych/ albo ordynarnych/ sznurkach do podczepiania łódek można zmienić się w roztańczoną Angelinę, albo po prostu pobujać… Pobujać można też kajakiem, zwłaszca kiedy wskakuje na niego biały waleń „made in Poland”, który wcześniej nigdy takiej sztuki nie próbował. Dzieci i psy nie ucierpiały wskutek tej próby, i szybko dziarsko popłynęłyśmy we trójkę eksplorować wybrzeże.

 

 

Krótko mówiąc – to był leniwy dzionek, kwintesencja wakacyjności… Z lekka zmordowani świeżym powietrzem wracaliśmy o zachodzie słońca do mariny przy bazie nurkowej. Dwie motorówki, biorące udział w imprezie na trzy łódki i górę żarcia, holowały nas do domu – i co ciekawe, sterowanie odbywało się silnikami…

Siedzący pośrodku Kapitan Sam tylko rzucał – prawa łódź na luz, lewa na max, albo na odwrót. Udało się – i pomimo odpływu nie ugrzęźliśmy na żadnej z licznych mielizn i wypłyceń…

Gapiłam się oczarowana na niebo nad archipelagiem, gdzie krystalicznie czyste powietrze wydobywało całą paletę barw z chmur i rozblasków.

Na Tajwanie – z uwagi na wysokie zanieczyszczenie i koszmarny smog, oraz wysoką zabudowę miejską – zachody słońca są nijakie i szybkie, więc rzecz jasna musiałam zaspokoić swój deficyt estetyczny. W oko wpadła mi też chmura w kształcie… Nie wiem, co wy zobaczycie – ale dla mnie to rzecz jasna chiński smok jak malowany.

 

A już absolutną atrakcją stały się dla mnie „myszoptice” czyli nietoperze.Największe z całej batmaniej rodziny „latające lisy”, które w okolicach zachodu słońca wyfruwają na kolację, wegetariańską – bo żywią się owocami. A są spore – bo rozpiętość skrzydeł przekracza półtora metra. I co ciekawe, jako jedyne z nietoperzy nie są ślepe – a głuche, albo raczej pozbawione zmysłu echolokacji, dlatego biesiadują jeszcze za dnia.

CDN. W nastepnym wpisie o atrakcjach podwodnych – bo ten zrobił się dosyć długi…

 

 

O podróży pod równik – Odc. 2 Opowieści o Palau

Palau leży jakieś 2500 km od Tajwanu. To mniej więcej tyle, co z Oslo do Rzymu, lub z Oslo na norweską Daleką Północ typu Tromso (co tłumaczy, dlaczego Norwegowie z Oslo rzadko bywają dalej na północy niż w leżącym mniej więcej pośrodku kraju Trondheim z ruchliwym lotniskiem Vaernes).

Oczywiście – lot musiał odbyć się ze stolicy, moje małe prowincjonalne Kao nie zasłuzyło sobie na luksus połączenia bezpośredniego z kurortem. Bo Palau jest kurortem – czego dowiedziałam się na etapie rezerwowania biletów. Znaczy – jest tam drożej niż na Tajwanie, i każdy człek lecący w tamtą stronę (Palau, Guam, Samoa, Tonga, Hawaje, Wyspa Wielkanocna) jest automatycznie traktowany jak bogol. No dobra, też uważam, że na Wyspę Wielkanocną nie trafiają biedaki.

Ogólnie to udało mi się trafić jak w Lotto… Czytaj dalej

Jak Majia na wakacje jechała – odcinek 1 Opowieści o Palau

Wiedząc, że przed upływem 90 dni od przyjazdu przyjdzie mi się ewakuować z Pięknej Wyspy z uwagi na przepisy wizowe (tak, mogłabym się starać o wizę studencką, ale za dużo z tym zachodu) – zasiadłam przed Gógle Mapą, blogami podróżniczymi, szklaną kulą i encyklopedią, rozpoczynając tym samym żmudny i ciężki proces wyboru destynacji wakacyjnej…