O, w pestkę! – czyli tajwańskie dylematy stomatologiczne

Lubię guawy. Zielone i różowe, trochę podobne z wierzchu do zmutowanej gruszki, w smaku nie podobne do niczego, niezbyt słodkie i niezbyt soczyste (aczkolwiek do legendarnego „suchego grejpfruta” yaozi im daleko). Mogę ich opchnąć dowolną ilość, ograniczoną tylko pojemnością żołądka (a ten mam raczej mało ekonomiczny i zupełnie nie pasujący do wypłoszowatej proweniencji).

Guawa ma pestki. Jadalne. I stanowiące jak dla mnie najsmaczniejszą część owocu. To znaczy, pestki jak pestki, zwykłe drewniane – ale gniazdo nasienne gdzie te pestki tkwią to soczyste, słodkie, mięciutkie, delikatne wnętrze, idealnie komponujące się twardą resztą. I to właśnie pestkowe jądro rozpływające się w ustach i tak dalej powoduje, że guawy wcinam jak małpa kit. Ciamkając rozkosznie z ukontentowania. Czytaj dalej

Pomelo na Święto Środka Jesieni

Już trzeci raz piszę o święcie, polegającym na grillowaniu gapieniu się w księżyc – czyli o ZhongQiu Jie 中秋節. Ponieważ wyjaśniałam już skąd w ogóle wzięła się tradycja oglądania jesiennej pełni, pisałam o innych legendach związanych z królikiem na księżycu, a o szczegółach grillowania zwyczajnie nie chce mi się pisać, bo to nic specjalnego – to dziś na tapecie będzie pomelo.

Zawsze myślałam Czytaj dalej

No to – pomidor!

Nie chcieliście przyjąć do wiadomości, że pomidor to żadne warzywo a owoc? I że cebulka, pieprz i sól, a także garnek zupy i makaron w połączeniu z pomidorem to czysta perwersja, zboczenie i w ogóle przejaw skretynienia tych tam, białasów…?

No to macie. Czytaj dalej

Smak świeżych truskawek w grudniu

… bo w grudniu zaczyna się na Tajwanie sezon na świeże truskawki, dla których „zimowe” temperatury są bardziej odpowiednie (takie rzędu 20-25-28 C). Sezon trwa do kwietnia mniej więcej, zastępuje go najbardziej elektryzujący wszystkich Tajwańczyków i większość expatów (to takie ładne słówko nazywające imigranta z zachodu, ci bardziej lokalni to robotnicy i pod takim hasłem się o nich pisze w mediach. Expat ponoć ma powiązanie ze słowem expert, i zarezerwowane jest dla białych lub pochodzących z zachodu obcokrajowców) – sezon na mango.

Mango jest dobre. Nijak się ma do smaku tego czegoś co pływa w jogurtach o smaku mango marakuja, ale w związku z tym nie narzekam. Odmian mango na Tajwanie jest trzy wiodące plus jakieś poboczne – wielkie niemal jak cukinia żółte mango odmiany złotej, mango czerwone wielkości sporego jabłka lub grejpfruta oraz „dzikie” mango dające niewielkie owoce zbliżone gabarytowo do jajka, w kolorze zielonym i o nieco cierpkim smaku. Według chińskiej medycyny mango (podobnie jak banan) jest owocem- śmieciem, bez żadnego cudotwórczego działania na jakikolwiek organ i nie warto sobie zaprzątać głowy oraz angażować żołądka w trawienie takiego bezwartościowego szmelcu dietetycznego tylko dla samych walorów smakowych. Aczkolwiek rozpasanemu hedonizmowi degustatorskiemu oddaje się cała masa Tajwańczyków, wierzących tym razem w zachodnie tabelki i wykresy z zawartością witamin i mikroelementów. No i takiego bananka dobrze jest zakąsić po nawet niezbyt sutym posiłku, szczególnie podczas diety – bo jak to ładnie ujął Młodociany – świetnie wpływa na jakość i konsystencję „brownie”.

Tajwańczycy nie mają szczególnego oporu przed otwartą rozmową o czynnościach fizjologicznych. Na porządku dziennym są teksty – podczas wspólnych posiłków na rozmaitych szczeblach – idę siusiu lub idę na kupkę (poo -poo). Młodociany po solidnej zjebce w stereo (ja i Irek, i dopiero wtedy uwierzył, że ” W Europie nie informujemy w jakim celu i z jaką potrzebą udajemy się w ustronne miejsce, bo to nie wpływa dobrze na trawienie współbiesiadników) ogłasza z szelmowskim uśmiechem – idę zapudrować nosek, aczkolwiek czasem się mu w ferworze dyskusji wypsnie jakiś niezbyt apetyczny detal… W każdym razie, banan dobrze wpływa na pudrowanie noska, potwierdzam.

Z egzotycznych owoców mamy tu szeroooki wybór.

Są mangostany – niestety, nie odważyłam się zjeść kiedy były w ofercie sklepu, a teraz  żałuję. Owoce podobne nieco do fioletowej mandarynki albo przerośniętej borówki, ewentualnie pokracznego mini bakłażana są bowiem „niezrównane w smaku” i mają stanowić antidotum na wiele chorób oraz opóźniać starzenie. Pożyjemy, spożyjemy zobaczymy…

Jest rodzina „smocza” -smocze jajo, smocze oko i spokrewnione z nim liczi oraz rambutan

Smocze jajo wygląda jak… smocze jajo w płomieniach :D. W środku kryje miąższ w kolorze intensywnego buraczka lub bieli, w wypadku czerwonej odmiany zjadliwy, troszkę gruszkowy w smaku, w wypadku białej bardziej mdło nijaki. Pesteczki w tym owocu mają również korzystny wpływ na pudrowanie noska :D Niestety minus jest taki, że smocze jajo jest bardzo soczyste – i do konsumpcji, zwłaszcza prosto z krzaka – warto się rozebrać, bo fioletowo-fuksja-róż plamy ciężko doprać. Właściwie chyba wszystkie owoce najlepiej spożywać w możliwie skąpym stroju, bo są soczyste i ciekną oraz pryskają… Ostatnio oddaję się konsumpcji siedząc po pas w morzu, w lodówce ze styropianu mam zimne owocki, nóż i słodką wodę – gdyby mi fala zachlapała przekąskę… Sybarytyzm w pełnej krasie.

Smocze oko (longan) i liczi są podobne, smakują też dość podobnie – longan jest mniejszy i słodszy. Różnią się – skorupką, nasionkiem w środku. Rewelacyjny do konsumpcji podczas oglądania filmów :D Rambutana widziałam w sklepie, ale stwierdziłam, że za drogie to kudłate liczi, więc sobie odpuszczę tym razem Poczekam, aż potanieje. Młodociany odmawia pomocy w szukaniu wersji „dobre i tanie”- a jestem pewna, twierdzi, że nie bierze do ust czegoś, co smakuje jak sutek (zamarłam, przytłoczona ta obrazową metaforą, ale pytanie – czyj sutek nie doczekało się odpowiedzi…) i nie pomoże mi w konsumpcji tego paskudztwa w żadnej odmianie, bo czuje się za mnie i mój żołądek odpowiedzialny.

Kolejna rodzina to rodzina religijno-anatomicza: „głowa Buddy/czapka Buddy” (nie wiem czy mówią na to Buddha’s hat czy Buddha’s head) i „ręka Buddy” czyli Buddha’s hand.

Czapka Buddy to zielona choinko-szyszka, nieco miękka, przed spróbowaniem przywodząca skojarzenie z czymś cierpko-zielono-twardym, typu guawa, niedojrzałe jabłko, niezbyt soczysta i słodka gruszka.  Może dlatego, że owoc nie wygląda zbyt imponująco, opatulony w piankowe siateczki, chroniące przed pognieceniem? Młodociany skrzywił się wydatnie, gdy sięgnęłam po jasnozieloną nowość i odmalował przede mną apokaliptyczną wizję obrzydliwego smaku i walki z mdłościami, więc odłożyłam kusiciela precz. Całe szczęście tydzień później TangXin poczęstowała mnie czymś z lekka paciajowatym, ale cudownie słodko-waniliowo- deliktanie -pysznym. I to własnie był dojrzały owoc po polsku zwany arcyapetycznie Flaszowcem łuskowatym. Już się rozpędzam, kupując przysmak o tak zachęcającej nazwie…

Rękę Buddy podobno da się spożyć i podobno smakuje trochę mandarynką. Nie próbowałam, widziałam raz w świątyni dziwacznie powykręcany owoc i zaciekawiło mnie -co to. Młodociany próbował to we mnie wmusić, ale obgryzanie własnych paluchów mnie odrzuca, a co dopiero cudzych… Pachnie w każdym razie ten owoc przyjemnie – jakby pigwą a odrobinę cytryną. kto wie, może się skuszę?

Aczkolwiek – tęsknię za – normalnym jabłkiem (tu raczej występują tylko nowozelandzkie zielone modyfikowane genetycznie, kosztujące zdecydowanie za dużo i absolutnie niesmakowite), gruszką, wiśnią, czereśnią, maliną (niedługo minie rok od kiedy wraz z Joanną zbierałam maliny na działce jej dziadków i jadłam do obrzygu,aby sie nie zmarnowały gdy wylecę…), borówką… A ostatnio opętała mnie ochota na poziomki, ze słomki, koniecznie spożyte w hamaku, podczas czytania książki wakacyjnej… I za koperkiem!