Dobre imię wiele znaczy – czyli jak mnie przechrzcić chciano na chińską modłę…

O poranku bladym świtem przydreptał do mnie Młodociany ze śniadankiem i kawunią i obserwując jak wciągam tosta przybrał ten wyraz twarzy, który niechybnie oznaczał iż myśli nad czymś intensywnie i chciałby powiedzieć coś, ale śmiałości mu brak.
Zatem chrupiąc spadającą z chlebka kapustę udającą sałatę, Czytaj dalej

Trzynastkowe mebelki… – czyli o urodzinach i dylematach na obczyźnie

Urodzinowy poranek rozpoczął mi się normalnie – czyli mocno spóźniona w locie pożarłam śniadanie i wpadłam tuż przed dzwonkiem na teścik. Teścik z uwagi na fakt moich urodzin przełożono na jutro, a cała klasa odśpiewała mi piosenki urodzinowe w swoich językach (czyli po azjatycku – japońsku, wietnamsku, indonezyjsku i koreańsku). Było śmiesznie.

Po szkole zaś postanowiłam odnowić zapasy żywnościowe i udałam się do nie najbliższego, ale ulubionego sklepiku z owocami, tuż koło rogu na którym swój śmieszny kramiko-wehikuł parkuje Dziadzio Guawa. Po drodze zaś jest kolejny ulubiony sklepik Starego Wujka Li, trochę ze starzyzną a trochę z drewnianym rekodziełem kleconym przez seniora rodu w czasie wolnym od bawienia wnuków albo i prawnuków. Czytaj dalej

Chińska języka trudna bardzo – kilka przygód ze słownictwem i „skórzaną torebką”

Chiński ma tony, i jest językiem miauczanym. Co każde polskie dziecko wie, a jak nie wie to się dowie próbując uczyć się chińskiego. Mandaryński ma tych tonów 4 (i piąty – neutralny), kantoński 10, tajwański z 8 – i stanowią one spory problem.

Na tyle spory, że niestety, czasem (często) przeszkadzają w zrozumieniu.

Bo turysta z zachodu chce być miły i pyta o cenę półmiska pierogów (Yī wǎn shuǐjiǎo 一碗水餃), kelnerka słyszy „ile za noc spania?”(Yī wǎn shuìjiào 一晚睡覺) - i wali go na odlew, aż się porcelana ze szczęki sypie, a krew sika po suficie… Czytaj dalej

Talizman na „Natychmiast dolary!” – o tajwańskich dekoracjach i szczęśliwych breloczkach w stylu końskim

Moja sąsiadka Yoyo uwielbia styl „cute keai”. Ma pierdylion drobiazgów „słodziasznych”, od światełka przy rowerze w kształcie kota, przez króliczkowe buty i skarpetunie w muchomorki, po spinki do włosów i maskotki. No i maskotkowy breloczek przy kluczach.

 Yoyo łączy z jej kluczami nieco dziwna więź, bo wiecznie je gubi, zostawia gdzieś, przypadkowo wrzuca sąsiadowi na parapet (podobnie jak ja, jest zbyt leniwa żeby schodzić na dół i wpuszczać gości, więc obie praktykujemy zrzucanie kluczy z tarasu, żeby sobie gość sam wszedł). Jej chłopak, przystojniak Mao odbywający właśnie służbę wojskową w Kaohsiung zakupił jej zatem breloczek, żeby te klucze miały jakiś sensowniejszy tor lotu Czytaj dalej

Tajwańskich zalotów numerkowych ciąg dalszy – o gadżetach i papierosach

Tajwańczycy Walentynki obchodzą… dokładnie trzy razy, całkiem nieżle jak na mało romantyczny naród nieśmiałych cyborgów zainteresowanych głównie pracą, podwyżką, awansem i kasiorą. 

Po raz pierwszy – wraz z całym światem , jak święty Walenty przykazał, 14 lutego. Potem – miesiąc później sklepy pełne są białych cukierków, czekoladek, bielizny i innego badziewia w kolorze śnieżno-śmietankowym, bo przychodzi czas Białych Walentynek, zerżniętych od Japończyków. Ostatnia celebracja wypada na 7.7 (oczywiście mowa o kalendarzu księżycowym, w tym roku będzie to 2 sierpień) i są to słynne Chińskie Walentynki, gdzie wyjątkowo nie żre się za wiele, a za to goni sroki. Ponadto uczucie można zamanifestować jeszcze w maju (20 i 30)Czytaj dalej

O nauce chińskiego – kwestia organizacji semestru

Akurat nadszedł koniec „semestru” – CCLa of Wendzarnia poszalała i w miejsce 3 semestrów różnej długości, sprzężonych z rokiem szkolnym na Uniwerku Wendzarnia wprowadziła 4 równe – trwające w założeniu 11 tygodni (plus minus drobne obsuwy z uwagi na święta państwowe i kataklizmy).

 Ale żeby nie było za różowo i poukładanie, to mój następny semestr będzie trwał tygodni …trzy. Dlaczego? Bo w mojej nowej grupie uczą się (poza mną) studenci Wendzarni, których semsetr szkolny trwa do 10 stycznia, i do 10 stycznia Uniwerek Wendzarnia pokrywa im kurs chińskiego w CCLa of Wendzarnia. O czym poinformowano mnie… w sumie to nawet mnie nie poinformowano o tym mało znaczącym fakciku, że moja grupa została rozbita, Japonki będą uczyły się z innymi Japończykami do egzaminu wymaganego przez japońskie uczelnie. Wszystkiego dowiedziałam się mimochodem od Japonek. Grrrr. A co ze mną???

 Ponadto szkoła już trzy razy zmieniła terminy zajęć.

wersja pierwsza (czerwiec 2013) - semestr zimowy …. yyy zacznie się pewnie jakoś w końcu listopada a może w początkach grudnia… nie jestem pewna… A kiedy się skończy? oj, tego nie wiem, pewnie w sierpniu będzie coś wiadomo…

 wersja druga (sierpień 2013) - dostaję maila-semestr letni zaczyna się 7 września, potrwa 11 tygodni, zakończy się w listopadzie. Semestr zimowy zakończy się przed Chińskim Nowym Rokiem, w tym roku rezygnujemy bowiem z przerwy świątecznej na Boże Narodzenie, gdyż zajęcia na University of Wendzarnia trwają bez względu na to, że gdzieśtam daleko jacyś buddyści mają wolne.

Zatem bilety do domu można kupować na okolice 20-30 stycznia, powinny być tańsze bo Chińczyki z Europy będą gremialnie wracać do domów i trzeba będzie zoptymalizować zapełnienie dodatkowych samolotu na trasie powrotnej Azja Europa.

wersja trzecia (wrzesnień 2013, bilety zakupione, jestem w CCLa i stoję przy ladzie) - ale semestr zimowy potrwa końca lutego! i będzie zawierał w sobie dwa tygodnie różnych ferii… Jak to dlaczego nikt cię nie poinformował? No nie mógł, bo my tak właściwie, to decyzję na ten temat podjęlismy w zeszły piatek, przecież to dużo czasu…

 OK. Klnąc w duchu solidnie, uśmiecham się grzecznie do Sabine za biurkiem, bo akurat Sabine nie jest tu niczemu winna. OKila, OKila, czyli zamiast zdawać egzamin końcowy w lutym po prostu mam przyjąć przed rozpoczęciem zajęć i zdać go wtedy? No dobra, lepszy rydz niż nic

 wersja czwarta (i chwilowo ostateczna, ale pewnie sytuacja się rozwinie – listopad 2013) - no wiesz Majia, nie mamy za bardzo dla ciebie grupy, ta japońska uczy się do ich egzaminu (tak, wiem że mój chiński w porównaniu do chińskiego najsłabszych w tej grupie Kaede i Miyoki wypada słabo i raczej nie jest to grupa dla mnie idealna). Możesz iść na zajęcia o 10, do grupy która jest jeden level niżej (czyli przerobić po raz drugi zajęcia o kawie, bankowości, rozrywkach oraz zdrowiu) albo… no nie wiem… Bo nie ma więcej obcokrajowców na twoim poziomie i o tej godzinie…

{Tu nastąpił stek bardzo brzydkich słów, którego nie wygłosiłam co prawda, ale dziób mi poczerwieniał w przypływie ciśnienia, para poszła uszami i żyłka napięła się stosownie… Nie uszło to uwagi Tima i Sabine, którzy szybko obiecali coś wymyślić i skontaktować się z szefem, akurat niebecnym}

… Majia? Jest grupa wymieńców, oni będą się uczyć do 10 stycznia o 8 rano. Skończyli dokładnie tę samą książkę co ty, ale i tak nie będziecie kontynuować tego podręcznika tylko kupicie nowy, na krótki semestr zimowy i krótki letni, to nowa decyzja władz CCLa.

 

I jak tu nie kląć na czym świat stoi? Nie wiem, co wymyśliły władze CCLa w osobie wrednej Ma Laoshi. Rozumiem, że chce ona pokazać całemu światu, że emerytura nie dla niej i energii oraz zapału reformatorskiego ma za pięcioro. Szkoda tylko, że pomyślunku praktycznego za grosz. Krzyżówki rozwiązywać, wnuki bawić, a nie brać się za coś, co wymaga rozważań logistycznych i logicznych!

 Czego nie omieszkałam się powiedzieć Sabine, doskonale wiedząc, że Ma Laoshi swoim zwyczajem strzela z ucha za kolumienką i szuka materiałów do ploteczek. No to będzie miała o czym ploteczkować.

 

Efekt finalny jest taki: zamiast semestrów mniej więcej dopasowanych do roku szkolnego Wendzarni (anonsowanego zawsze z dużym wyprzedzeniem) jest galimatias.

Wcześniej każda grupa była prowadzona indywidualnie – czyli stosownie do potrzeb i mozliwości oraz uznania nauczyciela w ciągu semestru można było skończyć książkę (12 lekcji) lub dojść do jej połowy, jeżeli grupa była słabo łapiąca. Potem (już w zeszłym roku) stanęło na obowiązkowym limicie 8 lekcji, czego bardzo żałowałam. Moi koledzy i koleżanki z klasy byli nad wyraz bystrzy, a tak od połowy semestru nie robiliśmy nic nowego/ rozwojowego/ ciekawego, bo po osiągnięciu limitu 8 lekcji nie wolno było ruszyć z materiałem.

Po czym z czterech w założeniu równych 11tygodniowych semestrów tworzy się nagle przez pączkowanie nieokreślona ilość semestrów „dłuższych” i „krótszych”.

Dłuższy to normalny 11 tygodniowy – taki jak wrzesień – listopad czy marzec – maj. Ale potem pojawiają się schody i dwugłos – część studentów kontynuuje 11 tygodni (są to osoby uczące się chińskiego poza uczelnią – pracujący na Tajwanie, przygotowujący się do studiów, mieszkający tutaj itp, jakieś 30% studentów CCLa). Pozostałe – związanie z University of Wendzarnia, czyli studenci -wymieńcy, zazwyczaj przybywają na wymianę semestralną. Siłą rzeczy do końca kolejnych 11 tygodni nie dobrną, nie przystąpią do egzaminu i nie dostaną papióra dla uczelni macierzystej, i będą w czarnej dziurze z zaliczeniami i „creditami” oraz punktami UCTS. Więc dla nich stworzono (podejrzewam że ad hoc, gdy wku..eni kursanci zaczęli się dopytywać co i jak) ów poroniony „semestrzyk krótki”. W zimie 3 tygodnie (bo przerwa świateczna), w lecie 3 lub 4.

 

Zapytałam Sabine, co mam zatem zrobić pomiędzy końcem semestru „krótkiego” a Chińskim Nowym Rokiem (3 tygodnie)… Odpowiedź – nie wpasujemy cię do żadnej grupy, ale zawsze możesz wykupić lekcje indywidualne…

Podejrzewam, że kolejna siupa zacznie się po rozpoczęciu nowego semestru akademickiego na Wendzarni (15 luty 2014), jak zjadą się nowi studenci. Bo dla nich (według obowiązującego harmonogramu CCLa) kurs chińskiego rozpocznie się trzy tygodnie później, w marcu…

 

W Polsce mamy niezły burdel w papierach i organizacji. Ale burdel tajwański to burdel na kółkach… I co gorsza, podobny rozpi..d panuje nie tylko w Wendzarnia CCL, ale w każdej szkole, więc na dobrą sprawę nie ma gdzie się ewakuować…

 

Dobrze, że już niedługo wakacje!

PS. Gdyby ktokolwiek kiedykolwiek rozważał naukę – zarówno w Wenzao Ursuline University of Languages (dawniej Wenzao Ursuline College of Languages) jak i  w tutejszym Mandarin Center – moja opinia jest neutralna. Ani nie potwierdzam, ani nie odradzam. Merytorycznie – nauczycielki są w znakomitej większości kompetentne, miłe i przykładają się do pracy. I częściowo rekompensują chaos organizacyjny i dziwne pomysły kadry zarządzającej.

O Chinglishu słów kilka (z przykładami)

Chinglish – to łamany chińsko-angielski. Albo angielski z silnymi wpływami chińszczyzny. Albo chiński z domieszką angielskiego, czyli lokalny odpowiednik „lengłydża”. 

Co to lengłydż, każde dziecko wiedzieć powinno – swego czasu w okresie apogeum migracynego Polaków na szeroko otwarty angielsko-irlandzki rynek pracy bardzo bawił mnie poniższy dowcipasek: Czytaj dalej

I love your Chinglish, Madzia. 我也爱台灣的 Chinglish, 老師

Chinglish to specyficzna mieszanka angielskiego i chińskiego, jakim posługują się początkujący kursanci – czyli 3/4 zdania po chińsku i kawałek po angielsku. U mnie w klasie czinglisz odpada w większości – albowiem nauczycielka nr 1 nie kuma ni dudu po angielsku, nauczycielka nr 2 wprowadziła administracyjny zakaz mówienia po angielsku, aby nie być nie fair względem Japończyków, którzy po angielsku rozumieją jak ja po chińsku ( a mówią tak, że zrozumienie ich w jakimkolwiek poza japońskim języku, jest możliwe dopiero po kilku naprawdę głębszych).

A teraz surprise surpise… Czytaj dalej