Jeszcze o lizaniu kultury… ( i kulturalnych artefaktów… z wątkiem perwersji i pornografii)

Obiecałam kontynuację wątku artystyczno-liżącego. Zatem zapoznam was z jeszcze jednym kąskiem sztuki nowoczesnej made in Taiwan. Zatem, wróćmy na brzeg portu Kaohsiung, przerobionego na przestrzeń wystawowo-publiczną.

Uwielbiam wieloznaczność. Uwielbiam intensywne kolory, miękkie linie, oraz lustrzany połysk zaczerpnięty z przysłowiowych psich jajec tudzież butów podporucznika z kompanii honorowej (poza politurką na czymkolwiek, którą trzeba polerowac, yhhh). I koty też lubię… Zatem – oto kotki.  Czytaj dalej

Liźnięcie kultury -nowa wystawa w Pier2

Choć bardzo zajęta, nie mogłam sobie odmówić sprawdzenia, co nowego w jednym z moich ulubionych punktów Kao, czyli „Artystycznym Nabrzeżu Pier2 Art Center”.

 W poniedziałek po szkole rączo niczym gazela popędziłam nad morze, licząc że dzień powszedni i w miarę wczesna godzina oszczędzi mi nadmiarowego zagęszczenia ludności. Przypominam – Tajwańczycy wszytsko robią stadami, hordami i czeredami, i spacer w Pier2 może zmienić się w ocieractwo ze szturchactwem.  Czytaj dalej

Muzeum Sztuki – i chińskie poczucie humoru

Kiedyś sądziłam, iż Azjaci wyprani są z poczucia humoru, nie rozumieją naszych żartów, dowcipasków i nawet nie zauważają ostentacyjnego nabijania się ich żółto-skośnookich osób, za to chichrają się jak potłuczeni w najmniej odpowiednich momentach… Potem przyszło oświecenie… Azjaci nie są kretynami, ale mają wysoko rozwinięte kompetencje społeczno-grzecznościowe przy jednoczesnym zaniku asertywności.  Posiadają także takie cechy jak ironia i złośliwe komentowanie zdarzeń w sposób celny ale i nienaganny pod względem uprzejmości. A na nasze docinki z dowcipaskami nie reagują, gdyż wychodzą z buddyjskiego założenia, że to tak – nienaumyślnie było.

Młodociany otworzył przede mną świat niepoprawnej gadki i przekomarzanek,szybko przyswajając sobie tekst o ironii będącej zwierzęciem futerkowym z amazońskich lasów. A mój słownik wzbogacił o kilka celnych podsumowań, po chińsku brzmiących bardzo miło i grzecznie, z kolei po tajwańsku już niekoniecznie… :D

Żyłam w każdym razie w słodkim przekonaniu o śmiertelnej powadze Azjatów, zaburzanej tylko pod wpływem % i zmieniającej się w radosne chichotanie rozbestwionych chomików z Hamtaro, aż któregoś chłodnego grudniowego dnia coś mnie pokusiło o sprawdzenie zawartości wielkiej kwadratowej plamy zieleni, wyposażonej w obowiązkowe oczko ) a raczej oczysko wodne, z którego środka coś błyskało w obraz z satelity, coś jakby helikopter na wodzie a nieco niczym smukły hipopotam/chromowany Nessie… W rogu mapa podpowiadała, Kaohsiung Museum of Fine Arts, Muzeum Sztuk Pięknych.

Odżałowałam 220 NT (prawie 30 PLN) na studencki bilecik i udałam się na ukulturalnianie podczas wystawy o Szalonym Dalim.

Obejrzałam więc słynną kanapę, nieco mniej słynne inne meble, wiele rozkłapcianych zegarów wykonanych w rozmaitych technikach, od rysunków przez brąz, chrom i szkło, potem jeszcze więcej aniołów z szufladami oraz statuetki heroin o fantastycznych biustach i inne zbiory, w tym trochę biżuterii oraz masę zdjęć ekscentrycznego Hiszpana z napomadowanym wąsikiem. Ale- najlepsze znalazłam po wyjściu… Bowiem muzeum otoczone jest parkiem – tak jak na zajęciach z Google Maps… Ale zdjęcia w małym kawalątku oddają to, co tam można odkryć… MeiShuGuanGongYuan (czyli Park Sztuk Pięknych) od pierwszego momentu zajął najwyższą lokatę w kategorii „lokacja na wagary”. Podobnie jak doki i Pier 2 – ma tę fenomenalną właściwość permanentnej mutacji, i przyjeżdżając za tydzień lub dwa zawsze znajduję coś nowego…

Po pierwsze – hektary przyrody. Jest się gdzie gonić, po alejkach, zaroślach, wąwozach, wzgórzach i innych wądołach.

Przyroda, oprócz aspektu deptanego, posiada także aspekt uciekający-syczący-fukający i pluskający. Czyli – kaczki, żółwie, czaple brodzące, jaszczurki, ryby, żaby, żuki i płochliwe kwiatki (takie jak na filmie „Avatar” – jak określił je mój amerykański kolega, one istnieją i dotknięte – zamykają się w sobie na chwilkę. Są niestety dość mikrych rozmiarów, więc łatwo je przegapić pośród bezkresu trawnika, a potem jest już za późno…).

 

Po drugie, przyczynek do upadku mitu o braku poczucia humoru i zmysłu ironii wśród Azjatów. Droga dookoła parku usiana jest znakami drogowymi, z opisami po angielsku i po chińsku.

Najpierw zobaczyłam taki – zakaz pieczenia kaczek , więc (nauczona instrukcją obsługi kibelka pospolicie i powszechnie wiszącą na drzwiach w każdym przybytku ulgi dla pęcherza) stwierdziłam domyślnie – może byli tu Polacy/Rumuni/Cyganie/inne nacje lubiące wszamać darmowego łabędzia w parku… Ale potem poważne, naukowo-obyczajowe podejście mi przeszło wraz z resztą arcypoważnych ostrzeżeń…

1. Zakaz tańca na rurce

2. Zakaz pławienia się w gorących źródłach

3.Zakaz dokarmiania zwierząt (pod machającą syrenką)

4. Zakaz praktyk religijnych

5.Uwaga! Qigong!(czyli energia życiowa, to, co uwalniają w sobie jogini i praktykujący poranne TaiQi)

6.Achtung, Minen – to przy żabkach, ponoć ma militarne wytłumaczenie, ale i całkiem praktycznie – całując żabę możesz wdepnąć w konkretny związkowy niewypał… (to tak mi się przypomniało rozliczeniowo, bo ostatnio prześladował mnie w snach mój uroczy Ex… Brr)

7. Skrzętnie zamaskowany w krzakach koło parkingu – Uważaj na Dyrektora Muzeum 8. Koło Muzeum Dzieci - raczkujący bobas z podpisem – zakaz puszczania luzem/uwalniania wszelkich zwierzaków… I inne (bo jestem pewna, że jeszcze nie wszystkie wypatrzyłam)

* かめはめ波; lit. „Turtle Devastation Wave” – dla tych co nie wiedzą, była w czasach mego dzieciństwa i kultowych japońskich kreskówek na tvn/polsacie/Polonii1 – taka rypiąca mózg i ogólnie demoralizująca japońska bajka(jedna z wielu, rzecz jasna), w której główni bohaterowie zdrowo lali się po pyskach w ramach ratowania świata i całej Galaktyki – a specjalną kosmiczną rozwałkę wszystkich form życia dookoła rozpoczynało magiczne zaklęcie - kame-hame- ha!, nie mające zbyt wiele wspólnego ze smutnym i samotnym hawajskim królem o takim imieniu…

Po trzecie, dziwne rzeźby na trawniku, Zaczynając od wielkiego, czerwonego znaku „Ai-miłość” na wzgórzu, przez rączki pomiędzy kamieniami (podobny do c**ki, stwierdził Młodociany – ale tytuł instalacji wszystko wyjaśnia), po kontener wyglądający jak z gry komputerowej o zdobywcach Marsa (lub z filmu „Obcy II”) i ławki – latarnie z kolorowych kosmitów.

Po czwarte, bajkowe zakątki z kwiatkami, ptaszkami, kiczowatymi rzeźbami piesków z gipsu, które poprzez sprytne umiejscowienie okoliczności przyrody zyskują mocno prowokujący rys…

Jest jeszcze Dziecięce Muzeum, w którym ja i Młodociany byliśmy jedynymi chyba gośćmi powyżej 14 lat, nie posiadającymi przychówku. Muzeum Dziecięce jest najlepsze :D

Właściwie cała wizyta w Parku Sztuk Pięknych przypomniała mi Akademię Pana Kleksa i resztę twórczości Brzechwy…

Czy Akademia była może tłumaczona na angielski? Bo o przekładzie na chiński z polskich autorów wydano – Mickiewicza Adama „Pana Tadeusza”, „Cesarza” R. Kapuścińskiego, którąś z książek Małgorzaty Musierowicz i wiersze Wisławy Szymborskiej, niedawno jeszcze „Wiedźmina” Sapkowskiego na fali popularności gry. A naprzwdę – była i kleksografia, i fabryka dziur i dziurek, i „Księżyc raz odwiedził staw” i Psie smuteczki”… Tylko Pana Kleksa nie było, doktor Paj Chi Wo pewnie by się znalazł…. :D

 

A jak wasze majówki?

 

 

Ludki z wielkimi zadami

Już kiedyś wprowadzałam w historię mego miasta tymczasowego zamieszkania. Kiedyś był to mega-zasyfiony port, jeden z bardziej ruchliwych punktów przeładunkowych Azji i świata – ponieważ kiedyś to Tajwan pełnił funkcję producenta i dystrybutora wszelakiego azjatyckiego badziewia. Potem pałeczkę produkcji przejęły smoki z Chin, Tajwan przekwalifikował się na produkty high-tech a i kwestie ekologiczne zaczęły być nieco bardziej palące – i tak oto portowy kopciuch rozpoczął powolną transformację w miasto światła, kolorów, sztuki i ekologii…

Mój kolega, przebywający kiedyś w Hsinchu (to na północy, takie zagłębie komputerowo mechaniczne) na czymś w rodzaju stypendium, ostrzegał mnie przed lokalnie panującym na pięknej wyspie pragmatyzmem i brakiem dbałości o estetykę wykończenia, objawiającą się tym, że jak działa to działa, i nic to, że wisi taki pisuar na płycie pilśniowej, przyśrubowany chamskimi gwintami, dookoła sterczą jakieś kable i inne gwoździe, wszak pisuar służy do opróżniania pęcherza a nie kontemplacji artystycznej. Ale południe Tajwanu miło mnie zaskoczyło… Stare dzielnice to owszem, blokowiska, przy których moja Nowa Huta to oaza piękna, przestrzeni i zieleni… Fakt, miałam szczęście wychować się w tej średnio-nowej części, gdzie zaplanowano, oprócz mini-parkingów i bloków i falujących ścianach (bo się majstru na kacu różnie betonem chlapało) oraz skośno osadzonych futrynach (bo oprócz krzywego chlapania, majstru miał również problem z pionizacją po trunkach ze Zdzichowej i Edziowej  piwniczki) – były i alejki, i place zabaw, i trawnik przed blokiem i jakieś tam upiększacze (u mnie straszyła głowa Kochanowskiego Jana, ale były i twory o kształtach abstrakcyjnych, z fontannami, brodzikami i kolorowymi szkiełkami/mozaiką). Nowsze dzielnice Kaohsiung, może i są zatłoczone blokami do imentu – i to takimi po 30 pięter, upchanymi przy sobie ulami, ale i o akcentach dekoracyjnych pomyślano. A to parczek jakiś, a to rzeźba ni stąd ni z zowąd, a to traska spacerowa. Ba! Aby naród stojący w korkach się ukulturalniał – to pod wiaduktami są też jakieś mniej lub bardziej artystyczne posążki, straszące lub wyglądające nawet nawet.

W podupadającym porcie urządzono atrakcję turystyczną, Art Center. W magazynach są wystawy, jest też część plenerowa – bo miasto Kaoshiung rocznie ma przeszło 300 słonecznych dni, jest kolorowo i urocznie. To właśnie tam spotkałam białego misia, tam stoi wielki plastikowy Transformer w kolorze żółtym, oraz oczywiście – słynne ludki z wielką dupą.

Ludki są symbolem miasta i formą hołdu oraz upamiętnienia dawnych mieszkańców Kaohsiung, budujących obecny dobrobyt tego miasta. Jest Pani – Rybaczka oraz Pan-Inżynier (przy czym inżynier to tutaj taki ładnie brzmiący zamiennik pana robotnika fizyczno-technicznego, operatora machinerii itp, niemający nic wspólnego z wykształceniem wyższym technicznym, albo niekoniecznie mający). Początkowo zaprojektowano białe figury. Pani – w obowiązkowym stroju każdej tajwańskiej kobiety pracującej na zewnątrz – czyli kapeluszu z liści bananowca (uwaga,stożkowatego kształtu kapelusze „chińskie” w poszczególnych skośnookich krajach różnią się!), zarękawkach - czyli takich niby rękawiczkach bez części na dłonie, chroniących przedramiona przed spaleniem na czekoladowy brąz, masko-chuście, zasłaniającej usta, nos i szyję. Pan – w roboczych portkach i pasie z narzędziami, w butach ochronnych alias gumowcach, w kasku na głowie, podkoszulku wypchanym na ramieniu czymś, demonstruje rozrośniętą klatę. Na jednym ramieniu, ma coś pod ubrankiem upchane.

Gdyby ktoś miał wątpliwości, to są właśnie wielkie ludki, z rozłożonym na czynniki pierwsze znakiem „miłość”… Taaakie wielkie zrobili! Swoją drogą, ja mało z motoru nie spadłam, jak kątem oka uchwyciłam coś wielkiego, niebieskiego… Walnęłam Młodocianego między łopatki (umowny znak- stawaj ale już!!!), on cudem utrzymał równowagę na chybotliwym dwukołowcu i i nie posłał mnie do wszystkich diabłów lub pod koła licznie zgromadzonych obok autobusów, busików,aut i innego smerfa. Najpierw odstawił atak paniki pt.: coś się Majii stało (np oberwałam kamykiem w oko, raz miałam już taką akcję – ale okulary wytrzymały)aaaaa!!!, potem się sfufał, że z tak błahego powodu jak plastikowy ogrom pośladków mało nas nie wysłałam w „anielski orszak niech twą duszę przyjmie”, a potem wraz ze mną zastygł, porażony ogromem „baby z zadem”…

- Naprawdę nie wiesz co to jest? -zdziwił się Młodociany, pod największą obecnie rzeźbą -symbolem. 

- Nie wiem. A ty wiesz?

- Wiem, przecież to oczywiste! No, popatrz jeszcze raz, niebieskie, kwadratowe… Przecież to paczka papierosów, hahaha! Niebieska w dodatku, to musi być z MildSeven, najpopularniejszej tajwańskiej marki. To u was robotnicy nie palą? A jak palą to gdzie noszą papierosy? Jak to, za uchem???

Tytułem wyjaśnienia. Tata Młodocianego pali, i jest z pokolenia owych noszących fajki na ramieniu. Młodsi lansowicze mają teraz specjalne metalowe pojemniczki – papierośnica, z zapalniczką i popielniczką w jednym, coby petami nie rzucać na trotuar…

Ludki stoją od 7 lat. Co roku więcej, i w nowych, okolicznościowych malowaniach. Zaczęło się od jednego, a potem - rozmnożyli się przez pączkowanie, niczym wrocławskie krasnale :D Kilka archiwalnych projektów:

A co oprócz ludków? Ano, jak to ładnie ujęła burmistrz Pulchna (którą doskonale znam z rysunkowej karykatury, a na zdjęciu jej nie poznałam, choć podobna jak dwie krople wody…) – Kaohsiung zyskuje nowe oblicze miasta Sztuki Nowoczesnej i Ekologii, więc jest i nowoczesna, ekologiczna wystawa na terenie starego dworca portowego.

Między szynami rosną kwiatuszki i trawniczki, dookoła domki, w których wciąż mieszkają ludzie (choć mi one wyglądały na takie bardziej lalczyne, tylko odrapane), a do tego z lekka statecznie rdzewieją ekologiczne rzeźby z odpadków… :D  I dinozaury.

I na koniec… Azjatyckie zabawy z perspektywą na zdjęciach… Każdy kojarzy focie z Egiptu, gdzie trzyma się piramidę w dłoniach? Albo -moje zdjęcia z Hongkongu, z wieżowcem „pod ręką”? To azjatycki wynalazek, ponoć japoński… W każdym razie, zrobienie dobrej fotki wymaga trochę mozołu i akrobacji…

 

A gdyby kogoś zaciekawiło, jak wyglądała transformacja Kaohsiung – TUTAJ KLIK  jest film z serii Nat Geo Megapolis, niestety – po angielsku. Dodam, że po obejrzeniu tegoż dokumentu dopiero do mnie dotarło, co Panda i inni mieli na mysli, mówiąc o „znacznej poprawie środkowiska, powietrza i czytości Love River”… Która – jak sądziłam, jest syfiastym ściekiem… Ale, jak tłumaczyło mi kilkoro mieszkańców tego miasta – jeszcze 10 lat mtemu to był taki rynsztok, że żeby popełnić samobójstwo, należało najpierw przebić się przez warstwę odpadków wszelakich, potem zaś zmobilizować wszelkie rezerwy samozaparcia, aby nie uciec przed mega -fetorem… Ryby nie chciały żyć w tej „wodzie”, a spacer brzegiem rzeki był rónoznaczny z deklaracją chęci dłuższego pobytu na oddziale toksykologicznym. A jak Młodociany stał w korku na moście – to aż oczęta mu łzawiły… I zobaczcie sami, jak ładnie dali radę :D

Weselny rytuał fotograficzny

Nieodmiennie, każdemu tajwańskiemu weselu towarzyszy pstrykanie zdjęć. W Polsce niby też, i niby też mamy albumy weselne lub nawet płyty DVD (które, podobnie jak komunijne – każdy ma, ale jakoś mało kto ogląda… Chyba, że się mylę i znajdę osoby bez końca wracające do uwiecznionego na nośniku wielkiego wydarzenia?). Ale…. Nie spotkałam się jeszcze z – albumem z sesją ślubną, wyłożonym do publicznego oglądania, ani też PPT/animacją ze zdjęciami pary młodej, puszczanym ku uciesze gości i dla zabicia czasu podczas wesela…

Natomiast tu – to tradycja, bez której zaślubiny należy uznać za nieważne i osiągające szczyty obciachu, chaosu i tymczasowej niewyróbnej prowizorki. Wiocha i tela. To jak góralskie wesele bez obowiązkowej bitwy na „śtachety”, albo jak jakiekolwiek wesele bez przynajmniej jednego wujka śpiącego błogo pod stołem w ramach przepicia…

Pierwsze zetknięcie ze zjawiskiem „dnia sesji ślubnej”, podczas której młoda para spędza cały dzionek, od świtu do zmierzchu albo i dłużej, na uwiecznianiu siebie w wersji upiększonej, w rozlicznych pozach, ubiorach i lokalizacjach – przyszło w zeszłym roku, wraz z odkryciem na FB zjawiskowych fotek moich tajwańskich znajomych. Znajomi ci byli amerykańskimi stypendystami, którzy tzw „gap-year” czyli w tym wypadku rok przerwy między ukończeniem szkoły średniej a rozpoczęciem studiów, postanowili spędzić w przyjaznej atmosferze Tajwanu, na koszt rządów USA i Republiki Chińskiej. Ich miesięczny plan zakładał środki na dłuższą wycieczkę w celu zaznajomienia się z tajwańską kulturą, scenerią i obyczajami, więc pewnego wiosennego popołudnia przekonali swoją opiekunkę Abby do konieczności zamiany kolejnego wyjazdu na lokalną sesję zdjęciową, typowo tajwańsko-kulturalną. Efekt? Wooow.

(W celu lepszego i dokładniejszego obejrzenia obrazków, proszę na nie kliknąć :D. To – na wypadek gdyby ktoś nie wiedział. Można też otworzyć obrazek w nowej karcie)

Kilka innych przykładów sesji weselnych … Służę obrazkami. Tak na marginesie – te chińskie stroje raczej rzadko są wybierane przez Tajwańczyków, tak jak Polacy i Polski raczej w drodze wyjątku do sesji zdjęciowej małżeńskiej użyją strojów regionalnych. Tajwańczycy pozują na zachodnio, na bogato, na wieczorowo i na elegancko. Ta trzecia kolumna z mniej intensywnymi kolorami, niezbyt wyraźna to tzw behind the stage, materiał z tworzenia… Od razu widać ile zyskuje się dobrym obiektywem, filtrm, fotoszopą, doświetleniem.

Nick ( imię chińskie – Dzi-dzia) i Mandy (już nie pytałam, powalona tą dzidzią…). Jak widać – oprócz tradycyjnych ujęć w strojach ślubnych, są i takie wieczorowe, i nawet trampki na obcasie tez miały swoje 3 klatki filmu :D

U nas nie jest to nic niezwykłego – wszak każda para młoda ma albumik. Ale… chyba nie jest to aż tak celebrowane? Z tego co kojarzę, to młodzi „urywają się” na godzinkę-dwie z imprezy i tyle… No chyba, że robią zdjęcia u znajomego fotografa, to mogą liczyć na np wieczorną sesję pod gwiazdami w dodatku do standardu. Oczywiście – obowiązuje jedna, góra dwie kreacje i zazwyczaj jedna miejscówka typu – (w Krakowie) Wawel, Kładka Bernatka i Podgórze/Kaziemierz,  Ogród Botaniczny, Skałki Twardowskiego udające Chorwację (wtedy my, nurkowie, z wody zawsze wrzeszczymy do pana młodego – nie bądź głupi, rzuć ją,  my powiemy że to był wypadek… Tak, wiem, wiocha – ale nas to bawi wyjątkowo), zamek lub okoliczności przyrody w Niepołomicach, ruiny w Ogrodzieńcu, klasztor w Tyńcu. Mniej ortodoksyjnie – widziałam sesję na samolotach w Muzeum Lotnictwa ( a nawet w replice zabytkowego samolociku podczas pikniku lotniczego, na oczach 20.000 gapiów para młoda pozowała na tle Jenny należącej do tragicznie zmarłego Marka Szufy. O panu Marku Szufie TU, a Curtiss JN4  „Jenny” w przelocie  nad płocką skarpą – TU), była sesja na polu golfowym w Paczółtowicach, w Teatrze Groteska, sesję podwodną na basenie Wisły też widziałam. Ale – mimo wszystko króluje klasyka, znacznie mniej rozbudowana niż w tajwańskiej kulturze obrazków wrzucanych na twarzo-książkę.

W Kaohsiung pary cierpliwie stoją w kolejce do cyknięcia foci na tle wielkiego znaku AI (love) w Art Parku, tabuny się uwieczniają w otoczeniu mizernej jeszcze roślinności Wetland Park, panny młode stadnie zadzierają kiece i człapią pod górę, ku latarni morskiej na Cijin oraz obowiązkowo - romantycznie szargają (wypożyczony) przyodziewek na czarnej plaży/ poszarpanych skałkach Sizihwanu.

Każda firemka fotograficzna ma zresztą przykładowy album, i wcześniej wybiera się – to wnętrze, tamto tło, tą budowlę, te i te stroje, ten ten i ten plener. Po całym dniu ganiania w sukni, z welonem i trenem i innymi gadżetami – w efekcie dostaje się około 50 ujęć, z czego 10-15 jest drukowanych w formie albumu.Należy wybrać  także foto na sztaludze witające gości, zakładki ze zdjęciem i wizytówki oraz zaproszenia z motywem oblicz oblubieńców. Koszt takiej fotosesji to przeszło 1000 PLN, bliżej 2000 nawet. Ale -uważam, że się to opłaca, zwłaszcza porównując poziom wizualny polskich sesji moich znajomych z tymi tu (aczkolwiek widzę poprawę, coraz więcej fantazji, personalizacji i dostosowania do np zainteresowań czy osobowości młodej pary)

Jakieś pomysły na ciekawą sesję ślubną? Pani fotograf pytała się mnie, czy nie chciałabym zapozować w oryginalnej, zachodniej wersji katalogu z białą twarzą dodającą blichtru i powiewu wielkiego świata :D Czekam na sugestie….

Wiosna w Polsce a wiosna na Tajwanie

Powitał mnie dziś rano następujący obrazek na Aggi fejsiku:

Czyli mroczny krajobraz osiedla Smerfetkowo, Bronisław w sweterku, samochody upaćkane czymś szaro-buro-lepkim, niebo ołowiano- zmhoczyste, urocznie…

I pytanie retoryczne – jaką mam(ja, ty, my, wy, oni) wiosnę?

Krótkie zerknięcie w pogodynkę – taaaa, Kraków -5…. OK. Pamiętam ten nużący okres przesilenia, kiedy to pierwsze, anemiczne promienie słonka powodowały szybkie wystawienie bladych powłok skórnych w nadziei na pocałunek UVA/UVB. Kiedy armia zombiaków wlokła się po ulicach Stołecznego Królewskiego, rozpaczliwie wypatrując pierwszych oznak końca zimy. Kiedy buty mi z lekka przemakały w szarej brei, a przejeżdżający samochód narzucał abstrakcyjny deseń z soli i syfu z kałuży na mą kurteczkę, też w jakimś depresyjnym odcieniu. Kiedy zasnuwające się na ołowiano-popielato niebo, niosące zapowiedź kolejnego opadu deszczu ze śniegiem wywoływało pełną rezygnację. A śnieżynki wirujące w smogowym powietrzu zmieniału mnie w klona Jacka Nicholsona z filmu „Lśnienie”, z wirtualną siekierą w urękawiczonej dłoni i żądzą mordu w oczach…

 

A jak jest na Tajwanie? Max mówi, że jeszcze chłodno, i powinnam brać ze sobą bluzę, bo wieczorami jeszcze  ciągnie zimnem. Dobre sobie. Najniższa temperatura w Kaohsiung wyniosła kiedyś dawno temu 14C. Tej zimy było kilka faktycznie zimnych nocy, gdy spałam pod kocem i kołdrą, i pożyczałam od Maxa bluzy (moje były „gdzieś w drodzie”, w paczce), bo świerkłam regularnie w klimacie zwrotnikowym. To drobny minus mieszkania w subtropiku – nie ma tu centralnego ogrzewania, trzeba się ratować farelką (o ile się takową posiada)… W Kao, poza okresem obrzydliwej spiekoty i wilgotno-lepkiej sauny przerywanej tajfunami -panuje wieczna wiosna w rozmaitych odcieniach. Tak od października do kwietnia mamy aurę – polskiego lipca, sierpnia i września, kwietnia, maja, czerwca. A potem piekarnik totalny, z opcją gotowania na parze (wilgotność 80-90% robi swoje). Cóż, Zwrotnik Raka… Więc za oknem kwitnie mi wielkimi kwiatami drzewo, na którym więcej pąków jest niż liści, a gdy fioletowe płatki opadną, za tydzień między soczystą zielenią już miga kolejne pokolenie ciemnoróżowego…

Więc jak wygląda moja wiosna? O, tak:

Przy czym wyjaśnię od razu. Tubylcom jest jeszcze zimno! Albo inaczej – nie-ciepło. Na ulicach ciągle wiele osób gania w kurtkach  TangXin śmiga po szkole w bluzie i dresiwie, Nico w garsonkowo-żakietowym kompleciku, a Max zakłada długie spodnie i dwa podkoszulki. I wiecznie przypomina mi – niczym moja mama (w sumie, urodziny mają jednego dnia, to i charaktery podobne) – Majia, weź bluzę, bo jest zimno, wieczorem zmarzniesz… Dobre sobie. Zmarznąć przy 25-30C… Woda ma też  25 -28C, u nas jest to letnia temperatura nagrzanego jeziora, taka lekko zupowata. Ja cała szczęśliwa się pluskałam i najchętniej bym nie wyszła, Młodociany dołączył do mnie z wyraźnym zbrzydzeniem i gnany tylko i wyłącznie poczuciem rycerskości (Majia, wracaj, nie idź głębiej, fale są dziś wysokie… To niebezpieczne!!!), szybko dostając dreszczy, telepawki i lekko sinego dzioba, tłumacząc mi, że mam natychmiast z wody wyjść, bo jest zimna i się przeziębię. Okiiii….

 

 

To właśnie słynna czarna plaża i rzeczona wysoka fala. A tego latania na miotle, tfuu, desce ze spadochronem mam ochotę spróbować :D Strażnik plaży (nie ratownik, tylko umundurowany strażnik plaży publicznej, który nie wyciąga z wody tonących, nie macha biustem niczym Pamela, nie lansuje się na wieżyczce i nie opala na hebanik kalifornijski - ale pilnuje prawa i sprawiedliwości na skrawku piaszczystego cypla) chyba dostanie zawału…:D

Ostatnio bowiem miałam z nim małą spinę. Na plaży znajdują się znaki – nie pływać, nie łowić ryb i nie coś dziwnego, niezidentyfikowanego plus dużo skomplikowanego tekstu chińskiego, którego czytać mi się nie chciało, bo to lektura na godzinę minimum. Nie pływać – spoko. Wlazłam zatem do wody po kolanka, siadłam sobie, żeby się schłodzić – i mi dobrze… Ze zdziwieniem zanotowałam rozlegający się koło ucha świst. Odwracam się, a tam pan strażnik mało płuc sobie nie wypluwa, stojąc w bezpiecznej odległości od fali i machając do mnie w sposób wysoce irytujący, znamionujący natychmiastową konieczność wyjścia z wody. Z gracją wieloryba wygrzebałam się, koszula kąpielowa (zwyczajowy zakaz eksponowania bikini skutkuje zakładaniem Tshirta i spodenek lub innego powłóczystego zawoju) oblepiła mi nieeksponowane bikini w sposób mocno  nie – niewinny i patrzę na pana strażnika plującego się po chińsku wzrokiem błędnej owcy. Nawet mi się go słuchać z uwagą nie chciało, tępe oczęta plus mokry podkoszulek zazwyczaj odnoszą lepszy skutek niż udowadnianie swoich racji w języku obcym.

- Czy mówię po chińsku -pyta pan strażnik, w zrozumiałej angielszczyźnie dalekiej od płynności. Kiwam głową, że nie. Pan zaczyna od nowa coś na mnie pyszczyć.

Odpowiadam mu tak szybko jak potrafię i z tak paskudnym akcentem, jaki tylko potrafię z siebie wykrzesać, że o co mu biega i mów pan po angielsku!. Pan traci rezon i głosem robota powtarza, że: ” Kaosiung City Government Regulation nowa edycja zakazuje…”

Ja na to- gdzie jest to napisane.

Pan pokazuje tablicę z krzaczkami.

- Ale ja nie rozumiem po chińsku, jak Kaohsiung City Council chce się ze mną dogadać, niech się wyprodukuje po angielsku, proszę ze mnie zejść, proszę pana.

- Ale tam są obrazki, proszę pani.

- Ano, są. Nie pływam, nie łowię ryb i nie robię nic podobnego do trzeciego znaka.   Wieć w czym rzecz?

- Ależ pani pływa!

- Pokazać panu pływanie? Ja sobie siedzę w wodzie, bo widziałam znak, że pływanie wzbronione.

- Ale pani nie wolno tego robić!

- A co, woda toksyczna?

Pan się zaczął poddawać, niestety, tę wyborną zabawę przerwał mi Max, który gnąc się w ukłonach przyleciał i zaczął przepraszać i coś tłumaczyć, więc straciłam przewagę, niestety – no i musiałam przyjąć na klatę, iż po pierwsze, mam się uczyć chińskiego, a po drugie, definicja pływania po chińsku zakłada wszelkie moczenie, nawet w wodzie po kostki. A trzeci znak to szeroko pojęte sporty wodne. Więc koleś ze spadochronem jeżdżący w prawo i lewo tuż pod strażnikowym nosem musiał mu nieźle działać na nerwy… Nic dziwnego, że zamiast kulturalnie spać, musiał na mnie podciągnąć nadszarpnięte ego…

No dobra, edit. Też zadziewam bluzę z kapturem. Ale tylko w klasie. Zaczął się bowiem okres szalejącej klimy z wiatrakami, gdzie temperatura w klasie mrozi krew w żyłach, na korytarzu z nóg zbija parno duszny młot regularnej aury. Oszczędni zazwyczaj tajwańscy nauczyciele w Wendzarniowskim Huayu ZhongXin hulają klimą za wszystkie czasy – bo darmowa, a w salach regularnych trzeba za tą przyjemność płacić… :D, więc efekt bywa- zabójczy. Marznie człowiek na kość patrząc na termometr pokazujący 30C… :D

Przesyłam troszkę ciepełka – i zapraszam do siebie, to nie jest tak daleko… :D

 

A jaką Ty masz wiosnę?