Norweskie rewolucje randkowo-kuchenne cz. 3

Już wiecie, że udało mi się trafić na cudem ocalały z epoki kamiennej okaz nieuleczalnego wikińskiego dżentelmana, co na cnotę mą nie nastawał (ku szczeremu żalowi głodnej wrażeń panny M.) a egzotyczną urodą powodował, że język mi się plątał i mentalnie wracałam do wczesnej podstawówki, gdy z wypiekami oczekiwałam pojawienia się Taxido Kamen albo innego wielkookiego bohatera japońskiej kreskówki z włoskim dubbingiem i polskim lektorem.

 Wciąż mam nadzieję na płomienny chiński romans, inny od przaśno-siermiężnego scenariusza komedii romantycznej rodem znad Wisły lub innego Holiłuda. Urzekły mnie chińskie legendy o miłości po grób, oczarowała smutna historia romansu bez happy endu (pisałam o niej w poście „Najpięknieszy znak chińskiego pisma”), no i nie ukrywam – podobają mi się Azjaci. Czytaj dalej

Norwesko-kuchenne rewolucje randkowe – część druga

A zatem – zostawiłam was z rumieńcami ekscytacji w momencie gdy płakałam jak bóbr nad swym pechem, niedolą i marnością żywota, bo kucharz imieniem Haakon zachował się w sposób ogólnie niby grzeczny acz obraźliwy dla mego kiełkującego seksapilu (który to seksapil rzecz jasna momentalnie uwiądł).

Innymi słowy, trafiłam na jednego jedynego cholernego romantycznego i porządnego chłopca w tym zakątku świata, który zamiast łapczywie i entuzjastycznie rzucić się na moje chude udka i dietetyczne żeberka – postanowił być gentelmanem, zaraza franca mór i trąd. Czytaj dalej

Kuchenne rewolucje wikińsko-azjatyckie

Nie, nie będzie o gotowaniu. Gotować dalej nie potrafię. Będzie za to o randkowaniu w Krainie Wikingów.

Moja wakacyjna praca polegała na byciu niańką chińskich turystów. Tak konkretnie, to byłam pilotem, przewodnikiem, asystentką, animatorem czasu wolnego, wyjaśniaczem dlaczego w takiej bogatej Norwegii na Nordkapie nie ma wypasionej galerii z butikami LV, psem pasterskim i dziewczęciem do bicia dla nowobogackich Chińczyków, którzy zdecydowali zamiast do Paryża wyekspediować się do Skandynawii na wakacje życia. W sumie, to o Chińczykach na wakacjach mogę elaborat walnąć, żeby było i smieszno, i straszno – ale dziś nie o tym. Dziś, powalentynkowo – będzie o miłości i romansach z Azjatami w tle. Czytaj dalej

Gdzie leży Peru i kto pochodzi z tajwańskiej Tajlandii – czyli opowieści podrywowe znad norweskich fiordów

Co roku, gdy mam wystarczająco dużo wolnego, wyruszam do Europy, aby podreperować stan finansów i zdobyć trochę grosiwa na spokojne życie studentki języka chińskiego na Tajwanie – bowiem niestety tak jakoś wyszło, że pracowanie na Tajwanie akurat mi nie wyszło.

Imałam się w Norwegii różnych zajęć – między innymi sprzedawałam na ryby na straganie i opiekowałam się wycieczkami. I szybko weszłam w interakcję z rozmaitymi mieszkańcami Kraju Wikingów – i tymi rdzennymi, i napływowymi. Mówiąc krótko, budziłam spore zainteresowanie. Czytaj dalej

11.11 na Tajwanie. Dzień „Niepodległości”, „Niezależności”,”Nieparzystości”

W Polsce w listopadowo pochmurny i chłodny poranek upłynie pod znakiem byczenia się w ramach przedłużonego weekendu, transmisjach uroczystości państwowych, przemów polityków i ewentualnych strajków, demonstracji oraz korków w związku z rozpoczynającym się szczytem klimatycznym.

A na Tajwanie? Czytaj dalej

Magia cyferek – czyli romantyzm po chińsku

O tym, że Azjaci zbyt wylewni nie są – wspominałam. O tym, że nie będą sypać wyznaniami o stanie uczuć – też pisałam, podobnie jak o oświadczynach, chodzeniu za rączkę itepe. W każdym razie czytelnik powinien pamiętać – Chińczyk/ Tajwańczyk/ Wietnamczyk/ Japończyk/ inny Azjata nie będzie powtarzał „kocham cię”, a gdy usłyszy taką deklarację to zwieje na drzewo albo wyśle interlokutora do psychiatry.

No to jak deklarują sobie uczucia? Hmm.. Nie słowa, a czyny? Prezenty  Noszenie torebek? Karteczki kolorowe? Nalepki na Line (nie wiem czyt w Polsce to jest, ale to taki komunikator smartfonowy, darmowy, więc jest tu bardzo popularny  I tak dalej, domysłów sporo…

Dziś Tajwańczycy i kultura tajwańska-chińska uosabiana przez nauczycielkę Zheng dała radę zaskoczyć mnie po raz kolejny :D Zaczęło się prozaicznie, od testu, który - o dziwo! wysłała nam na maila, kazała rozwiązać w domu i zapowiedziała, że potraktuje go jak normalny sprawdzian. Od zawiłości gramatyki szybko zdryfowaliśmy w kierunku ustalenia terminu wspólnego obiadu w domu Nauczycielki Zheng, na który to obiad wszyscy bez wyjątku mamy sporządzić jakieś danie kuchni narodowej. Nauczycielka Zheng podrapała się mazakiem po nosie, popatrzyła w kalendarzyk, oko jej błysnęło i zadała cięzkie pytanie:
- Jaki był wczoraj dzień?
- Dziękuję, dobry… Deszczowy.. Pogodny… Gorący… Poniedziałek… – padały ze wszystkich stron klasy odpowiedzi, nieodmiennie kwitowane: Mmm, oznaczającym – „Dobrze, ale nie to autor miał na myśli!”
W Końcu nauczycielka Zheng popatrzyła na nas jak na nierozgarniętych i niegramotnych, po czym na tablicy nakreśliła: 2013 520. Nic mi to nie rozjaśniło, zresztą – nie tylko mi, więc wpatrywaliśmy się spojrzeniem tepo-krowio-przeżuwającym. Osobiście czułam koniczynę, malowniczo łaskoczącą mnie w kąciku ust, a nawet mleko łaciate spływające mi do kartonika umocowanego gdzieś za planszą reklamowego tła z łąką. LeiWen(Szok Kulturowy made in Guyana Fhancuska) po mojej prawicy wyglądał równie inteligentnie i w pełni sił umysłowych, niczym ofiara plemienia dla amazońskiego krokodyla. Podobnie reszta klasy.
- Masz chłopaka? -zapytała znienacka Nauczycielka Zheng najbystrzejszą wśród nas Japonkę Saori. Ta pokiwała głową, że nie. – A ty?- A ty? – indagowała po kolei. Nie, nikt nie miał chłopaka, dziewczyny też.
- Mali?- Francuzka Marie-Helene pokręciła głową – Nie…
- Ale jak to, przecież miałaś chłopaka? – Fakt, miała. jeszcze dziś mijałam ich pod bramą Wendzarni, i nie wyglądali na skłóconych.
- Właśnie zehwaliśmy – oświadczyła Marie-Helene.
- E tam, oszukujesz starszą kobietę, w dodatku nauczycielkę…. A co wczoraj ci powiedział specjalnego twój chłopak? Powinien powiedzieć, jak nie powiedział, to może z nim zerwij? – Mali szukała w głowie pomysłu a na to, co powiedzieć miał chłopak…
Nauczycielka Zheng klepnęła w tablicę, znacząco – dalej nie widzicie zwiążku?
Nie, nie widzieliśmy.
5-2-0 przeczytała – wu er ling… wu er ling (łu ar lin/łuoa lin) – zwiesiła dramatycznie głos
- A! -Zatrybił jako pierwszy Takeji/Yuerh – ło ai ni? (我愛你I love you)?
-Taaaak – rozpromieniła się Nauczycielka Zheng. Przecież brzmi podobnie!
No chyba dla gęgających Chińczyków…

Fakt, ich fonetyka jest nieco odmienna – notorycznie mylą L i N (dla nas odległe realizacyjne jak Kraków z Murmańskiem, gdzie nosowe zębowe N a gdzie boczna dziąsłowa L?), różnica między P i B, D i T, Ki G nie polega jak u nas na dźwięczności/bezdźwięczności, a istnieniu lub braku przydechu. Łopatologicznie – po polsku rozróżnia się P i B oraz resztę przykładając palec do gardła i szukając drgań wiązadeł, drgają - dźwięczna  nie drgają – bezdźwięczna. Po chińsku paluchy (lub papierek, lepiej widać) przykłada się do ust, przy P jest przydech z podmuchem, papierek wdzięcznie faluje, przy B brak wyżej wymienionych. Stąd np.: mój sąsiad z ławki LeiWen(Szok Kulturowy) notorycznie ubezdźwięcznia i mało kiedy zostaje poprawiony, z kolei mi się zdarzyło powtarzać K i K i K a nauczycielka wciąż słyszała tam G, bo mój przydech był za słabo dychający…

No dobra, ale co dalej z tym wczorajszym dniem? – zaciekawiłam się potężnie. Może ciastkami dzielą i się załapię na jakieś reszteczki (ostatnio dostałam prawie połowę tortu z okazji dnia matki, bo ani rodzicielka ani dzieci nie mogły przejeść nadmiaru słodyczy i różowego lukru, mniam mniam)??? Niestety, nie, tym razem obeszłam się smakiem, zamiast materialnych dowodów miłości wypada zadzwonić do lubej i lubego i mu przypomnieć, że dzis 20 maja, wymówiwszy to mozliwie pokracznie uzyska się efekt miłosnego wyznania. Podobny dzień to 30 maja, 5 3 0, wu san ling/ łuosanlin – czyli我想你wo xiang ni, tęsknię za tobą, myślę o tobie, w synonimie – kocham cię. No a rok? 2 0 1 3?  er ling yi san? Nie wiem jakim sepleniącym cudem, Chińczyk i chińskojęzyczny ujrzy tam  -  alin isen, kocham cię na całe zycie -愛你一生

- No to jak, zadzwonił ten twój chłopak, czy nie? Może wysłał ci smsa z cyframi- indagowała nauczycielka Zheng. – Bo jak nie, to powinnaś z nim zdecydowanie zerwać, bo to skandal, żeby nie docenić takiej pieknej i mądrej dziewczyny…

- A właściwie  to nie wiem – spointowała Marie- Helene, – chyba nie… Ale nie ma to znaczenia, i tak słyszę to co rano i co wieczór oraz bez okazji…

- Ale twój chłopak jest Tajwańczykiem jak mój mąż? Mój mąż nie jest taki, jestem zazdrosna!

- Tak, on jest Tajwańczykiem, ale ja nie jestem Tajwanka, więc musi się starać dopasować do mnie…

O miłości i partnerstwie w klimatach Dalekiego Wschodu I

- Mogę cię wykorzystać?- zapytał którejś nocy mój polski znajomy.

- Yyy, raczej tak…  A w jakiej sprawie? Bo jak pożyczka albo zakupy z dostawą do domu, to nie…

- Nie, nie o to chodzi… Wiesz, moja koleżanka wyszła za mąż za Japończyka, wyjechała tam, urodziła dziecko i teraz ma zonka, bo ani mąż ani teściowa nie chcą jej wyręczać i bawić, a dla niej to udręka i rzecz niezrozumiała, taki brak wsparcia, więc i szykuje się do rozwodu… A ja się tak zastanawiam, czy to norma u was skośnych czy ona tak trafiła niefartownie…

Na ile znam Japończyków, i jacy by nie byli uroczy, to – norma, zwłaszcza, gdy żyje się w Kraju Kwitnącej Wiśni. Mój kolega Keisuke opytany na tę okoliczność rzecz jasna entuzjastycznie zaprzeczył istnieniu jakiegokolwiek seksizmu w Cesarstwie Wschodzącego Słońca, ale mina srającego kota na hasło – „przewijanie, spacery, karmienie, niunianie” mówiła sama za siebie. Odpowiedź jest prosta: Japończycy nie pomagają na równych prawach w opiece nad dzieckiem, bo po prostu nikt im nie powiedział, że tak trzeba. Podobnie jak ja – dopóki nie zobaczyłam pewnej reklamy, nie wiedziałam, że włosy mogą się „puszyć”, i owo „puszenie”jest naganne estetycznie. No cóż. Moje puszystością jakąkolwiek wykazują się w dość nikłym stopniu tylko kilka godzin po umyciu i robią za grządkę szczypiorku po ataku piorunów, potem smętnie zwisają. A japońskie bobasy świetnie się mają pod opieką mamuś ( bo nikt ium nie uświadomił, że tatuś ma psi obowiązek czytać bajki i oglądać teatrzyki tudzież entuzjastycznie uczestniczyć w życiu pociechy, a jeżeli nie – to wywołuje straszliwe zmiany na psychice dziecka i powinien w związku z tym co najmniej się powiesić), i tylko jakaś (walnięta w potylicę) Polka uważa, że cała japońska rodzina powinna współuczestniczyć w trudach macierzyństwa, bo tak jest w Europie przyjęte… Swoją drogą, nie chciałabym się znaleźć na jej miejscu, będąc dokładnie taką samą Polką, walniętą dla odmiany w czółko.

Powyższe zdarzenie natchnęło mnie do baczniejszej obserwacji ogólnych relacji partnerskich na Tajwanie. Zatem wnioski w sposób syntetyczny przedstawiam poniżej

1. Faza wstępna –  poznali się i…?

Tutaj uprawia się podchody. Fakt uderzenia w ślinkę z kimś na imprezie nie oznacza automatycznie „uzwiązkowienia”. Tu trzeba się „propose”, czyli tak jakby oświadczyć się w celu uzyskania wiążącej odpowiedzi, czy się panna będzie czy nie będzie prowadzać się. A takie oświadczyny – to może nie klękanie z bukietem róż czy innymi biżutami, ale na przykład zaśpiewanie wiele mówiącej piosenki w karaoke. Przy czym zanim do tego dojdzie, to „nierandkowe” spotkania trwają i z pół roku, ale najczęściej „nierandkuje” się tak z miesiąc-dwa. średnio ze 2 razy w tygodniu. Ważne – mężczyzna powinien za wszystko płacić, ale na to nie musi zgodzić się dziewczyna. Jak to mi ładnie ujęła TangXin – jej mama mówi, że jeżeli nie chcesz spędzić reszty życia z tym panem, to nie powinnaś pozwalać mu na wyłączne sięganie po portfel i raz na czas zaprotestować z gracją, zapłacić za siebie czy nawet coś zafundować.

2. Są razem i…?

No właśnie – i??? Co wyróżnia Tajwańczyka w związku? Ano to, że swojej pani tacha torebunię… Serio :D Popyla po mieście z przewieszonym przez ramię symbolem kobiecości, nieważne – że różowy, koronkowy, cekinowy, z dumą ukazuje światu zwisający z chuderlawego ramionka dowód swej atrakcyjności i uprzejmości. Drzwi nie otworzy, paltocika nie przytrzyma, w tachaniu siat nie wyręczy – ale torebkę niósł będzie wiernie i wytrwale. Czego zrozumieć nie mogą obcokrajowcy – że o co kaman z tą torebką, weź się kobieto ogarnij, chyba nie sądzisz że „to” załaduję sobie pod pachę i tak się po mieście będę lansował jak Pinki-Winki???

Tajwankom zaś w głowach się nie mieści, że Pan Romantyczny, który umie śpiewać po francusku, ma taki słodki bajer i jest taki mniam mniam przystojny i superwspaniały – że na kobietę usiłującą mu tą torebkę jakoś dyskretnie wtrynić za pomocą aluzji popatrzy jakby się owa istota posługiwała dialektem wenusjańskim, totalnie nie przyswajając treści komunikatu. Położony przed nosem przedmiot sporu ominie, nie zauważając, ewentualnie się potknie – i pójdzie dalej, zaś wciśnięty bezpośrednio w łapę przytrzyma jakieś 10 sekund, po czym położy w jakimś bezpiecznym miejscu…

Drugi wyróżnik – to koszulki, tzw matching outfit. Czyli – takie same toćka w toćkę, albo w kolorach kontrastowych, albo z pasującymi do siebie elementami graficznymi. Tajwańczycy w ogóle mają lekkiego szmyrgla na punkcie uniformów, jednakowości ubioru i okolicznościowych ciuszków, więc warsztaciki, gdzie pan lub pani wyprodukuje w trymiga koszulinkę z wybranym wzorkiem są nader popularne, a i co krok jesteśmy zachęcani do zakupu na przykład – klubowego Tshirta sekcji wspinaczkowej, wydziału, kibica itp.  Wykonanie jest z reguły całkiem przyzwoite (albo Tajwańczycy piorą ciuchy za rzadko i w dodatku w zimnej wodzie, więc nie ma się co dziwić, że wzorek się nie spiera… Też możliwe…)

Trwają spory, skąd pochodzi podbijający cały świat a bijący rekordy popularności słodki trend wszech-dopasowania. Ponoć – wymyślili go Koreańczycy, sprzedający do dziś najwięcej „pasujących” koszulek i gadżetów (breloczki do komórek, okładki na Iphona, kółka do kluczy, smyczki, pierdołki wszelakie). Ale reszta Azji wcale się nie poddaje i też produkuje oraz kupuje owe słodkie wyznaczniki parzystości na potęgę… A nie są to wbrew pozorom tanie drobiazgi.

A co z całowaniem? Publiczne obściskiwanie się jest mocno niemile widziane. Za ucałowanie kolegi w policzek na powitanie w knajpce zostałam zmieszana z błotem i zbluzgana oraz odsądzona od czci i wiary jako niemoralna wywłoka ze zgniłego Zachodu… Czyli buzi- buzi nie bardzo, publicznej wzajemnej eksploracji rejonów migdałkowych też nie przeprowadza się zbyt często .. Aczkolwiek parę razy zdarzyło mi się przyhaczyć gównażerię gimnazjalną oddają się z lubością i zapamiętaniem zgłębianiem tajemnic dentystyczo-laryngologicznych (komentarz Młodocianego: eeech, a ja nawet w technikum to mogłem sobie o tym pomarzyć tylko, bo jakby mnie kto złapał na realizacji, to miałbym z d… jesień średniowiecza).

I dotyczy to zarówno pań, jaki panów, we wszystkich konfiguracjach! Gejów się tu akceptuje, ale nie dzięki temu, że kreatury pokroju posła Biedronki. nie płaczą zbyt głośno o straszliwych homofobiach społecznych, tutejsi homoskesualisci mniej rzucają się w oczy. A jest ich – zapewniam- sporo. W Weznao znakomita większość panów woli panów. Przy czym są w miarę cisi i bezwonni, wyróżniają się głównie całkiem sensownym wyglądem i dbałością o siebie.

Będąc razem, można chodzić na spacery, trzymać się za rączkę, jadać razem obiady, chadzać do kina – i Tajwańczycy to robią. Przydałoby się też po jakimś (stosownym) czasie znajomość z gruntu platonicznego przenieść w pielesze sypialniane… I tu pojawiają się różnice tajwańsko- polskie, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Nie ma się co oszukiwać, tajwańskie gimnazjalistki w słoneczko nie bawią się powszechnie. wiek inicjacji seksualnej spada, ale wciąż lokuje się znacznie powyżej 18 lat. Nie ma rozmów uświadamiających, nie zdradza się szczegółów alkowianych, nie dywaguje na temat walorów i umiejętności pań i panów. Natomiast licealiści Tajwańczycy mają lekcje „wiedzy o rodzinie”, do których  podchodzą  - jak do każdego innego przedmiotu - nad wyraz poważnie i zakuwają jak małe dzięciołki wszelkie potencjalnie ważne detale. Ale obyczajowo są dosyć pruderyjni, nieśmiałość skutecznie przykrywa porywy chuci.

Wiedza ta jest albo dość dobrze wpojona, albo jednakowoż robienie dzieci nie wychodzi Tajwańczykom za dobrze, współczynnik dzietności i wskaźnik urodzeń od lat na Pięknej Wyspie jest żałośnie niski (średnią podciągają mamy obecnych studentów i nastolatków, które miały i po troje- czworo dzieci, „próbując ustrzelić” męskiego potomka, tak ważnego dla dziadków, zwłaszcza ze strony ojca, którzy cisnęłi bezlitośnie o kolejne próby, i dlatego TangXin ma 3 siostry i dopiero na braciszku skończyła się prokreacyjna misja rodziny Hsu). Ciąże nastoletnie, studenckie i przedślubne zdarzają się z rzadka. Na hasło, że moja kuzynka urodziła mając lat 17, moi koledzy i koleżanki zrobili wielkie oczy – bo tu taka skaza na życiorysie  masa wydatków i utrudnień dla całej rodziny to rzecz nie do pomyślenia. No i taki wstyd! Taka hańba! Takie problemy dla wszystkich dookoła! Nie podniosłam zatem tematu ciąż gimnazjalnych i zabawy w słoneczko, wzbudziłam wystarczającą zgrozę w biednych tajwańskich serduszkach.

Aborcja na Tajwanie jest legalna, zabieg jest odpłatny (ale cena nie jest zaporowa), wymagana jest obecność osoby pełnoletniej, ale nie musi być to rodzic  czy członek rodziny. I tyle. Pigułki nie cieszą się olbrzymim wzięciem, głównie z uwagi na cenę, za to prezerwatywy są w smakach, kolorach i odmianach wszelakich. W ogóle – na tajwańskich sex-shopach nie ciąży odium „zła i brudu moralnego”, są to sklepy z fikuśnymi gadżetami wszelakiego rodzaju, w tym w sporej części asortyment u nas zaklasyfikowany zostałby jako „śmieszne rzeczy” – obok prezerwatyw i wibratorów leżą pałeczki do ryżu z penisową końcówką, popielniczki ze sprośnymi lub żartobliwymi tekstami,maski goryla, Tshirty z rozmaitymi nadrukami… tak sobie przypomniałam, że jadąc zarówno do Gorących Źródeł jak i na Wyspę z Rafą w pokoju obok jednorazowej szczoteczki i pasty do zębów, ręczniczka, szamponu itp znalazłam także przydziałowy kondonek z kotkiem…

Jak wygląda kwestia partnerstwa w związku? Bardzo różnie. Są pary gdzie on ją tłucze (bo tak i już) – zwłaszcza tyczy się to małżeństw mieszanych, między Tajwańczykami z niższym wykształceniem i obyciem, z braku innych kandydatek ściągającymi sobie spragnioną lepszego życia na granicą – narzeczoną z Wietnamu, Filipin, Kambodży, Indonezji, Tajlandii… Aczkolwiek sytuacja poprawia się coraz bardziej, zagraniczne żony są instruowane o swoich prawach i egzekwujące je… Tyle teoria, w praktyce – jest chyba podobnie jak w Polsce lat temu 20-30, gdy nie ważne jaki buras, ważne, że zagraniczny i stanowił przepustkę do lepszego świata, co stanowiło niejaką karierę społeczną. Do tej pory obsewruję takie stanowsko zwłaszcza w mniejszej miejscowości i pośród Ukrainek, dla których małżeństwo z potencjalnymi pieniędzmi oznacza gwarancję szczęścia na wieki.

Ale z tego co obserwuję – kobiety na Tajwanie są raczej wyemancypowane, pracują i są mniej lub bardziej niezależne od mężczyzn. Rozwody są też coraz bardziej powszechne i nie obarczone aż takim piętnem wstydu dla kobiety jak late temu kilka-naście. Mężczyźni uczestniczą w procesie chowania potomka już nie tylko w charakterze portfela i Kary Ostatecznej… Na przykład – w domu Młodocianego gotują mężczyźni, bo mama tego nie lubi i nie umie. Podobnie jak ja, nie trzyma się przepisów i wymyśla z rozmaitym skutkiem dania mniej lub bardziej odległe od oryginału, Młodociany robi za pralniczego i zmywarka i jest to jak najbardziej normalne. Na historię o Polkach skaczących dookoła swoich mężów jak koło pisklątek, i o facetach zalegających przed telewizornią gdy kobieta miota się między kuchnią, przedpokojem, odkurzaczem, dechą tortur oraz pralką – zapytał… — Eeee, serio?, NoWay! Ale już w domu moich nowo poślubionych znajomych – Mandy stwierdziła, że nie będzie pracować, ona zajmie się gotowaniem dla rodziny (czytaj – siebie i męża), a Nick ma zapewnić jej stosowny poziom siedzenia w domu.