Tajwańska zima – czyli jak poradzić sobie w zwrotnikowych zawiejach śnieżnych…

Ten wpis powstał w ramach projektu Klubu Polek na Obczyżnie. Dziewczyny z całego świata opowiadają, jak radzą sobie z mroźnym czasem w roku (a ponadto co drugi dzień straszą lub bawią loklanymi smaczkami i historyjkami). Jeżeli chcesz poczytać, jak oswoić zimę w na przykład Finladii, Norwegii, Singapurze, Tajlandii – zaglądaj na blogową listę TU (kolejne wpisy będą pojawiać się w miarę ich publikowania).

Zima na Tajwanie… jak tu sobie z nią poradzić? Ano, najlepiej jak mogę – czyli ubiorę się w szorciki, wysmaruję filtrem żeby mnie nie poparzyło i pójdę na plażę obserwować postępy Młodocianego w trudnej sztuce radzenia sobie z deską surfingową.

Ewentualnie jeszcze jak mi za bardzo przygrzeje to się wytaplam w morzu, albo kategorycznie zażadam zabrania mnie natentychmiast na lody. Bo zima na Tajwanie zazwyczaj wygląda tak….

Styczeń w Kending, w Muzeum Oceanu Czytaj dalej

W pogoni za super-białością

O tym, że Tajwanki, Chinki i w ogóle mieszkanki tej słonecznej świata strony mają niezły odchył na punkcie białości liczka i ciałka – pisałam. O tym, jakie metody stosują w tym zbożnym celu – też wspominałam. 

Jednakże metody „tradycyjne” typu maska, czapka, parasolka i inne całuny nie zawsze zdają egzamin, więc Tajwankom (i innym) w sukurs idą odkrycia chemików i kosmetologów – filtry, balsamy, mydła, pudry itp mające z żółtawych z założenia Azjatek zrobić laleczki z saskiej porcelany. Czytaj dalej

Kosmetyki azjatyckie i ja cz I

Niektóre z moich koleżanek po usłyszeniu, że wyjeżdżam na Tajwan dostawały wypieków na policzkach i mrówek w … końcu odwłoka – albowiem oto ja, osoba którą można uszczypnąć, popatrzeć w zęby i w ogóle jestem kimś na wyciągnięcie ręki – wynoszę się do tych lądów bajecznych, mekki kosmetycznej mazideł i paćkadeł kupowanych za ciężkie pieniąchy na ebayu, allegru lub u Azjatyckiego Cukra. Normalnie orgazm w ciapki.

Za pierwszym razem było luzacko, miałam tylko kilka dziwnych próśb o przywiezienie suwenirów kosmetycznych, typu „taniuchne” w tej świata stronie ponoć kosmetyki Shiseido, jakieś koreańskie hity blogosfery – bo do znajomych jakoś słabo docierała wiadomość że jestem taaaak daaaaleeekoooo. Czytaj dalej

Nie tylko szczotka, pasta… – o myciu zębów

Ostatnio o myciu zębów wspominałam przy okazji zakupów kosmetycznych, kiedy to z uwagi na nieco wybiórczą znajomość języka tutejszego usiłowałam wyszorować wnętrze paszczy klejem do protez (KLIK).

Od tego czasu znajomość krzaczków mi się polepszyła, profilaktycznie obadałam też teren polowania na artykuły pierwszej potrzeby  i nie zdarzyły mi się jakieś większe ekscesy, oswoiłam się z dziwnymi tajwańskimi wynalazkami typu maseczka na cyc oraz asortymentem drogerii i innych sklepów w okolicy. I wszytsko było w jak najpiekniejszym porządalu, grało, buczało i migało niczym dobrze naoliwiona reklama tajwańskiego stoiska z czymkolwiek… Do wczoraj. Czytaj dalej

W tajwańskim markecie II – szybkim krokiem przez stoisko kosmetyczne

Obok mej nowej hacjendy zwanej wigwamem (z tarasem!) rozlokowały się sklepiki „wszystkomające” z gatunku „śledź, mydło, powidło, czernidło i ser” (bo jest to wersja poszerzona o takie rzeczy, których w życiu bym nie szukała w „Samie”) w liczbie trzech. Plus księgarnia, elektryczno-elektroniczny, sieciowa drogeria Watsons i inne azjatyckie wynalazki typu „prywatna biblioteka z wypożyczalnia komiksów”, gdzie tajwańskie czytelniczki spragnione komiksowej strawy lub urozmaicające sobie nudny wykład  w Wendzarni za pomocą lektury – mogą znaleźć na przykład hitową serię „50 shades of Grey” Czytaj dalej