Ahoj przygodo! – czyli norweski epizod z Morzem Północnym w tle

Gdy kolejny turnus z Chińczykami dobiegał końca, a ja serdecznie wymiotowałam już na samą myśl o zgrai wyjątkowo irytujących skośnookich osobnikow jacy mi się trafili tym razem, zadzwonił telefon.

- Kiedy lecisz do domu?- przez trzaski i inne zakłócenia w tle przedarł się chrapliwy głos mojego znajomego Wilka Morskiego, kapitana siedmiu mórz.

- A za pare dni, a co? Chcesz mnie na obiad zaprosić?

- E tam obiad, mam dla ciebie pracę!

- Jaką?

- Bzzzt glum glum klhhhhhh bzyt krrrrr bzyt… – i w słuchawce rozległy się buczki oznaczające koniec audiencji.

„I cal you tomoro. I am on boat and have bad conektion” – zapikał sms, specyficzną angielszczyzną kapitana. OK…

Z tym „tomoro” to w wypadku Wilka Morskiego bardzo umowna sprawa i czasem wypada ono za tydzień, miesiąc, ruski rok lub nigdy – ale wieczorem po 23 Wilk Morski zadzwonił. Z propozycją nie do odrzucenia. „Mój człowiek z załogi jest chory, potrzebujemy kogoś na podmianę. Chcesz?”

Aha. Okeeeej… Yyyy?

- A co miałabym robić, przecież łodki to ja widzę głównie w butelkach jako elementy dekoracyjne, albo na obrazkach, a o pracy marynarza mam takie pojęcie jak o piciu rumu.

- Na mojej łodzi nie ma alkoholu w tym rumu też, a reszta jest prosta. Trzeba gotować, myć, duuuuużo mycia i pomagać przy załadunku i rozładunku cargo. Nic trudnego. Kiedy możesz zacząć? Czytaj dalej

Rybki małe południowych mórz – Muzeum Oceanu w Kending

Styczniowym przedpołudniem udało mi się zdać ostatni egzamin, odebrać wyniki prac pisemnych i zasiąść w kafejce w celu analizy pokaźnej długości oceny opisowej. 

Były te rezultaty znacznie lepsze niż oczekiwałam, aczkolwiek Młodociany zmarszczył nosek i zaczął rozpoczął przemowę: Czytaj dalej

O nurkowaniu słów kilka – Odc. 4 Opowieści o Palau

Przygodę z nurkowaniem zaczęłam dawno temu. Mój ówczesny chłopak nurkował i jego zdjęcia podwodne i nawodne z różnych egzotycznych zakątków podziałały mi na wyobraźnię niemal tak samo, jak czytane w podstawówce przygody Dirka Pitta z powieści Cliva Cusslera (notabene, seria zeszła na psy straszliwie).

Ale pewnie podwodne przygody skończyłyby się na etapie marzeń, gdyby nie mój kolega Andrzej, który rok wcześniej zrobił kurs i zaprowadził mnie za rękę do jednego z krakowskich centrów nurkowych. Czytaj dalej

O rajskiej wyspie, białych plażach, zielonych żółwiach i czarnych duchach

A wpis o kanonie urodowym leży w zanadrzu i straszy już nawet kiedy lodówkę otwieram…. Więc aby uniknąć pań z dynastii Tang, Qing, Ming i pomniejszych z wielką ulgą zerwałam się z zajęć, oddaliłam od nawiedzonej lodówki i udałam w kierunku czegoś, co zowie się „Małą Okinawą”. Duża Okinawa do wielkich też się nie zalicza, na wysepkach należących do Archipelagu Riukiu, rozrzuconego na Morzu Wschodniochińskim i Pacyfiku, żyje powiem około miliona mieszkańców 0 czyli mniej niż 1%całej populacji Kraju Kwitnącej Wiśni. Zresztą, z Tajpej na te wyspy to już tzw „żabi skok” – o ile znajdzie się samolot/łódkę udającą się w tamtym kierunku…

Ale – północ Tajwanu jest zimna i deszczowa i w dodatku droga. Japonia – jeszcze droższa. Zatem pomknęłam chyżobusem, z lekka tylko rozklekotanym – na południowy wschód…

W hrabstwie Pingdong, w mieście Dongguan (czyli Wschodniej Przystani) trwało gorączkowe malowanie, rozwieszanie dekoracji, zamiatanie, kolorowanie elewacji itp. Powód? Ano, zbliża się sezon na czarnego tuńczyka (polskiej nazwy brak, angielski odpowiednik to pacyficzny tuńczyk błękitnopłetwy… szczerze mówiąc, znam tylko dwa gatunki tuńczyka – z puszki w stanie” papki z mięsa mechanicznie oddzielanego od ości” oraz „z puszki w nieco większych kawałkach”, ichtiologiem nie jestem…). I co z tego, że zbliża się sezon? Ano, do miasta zwala się masa wszystkożernych Japończyków, łapczywie rzucających się na sashimi z owego nad wyraz super hiper smakowitego tuńczyka… Sashimi takowe kosztuje zatem odpowiednio, w sam raz na kieszenie bogatych obżartuchów z krainy wielkookich kreskówek… Zdarza się, że i 50-60 PLN za kawałek, taki na jedno kichnięcie i jeden ząbek…

Większość rybaków skutecznie umiejących wytropić i złapać owe smakowite potwory, ważce po kilkaset kilogramów i mierzące nawet i 3m długości – pochodzi z wyspy XiaoLiuChu, zwanej też – małą Okinawą, z racji na swoje umiejscowienie.

Ponieważ mało kto chce być rybakiem, z uwagi na brak nowych adeptów rybołówstwa oraz nieuniknione starzenie się i przechodzenie na emeryturę starszej generacji pogromców mórz i sardeli, wyspa XiaoLiuChu zaczęła się przebranżawiać – z osady portowej o długoletniej tradycji w kurort. Ma do tego wszelkie warunki…

Po pierwsze -leży około 20 km od brzegu, a więc smog z fabryk i hut Xiaogangu (największa tajwańska huta, stalownia, walcownia, odlewnia i diabli wiedzą co jeszcze, w każdym razie kombinat większy niż doskonale mi znana krakowska Huta im. Tadeusza Sędzimira, co z patriotycznym bólem serca przyznaję na forum…) oraz z stref przemysłowych Pingdong tam nie dolatuje.

Po drugie, wysepka położona jest bajkowo – na rafie koralowej otaczającej dawny, bardzo stary i wygasły wulkan.

Po trzecie – w tych warunkach zwłaszcza morska fauna rozwija się znakomicie, pozwalając mieszkańcom produkować urozmaicone posiłki złozone z owoców morza na wiele sposobów. Oraz rzecz jasna dostarczając romantycznej scenerii do podziwiania. Tajwańczycy pływać nie lubią, a opalanie się w stylu europejskim uważają za absolutną durnotę i poddają się takowemu zabiegowi, zwanemu „ludzkim grillowaniem” – przypadkowo albo w ramach kary za wyjątkowo wielkie przewinienia.

Po czwarte – religijna społeczność dawnych rybaków pobudowała na tej niewielkiej wysepce tyle świątyń, że bogowie łaskawym okiem spoglądają na rajsko-biało-szmaragdowy klejnot pośród szafiru i granatu okolicznych mórz.

Po dotarciu na wysepkę za pomocą szybkiej łódki raźno podskakującej na falach- - odkryłam wiele ciekawych spraw, związanych z wyspami koralowymi…(Powierzchnia tego kawałeczka raju wynosi niecałe 7km2, objeżdża się ją  dookoła skuterem w 20-30 min, przy czym na to 30 min to się trzeba solidnie napracować i jechać tak szybko, że prawie do tyłu…

Plaże koralowe są do-ba-ni!. To nie jest sypki złocisty piaseczek z Mielna, o nie… To drobno lub grubiej pokruszony żwirek, po którym chodzić się da, ale wylegiwanie się to raczej zadanie dla masochisty…lub fakira. Ponadto, do wody włazi się wyłącznie w butach i podkoszulku. Buty – bo nierówna powierzchnia skał koralowo- wulkanicznych jest schronieniem dla licznych stworzonek, na które nie chcesz nadepnąć no i fale ostro rzegotają nieco większymi kamyczkami w strefie przyboju, łatwo o kontuzję paluszka i paznokcia… Podkoszulek – bo smarowanie się kremem z filtrem jest niewskazane z uwagi na to, że substancje chemiczne zawarte w ochronnych balsamach mogą podrażnić lub wytruć okoliczne zwierzaki zamieszkujące rafę. A zwierzak może cię zaatakować i ugryźć. A stworki morskie są wielkokortnie bardziej jadowite od tych lądowych. A na plazy nie ma ratownika z antidotum na morskie neurotokstny, ani flaszek z octem ani nawet kotłów z wrzącą wodą (to w celu denaturacji trującego związku organicznego zawartego we wstrzyknietym jadzie). Aha. 

Ale za to można udać się na nurkowanie… Juppi! No, nie tak juppi… Moje nurkowanie -czyli skafander, butla, płetwy – to coś znanego mieszkańcom XiaoLiuChu tylko z filmów. Turysta chcący nurkować dostaje – pajacyk z lycry, butki neoprenowe (takie same jak moje w Polsce), kamizelkę ratunkową unoszącą na wodzie dostojny zezwłok, oraz rurkę i maskę. I tela. Może wsiadać na skuter, wiozący go do plaży. Aha, jeszcze kółko ratunkowe, po jednym na parę, spięte smyczą. Kółka się trzymamy, zanurzamy paszczaki i podziwiamy podwodny raj, a pan przewodnik nas ciągnie niczym skuter wodny, głośno omawiając mijane ciekawostki….

Prawie jak w szkole z „Gdzie jest Nemo” :D

Rozumiałam tak pół na pół jego chiński, ale w sumie, dużo mi tłumaczyć nie musiał. W końcu nurkuję od jakiegoś czasu i zgłębiam mimochodem zagadnienia związane z tzw pedalskimi kolorowymi rybkami, które można podziwiać w Egipcie, Chorwacji czy innej ciepłowodnej destynacji nurkowej. Dlaczego pedalskie? Takie powiedzenie z mojego pierwszego klubu, gdzie usiłowano mnie przerobić na niemal komandosa z Formozy, nurkującego w cienkiej piance w zimie,targającego ze sprzętem kilometrami, stojącego w opozycji do „egipskich nurków”, co to miętcy są i ciency jak wężowy zadek… Głupio się przyznać mi było, że ja to bym wolała jednak oglądać te pedalskie rybki kolorowe, tylko mnie nie stać na wyjazd do Egiptu, więc teraz zachwycam się okoniami i płocią-trocią-ukleją. No ale- przyszedł w końcu czas na oglądanie w wersji live kolorowej rafy koralowej :D

Zwieńczeniem wycieczki było bliskie spotkanie z ośmiornicą (zwinęła się w kłębek w norze i wystawiła tylko jedną mackę ze sporego rozmiaru przyssawkami i w odwłoku miała starania przewodnika w celu wywabienia jej z nory) oraz  wpadnięcie na żerującego żółwia. jak zapewnił pan przewodnik, żółw jest wegetarianinem, tak jak buddyści i krzywdy nam nie zrobi… Ale był spory, tak z 70 cm do metra długości. I minął mnie dostojnie machając płetwami – może o jakieś 5 m, wynurzając się co chwilkę aby zaczerpnąć powietrza (i rozejrzeć się, czy te głupawe człowieki zniknęły z horyzontu, czy nie).

Oj, jak płakałam w duszy, że nie mam swojego małego podwodnego aparacika… Żółw według mojego rozeznania – był żółwiem zielonym, osiągającym do półtora metra długości skorupy i do 500 kilogramów masy. Wbrew nazwie, jest raczej brązowawy, zielonkawą barwę ma za to jego tłuszcz.

Dzień drugi spędziłam na na objeżdżaniu wyspy dookoła na skuterku… Ulic jest tam 4 na krzyż, jakby się nie błądziło, tak się się wybłądzi po maksymalnie 5 minutach jazdy, po prostu trafi się na już wcześniej odwiedzony kawałek terenu :D Do tego 100 świątyń (od całkiem malutkich po takie pięciopiętrowe, z teatrzykiem dla duchów i fajerwerkami), 3 podstawówki i jedna Junior High oraz baza wojskowa i jakieś tam niby zabytko-atrakcje. Dlaczego 3 podstawówki? Nie wiem, ale w każdej z nich – a są to budynki słusznych rozmiarów, większe niż nasze polskie tysiąclatki – w każdym wielkim budynku uczy się tylko jedna klasa (albo rocznik, bo nie wiem czy dobrze zrozumiałam pana Yao, od którego wynajmowałam pokój i który jest kopalnią wiedzy o wyspie). W Junior High jest więcej klas, ale też nie za wiele – a po ukończeniu gimnazjum biedne dzieci piątek świątek sztorm i susza musza płynąć do Pingdonga, do najbliższego liceum (około pół godziny szybkim promem)… I nikt nie płacze, że muszą o 7 rano stawić się na sprzątanie terenu wokół szkoły…

Atrakcje XiaoLiuChu są – niezbyt imponujące  Przyzwyczajona do pozytywek i wodotrysków z Europy, czasem z trudem przestawiam się na lokalne „podziwianie scenerii” będące powodem do targania godzinę albo i dwie w jedną stronę, Zwłaszcza że owa sceneria sprowadza się do np kawałka skały oblegane przez turystów…

Tutaj za atrakcję robią-

- opuszczony fort artyleryjski ze ściągą dla celowniczego na ścianie

- pod fortem tzw „korytarz ekologiczny”, gdzie można do ręki wsiąść - rozgwiazdę, kraba, ślimaka morskiego, jeżowca i inne pomniejsze stworki, które dla ciebie złapaie i opowie o nich specjalnie wyszkolony pracownik

- ścieżki pomiędzy skałami wyrzeźbionymi przez erozję w arcyciekawe kształty – na przykład kalafior (miejscowi widzą tam wazon z kwiatami, ale dla mnie to bezdyskusyjnie owo biało-zielone, mało romantyczne warzywo)

-jaskinie

Jaskiń są dwie większe – ale niestety tzw „Beauty Cave” akurat była umacniana i remontowana, więc pozostało mi tylko i wyłącznie udanie się do „Groty Czarnego Ducha/Groty Czarnego Krasnala”. Legenda mówi, że ukrywali się w niej czarni niewolnicy, znalezieni na holenderskim statku, który złupił Koxinga – legendarny załozyciel tajwańskiej państwowości, poplecznik upadłej dynastii Ming uciekający przed zemstą manzdżurskiej dynastii Qing. Ale prawda jest nieco smutniejsza…

Mała biała wyspepka była od dawien dawna (podobnie jak reszta Tajwanu) terytorium Aborygenów, spokrewnionych z Maorysami i Polinezyjczykami, ciemnoskórych (wyraźnie ciemniejszych niż jasnożółci Chińczycy Han), wielkookich (Aborygeni mają normalne oczy bez tzw mongolskiej powieki, określane automatycznie jako „ładne, duże oczy”) myśliwych  rybaków i zbieraczy. Gdy podczas sztormu o rafę rozbił się holenderski statek zmierzający z lub do Indii, rzecz jasna resztki załogi spacyfkowano, a dobra zutylizowano. Taki występek przeciwko Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej nie mógł, zgodnie z polityką firmy, ujść bezkarnie. Gubernator Formozy otrzymał stanowcze polecenie ukarania bezczelnych „czarnuchów” – bowiem mocno opalonych Aborygenów właśnie tak nazywali Holendrzy. Mieszkańcy wyspy chronili się w jaskiniach, skąd atakowali karną ekspedycję. Holendrzy wycofali się z bardzo nikłym sukcesem – zdobyli dowody na obecność białych rozbitków i rozszabrowanie żaglowca (monety, miedź a nawet kapelusz o charakterystycznym kroju) i rozpoznali teren, lokalizując główną grotę. Trzy lata później kolonizatorzy powrócili. Grotę-schron zablokowano, szczelnie zamykając wszelkie otwory, poza obstawionymi przez wojsko niewielkimi dziurami, które wypełniono tlącą się siarką i smołą. Opar i dym niósł się do wnętrza groty. Po ośmiu dniach gazowania, gdy krzyki zamkniętych wewnątrz ucichły, jaskinię odblokowano, niedobitki płci męskiej wywieziono precz, na plantacje Batavii (obecnie Indonezja, Dżakarta), dziewczęta i kobiety zaś trafiły na Tajwan, gdzie służyły w domach Holendrów. Około 300 ciał wrzucono do morza. Depopulację wyspy – czyli usunięcie rdzennych mieszańców – zakończono 10 lat później, gdy chiński dzierżawca XiaoLiuChu, przejmując teren od Holenderskiej Kompanii Wchodnio-Indyjskiej, wysłał na Formozę ostatnich 10 autochtonów.

Mała wysepka, ale wypoczynek -bajkowy. Udała mi się i pogoda, i dobre dni wybrałam – mało tłoczno. Kiedy wracałam, akurat mijałam – chmury znamionujące zwyczajową po pełni Księzyca zmianię pogody oraz łodki szczelnie wypchane turystami.