W temacie ogrodowo-ogrodniczym – Qiaotou

Nie tak dawno podsumowałam tajwańskie próby ogrodniczo-kwietnikowe (KLIK), i nie było to podsumowanie pochlebne. W świat za moją sprawą gruchnęła wieść, iż Tajwańczycy ogrodów nie znają (chyba, że z książek), a w doniczkach hodują dynie i rośliny odkomarzające, a kwiatów szukać należy ze świecą i solidnym detektorem…

 Być może nie szydziłam zbyt ostentacyjnie z tego drobnego niedociągnięcia – ba, nawet powstrzymałam się od komentarzy, ale – Młodociany jest azjatyckim czytaczem między wierszami, i zgodnie z zaleceniami tutejszego „mówienia naokoło” zwanego „chodzeniem bez dotykania narożników” pewne niewypowiedziane prawdy potrafi uchwycić, wróżąc z kierunku zawinięcia się rzęsy w lewej dolnej powiece interlokutora… A jako gorący patriota, usiłujący mi wbić do głowy, że Tajwan nie jest zły – postanowił złe wrażenie zatrzeć i walczyć o dobre imię tajwańskiego kwietnika.

 Zaprosił mnie zatem na rozpoczę te w sobotę wydarzenie „Ocean kwiatów” alias „pola kwiatów w Qiaotou”. W związku z tym zostałam poproszona o przywdzianie kolorowego ubranka, aby ładnie harmonizować z rabatką i pojechaliśmy – na wieś.

Mała uwaga administracyjna.

Kiedyś Tajwan posiadał miasta i województwa, z amerykańska nazywane „county”. Zatem było sobie Kaohsiung City i Kaohsiung County, i łatwo było zrozumieć, co miastem jest a co nie. Ale – aby mieszkańcy terenów wiejskich czy podmiejskich nie czuli się dyskryminowani a dokumenty można było dla całego regionu drukować według jednego szablonu (w ramach oszczędności, Tajwańczycy kochają oszczędności…), ktoś władny zadecydował, iż nie ma co dzielić na County i City, od dziś wszyscy zgodnie i pospołu łapiemy się za ręce i spiewamy, że wszyscy Polacy to jedna rodzina … yyy zagalopowałam się… .

Nieważne, stanęło na tym, że teraz całe Kaohsiung County zawierające w sobie Kaohsiung City od dziś nazywa się Kaohsiung. I basta. I dlatego na Sylwestra „w Tainan” dojechałam z obolałym zadkiem – bo ja sądziłam, że będzie to Sylwester w Tainan City (60 km ode mnie) a nie w jakimś zapyziałym górkim końcu najodleglejszego narożnika Tainan County. Patrz mapka. Przyczym ten dystans 112 km to chyba w linii prostej, a w ogóle to powinnam się była domyślić, iż gorące źródła z zasady nie występują w miastach, chyba że strzeli rura od MPEC…

 Zatem Qiaotou teoretycznie jest dzielnicą Kaohsiung – ba, nawet posiada swoje stacje metra (sztuk 2), które to metro tutaj akurat nie sunie pod a nad ziemią. Qiaotou jest znane jako okolica raczej rolnicza, swego czasu główne centrum przestwórstwa trzciny cukrowej na południu Tajwanu. Obecnie w budynkach pofabrycznych urządzono miłe restauracyjnki, knajpki i muzea, a wizyta w Qiaotou Sugar Refinery i przejażdżka tamtejszą archiwalną kolejką wśród pól ryżowych i ananasowych, zakończona rzecz jasna uroczym grillowaniem – to punkt obowiązkowy, zalecany przez każdy przewodnik po Tajwanie. Ze szczególnym uwzględnieniem grillowania, rzecz jasna.

Innymi słowy pojechałam na wiochę. Z polami, niskimi domkami (do 4 pięter zazwyczaj) i wiejskimi zapachami. Młodociany- jako zwierzę miejskie- zabłądził na wsi ze trzy razy, ale w końcu dojechaliśmy pod bramę, wielkimi literami oznajmiającą, że to właśnie tu jest owo dziwowisko i atrakcja, czyli „Pola Kwiatowe”

Spodziewałam się czegoś innego, bo na widok mej buziuchny patrzącej na obiecany „ocean kwiecia” Młodociany szybko zaczął się tłmaczyć, że dla Tajwańczyka z miasta taki widok to jest coooooś, ale pewnie my w Europie mamy więcej kwiatów, to i wrażenie słabsze…

Co zobaczyłam? Ano, pola kwiatów. Nie wiem jak sie nazywają, ale wiem, że moja mama w ogródku na ranczu też takie ma. Pomiędzy z lekka sponiewieranymi rabatkami kłębił się standadowy tłum Chińczyków… Tajwańczyków, bez różnicy. Z dziećmi, psami, watą cukrową, wózkami, inwalidami na wózkach inwalidzkich i tak dalej. Armageddon w mikroskali trwał w najlepsze (w niedzielę musi to być dopiero masakra…). Zdjęcia poniżej.

 Pszczółka Corgi zdychała w upale, futerku i owym kostiumiku. Pańcia bowiem ubrała, ale wody już nie wzięłą, bo po co psu woda w upał?

 To właśnie te kwiatki były bohaterami eventu. Chińczyko-stonko-odporne nad podziw…

 Scenerię kwiecistą urozmaicono wystawą eko-rzeźb słomianych. Na przykład strachów na wróble oraz inne elementy. Sama się bałam co poniektórych, szczerze mówiąc.

 Pojawił się także komponent słowiański. Ja głęboko wierzę w inspirację cyckami z klipów Donatana.

 Lżejsze i bardziej keai czyli cute kompozycje kreskówkowe dla dzieci w wieku od lat niemowlęcych do głębokiej starości, czyli Sponge Bob, na Tajwanie wielbiony

 Jeżyki (prawdopodobnie)

 Świątynia tajwańska w wersji słomianej. Jest bóg (z tyłu), jest ołtarz i kadzielnica z kadzidłami (to okrągłe wazopodobne coś z przodu)…

 Element poparcia dla ruchu gejowskiego (obecnie na Tajwanie trwa dyskusja o legalizacji małżeństw homoseksualnych) też się znalazł…

 Tajwańska krowa (a raczej wół) – zrobiona w hołdzie dla dziadka, który przez 50 lat prowadził małe tradycjne gospodarstwo rolne z takim właśnie wołem zamiast traktora

 Znalazły się i tradycyjne wiejskie grządki z kapustą i inną zieleniną. Budziły pomniejsze zainteresowanie (ale kiedy ja je sfociłam, za mną zaklikało stado tabletowców – bo może to coś arcyniezwykłego?)

 Można było wypożyczyć taki oto rowerek z ochroną przeciwsłoneczną… Ten dziadziuś miał tak na oko koło 70-tki, ale pedałował dziarsko niczym młodzieniaszek

 Pomimo tego, że wyjechała z Kaohsiung i została pęknięta w wyniku spisku międzynarodowego – Żółta Kaczuszka na długo pozostanie standardowym motywem zdobniczym sztuki użytkowej…

 Nie mogłam się powstrzymać od uwiecznienia przykładowych stylizacji na grządkę.

To tyle w temacie kwiatków na Tajwanie. Jak widac, pole kwitnących, wcale nie niezwykłych roślin, budzi olbrzymie poruszenie – ruch był jak w każdej atrakcji turystycznej, pomimo poniedziałku. Ludzie chyba wolne z pracy brali, żeby tu przyjechać…

PS. Bardzo przepraszam za mały rozmiar zdjęć. Niestety, wykorzystałam już całą pojemność 100 Mb przydzielaną każdemu uzytkownikowi, więc nie mogę umieszczać nowych grafik… Większe zdjęcia dostepne są na 
http://gong-zhu-majia.blogspot.com/

W Starym Kinie

Młodociany jest filmoholikiem. W małym paluszku lewej stopy ma zestawienia premier i oceny krytyków, w małym paluszku stopy prawej zaś – detale dotyczące obsady, fabuły, reżysera, nagród i o co by jeszcze się nie chciało zapytać. Szczególną atencją obdarza filmy amerykańskie, zwłaszcza z nurtu „Superbohaterowie” oraz „Widowiskowe łubudu, nie próbujcie tego powtarzać w domu, drogie dzieci”. W tajemnicy dodam, że smarka na co bardziej wzruszających scenach, oglądając ze mną na przykład – „Jak wytresować smoka”. Ale… oglądanie filmów z laptopa, z cichym dźwiękiem – to nie to. Yutube i „odcinki po 10 minut – też nie. DVD za drogie… To jak w takim razie obejrzeć star(szy)y film i  w pełni sycić zmysły kolorem, dźwiękiem, akcją, wszystko na dużym ekranie i z dolby surround głośnikami, komfortowo rozwalając się wygodnie kołami do góry na kanapie , z podusią pod tyłkiem, popcornem pod ręką, lepiej jak w kinie bo bez tych wpijających się w 4 litery foteliczków?

- MTV! powiedział Młodociany.

-???- zdziwiłam się dosyć wyraźnie.- KTV znam – to klub karaoke, ale MTV? Znaczy ta stacja telewizyjna z Ameryki? Co ma do rzeczy kanał z muzyką w pomniejszych ilościach przetykaną Kardashianami, Rodziną Hulka i Króliczkami Playboya oraz masą reklam? (tak, zdarzyło mi się kiedyś oglądać Zło Świata Tego w czystej postaci, gdy zaległam z nogą ubitą widowiskowo i przez tydzień mieszkała u mnie koleżanka z siostrą na me posługi, jako kaleki. Dziewczyny oglądały namiętnie MTV jak leci, a i ja z dziwną fascynacją pomieszaną z niedowierzaniem śledziłam takie „SuperSłodkie Urodziny/SweetSixteen” na przykład – więc owszem, wiem o czym rozmawiam. Ale dłużej niż tydzień z tubą współczesnej kultury masowej- chyba bym oci*iała…)

- To wy w Polsce nie macie MTV? – tym razem Młodociany nie wierzył w to co usłyszał o Zielonej Wyspie i Krainie Szczęścia Nadwiślańskiego. - Ooo, to cię muszę zabrać, żebyś mogła potem opisać wszystko na blogu!

Okazja nadarzyła się niebawem, podczas spaceru w porcie, zobaczyłam COŚ, a po cosiu inne coś, w kolorach biało-czarnych. Była konstrukcja, szaro-betonowa na tle siwych chmur, wyposażona w monochromatyczne detale: czarno-białe strzałki z chińskimi napisami i schody udekorowane żwirkiem w dwóch kolorach, po prawicy białym, po lewicy czarnym, i wielkie fotosy, które natychmiast przypomniały mi, że rok temu w Kaohsiungu nakręcono jakiś film o policjantach, na którego premierę o mało się nie załapałyśmy z Kasiorkiem… Oko mi zabłysło i zapytałam Młodocianego, czy to właśnie to. Azaliż, byłże to właśnie ten hit tajwańskich wszechczasów z ostatniego roku. A ja trafiłam dokładnie do nieczynnego już Muzeum Filmu Black&White, będącego także filmowym komisariatem oraz scenerią dla wielu innych serialowych i filmowych epizodów… Zatem naturalną konsekwencją stał się wypad do wspomnianego MTVw celu uzupełnienia braków w mej wiedzy kulturalnej.

 

MTV jest podobne do KTV, tylko w KTV się śpiewa a w MTV ogląda. Też są pokoiczki z wygodnymi kanapami, lista odtwarzania, miękko wytłumione światło, atmosfera relaksu. Seansik w cenie małego bileciku studenckiego do kina niższej klasy, około 150 NT (100 w tygodniu, z kartą zniżkową). W pokoiku jest kanapa z miękkim materacem z dermy (taki, jak z sali gimnastycznej w podstawówce), równie miękkie materaco-poduchy znajdują się na ścianie z tyłu, są poduszki mniejszego kalibru w poszewkach z poliestru, są i kocyki do przykrycia się i polegiwania w komforcie  cieplnym z uwagi na hulający klimatyzator. Prawie się skusiłam na kocyk, tylko Młodociany trzepnął mnie po łapach i szeptem zagroził – Ani mi się waż. Czemu? Ano, podobnie jak na seansach porannych w dużych europejskich multipleksach – bardzo często widzowie, zwłaszcza w konstelacjach parzystych, korzystają z przytulnej anonimowej ciemności pokoików w MTV i – zamiast śledzić fabułę i doceniać walory gry aktorskiej tudzież efektów specjalnych – oddają się uciechom mniej lub bardziej wieńczonym małymi azjatyckimi plemnikami wsiąkającymi w kocyk. Ewentualnie zamiast plemników są inne zjadliwe mikroby, w każdym razie – kocyk n=bierze się tylko w wypadku wyższej konieczności, albo taki z metką z pralni.

Teraz kilka słów o filmie – angielski tytuł „Black and White. Episode 1 The Dawno Of Assault”, chiński:  痞子英雄. Na początku, na fali popularności CSI, Dowodów zbrodni, Nowojorkich Gliniarzy,itp itd, wszelkich seriali policyjnych w wielkim świecie (czytaj – Ameryka) w niewielkim studiu Prajna z niewielkiego miasteczka w Kaohsiung padł pomysł stworzenia czegoś podobnego, ale z lokalnym kolorytem, do czego nie trzeba będzie tworzyć dubbingu i napisów. I tak w Kaohsiung rozpoczeły się zdjęcia do „Black and White”, serialu, który rozreklamował portowe miasto na południu oraz spowodował natychmiastowy skok ilości kandydatów na policjanta, zaś odtwórcom głównych ról zagwarantował status supergwiazd.

 

To nic, że całość jakością nagrania oraz skomplikowaniem scenariusza przypomina raczej W11 niż CSI.  W końcu – lubię oglądać W11 :D Nie dla komisarzy czy megaskoplikowanych spraw jakie zawsze skutecznie rozwiązują – ale dlatego, że akcja toczy się w moim mieście i co rusz jak nie znajomy zaułas, to znajoma twarz się objawi… Raz była to moja koleżanka ze studiów w roli lesbijki- więźniarki, raz sąsiad jako gangster niższych lotów (po tym występie, a były to początkowe odcinki serialu, gdy jeszcze nie wszystkie osiedlowe emerytki przyswoiły sobie, że to fikcja –  starsze sąsiadki ignorowały jego „dzień dobry” wzdychając – Taki był z Mareczka dobry chłopak, a tu proszę, w telewizji pokazywali że to bandzior zły, kto by pomyślał), a to kolega z klubu nurkowego w roli elementu dresiawo-plugawego, a to koleżanka – przedszkolanka w roli życia, jako wijąca się na rurze tancerka z nightclubu (film nagrała przed wakacjami, a po wakacjach zaczęła pracę, i akurat nastąpiła emisja odcinka… Niektórzy rodzice się jej przypatrywali bacznie, oj wyjątkowo bacznie). Parę razy pojawiły się znajome wnętrza (domy i mieszkania znajomych) oraz zewnętrza i tła ze sceneriami, tylko ulice nie wiedzieć czemu nagle nazywały się zupełnie inaczej…

Na pomysł filmu o krakowskich komisarzach jeszcze nikt nie wpadł, ale na fali popularności serialu o Czarnym i Białym (czyli dwóch dość różnych od siebie gliniarzach, z których jeden jest spokojny i bogaty a drugi biedny i zły) Prajna Studio postanowiło szarpnąć się na film.  I to nie byle jaki – bo z budżetem wynoszącym 12 ooo ooo dolców. Nie podali tylko, których dolców – czy amerykańskich czy tajwańskich, a to robi niejaką różnice ( 1 USD= ok 30 TWD)… Aby nie komplikować odbioru tym, którzy serialu nie widzieli na oczy i nie wiedzą kto jest kim – postawiono na prequel, czyli co było zanim Biały poznał Czarnego(panowie poznają się w pierwszym odcinku serialu i od początku pałają do siebie zdecydowaną antypatią, co dalej będzie – nie wiem, bo jestem w połowie odcinka pilotażowego).

Filmu o „Świcie wojny” streszczać nie ma sensu, bo fabuła trzyma się kupy głównie dzięki grawitacji i efektowi Coriolisa. W każdym razie przez dwie i pół godziny przystojny Mark Chao (policjant w białej koszulce) wraz mniej przystojnym Bo Huangiem (cwaniakujące gangsterskie popychadło niższego szczebla) – gonią się, uciekają przed mniej lub bardziej przystojnymi Azjatami z Mafii i Azjatyckimi Siłami Specjalnymi, a ponadto ratują świat przed spiskiem mającym na celu wywołanie globalnej wojny.No! Brzmi jasno, spójnie i logicznie? W tym celu(ratowanie świata, rzecz jasna) na przykład Mark Chao alias Wu Bohater chyżo niczym ta gazela skakał po goleni podwozia lądującego samolotu, w celu naprawienia tegoż właśnie podwozia, po to aby samolot z bombą z antymaterii mógł miękko wylądować bez posłania w powietrze sporego miasta… Jeszcze jakieś pytania? No to trailer :D

Nota bene, Chińczycy nie umieją robić- trailerów, slajdów do PPT oraz konstruktywnych streszczeń. Jak zresztą widać po tym trailerze, który tak właściwie jest spoilerem… Aha, efekty specjalne, poza tymi od mordobicia, też im wychodzą słabo. Wam oszczędzono, ja zaś widziałam ów samolot z 1:23 trailera,lecący w okna Kaohsiung85, skręcający w ostatniej chwili, i lecący wzdłuż okien, a animowany tak paskudnie, że przebił chyba nawet skopane efekty specjalne z polskiej produkcji „Wiedźmin”, czyli bajki o gumowym smoku… Taaak, a oprócz tego, że widziałam owego chamsko naniesionego, rozpikselizowanego wręcz prostacko Boeinga 747 (panowie z Prajny zażyczyli sobie go sprowadzić chyba z Hongkongu, głównie dlatego, że z uwagi na lokację nie w Kaohsiung, Tajwan a w Harbor City, gdzieś w Azji Przyszłości nie można było wykorzystać regularnych tajwańskich linii lotniczych i ich samolotów) przelatującego tuż za szybami, to słyszałam też szefa policji patrzącego w niebo i ze zdumieniem przecierającego oczy – czy tam, na tym kole to nie wisiał własnie nasz kolega Wu Bohater?….

Jak mi się film podobał? Bardzo :D Bo nie o fabułę chodziło przecież, a o to, kto pierwszy rozpozna pokazane na ekranie adresy i miejsca :D Dokładnie o to samo, co w W-11 :D A jeżeli ktoś ma ochotę na nieco lepszych lotów film akcji, to polecam przygody marzącej o podrózach pracownicy infolinii amerykańskiego ZUSu, której pogaduchy (w ramach obsługi systemu emerytalnego) z Brucem Willisem zmienia się w film akcji u boku najlepszych tajnych agentów na emeryturze – czyli RED.

 W ramach ostatniej ciekawostki – to białe autko, którym rozbija się Wu Bohater – to tajwański autochtoniczny samochód marki Luxgen. Z innych typowo tajwańskich produktów wykorzystanych w produkcji – firma taty i kuzyna oraz mojego zeszłorocznego kolegi i zbawiciela KungFu Pandy dostarczała elementy rurzane. Znaczy jakieś tam blachy, rury i inne, raczej słabo lokowane w mediach elementy.

W większości miejsc pokazywanych w filmie byłam, poza Kaohsiung85, bo każą płacić 30 zł za wstęp na pseudotaras widokowy…

Kadr z filmu z zaznaczonymi miejscówkami, które już znacie z moich opisów. A jak ma się to do filmu?

-W Pier22, tam gdzie my kupujemy szarlotki od Grażyny, wybuchała cysterna,i film kończy się właśnie w tym miejscu, gdy Wu Hero przyjmuje zgłoszenie i rusza z piskiem opon po nową przygodę…

- W Love Pier zlokalizowano komisariat, oraz takie drewniane deptaki, po których Wu Bohater lansował się z możliwościami Luxgena

- Między Love Pier a Pier2 odbyło się większość pościgów.

- Na tyłach Pier2, w pewnej odległości od Ludków z Zadami zlokalizowano hotel oraz bar, w którym Xu Dafu planował swój interes z brylantami

-Reszta miejscówek to – słynna szklana kopuła na stacji metra na Formosa Boulevard, dwa wielkie malle – Dream Mall i EDA oraz znajdująca się w pobliżu mojego domu Kaohsiung Arena. Plus ulice i kamienice reszty Kao, robiące za klimat nowoczesno- industrialny

Moknąc w deszczu

Ze zdziwieniem, rozbestwiona słonecznym szaleństwem i tropikalną aurą Kaohsiunga - skonstatowałam  iż PADA. Ośmiela się od dwóch dni siąpić, kropić, lać i walić żabami, ze zmienną amplitudą i natężeniem oraz interwałem. Odkryłam też, że Tajwańczycy potrafią jeździć na rowerze/skuterze, trzymając jednocześnie rozłożony parasol. Poluję od rana na szybką focię takiego delikwenta, bo bez dowodów nie sądzę, żeby ktoś uwierzył, że jegomość raźno pedałuje, paląc papierosa i trzymając nad głową metrowej średnicy deszczochron w kolorowe ciapki.

Plusem  intensywnych opadów jest to, że powietrze nieco się oczyściło, smog osiadł na ulicy i spłynął do morza. Ponadto trawa i roślinność odżyły i odzyskały intensywne kolory. Odrobinę się ochłodziło (aczkolwiek nie jest to mróz polarny czy po prostu zwykła zimnota, każąca zadziać polarek i wbić się pod kocyk z kawusią i książką). A z minusów – od dwóch dni jestem zombiakiem, ledwo chodzącym (w okolicy nie ma dobrej kawy a na substytut szkoda mi kasy i żołądka, a ja jestem na równi hipochondryczką i meteopatką). Życie towarzyskie i wyjścia musiałam ograniczyć. No i najbardziej irytujące – komary pchają się do domu drzwiami, oknami, klimatyzatorem i rurami. Jak to rurami? Też nie wierzyłam, ale tutejsze owady mają chyba szkolenie w SWAT zanim wylegną w poszukiwaniu wyżerki. Bowiem źródłem zaopatrzenia w krwiopijców jest – uwaga – dziurka ściekowa (czyli odpływ wanny/prysznica, gdybym miała wannę lub kabinę prysznicową) oraz odpływ umywalki. Taaa, też mnie zatkało. Ale przyjęłam do wiadomości, że dranie potrafią nurkować i prowadzić urozmaicone formy desantowania

Drzwi do łazienki bowiem zamknięte, okno zabezpieczone moskitierą, pokój okadzony kadzidłem, opsikany sokiem z trawy cytrynowej, wypłaszacz komarów podpięty do kontaktu, cisza i spokój ani bzyknięcia. Idę pod prysznic… Wiadomo, mydlenie , pilingowanie etc chwilę trwa. Po spłukaniu piany odkrywam – cztery bąble – dwa na szyi, dwa na nodze (przed myciem ich nie było) oraz dwa połowicznie napełnione krwią komary przyczajone w okolicy kolanka od umywalki. Idąc za radą nauczycielki Ye, zakryłam odpływ wody kubkiem po soku, takim plastikowym. Wracam do domu po szkole, przeprowadzam inspekcję- a w kubku wygłodniałych wampirów sztuk cztery…. Jak te dranie są w stanie pokonać kolanko???

Ponieważ akurat trafiło się okienko pogodowe, postanowiłam odrobinę sfufanemu Młodocianemu (Zejdź z mej wymowy chłopcze drogi, i powtórz „W Szczebrzeszynie Chrząszcz brzmi w trzcinie” cwaniaku, a w ogóle mów do mnie po angielsku, bo popełnię samobójstwo ubrana w czerwoną kieckę – czytaj wrócę pośmiertnie jako duch) pokazać nowe zakątki odkryte podczas spaceru z Keisukiem. Najpierw byli kulturyści, i Młodociany prężący podrośnięte muskułki w pozach konkursowych. Japonki nieco psuły wrażenie ogólne…

Potem zaś dotarłam do „czegoś”. „Coś” migało, psikało parą wodną, wydawało dziwne dźwięki, takie trochę jak łódź podwodna. a częściowo jak ścieżka dźwiękowa z filmów o kosmitach. Bo i wyglądem  nieco przypominało „Coś” mózg operacji, odrobinę podobne było do sterowca, trochę wyglądało na chmurę, a do tego wyposażone było w peryskop. Taka sztuka nowoczesna, widowisko światło dźwięk. Nie zdziwiłabym się, gdyby w tym metalowym pałąku obok zainstalowano ukrytą kamerę, a potem zmontowano fajny filmik o użytkownikach i oglądaczach tegoż wynalazku.

Potem było zaś takie ciekawe, opuszczone miejsce, które zagrało w jednym filmie – i zainspirowało mnie do wieczornych rozrywek (ale o tym kiedy indziej), w obowiązkowych futurystycznych betonach i szkle, utrzymane w czarno-białej kolorystyce (dlaczego tak – obiecuję, będzie wyjaśnione niebawem). Po drugiej stronie rozpościerała się panorama wieżowców:  Kaohsiung85, bliźniaki wyglądające z daleka jak roboty- wartownicy pilnujący Środkowego  Sztywnego Palca Azji, oraz dwie wielkie łodzie, z czego jedna wedle krążącej po mieście plotki - należy do rosyjskiego multimiliardera. Druga zaś wyglądała na produkt z drugiej ręki.

Panorama Kaohsiung Love River

Następny punkt programu został zasponsorowany przez Panią Chmurkę i Panią Mżawkę-Siąpawkę, która umknęła ze sceny wydarzeń, robiąc miejsce dla – ordynarnego, grubego Pana Deszcza w najbardziej chamskim i upierdliwym wydaniu  Innymi słowy – zaczęło lać jak z cebra, więc schroniłam swój aparat i odwłok (w dokładnie tej kolejności) pod artystyczną konstrukcją z kontenerów. Nie byłam jedyna, wraz ze mną, aparatem i Młodocianym kibicowaliśmy panu, który pomiędzy kolejnymi falami bardziej chlupiącej ulewy zarzucał wędkę. Czy ryby biorą w deszcz? Czy on po prostu musiał się odstresować, bez względu na pogodę i rezultat wędkowania? Ściana wody była tak mocna, że odległy o ok 500 m Kaohsiung85 zniknął zupełnie z widoku. Aczkolwiek- znaleźli się i tacy zapaleńcy, co w strugach deszczówki kontynuowali bieg czy jazdę na rowerze…

 

Stojąc pod przeciekającym kontenerem i tępo gapiąc się w deszcz, usłyszałam smutną wiadomość. Stara chińska barka, w dawnych czasach będąca restauracją „Morski Pałac”, a obecnie malowniczo murszejąca po niedostępnej stronie kanału portowego (wejście tylko dla pracowników z identyfikatorami) – zostanie niebawem rozebrana i usunięta, aby zrobić miejsce dla nowszej generacji sztuki.

Innymi słowy – dla Gumowej Kaczuszki, czyli wielkiej dmuchanej paskudy o wymiarach 16.5 x 20 x 32 metry, wykonaną przez Holendra Florentijna Hofmana i wystawianej po świecie. Wedle ogłoszonego na FB planu, ma w październiku zawitać do Kaohsiung (mieszkańcy są proszeni o wpisywanie się na listę entuzjastycznie witających)…

Ale! Być może do tego nie dojdzie – właśnie wyczytałam, że w środę 15 maja kaczucha się sklęsła w tajemniczy sposób … (tia, przeszło mi przez myśl wysłanie tam naszego czołowego eksperta od kaczych katastrof, ale chyba nie możemy tego jako Polacy zrobić ludzkości???)

Więcej zdjęć Rubber Duck z tournee „Spreading Joy Around the World” przystanek Hongkong – tutaj >>KLIK<<

W każdym razie, gapiłam się tępo w deszcz, oddając rozmyślaniom o przemijaniu i niszczeniu oraz plastikowej (wybaczcie wpadkę, gumowej) kulturze zastępującej tradycję, gdy z zadumy wyrwał mnie Młodociany: „Coś tak się zasępiła, Księżniczko? deszczu nie widziałaś? Taki deszcz to nic, dopiero w tajfun to jest coś, biga biga siamsing” zaszwargotał w czingliszu (big big something, tak mniej więcej wymówi to statystyczny Chińczyk). No tak, jak pamiętam z prasy, telewizji i zdjęć – tajfun to nie w kij dmuchał… Woda wtedy wali jak oszalała, przez dzień – czasem dwa, studzienki i rynny nie nadążają z odprowadzaniem, w dodatku Pogotowie Energetyczne prewencyjnie wyłącza prąd żeby wicher nie porwał drutów ( a jak porwie, to aby zbyt wielu postronnych nie popieścił prąd). Można spodziewać się wszystkiego - osunięć gruntu, lawin błotnych, powodzi, podtopień, zawalenia co słabszych konstrukcyjnie budynków (to zdjęcie to nie fake, 4 lata temu temu tak właśnie widowiskowo omsknął się w nurt rzeki hotel z Taidong po tym jak na Tajwanie narozrabiał tajfun Morakot).

Tajwańczycy sobie z tym jednak radzą.  najbardziej narażonych miejscach (wschodnie wybrzeże – Taidong, Hualien, Pingdong) domy buduje się – za górką i na palach, słupy elektryczne też stoją na postumentach (takich 4-5 m wysokich), partery domu są wyposażone w dodatkowe drzwi „anty-powodziowe”, które co prawda przepuszczają wodę, ale w znacznie mniejszym stopniu, no i na wyposażeniu rodziny oprócz zwyczajowego skutera znajduje się też łódka/ponton/motorówka. A poza tym – dopóki działają słynne „delikatesy 7-eleven”, nie jest źle :D Zawsze można popłynąć po wałówkę, choćby nawet na grzbiecie rekina. Trzeba tylko pamiętać o kasku, żeby nie dostać mandatu :P

Nadmorskie spotkanie Japończyka i Syrenki

Japończyk – to poznany w zeszłym roku w Krakowie Keisuke, który podczas urlopu odwiedził Tajwan.

Keisukowa firma bowiem nader szczodrze nagrodziła go dwutygodniowym wolnym, w podzięce za trzy lata wytężonej pracy bez opuszczenia ani jednego dnia. Zatem Keisuke tydzień postanowił spędzić u mamusi w Japonii, rozpieszczając żołądeczek wymęczony europejskim żarłem, i tęskniący za swojsko cuchnącym natto (czyli sfermentowaną soją), które jest bardzo zdrowe i Keisuke w Japonii jadał je trzy razy dziennie, oraz rzecz jasna tempurą, udonem i innymi lokalnymi specjałami, kiepskawo podrabianymi na Zachodzie. Dziwne? No to wyobraźcie sobie, że o ile kolega ma ochotę zjeść coś niezwykłego, to w te pędy udaje się do japońskiej restauracji w jakimkolwiek europejskim mieście i ma – coś, na co w życiu żaden Japończyk by nie wpadł, przygotowując np suszi, czy inne wodorosty. Ranking dziwacznych wynaturzeń i gwałtów na japońskiej tradycji kulinarnej otwiera Moskwa oraz Petersburg, nie wiem gdzie znalazła się Polska, bo Keisuker jest nienagannie uprzejmy i mi nie powiedział…

Przybył Keisuke w okresie szalejącego SARSa, i dzielnie zjechał na południe. Na południu straszyła akurat fala upałów, takich pod 35 stopni wściekle prażącego słońca, nie zakłocanego nawet nbajmniejsą sugestią chmurki, ale Keisuke – aby mnie nie zgorszyć, zadział uwaga – adidasy (obnażanie paluchów u stóp to nietakt) , dżinsy (kwintesencja casual dresscode dla hetero, sztruksy są bowiem nieco za mało sztywne i za bardzo pedalskie jak na japoński gust), oraz koszulę z kołnierzykiem (dobrze, że rękawy chociaż podwinął…), Tshirt (który objawił później  na moją stanowczą prośbę, bo bałam się, że udaru biduś dostanie) plus rzecz jasna – aparat fotograficzny z całym plecakiem szpeja. Nikona miał ,takiego 5200, kupionego za 600 EUR w MediaMarkcie, z dwoma obiektywami…

Ja z zazdrością patrzyłam na jego aparat, on na mój z nie mniejszym podziwem, i wzajemnie podejrzewaliśmy się o Bóg wie jakie umiejętności fotograficzne. Tymczasem długie ustawianie się do zdjęcia Keisuke praktykował, bo to jego pierwszy „poważny”aparat, kupiony tuż przed wyjazdem – i nie bardzo wiedział, gdzie naciskać… :D… Brzmi znajomo?  Co do mnie, to podsumowałam swoje osiągnięcia w  tej dziedzinie, prawda?

Ponieważ Japończycy kochają chodzić, taksówkami się Keisuke rozbijać nie chciał, więc przegoniłam go jakieś 4-5 km bo nabrzeżu, przez Pier 2 do Sizihwanu. Tak, żeby pożałował skąpstwa taksiarskiego.

Wyciągnęłam go nawet na plażę – aczkolwiek odkryłam wówczas iż Keisuke nie należy do osób chcących zamoczyć choć czubek paluszka w morzu. No to, żeby mi na czarnym piachu nie wyciągnął kopytek obutych we flagowy produkt firmy z łyżwą, zaordynowałam krótki spacer do wybudowanych na skałach ogródków, domków i przebieralni (ciąg dalszy Hawajskiego Ogrodu). A tam w altance siedziała syrenka. I to nie byle jaka, pozazdrościłam jej ciałka – biust bowiem miała spory a okrągły i trzymający poziom, grawitacją nie zmęczony; do tego brzuch jak deska płaski i wciętą talię; pupkę całkiem całkiem… Nogi nawet miała całkiem całkiem jak na Tajwankę i syrenkę.

Jak wyszpiegowałam – byli to studenci Szkoły Plastycznej, ćwiczący do egzaminu. Oboje zwiesiliśmy smętnie wzrok w kierunku odmętów syrenowatego stroju kąpielowego i oglądaliśmy postępy w pacykowaniu dziewczyny, a po dłuższej chwili kontemplacji zapytałam o możliwość wspólnego sfocenia się, ku ich radości wielkiej. 

Potem półżywego Kesiukę wywlokłam do fortu na wyspie Cijin, kazałam mu biegać pod górkę w upale, ale – warto było. Szczęka mu z lekka opadła :D Wiedziałam, że takie umocnienia zrobią wrażenie na miłośniku historii. A na sam koniec dnia, jeszcze wynalazłam fajny kramik z kawą, gdzie wreszcie mogłam się pochwalić znajomością języka. Niestety, znajomość znaków kany, wbijana Japończykom do główek od podstawówki, była przez cały dzień po stronie Keisuke,. Sprzedawcy od razu widzieli wielki neon „American Pie” nad moją głową, nad czarnym poczochranym łebkiem Keisuke zaś świeciło trudne do przeoczenia „Made in Japan”, w związku z tym uczynni sprzedawcy, sklepikarze i dzieci darły się za nami – Hellou i Konnicziła. Zaś jeżeli chodzi o zamawianie jedzenia, niestety poległam w rozgryzaniu 200 pozycyjnego menu z lodami, więc Keisuke się odrobinę ze mnie natrząsał. Dopiero kiedy pan od kawy zaczął ze mną konwersować, keisukowi szczęka opadła. Bo tak szybko i płynnie… Nie umiał całe szczęście ocenić moich niuansów tonalnych (yyyy… opuśćmy temat litościwie, OK?), więc wydawało mu się, że jestem już na poziomie stratosfery w dziedzinie konwersacji, a znaczki to tak dla funu myliłam… Komentarz pana od kawy- hahahaha, Azjata i nie rozumie po chińsku, pomagać mu musi białas… :D

Wizyta Kesiuke wyjątkowo mnie ucieszyła… Wreszcie – mogłam pogadać po angielsku, bez ciśnięcia na chiński, chiński, ćwicz, ćwicz, ćwicz, wreszcie nikt mnie nie poprawiał,nawet jeżeli powiedziałam coś źle -ale zrozumiale (jak dotąd bywało). Niestety, w związku ze zbliżającym się egzaminem końcowym, moi znajomi w zupełnie dobrej wierze dostają szału pału i w absolutnie szczytnych intencjach wymagają ode mnie pełnych wypowiedzi wyłącznie po chińsku. Psiakość. Doceniam, ale czasem mam dość, więc miło było odetchnąć. No i absolutnie nie zrobiły na mnie wrażenia japońskie czekoladki, które kolega przywiózł w ramach prezentu – bo ja nie lubię przecież mleka, czekolady, białej czekolady, wafelków, słodyczy… :D Jakby jeszcze do tego – ogórka kiszonego przywiózł, kefirek i ziemniaczki z koperkiem…

Muzeum Sztuki – i chińskie poczucie humoru

Kiedyś sądziłam, iż Azjaci wyprani są z poczucia humoru, nie rozumieją naszych żartów, dowcipasków i nawet nie zauważają ostentacyjnego nabijania się ich żółto-skośnookich osób, za to chichrają się jak potłuczeni w najmniej odpowiednich momentach… Potem przyszło oświecenie… Azjaci nie są kretynami, ale mają wysoko rozwinięte kompetencje społeczno-grzecznościowe przy jednoczesnym zaniku asertywności.  Posiadają także takie cechy jak ironia i złośliwe komentowanie zdarzeń w sposób celny ale i nienaganny pod względem uprzejmości. A na nasze docinki z dowcipaskami nie reagują, gdyż wychodzą z buddyjskiego założenia, że to tak – nienaumyślnie było.

Młodociany otworzył przede mną świat niepoprawnej gadki i przekomarzanek,szybko przyswajając sobie tekst o ironii będącej zwierzęciem futerkowym z amazońskich lasów. A mój słownik wzbogacił o kilka celnych podsumowań, po chińsku brzmiących bardzo miło i grzecznie, z kolei po tajwańsku już niekoniecznie… :D

Żyłam w każdym razie w słodkim przekonaniu o śmiertelnej powadze Azjatów, zaburzanej tylko pod wpływem % i zmieniającej się w radosne chichotanie rozbestwionych chomików z Hamtaro, aż któregoś chłodnego grudniowego dnia coś mnie pokusiło o sprawdzenie zawartości wielkiej kwadratowej plamy zieleni, wyposażonej w obowiązkowe oczko ) a raczej oczysko wodne, z którego środka coś błyskało w obraz z satelity, coś jakby helikopter na wodzie a nieco niczym smukły hipopotam/chromowany Nessie… W rogu mapa podpowiadała, Kaohsiung Museum of Fine Arts, Muzeum Sztuk Pięknych.

Odżałowałam 220 NT (prawie 30 PLN) na studencki bilecik i udałam się na ukulturalnianie podczas wystawy o Szalonym Dalim.

Obejrzałam więc słynną kanapę, nieco mniej słynne inne meble, wiele rozkłapcianych zegarów wykonanych w rozmaitych technikach, od rysunków przez brąz, chrom i szkło, potem jeszcze więcej aniołów z szufladami oraz statuetki heroin o fantastycznych biustach i inne zbiory, w tym trochę biżuterii oraz masę zdjęć ekscentrycznego Hiszpana z napomadowanym wąsikiem. Ale- najlepsze znalazłam po wyjściu… Bowiem muzeum otoczone jest parkiem – tak jak na zajęciach z Google Maps… Ale zdjęcia w małym kawalątku oddają to, co tam można odkryć… MeiShuGuanGongYuan (czyli Park Sztuk Pięknych) od pierwszego momentu zajął najwyższą lokatę w kategorii „lokacja na wagary”. Podobnie jak doki i Pier 2 – ma tę fenomenalną właściwość permanentnej mutacji, i przyjeżdżając za tydzień lub dwa zawsze znajduję coś nowego…

Po pierwsze – hektary przyrody. Jest się gdzie gonić, po alejkach, zaroślach, wąwozach, wzgórzach i innych wądołach.

Przyroda, oprócz aspektu deptanego, posiada także aspekt uciekający-syczący-fukający i pluskający. Czyli – kaczki, żółwie, czaple brodzące, jaszczurki, ryby, żaby, żuki i płochliwe kwiatki (takie jak na filmie „Avatar” – jak określił je mój amerykański kolega, one istnieją i dotknięte – zamykają się w sobie na chwilkę. Są niestety dość mikrych rozmiarów, więc łatwo je przegapić pośród bezkresu trawnika, a potem jest już za późno…).

 

Po drugie, przyczynek do upadku mitu o braku poczucia humoru i zmysłu ironii wśród Azjatów. Droga dookoła parku usiana jest znakami drogowymi, z opisami po angielsku i po chińsku.

Najpierw zobaczyłam taki – zakaz pieczenia kaczek , więc (nauczona instrukcją obsługi kibelka pospolicie i powszechnie wiszącą na drzwiach w każdym przybytku ulgi dla pęcherza) stwierdziłam domyślnie – może byli tu Polacy/Rumuni/Cyganie/inne nacje lubiące wszamać darmowego łabędzia w parku… Ale potem poważne, naukowo-obyczajowe podejście mi przeszło wraz z resztą arcypoważnych ostrzeżeń…

1. Zakaz tańca na rurce

2. Zakaz pławienia się w gorących źródłach

3.Zakaz dokarmiania zwierząt (pod machającą syrenką)

4. Zakaz praktyk religijnych

5.Uwaga! Qigong!(czyli energia życiowa, to, co uwalniają w sobie jogini i praktykujący poranne TaiQi)

6.Achtung, Minen – to przy żabkach, ponoć ma militarne wytłumaczenie, ale i całkiem praktycznie – całując żabę możesz wdepnąć w konkretny związkowy niewypał… (to tak mi się przypomniało rozliczeniowo, bo ostatnio prześladował mnie w snach mój uroczy Ex… Brr)

7. Skrzętnie zamaskowany w krzakach koło parkingu – Uważaj na Dyrektora Muzeum 8. Koło Muzeum Dzieci - raczkujący bobas z podpisem – zakaz puszczania luzem/uwalniania wszelkich zwierzaków… I inne (bo jestem pewna, że jeszcze nie wszystkie wypatrzyłam)

* かめはめ波; lit. „Turtle Devastation Wave” – dla tych co nie wiedzą, była w czasach mego dzieciństwa i kultowych japońskich kreskówek na tvn/polsacie/Polonii1 – taka rypiąca mózg i ogólnie demoralizująca japońska bajka(jedna z wielu, rzecz jasna), w której główni bohaterowie zdrowo lali się po pyskach w ramach ratowania świata i całej Galaktyki – a specjalną kosmiczną rozwałkę wszystkich form życia dookoła rozpoczynało magiczne zaklęcie - kame-hame- ha!, nie mające zbyt wiele wspólnego ze smutnym i samotnym hawajskim królem o takim imieniu…

Po trzecie, dziwne rzeźby na trawniku, Zaczynając od wielkiego, czerwonego znaku „Ai-miłość” na wzgórzu, przez rączki pomiędzy kamieniami (podobny do c**ki, stwierdził Młodociany – ale tytuł instalacji wszystko wyjaśnia), po kontener wyglądający jak z gry komputerowej o zdobywcach Marsa (lub z filmu „Obcy II”) i ławki – latarnie z kolorowych kosmitów.

Po czwarte, bajkowe zakątki z kwiatkami, ptaszkami, kiczowatymi rzeźbami piesków z gipsu, które poprzez sprytne umiejscowienie okoliczności przyrody zyskują mocno prowokujący rys…

Jest jeszcze Dziecięce Muzeum, w którym ja i Młodociany byliśmy jedynymi chyba gośćmi powyżej 14 lat, nie posiadającymi przychówku. Muzeum Dziecięce jest najlepsze :D

Właściwie cała wizyta w Parku Sztuk Pięknych przypomniała mi Akademię Pana Kleksa i resztę twórczości Brzechwy…

Czy Akademia była może tłumaczona na angielski? Bo o przekładzie na chiński z polskich autorów wydano – Mickiewicza Adama „Pana Tadeusza”, „Cesarza” R. Kapuścińskiego, którąś z książek Małgorzaty Musierowicz i wiersze Wisławy Szymborskiej, niedawno jeszcze „Wiedźmina” Sapkowskiego na fali popularności gry. A naprzwdę – była i kleksografia, i fabryka dziur i dziurek, i „Księżyc raz odwiedził staw” i Psie smuteczki”… Tylko Pana Kleksa nie było, doktor Paj Chi Wo pewnie by się znalazł…. :D

 

A jak wasze majówki?

 

 

Ludki z wielkimi zadami

Już kiedyś wprowadzałam w historię mego miasta tymczasowego zamieszkania. Kiedyś był to mega-zasyfiony port, jeden z bardziej ruchliwych punktów przeładunkowych Azji i świata – ponieważ kiedyś to Tajwan pełnił funkcję producenta i dystrybutora wszelakiego azjatyckiego badziewia. Potem pałeczkę produkcji przejęły smoki z Chin, Tajwan przekwalifikował się na produkty high-tech a i kwestie ekologiczne zaczęły być nieco bardziej palące – i tak oto portowy kopciuch rozpoczął powolną transformację w miasto światła, kolorów, sztuki i ekologii…

Mój kolega, przebywający kiedyś w Hsinchu (to na północy, takie zagłębie komputerowo mechaniczne) na czymś w rodzaju stypendium, ostrzegał mnie przed lokalnie panującym na pięknej wyspie pragmatyzmem i brakiem dbałości o estetykę wykończenia, objawiającą się tym, że jak działa to działa, i nic to, że wisi taki pisuar na płycie pilśniowej, przyśrubowany chamskimi gwintami, dookoła sterczą jakieś kable i inne gwoździe, wszak pisuar służy do opróżniania pęcherza a nie kontemplacji artystycznej. Ale południe Tajwanu miło mnie zaskoczyło… Stare dzielnice to owszem, blokowiska, przy których moja Nowa Huta to oaza piękna, przestrzeni i zieleni… Fakt, miałam szczęście wychować się w tej średnio-nowej części, gdzie zaplanowano, oprócz mini-parkingów i bloków i falujących ścianach (bo się majstru na kacu różnie betonem chlapało) oraz skośno osadzonych futrynach (bo oprócz krzywego chlapania, majstru miał również problem z pionizacją po trunkach ze Zdzichowej i Edziowej  piwniczki) – były i alejki, i place zabaw, i trawnik przed blokiem i jakieś tam upiększacze (u mnie straszyła głowa Kochanowskiego Jana, ale były i twory o kształtach abstrakcyjnych, z fontannami, brodzikami i kolorowymi szkiełkami/mozaiką). Nowsze dzielnice Kaohsiung, może i są zatłoczone blokami do imentu – i to takimi po 30 pięter, upchanymi przy sobie ulami, ale i o akcentach dekoracyjnych pomyślano. A to parczek jakiś, a to rzeźba ni stąd ni z zowąd, a to traska spacerowa. Ba! Aby naród stojący w korkach się ukulturalniał – to pod wiaduktami są też jakieś mniej lub bardziej artystyczne posążki, straszące lub wyglądające nawet nawet.

W podupadającym porcie urządzono atrakcję turystyczną, Art Center. W magazynach są wystawy, jest też część plenerowa – bo miasto Kaoshiung rocznie ma przeszło 300 słonecznych dni, jest kolorowo i urocznie. To właśnie tam spotkałam białego misia, tam stoi wielki plastikowy Transformer w kolorze żółtym, oraz oczywiście – słynne ludki z wielką dupą.

Ludki są symbolem miasta i formą hołdu oraz upamiętnienia dawnych mieszkańców Kaohsiung, budujących obecny dobrobyt tego miasta. Jest Pani – Rybaczka oraz Pan-Inżynier (przy czym inżynier to tutaj taki ładnie brzmiący zamiennik pana robotnika fizyczno-technicznego, operatora machinerii itp, niemający nic wspólnego z wykształceniem wyższym technicznym, albo niekoniecznie mający). Początkowo zaprojektowano białe figury. Pani – w obowiązkowym stroju każdej tajwańskiej kobiety pracującej na zewnątrz – czyli kapeluszu z liści bananowca (uwaga,stożkowatego kształtu kapelusze „chińskie” w poszczególnych skośnookich krajach różnią się!), zarękawkach - czyli takich niby rękawiczkach bez części na dłonie, chroniących przedramiona przed spaleniem na czekoladowy brąz, masko-chuście, zasłaniającej usta, nos i szyję. Pan – w roboczych portkach i pasie z narzędziami, w butach ochronnych alias gumowcach, w kasku na głowie, podkoszulku wypchanym na ramieniu czymś, demonstruje rozrośniętą klatę. Na jednym ramieniu, ma coś pod ubrankiem upchane.

Gdyby ktoś miał wątpliwości, to są właśnie wielkie ludki, z rozłożonym na czynniki pierwsze znakiem „miłość”… Taaakie wielkie zrobili! Swoją drogą, ja mało z motoru nie spadłam, jak kątem oka uchwyciłam coś wielkiego, niebieskiego… Walnęłam Młodocianego między łopatki (umowny znak- stawaj ale już!!!), on cudem utrzymał równowagę na chybotliwym dwukołowcu i i nie posłał mnie do wszystkich diabłów lub pod koła licznie zgromadzonych obok autobusów, busików,aut i innego smerfa. Najpierw odstawił atak paniki pt.: coś się Majii stało (np oberwałam kamykiem w oko, raz miałam już taką akcję – ale okulary wytrzymały)aaaaa!!!, potem się sfufał, że z tak błahego powodu jak plastikowy ogrom pośladków mało nas nie wysłałam w „anielski orszak niech twą duszę przyjmie”, a potem wraz ze mną zastygł, porażony ogromem „baby z zadem”…

- Naprawdę nie wiesz co to jest? -zdziwił się Młodociany, pod największą obecnie rzeźbą -symbolem. 

- Nie wiem. A ty wiesz?

- Wiem, przecież to oczywiste! No, popatrz jeszcze raz, niebieskie, kwadratowe… Przecież to paczka papierosów, hahaha! Niebieska w dodatku, to musi być z MildSeven, najpopularniejszej tajwańskiej marki. To u was robotnicy nie palą? A jak palą to gdzie noszą papierosy? Jak to, za uchem???

Tytułem wyjaśnienia. Tata Młodocianego pali, i jest z pokolenia owych noszących fajki na ramieniu. Młodsi lansowicze mają teraz specjalne metalowe pojemniczki – papierośnica, z zapalniczką i popielniczką w jednym, coby petami nie rzucać na trotuar…

Ludki stoją od 7 lat. Co roku więcej, i w nowych, okolicznościowych malowaniach. Zaczęło się od jednego, a potem - rozmnożyli się przez pączkowanie, niczym wrocławskie krasnale :D Kilka archiwalnych projektów:

A co oprócz ludków? Ano, jak to ładnie ujęła burmistrz Pulchna (którą doskonale znam z rysunkowej karykatury, a na zdjęciu jej nie poznałam, choć podobna jak dwie krople wody…) – Kaohsiung zyskuje nowe oblicze miasta Sztuki Nowoczesnej i Ekologii, więc jest i nowoczesna, ekologiczna wystawa na terenie starego dworca portowego.

Między szynami rosną kwiatuszki i trawniczki, dookoła domki, w których wciąż mieszkają ludzie (choć mi one wyglądały na takie bardziej lalczyne, tylko odrapane), a do tego z lekka statecznie rdzewieją ekologiczne rzeźby z odpadków… :D  I dinozaury.

I na koniec… Azjatyckie zabawy z perspektywą na zdjęciach… Każdy kojarzy focie z Egiptu, gdzie trzyma się piramidę w dłoniach? Albo -moje zdjęcia z Hongkongu, z wieżowcem „pod ręką”? To azjatycki wynalazek, ponoć japoński… W każdym razie, zrobienie dobrej fotki wymaga trochę mozołu i akrobacji…

 

A gdyby kogoś zaciekawiło, jak wyglądała transformacja Kaohsiung – TUTAJ KLIK  jest film z serii Nat Geo Megapolis, niestety – po angielsku. Dodam, że po obejrzeniu tegoż dokumentu dopiero do mnie dotarło, co Panda i inni mieli na mysli, mówiąc o „znacznej poprawie środkowiska, powietrza i czytości Love River”… Która – jak sądziłam, jest syfiastym ściekiem… Ale, jak tłumaczyło mi kilkoro mieszkańców tego miasta – jeszcze 10 lat mtemu to był taki rynsztok, że żeby popełnić samobójstwo, należało najpierw przebić się przez warstwę odpadków wszelakich, potem zaś zmobilizować wszelkie rezerwy samozaparcia, aby nie uciec przed mega -fetorem… Ryby nie chciały żyć w tej „wodzie”, a spacer brzegiem rzeki był rónoznaczny z deklaracją chęci dłuższego pobytu na oddziale toksykologicznym. A jak Młodociany stał w korku na moście – to aż oczęta mu łzawiły… I zobaczcie sami, jak ładnie dali radę :D

Ratując meduzy

Pojechaliśmy do Wetland Parku, odpocząć wśród zieleni nieco mniej sprzyjającej atakom komarów niż solidnie zacieniony park z Wieżą Tygrysa i Smoka. W jeziorku alias bajorku pływały biało-żelowate meduzy, uparcie dążąc do altanki na krańcu zalewu. Skąd falujące meduzy? Ano, z falującego morza, które połączone jest z AiHe, Rzeką Miłości, a woda z AiHe swobodnie wpływa do bajorka Wetland Parku i powoduje jego falowanie w rytm dobowy cyklu pływów, sterowanego księżycem  Tak więc sączymy lemoniadki z prawdziwej cytryny zmieszanej z dużą ilością drobno pokruszonego lodu, napawamy się widokiem półprzeźroczystych parasoli snujących się pośród fal, gdy nagle Młodociany stwierdził całkiem poważnie – Majia, ale my musimy je uratować…

Zmieniłam się cała w wielki znak zdziwionego zapytania. Co ratować?

- Bo one płyną do brzegu i tu utkną, bo woda jest za płytka, żeby mogły uciec, a słońce je poparzy, zobacz!

Rozejrzałam się i załapałam. Faktycznie, jedna z najbliższych meduz apatycznie falująca w jednej z nieco głębszych niecek wybitych w płyciutkim dnie brzegu bajorka wyraźnie przypominała pół ścięte jajko podczas procesu smażenia jajecznicy – tu i ówdzie błyskając sparzoną bielą pośród transparentnej glutowatości. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie zastanawiałam się zbytnio nad systemem nerwowym meduzy, pamiętając z lekcji biologii w szkole podstawowej, że meduzy rozróżniają jasno-ciemno jakimiś narządami na brzegach kapelusza i tyle. O klinice leczenia oparzeń specjalizującej się w parzydełkowcach uszkodzonych przez promieniowanie UV nie słyszałam. Obiły mi się tylko o uszy historię o mniej lub bardziej niebezpiecznych kontaktach z parzydełkami tych uroczych zwierzątek, i o zbawiennym wpływie octu na obrażenia odniesione podczas zaplątania się w okolicę takie krążkopława czy stułbiopława.

I Młodociany zastygł na brzegu rozważając, jakby tu te meduzy uratować. Bo ja je dotykałam ostatnio, i nic mnie nie poparzyło. Dopiero po dłuższej chwili odstygł, pokiwał z rezygnacją głową i podreptalismy do motoru. Ale humor miał już zwarzony do końca dnia, nawet wielki puchar lodów z czekoladą i truskawkami jakoś nie pocieszył go za bardzo.

Sama nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Idea ratowania meduz jest dosyć absurdalna, a podobną kwestię w Polsce podniosłoby dziecko w wieku przedszkolnym. Jest to jedna z rzeczy, które podobają mi się w Tajwańczykach – mają zupełnie inny niż Europejczycy poziom empatii.

A potem przypomniała mi się powielana w wielu mailach/postach/motywatorach etc historia, będąca swobodnym nawiązaniem do „The Star Thrower” autorstwa  Loren Eiseley.

Na specjalne życzenie, mogę przetłumaczyć tą historyjkę. Ale tylko na bardzo specjalne. Ćwiczyć angielski trzeba :D

Zaszczycam swą osobą tajwańskie weselisko…

Po wielu latach prób, wyrzeczeń, noszenia torebki, kupowania rozmaitych pierdół drenujących kieszeń i zmuszających do brania olbrzymiej ilości nadgodzin, fundowania wakacji i robienia innych rzeczy upewniających o szczerej chęci związania się z Mandy, nadszedł oto dla Nicka dzień ostatecznego przypieczętowania owej szalonej decyzji, czyli ślub i wesele. Mnie owo zjawisko dotknęło nieco nieoczekiwanie w Norwegii.

Siedzę sobie i poleruję mój chiński, dukając przez Skype z Młodocianym, gdy nagle ów zagulgotał coś nieco niezrozumiale. Na widok moich oczu znamionujących szczerą i niewinną chęć pojęcia przeszedł na angielski

- Majia, bo ty piszesz bloga o Tajwanie, prawda? Ano piszę.

- I tam piszesz o różnych tajwańskich sprawach kulturalnych i obyczajowych, prawda? Zdecydowanie prawda, czasem się pojawi takowy temat.

- A pisałaś już o ceremonii zaślubin? Oczywiście, że nie, bo i skąd miałabym mieć materiał badawczy?

- A może chciałabyś napisać? No, może i bym chciała…

- Bo wiesz, mój senior z pracy (senior to tytuł z automatu przysługujący komuś starszemu od nas, czyli senior na studiach jest rok wyżej, senior w pracy pracuje trochę dłużej niż my itd) się będzie żenił i zaprosił mnie na ślub, z osobą towarzyszącą, a nie mam z kim…- To idź z bratem, niech się chłopak zabawi zanim wstąpi do klasztoru… (brat Młodocianego planuje zostać mnichem buddyjskim, na razie jest tylko wegetarianinem i robił za ogolonego wolontariusza w świątyni)

- No coś ty! Pomyślą, że jestem gejem… Poza tym słyszeli, że mam białą dziewczynę, to chcieliby ją poznać, bo to honor i splendor i ogólnie szpan że ho ho.

Aha. Kurde flak, Młody, skrócę cię o głowę, ty niepoprawny bajerancie.

I tak zaczęło się poszukiwanie europejskiej kiecy, która pozwoli mi na tym weselu godnie reprezentować Stary Kontynent, jego wysoką kulturę i niebanalną tradycję eleganckiego ubioru, jednocześnie nie będzie zbyt ostentacyjna (nasze sukienki weselne z satyny i inne bardziej wieczorowe kreacje odpadły w przedbiegach – za eleganckie i rzucające się w oczy), będzie pasowała do Młodocianego gajerka i krawatki – i jeszcze ja zgodzę się ją założyć… Masakra. W roli konsultanta wystąpiła mama Młodocianego oraz Młodociany w charakterze tłumacza- ale odpadli po 30 propozycji, którą wciąż była nie taka… Bo na tajwańskim weselu obowiązuje inny dress code niż u nas. Stroje casual w rodzaju dżinsiki i tiszercik oraz getry z tuniką w panterkę nie są wcale be.

Ponieważ Pan Młody nakłonił swoich kolegów do wystąpienia w gajerach – ja nie mogłam niestety odziać się w słynną zieloną sukienkę… Tudzież – odpadły – dżinsy, bojówki, rybaczki, legginsy w kropki, szeroka gama bluzeczek letnich itp. Stanęło na granatowej kreacji kupionej na obronę, ale dla pewności do walizy zapakowałam jeszcze 4 inne, tak jak mawiają Tajwańczycy – just in case, na wszelki wypadek. I kategorycznie zabroniłam wtrącania się w celu konsultacji…

Bardzo cieszyłam się na Azjatów w garniturach. Ich szczupła budowa doskonale pasuje do klasycznego gajera, nie wystaje im żadne brzuszysko, mogą założyć i kamizelkę i marynarkę bez efektu opiętego balona, w dodatku spodnie w kantkę doskonale maskują tzw płaskodupie pospolite, Azjaci lubią klasykę więc nie będzie żadnych śliwek i fioletów/krasnych kropków,kratków, ptaszków, kwiatków i innych nowomodnych tryndów… Nastawiłam się na armię klonów w oficjalnym wydaniu, coś a’la specgrupę dyskretnie jednakowych funkcjonariuszy BOR w strojach wyjściowych… Nie muszę chyba mówić, że -srodze się zawiodłam, już w momencie kiedy w me drzwi zapukał wbity w lekko ciasnawy garniaczek Młodociany… Który z lekka zastygł ujrzawszy mnie w tzw „gali”, na obcasie, z makijażem itepe. No dobra. Każdy tak reaguje, głównie dlatego, że na co dzień strój, wizaż, stylizację etc traktuję mocno po macoszemu. Więc różnica jest znacząca. Popatrzyłam na znieruchomiałego Młodego…. i nastąpił zgrzyt. Yyyyy. Czy ty masz zamiar iść w tych butach??? -obrzuciłam krytyczno- niedowierzającym spojrzeniem kamasze na oko o dwa rozmiary za duże, w dodatku – ewidentnie czekoladowego koloru. Taaaaak, a co, złe? No tak jakby, za duże i kolorystycznie z lekka odstają od matowej czerni garnituru, białej koszuli i błękitnego krawata… Eeee, czepiasz się, przecież to buty od garnituru, kolega mi pożyczył bo moje się rozkleiły…

*** spuśćmy zasłonę milczenia na resztę mojego prostego wykładu o podstawowych zasadach doboru kolorów w strojach oficjalnych i nietakcie polegającym na zaniechaniu pastowania obuwia do poziomu lustrzanego błysku (mój tato i brat to dwóch pedantów, zawsze jak spod igły, więc mam dobry materiał porównawczy). Młodociany pojął chyba różnicę oraz niuanse, bo stwierdził, że tak czy tak musi kupić nowy fraczek z uwagi na rozbudowę objętości klaty i ramienia, więc będę ciałem doradczym ***

Odsztafirowani udaliśmy się do restauracji weselnej, napotykając pewien drobny problemik w postaci lokalizacji celu podróży. Data 31.03.13 wedle chińskiego fengshui i innych wróżb była bowiem datą niezwykle pomyślną, stąd wiele imprez weselnych w tym dniu. A lokal, do którego nas zaproszono to 7 pięter restauracji, na każdym piętrze 3 sale, w każdej sali para młoda celebrująca swe zaślubiny …  Nick i Mandy jako szpanerzy pozujący na nowoczesnych i bogatych zdecydowali się na wybór droższej wersji, „w stylu zachodnim”.

CDN….

Tańczący Bogowie

W tradycji chińskiej wyróżnia się dwie główne religie (buddyzm i dao). Na Tajwanie współistnieją one harmonijnie i równolegle, często przeplatając się wzajemnie – w świątyniach dao pojawiają się postaci z buddyjskiego panteonu, niektóre święta są wspólne .. Ale tak naprawdę, nikt mi dotąd nie wytłumaczył jasno i klarownie, co jest czym. Nie wiem dlaczego – czy wynika to z jakiegoś tabu w rodzaju – nie rozmawiamy o religii, albo – jak można tego nie wiedzieć?, w każdym razie Młodociany potrafi podać przykłady, co jest inne, a co takie samo, ale sam pląta się w zeznaniach. Bo teoretycznie jest buddystą jakimśtam, ponieważ odmian buddyzmu jest wiele i jego buddyzm i buddyzm jego cioci z Japonii to dwa inne buddyzmy, co nie przeszkadza mu modlić się i w jednym i w drugim a dodatkowo uderzyć do świątyni dao przy okazji… Ale – konkrety podawał tak mgliste, że odpuściłam mu dalsze indagowanie.

Zagroziłam tylko, że opiszę wedle własnego rozeznania, i jak napiszę bzdury – to na jego barki złożę odpowiedzialność.

Prosta różnica. Dao widać, buddyzm jest „low profile”. Fakt. Jeżeli ujrzysz na Tajwanie świątynię, na widok której dostaniesz oczopląsu i bólu głowy, bo jest tak kolorowa, złocona, zdobiona, umajona i udekorowana – to jest to dao.

Jeżeli gdzieś miastem tupta/jedzie na samochodach-platformach parada z muzyką (vide „napiep..nie pokrywkami, o którym wspominałam) i lektyki z bogami podskakujące na sprężynach – to jest to dao. Jeżeli w świątyni ktoś jara szluga popijając piwkiem – to jest to świątynia dao (gdybyś nie zorientował się po oczojebnych kolorkach na wejściu). Jeżeli przed świątynią odbywa się teatrzyk i nie ma miejsc siedzących dla publiczności – to jest to dao, i teatrzyk dla rozrywki bogów.

Najciekawsze dla mnie w dao są właśnie parady, z rozmaitych okazji. Bóg ma urodziny – parada (a bogów jest wiele tysięcy, więc okazji do świętowania co niemiara). Święto takie/siakie/owakie – parada. Parada może być skromna, ot, takie wyprowadzenie lektyki z buddą/bogiem na spacer po dzielnicy, albo taka bardziej wypasiona – z muzyką, fajerwerkami, tańcami, przebierankami… Takie coś jest unikalną tajwańską tradycją, niestety – praktykowaną coraz rzadziej i przez tzw doły społeczne (powiedział to Panda, serdecznie żałując, iż lepiej sytuowani Tajwańczycy niestety są zbyt zajęci pracą, by uczestniczyć w tego typu wydarzeniach religijnych).

A już wyjątkową nietypowością mieszaną z rzadkością są – tańczący bogowie. Udało mi się zobaczyć takie widowisko całe dwa razy, więc mogę spokojnie uznać się za szczęściarę – bo to rzadkość, i niektórzy obcokrajowcy znają je tylko ze słyszenia… Ponieważ dao pomału wymiera, podobnie jak nasza tradycja kolędowania (prawdziwego, przebraniami Heroda,Śmierci, Cygana, dziada z babą itp, a nie łażenia z szopką i zawodzenia jednej strofki „Luuulaaaaajże Jeeeeezuuuuniuuuu”) – tym bardziej warto wspomnieć.

Niestety, bliżej nie jestem w stanie określić, co to za postaci – tylko tyle, że są wielkie, masakrycznie paskudne, wywracają oczami i mogą przyprawić o solidny zawał serca, gdy się przyśnią lub spotkasz takiego nagle w ciemnej uliczce… Tańczenie w całym paradowym rynsztunku wymaga sporej formy, dodatkowo – aby zniwelować niekomfortowe odczucia, aktorzy w kostiumach mają zagwarantowane  oprócz wypłaty i to całkiem niezłej – bo ok 2000 NT za taniec, gdy płaca za godzinę dorywczej roboty wynosi ok 100 NT – także alkohol, papierosy i betel do żucia bez limitu. Młodociany swego czasu był zafascynowany tancerzami i bardzo chciał dołączyć (bo to takie cool, fajki, kasa, tatuaże, wizerunek złych chłopców z podziemia….) do trupy swojego kolegi. Ale mu przeszło… Jedno wiem, jest to unikalne, tradycyjne i tajwańskie, oraz niesamowicie symboliczne, gdyż każdy gest, kolor, malunek ma znaczenie nieodgadnione niestety dla obcokrajowca (niczym opera pekińska, gdzie oprócz śpiewanych arii połowa historia zawarta jest w ściśle określonych detalach, od koloru sukni czy makijażu i trzeba być dogłębnie zapoznanym z kulturą chińską aby w pełni docenić takie przedstawienie).

Drugą z okazji były nieco inne figury – czyli wielkogłowe bożki fikające w rytm techno >>KLIK<<. Co ciekawe, całość zobaczyłam w buddyjskim mega-sanktuarium Fo Guan Shan. Młodociany najpierw nie mógł uwierzyć i trzy razy pytał, czy aby na pewno to była Góra Tysiąca Buddów, a po zobaczeniu filmiku zamknął się w sobie, gdyż prawdopodobnie jego światopogląd religijny został wstrząśniety dogłębnie. Do tej pory nie wiem czym.

O tańczących bogach powstał nawet film :D (trailer po chińsku TU >>KLIK<<) -taka miła tajwańska historia syna, który nie chce kontynuować rodzinnej tradycji tańca w świątynnych uroczystościach… I troszkę od kuchni pokazuje ciężką pracę – tancerzy/muzyków/akrobatów/aktorów i ich środowisko. Co najciekawsze – film powstał ponoć na kanwie autentycznych zdarzeń. Zapraszam do obejrzenia… Tytuł – DinTao, Leader of the parade

Szybki podgląd akcji… Dawno, dawno temu u mistrza tańca dao studiowało dwóch uczniów z miasta Taizhong, każdy z nich założył swoją szkołę-firmę. Panowie nie darzyli się wielką sympatią i rywalizowali, a niechęć przeszła na synów… (brzmi prawie jak religijno-gejowska wersja Szekspira pt Romeo i Julio…). Chłopczyk  który kostiumowi domalowuje wąsiska – to niepoprawny ancymon, który w dodatku tradycję rodzinną ma w głębokim poważaniu, bo on w religijne bębny ani myśli tłuc, on chce być – muzykiem rockowym za Wielką Wodą. Ale – dosięga go przeznaczenie w osobie marzącego o emeryturze tatusia, który w jego prozachodnie ręce przekazuje pałeczkę zarządcy, choreografa i szefa szefów. Długowłosy usiłuje przerobić swoją trupę na modę nowoczesną, ale tatuś -pseudo-emeryt nie pozwala na to, chyba że po swym trupie… Do tego wszystkiego dochodzi rywalizacja z synem adwersarza tatulowego, Czerwonym Pasemkiem (tajwańskie imiona są pokręcone na tyle, że nie umiem ich zapamiętać). Aby przygotować swoją grupę do występu w ogólnotajwańskim konkursie i ogólnie ogarnąć nieco zwyrodniałe i zdemoralizowane towarzycho – Długowłosy wymyśla resocjalizacyjno-integracyjny wypad wzdłuż i wszerz Tajwanu w poszukiwaniu inspiracji i celach treningowych (czyli to bieganie z bębnami po autostradzie)… A co dzieje się dalej nie powiem :D Ale film ogląda się całkiem przyjemnie.

Tańczący Bogowie jeszcze kilka lat temu byli niezwykle popularni. Masa dzieciaków ze szkół średnich i jeszcze młodszych uległa „bogomanii” podobnie jak kiedyś np.: modzie na przynoszenie żywych szczurków/chomików/myszek w piórnikach do szkoły,potem szałowi hodowli gąsienic i noszeniu poczwarek do szkoły, zbieraniu pokemonów i hotwheelsów etc. Tańczący Bogowie pojawili się nawet na otwarciu World Games 2009 (czyli tych niby Igrzysk Olimpijskich, tylko z ciekawszymi dyscyplinami), gdzie jeździli na skuterach, co wywołało łatwy do przewidzenia dziki entuzjazm publiczności… :D

Drobna uwaga. Przez najbliższy tydzień się urlopuję, więc nowych wpisów nie będzie…

O tym jak Gongzhu Majia spotkała białego niedźwiedzia…

I jak to ów niedźwiedź dokonał transformacji..

I nie jest to wpis primaaprilisowy ( zwyczaj robienia ludzi w balona dokładnie 1 kwietnia nie jest tu znany zbyt szeroko i praktykowany)…

A było to tak…

Ponieważ okolica Wendzarni ma niezbyt przyjazną mi atmosferę duszno-komarowo- doskonale znaną, przy każdej możliwej okazji ruszam w bardziej fotograficzne miejsca lub do jakiegoś muzeum. Nieodmiennie w tygodniu lubię zajrzeć do portu, do Pier2, gdzie regularne doki sąsiadują z wystawą sztuki nowoczesnej na świeżym powietrzu – zresztą, zgodnie z założeniem pulchnej burmistrz miasta Kaohsiung – w starych zabudowaniach podupadłego portu, przemienionych na atrakcję turystyczną. W ramach sztuki nowoczesnej jest miejsce dla – metalowych polipów/hatifnatów, dla polimerowych rzeźb – czyli ludzików z wielkimi d… i innych transformersów, dla metalowych stelaży i reszty eksponatów…


W Pier 2 powitała mnie abstrakcyjna budowla w kształcie sześcianu z kontenerów (port posiada sporo tego typu wyposażenia, z czasów swej świetności jako ważnego węzła komunikacyjnego , stojących na jednym z wierzchołków w sposób absolutnie wywołujący zgrozę…. Wraz z Maxem rozmyślałam gorączkowo, jakby to ustrojstwo ominąć, na wypadek gdyby nagły powiew zefirka lub trzęsienie ziemi chciało nam owo arcydzieło spawalnictwa rzucić na głowy, gdy nagle…

zobaczyłam białego niedźwiedzia.

Zastygłam w zdumieniu i nawet uszczypałam się rozglądając, czy aby czasem nie ocknęłam się z kolorowego tajwańskiego snu na Krupówkach, ale nie. Klimatyzatory, kraty, skutery  i skośne ludki pozujące w słitaśnych wygibasach nie wyglądały w żaden sposób po góralsku. Może – ewentualnie Witkacy w którymś ze swych stanów odmiennej świadomości by taką wizję miał, ale – jam żywy człowiek jest, a nie majak młodopolskiego artysty, produktu hodowlanego własnych rodziców…

(Stanisław Witkiewicz Senior i jego żona marzyli o sławie malarzy/muzyków/kompozytorów/geniuszy – i sami nie podoławszy, oczekiwania swoje uwiesili na Stanisławie Ignacym, który był edukowany w sposób powiedzmy – niewiele mający ze szczęśliwym dzieciństwem i od dziecka przymuszany/ nakłaniany do tworzenia Sztuki – pierwsze bowiem opublikowane próby pisarskie przypadły na rok 1893, gdy urodzony w 1885 roku Ignacy miał 8 lat. I nie są to bajeczki czy rymowanki, ale od razu – dramaty. Dlaczego wspominam Witkacego i jego odmienne stany świadomości ? Dlatego, że  - naprawdę lub nie (bo był mistrzem autopromocji poprzez plotki i skandale, specjalistą w dziedzinie PR i dezorientacji) swoje dzieła tworzył pod wpływem rozmaitych środków kolekcjonerskich, które zresztą notował np na płótnach… A były to wizje ciekawe… – zainteresowanych odsyłam do Witkiewiczówki w Zakopcu, marsz!)

No dobra. Zobaczyłam białego misia, oraz dziewczynę -fotografkę, Azjatkę z piegami (oooo, rzadkość) i szerokim uśmiechem. Misiek z kolei pomachał mi łapką, w której trzymał serduszko z chińskimi hieroglifami. 

Podeszłam do pani fotograf, zapytałam czy można, Max kliknął Ajfonem, fotografka również uwieczniła me zainteresowanie  towarzystwem białego puchatka niższego ode mnie o głowę.  Misiek się skłonił wdzięcznie ze trzy razy i zniknął mi z pola widzenia.

Pani fotograf w przyzwoitym angielskim podziękowała nam za zainteresowanie, wyjaśniła, że współpracuje z Greenpeace i właśnie wybrała się robić sesję dla kampanii „Save the Arctic”, zapytała też skąd moje radosne piski i ciągnięcie Młodocianego za kołnierz w kierunku niedźwiedzia… Historia o Krupówkowej atrakcji turystycznej bardzo się jej spodobała, ale jak stwierdziła, musi być tym ludziom bardzo gorąco… I wtedy przyszedł mi do głowy makiaweliczny plan – samo zło :D Pytam - przepraszam  a czy mój kolega mógłby zapozować? On jest nieśmiały, więc sam nie zapyta… Młodociany posłał mi wiele mówiące smoliste spojrzenie, ale posłusznie dał sobie założyć pluszowy łeb i serduszko. Zdjąwszy,  solidnie uziajany i upocony poszedł oddać fanty – i popatrzył na niedźwiedzie nadzienie wyłuskujące się właśnie z futra – Uaaaaa, tam jest dziewczyna?!? Zaskoczony był setnie.

No rzeczywiście, w środku była dziewczyna właśnie… W sumie, oczywiste, przecież misiek nie mógł być mechaniczny…

Dziewczyna z miśka i fotografka chichotały w najlepsze. Ja zresztą też…

Na zdjęciu nasz misiek tropikalny i inne odsłony aktywistów z reszty świata – Moskwa, Londyn

Tutaj – link do strony Greenpeace  wyjaśniający o co chodzi w całej akcji. Nie lubię ekoterroryzmu także w wydaniu Zielonych Groszków, ale akurat ta kampania jak na razie prowadzona jest pokojowo,bez włamań, blokad, przykuwania do drzew itp.  Antarktyda już od dawna jest strefą bez wpływów, z zamrożonymi roszczeniami terytorialnymi,  więc czemu nie potraktować analogicznie Bieguna Północnego? W każdym razie – gdyby komuś z was spodobała się akcja – zawsze warto poinformować.

A prawdziwego niedźwiedzia polarnego też kiedyś spotkałam. W Finlandii. I pomimo słodkiego wyglądu pluszaka z reklamy, należy pamiętać, że to bezwzględny drapieżnik, wyższy ode mnie kiedy stoi na czterech łapach, wyprostowany do mieszkania by się nie zmieścił, świetnie pływa, szybko biega, rusza się zwinnie i bezszelestnie. Aha, i nurkuje. :D  A kiedy leży, wygląda przeuroczo, i ma takie słodkie łapki, z czarnymi poduszeczkami… I pazurami długimi na 20 cm…