Tajwańska zima – czyli jak poradzić sobie w zwrotnikowych zawiejach śnieżnych…

Ten wpis powstał w ramach projektu Klubu Polek na Obczyżnie. Dziewczyny z całego świata opowiadają, jak radzą sobie z mroźnym czasem w roku (a ponadto co drugi dzień straszą lub bawią loklanymi smaczkami i historyjkami). Jeżeli chcesz poczytać, jak oswoić zimę w na przykład Finladii, Norwegii, Singapurze, Tajlandii – zaglądaj na blogową listę TU (kolejne wpisy będą pojawiać się w miarę ich publikowania).

Zima na Tajwanie… jak tu sobie z nią poradzić? Ano, najlepiej jak mogę – czyli ubiorę się w szorciki, wysmaruję filtrem żeby mnie nie poparzyło i pójdę na plażę obserwować postępy Młodocianego w trudnej sztuce radzenia sobie z deską surfingową.

Ewentualnie jeszcze jak mi za bardzo przygrzeje to się wytaplam w morzu, albo kategorycznie zażadam zabrania mnie natentychmiast na lody. Bo zima na Tajwanie zazwyczaj wygląda tak….

Styczeń w Kending, w Muzeum Oceanu Czytaj dalej

Norweskie rewolucje randkowo-kuchenne cz. 3

Już wiecie, że udało mi się trafić na cudem ocalały z epoki kamiennej okaz nieuleczalnego wikińskiego dżentelmana, co na cnotę mą nie nastawał (ku szczeremu żalowi głodnej wrażeń panny M.) a egzotyczną urodą powodował, że język mi się plątał i mentalnie wracałam do wczesnej podstawówki, gdy z wypiekami oczekiwałam pojawienia się Taxido Kamen albo innego wielkookiego bohatera japońskiej kreskówki z włoskim dubbingiem i polskim lektorem.

 Wciąż mam nadzieję na płomienny chiński romans, inny od przaśno-siermiężnego scenariusza komedii romantycznej rodem znad Wisły lub innego Holiłuda. Urzekły mnie chińskie legendy o miłości po grób, oczarowała smutna historia romansu bez happy endu (pisałam o niej w poście „Najpięknieszy znak chińskiego pisma”), no i nie ukrywam – podobają mi się Azjaci. Czytaj dalej

Norwesko-kuchenne rewolucje randkowe – część druga

A zatem – zostawiłam was z rumieńcami ekscytacji w momencie gdy płakałam jak bóbr nad swym pechem, niedolą i marnością żywota, bo kucharz imieniem Haakon zachował się w sposób ogólnie niby grzeczny acz obraźliwy dla mego kiełkującego seksapilu (który to seksapil rzecz jasna momentalnie uwiądł).

Innymi słowy, trafiłam na jednego jedynego cholernego romantycznego i porządnego chłopca w tym zakątku świata, który zamiast łapczywie i entuzjastycznie rzucić się na moje chude udka i dietetyczne żeberka – postanowił być gentelmanem, zaraza franca mór i trąd. Czytaj dalej

Kuchenne rewolucje wikińsko-azjatyckie

Nie, nie będzie o gotowaniu. Gotować dalej nie potrafię. Będzie za to o randkowaniu w Krainie Wikingów.

Moja wakacyjna praca polegała na byciu niańką chińskich turystów. Tak konkretnie, to byłam pilotem, przewodnikiem, asystentką, animatorem czasu wolnego, wyjaśniaczem dlaczego w takiej bogatej Norwegii na Nordkapie nie ma wypasionej galerii z butikami LV, psem pasterskim i dziewczęciem do bicia dla nowobogackich Chińczyków, którzy zdecydowali zamiast do Paryża wyekspediować się do Skandynawii na wakacje życia. W sumie, to o Chińczykach na wakacjach mogę elaborat walnąć, żeby było i smieszno, i straszno – ale dziś nie o tym. Dziś, powalentynkowo – będzie o miłości i romansach z Azjatami w tle. Czytaj dalej

Plucie a sprawa życia i śmierci na Tajwanie

Powszechnie wiadomo, że Azjaci (a zwłaszcza Chińczycy) trącą buractwem i plują na potęgę. Zaiste, nawet na cywilizowanym Tajwanie powszechny jest widok zwłaszcza starszych panów w kwiecie wieku, obficie wyduszających flegmę spod serca i z rozmachem charkających w miejscach publicznych.

Dlaczego Chińczycy plują? Dlaczego plują Tajwańczycy? Czytaj dalej

Szkodliwy wpływ jedzenia z pewnej „restauracji” na M.

Chyba nie muszę dokładniej tłumaczyć, o które żółte literki M chodzi?

Młodociany – jak większość Tajwańczyków (i nie tylko) uwielbia egzotycznego hamburgera z mięsa tak egzotycznego, że nikt nie wie dokładnie – jakiego (ponoć wołowe, ale…) podlanego olbrzymią ilością coli z proszku tudzież frytek. Na który to posiłek od jakiegoś czasu mnie mdli. Od kiedy nie palę, sosy z Maka, mięsko i właściwie wszytskie produkty z Maka – wywołują u mnie szybką zgagę z mdłościami, są po prostu przearomatyzowane, przesolone i za tłuste.

Zatem konsekwentnie odmawiałam wciągania hamburgerów – poza tymi „rdzennie tajwańskimi”:

 

Na zdjęciu kolega Michał, mój rodzak w Wendzarni i hamburger z frytami za 250 NT (mały kosztuje 30-50NT). Jak go zjesz – to masz w gratisie drugi ( ale tylko dla ciebie, nie można go odstąpić…).

Na FB Młodociany opublikował wołające o pomstę do nieba zdjęcie pokrwawionej stopy, okraszone dosyć skomplikowanym tekstem poprzetykanym dużą ilością 幹 幹(gan4) uznawanego tu za słowo plugawe.

Rano kulejąc doręczył mi śniadanko, więc wzięłam go na spytki.

- Wczoraj wieczorem pojechałem pograć w kosza z kolegami (Tajwańczycy, choć wzrostu siedzących psów, mają regularnego szmergla na tym punkcie, z wypiekami na żółtych policzkach oglądają NBA i  rozgrywki lokalnej ligi, i sami łupią w koszykówkę tradycyjną i mechaniczną też.)… – zaczął z lekka skrzywiony Młodociany, dłubiąc paluchami przy wielkim plastrze owijającym mu szczelnie pół stopy.

- No tak, koszykówka to kontuzjogenny sport, ale rozcięta stopa?

- Ale to nie od koszykówki! Potem pojechaliśmy coś przegryźć do Maca…

- A widzisz! Mac ma nie tylko szkodliwe dla zdrowia żarło, ale niezdrową aurę… Poślizgnąłeś się  na płytkach, bo rzucili promocję „Pierwsze 30 osób dostaje drugiego burgera /kolę gratis”? (Raz byłam świadkiem takiej akcji, ubaw po pachy – cała restauracja zerwała się do biegu i niemal się chcieli pozabijać w kolejce,  nic tylko im kisiel wylać i inkasować za oglądanie. Jak w „Starbucks” jest promocja – 1 kawa za pół ceny – to kolejka się nie konczy na drzwiach lokalu, a malowniczo wije serpentyną przez następne pół kilometra, jakieś 3 godziny stania… Chińczycy i ich zamiłowanie do gratisów…)

- Nie nie nie, normalnie zjadłem BigMaca, z fryteczkami – maślane oczęta Młodocianego uniosły się malowniczo ku niebiosom, a na twarzy odmalowało się pełne uwielbienie graniczące z nirwaną i orgazmem wielokrotnym – i popiłem dużą kolą, wiesz? Bo była z dolewką gratis, to piliśmy i piliśmy, żeby uzupełnić ubytek płynów, bo to bardzo ważne w tym klimacie… Właśnie, gdzie masz wodę? Mówiłem ci, trzeba pić dużo wody, duuuu -żooo wooo-dyy, żeby nie zachorować – orgazm znikł i przepadł, a zamiast Młodocianego pojawiła się niespodzianie Mama Maxie, brakowało mu tylko kraciastego fartuszka. Konwersacja zmierzała w niezbyt miłym dla mnie kierunku – a ciepłe gatki masz, krem na słońce, parasolkę… A freari żeś zatankował*… mi się przypomniało, więc szybko odbiłam piłeczkę…

- No widzisz? Oto dowód, że Mac Szkodzi zdrowiu! Tak!

- Ale to nie tak, bo jedzenie i picie było pyszne, tylko wiesz, poczułem to (I ve got a feeling…) i poszedłem …(tu nastąpiła szybka przerwa taktyczna) … yyy… przypudrować nosek.

- No tak, dostałeś sraczki i siła odrzutu walnęła tobą o lustro, które cię poraniło? A widzisz, mówiłam, Mac szkodzi zdrowiu!

- No coś ty, pyszne było, nic mi nie zaszkodziło, bo to superhigieniczna restauracja… Ale jak wracałem z kibelka to było dużo ludzi…

- I się pośliznąłeś i zaliczyłeś orła białego? Albo ktoś ci nogę podstawił, lecąc do wolnego stolika?

- Nie! było tłoczno, więc próbowałem na jednej nodze się wcisnąć w okolice naszego stolika między innymi krzesłami…

- I ktoś ci przytrzasnął nogę? Albo jakaś pańcia przywaliła z obcasa?

- Nie!Nie!Nie! Złośliwa Majia (to po polsku… Nie wiem, kto go nauczył, bo na pewno nie ja… Ja mu wpajam wyłącznie piękne słownictwo dotyczące jedzenia oraz kontemplacji przymiotów mego ducha i ciała)! Po prostu jak próbowałem przeskoczyć to stałem na jednej nodze a drugą przekładałem i mi się omskła na ten kancik, co jest na każdej ścianie, taki na 10cm od podłogi rancik (to się po polsku zowie cokolik) i nawet nic nie bolało… Dopiero jak sobie siadłem wygodniej popatrzyłem przypadkiem, a tam ze stopy kapie, a pod krzesłem kałuża…

- I nikt ci nie pomógł? Wiesz, jakaś apteczka powinna być w Macu…

- No coś ty… Uciekliśmy!

-??? Ale dlaczego???

- Nie wiem…

Następnego dnia kulejący z lekka Młodociany udał się na siłownię. Ale szybko się poddał – spociły mu się stopy i rana – czyli dosyć głębokie cięcie piekło nieznośnie. Padł przede mną na kolana i zamiatając grzywką podłogę oznajmił – masz rację! masz rację! dlaczego ty zawsze masz rację…

A potem dorzucił epilog… Dziś jego kolega jadący do Maca na niezdrowy obiad miał wypadek – opakowanie od fastfooda uderzyło go w ramię czy głowę, chłopak się zdekoncentrował i zaliczył pokazową glebę na śliskiej pokrywie  studzienki kanalizacyjnej (tutaj te pokrywy mają tak ze dwa metry średnicy… taka moda). I nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że z uwagi na panujący upał, metalowy element na jezdni nagrzał się dosyć potężnie. Kolega nie jest podrapany, kask ochronił mu buziuchnę przed urazem, ale… Jechał w koszulince na ramiączkach, na pokrywę wpadł bokiem, więc teraz całą lewą rękę ma zagospodarowaną poparzeniem – metalowa płyta wypaliła mu „piętno miejskiego wywrotowca (od wywracania się w mieście)” – czyli wzorek kratki ściekowej w romby i kwadraciki…

A nie mówiłam, że fastfoody są niezdrowe a Mac ma w dodatku niebezpieczną, toksyczną aurę?

* Młodociany polubił Donatana „Nie  lubimy robić”Melodia mu się spodobała i zażądał tłumaczenia tekstu (coś ściemniłam). Klip obejrzał częściowo z zainteresowaniem, a częściowo z niesmakiem, i spytał, czemu zaangażowano do niego aktorkę porno.

Smak świeżych truskawek w grudniu

… bo w grudniu zaczyna się na Tajwanie sezon na świeże truskawki, dla których „zimowe” temperatury są bardziej odpowiednie (takie rzędu 20-25-28 C). Sezon trwa do kwietnia mniej więcej, zastępuje go najbardziej elektryzujący wszystkich Tajwańczyków i większość expatów (to takie ładne słówko nazywające imigranta z zachodu, ci bardziej lokalni to robotnicy i pod takim hasłem się o nich pisze w mediach. Expat ponoć ma powiązanie ze słowem expert, i zarezerwowane jest dla białych lub pochodzących z zachodu obcokrajowców) – sezon na mango.

Mango jest dobre. Nijak się ma do smaku tego czegoś co pływa w jogurtach o smaku mango marakuja, ale w związku z tym nie narzekam. Odmian mango na Tajwanie jest trzy wiodące plus jakieś poboczne – wielkie niemal jak cukinia żółte mango odmiany złotej, mango czerwone wielkości sporego jabłka lub grejpfruta oraz „dzikie” mango dające niewielkie owoce zbliżone gabarytowo do jajka, w kolorze zielonym i o nieco cierpkim smaku. Według chińskiej medycyny mango (podobnie jak banan) jest owocem- śmieciem, bez żadnego cudotwórczego działania na jakikolwiek organ i nie warto sobie zaprzątać głowy oraz angażować żołądka w trawienie takiego bezwartościowego szmelcu dietetycznego tylko dla samych walorów smakowych. Aczkolwiek rozpasanemu hedonizmowi degustatorskiemu oddaje się cała masa Tajwańczyków, wierzących tym razem w zachodnie tabelki i wykresy z zawartością witamin i mikroelementów. No i takiego bananka dobrze jest zakąsić po nawet niezbyt sutym posiłku, szczególnie podczas diety – bo jak to ładnie ujął Młodociany – świetnie wpływa na jakość i konsystencję „brownie”.

Tajwańczycy nie mają szczególnego oporu przed otwartą rozmową o czynnościach fizjologicznych. Na porządku dziennym są teksty – podczas wspólnych posiłków na rozmaitych szczeblach – idę siusiu lub idę na kupkę (poo -poo). Młodociany po solidnej zjebce w stereo (ja i Irek, i dopiero wtedy uwierzył, że ” W Europie nie informujemy w jakim celu i z jaką potrzebą udajemy się w ustronne miejsce, bo to nie wpływa dobrze na trawienie współbiesiadników) ogłasza z szelmowskim uśmiechem – idę zapudrować nosek, aczkolwiek czasem się mu w ferworze dyskusji wypsnie jakiś niezbyt apetyczny detal… W każdym razie, banan dobrze wpływa na pudrowanie noska, potwierdzam.

Z egzotycznych owoców mamy tu szeroooki wybór.

Są mangostany – niestety, nie odważyłam się zjeść kiedy były w ofercie sklepu, a teraz  żałuję. Owoce podobne nieco do fioletowej mandarynki albo przerośniętej borówki, ewentualnie pokracznego mini bakłażana są bowiem „niezrównane w smaku” i mają stanowić antidotum na wiele chorób oraz opóźniać starzenie. Pożyjemy, spożyjemy zobaczymy…

Jest rodzina „smocza” -smocze jajo, smocze oko i spokrewnione z nim liczi oraz rambutan

Smocze jajo wygląda jak… smocze jajo w płomieniach :D. W środku kryje miąższ w kolorze intensywnego buraczka lub bieli, w wypadku czerwonej odmiany zjadliwy, troszkę gruszkowy w smaku, w wypadku białej bardziej mdło nijaki. Pesteczki w tym owocu mają również korzystny wpływ na pudrowanie noska :D Niestety minus jest taki, że smocze jajo jest bardzo soczyste – i do konsumpcji, zwłaszcza prosto z krzaka – warto się rozebrać, bo fioletowo-fuksja-róż plamy ciężko doprać. Właściwie chyba wszystkie owoce najlepiej spożywać w możliwie skąpym stroju, bo są soczyste i ciekną oraz pryskają… Ostatnio oddaję się konsumpcji siedząc po pas w morzu, w lodówce ze styropianu mam zimne owocki, nóż i słodką wodę – gdyby mi fala zachlapała przekąskę… Sybarytyzm w pełnej krasie.

Smocze oko (longan) i liczi są podobne, smakują też dość podobnie – longan jest mniejszy i słodszy. Różnią się – skorupką, nasionkiem w środku. Rewelacyjny do konsumpcji podczas oglądania filmów :D Rambutana widziałam w sklepie, ale stwierdziłam, że za drogie to kudłate liczi, więc sobie odpuszczę tym razem Poczekam, aż potanieje. Młodociany odmawia pomocy w szukaniu wersji „dobre i tanie”- a jestem pewna, twierdzi, że nie bierze do ust czegoś, co smakuje jak sutek (zamarłam, przytłoczona ta obrazową metaforą, ale pytanie – czyj sutek nie doczekało się odpowiedzi…) i nie pomoże mi w konsumpcji tego paskudztwa w żadnej odmianie, bo czuje się za mnie i mój żołądek odpowiedzialny.

Kolejna rodzina to rodzina religijno-anatomicza: „głowa Buddy/czapka Buddy” (nie wiem czy mówią na to Buddha’s hat czy Buddha’s head) i „ręka Buddy” czyli Buddha’s hand.

Czapka Buddy to zielona choinko-szyszka, nieco miękka, przed spróbowaniem przywodząca skojarzenie z czymś cierpko-zielono-twardym, typu guawa, niedojrzałe jabłko, niezbyt soczysta i słodka gruszka.  Może dlatego, że owoc nie wygląda zbyt imponująco, opatulony w piankowe siateczki, chroniące przed pognieceniem? Młodociany skrzywił się wydatnie, gdy sięgnęłam po jasnozieloną nowość i odmalował przede mną apokaliptyczną wizję obrzydliwego smaku i walki z mdłościami, więc odłożyłam kusiciela precz. Całe szczęście tydzień później TangXin poczęstowała mnie czymś z lekka paciajowatym, ale cudownie słodko-waniliowo- deliktanie -pysznym. I to własnie był dojrzały owoc po polsku zwany arcyapetycznie Flaszowcem łuskowatym. Już się rozpędzam, kupując przysmak o tak zachęcającej nazwie…

Rękę Buddy podobno da się spożyć i podobno smakuje trochę mandarynką. Nie próbowałam, widziałam raz w świątyni dziwacznie powykręcany owoc i zaciekawiło mnie -co to. Młodociany próbował to we mnie wmusić, ale obgryzanie własnych paluchów mnie odrzuca, a co dopiero cudzych… Pachnie w każdym razie ten owoc przyjemnie – jakby pigwą a odrobinę cytryną. kto wie, może się skuszę?

Aczkolwiek – tęsknię za – normalnym jabłkiem (tu raczej występują tylko nowozelandzkie zielone modyfikowane genetycznie, kosztujące zdecydowanie za dużo i absolutnie niesmakowite), gruszką, wiśnią, czereśnią, maliną (niedługo minie rok od kiedy wraz z Joanną zbierałam maliny na działce jej dziadków i jadłam do obrzygu,aby sie nie zmarnowały gdy wylecę…), borówką… A ostatnio opętała mnie ochota na poziomki, ze słomki, koniecznie spożyte w hamaku, podczas czytania książki wakacyjnej… I za koperkiem!

Najsłynniejsze danie Tajwanu

Po przylocie na Tajwan należało coś zakąsić – Polak głodny to Polak zły, a do rozpakowania się i ogarnięcia szoku kulturowego na widok dwóch STOŁÓW, które wszyscy dookoła zwali tapczanami potrzebna była nam dobra energia. Idziemy zatem z Kasiorkiem w miasto, zaglądając do egzotycznie wyglądających, mocno trącących speluną lub ewentualnie atmosferą baru mlecznego jadłodajni, oraz notując dziwne wózeczki z wywieszonymi jeszcze dziwniejszymi produktami, typu – hmm… chyba to jelitko, a to jakby ucho od świni, a tamto – oż w mordeczkę jeżyka, toż to regularna kurza łapa, z pazurkami… Egzotyka pełną gębą, dla świeżo przybyłych do Azji dwóch Środkowoeuropejskich (z lekkim odchyleniem na Wschód) dziewoi.

 

Zanim zdążyłyśmy przetrawić ten obrazek – w nozdrza obuchem wręcz uderzyło coś… dziwnego, co przedarło się przez swoisty fetorek orientalnych przykład i smażonki w głębokim tłuszczu. Upiorna woń, niosąca baaardzo odległe od jedzenia skojarzenia. Należało uciec, lub wezwać może egzorcystę? Ponoć szczególnie upierdliwe dusze pokutujące i diabły z szatanami objawiają się nie tylko w obłoku przeszywającego zimna, ale i skoncentrowanego fetoru…

Patrzyłyśmy na siebie zdezorientowane, Tajwańczycy zaś zdawali się nie zauważać smrodu i dziarsko wtranżalali ryżyki, warzywka i makarony, siorbiąc przy tym i mlaskając. Epicentrum odoru zdawało się okrążać niepozorny wózeczek z głębokim wokiem, w którym wśród syczącego tłuszczu kotłowały się zgrabne kosteczki. Pan w maseczce wielką drucianą chochlą łowił sześciany, rzucał na tackę, automatycznie pewnym ruchem chlapał na wierzchu kropę brunatnego sosu, okraszał cebulką i voila! To właśnie było słynne cuchnące tofu.

 

Tak, zjadłam. Raz. Dziękuję za więcej. Smakuje tak jak pachnie, aczkolwiek pod początkowym fetorem zbliżonym do mocno zdezelowanych skarpet z licznymi dodatkami, kryje się chrupko-sprężysta konsystencja ze strzelającymi pęcherzykami, dokładnie takimi jak w Aero albo innej Bąblo-ladzie. Gdyby nie woniało aż tak upiornie, wcinałabym wiadrami, a tak – skończyło się na jednym razie.

 

 


Jak cuchnie cuchnące tofu? Oddajmy głos respondentom

  • Wonieje i wygląda jak coś, co wiosną rozrzucałem za pomocą traktora na polach moich rodziców (Guillame z Belgii)
  • Kojarzy się z latem i wyjazdem na łono natury. Konkretnie… Na przykład jezioro, dzika przyroda, dookoła krzaki i brak toi-toiów, więc ludzie załatwiają swoje biznesy z krzaczkach, a potem ostro świeci tam słońce… i to jest właśnie TEN fetor, który płoszy wszystko w promieniu kilometra (Ralf z Niemiec)
  • Trochę zdechłym kotem, a trochę kwasem, i jeszcze trochę jakby kocim moczem (Anastazja z Rosji)
  • Trupiarnią zalatuje… Takimi zwłokami dwa do cztery tygodnie (Alexander z Austrii)
  • Wali gorzej niż moje skarpetki po meczu (Jared, rugbysta z Kaliforni)

Potwierdzam – „zapach” czou dofu/chou doufu/stinky tofu to swoista, rozpoznawalna w ułamku sekundy kombinacja – niesprzątanej latryny, kwasu żołądkowego, mocno nieświeżych stóp i rozkładającej się materii organicznej…

Ogólnie rzecz biorąc, obcokrajowcy z rzadka zbliżają się do osobliwie cuchnącej kosteczki na tyle, by spróbować ją zjeść, nawet gdy na nosie zaciśnie się spinacz. Ale… w zeszłym roku pewna niemiecka weganka ortodoksyjna karmiła się owym rarytasem niemal co dzień, wnosząc do akademika ruchomą strefę skażenia biochemicznego w postaci reklamówki wypchanej podsmażonym, chrupiącym serkiem sojowym poddanym obróbce. Z kolei Tajwańczycy czou dofu lubią i konsumują – jak my kefir, ogórki kiszone, kapuchę z beczki, śledzie, flaki i inne specjały polskiej kuchni. Minusem jest to, iż fetor pokonsumpcyjny utrzymuje się dość długo, a nawet wżera w ściany… I idziesz jeść kaczkę, a spod tynku atakuje cię – wegetariańska zemsta! Rozmawiasz z Tajwańczykiem, a spod maski unosi się odorek trupio-serkowy, i już wiesz, że wczoraj kolega wcinał przy świątyni lub na nightmarkecie szybką przekąseczkę na odgonienie komarów…

Skąd wzięło się śmierdzące tofu?

Legenda mówi, iż -dawno dawno temu w Chinach żył sobie niejaki pan Wang, dokładniej – Wang ZiHe. Ów Wang ZiHe, oblawszy egzaminy zaliczające w poczet urzędników państwowych, musiał się jakoś utrzymać, bo rodzina odcięła mu kranik z pomocą finansową w ramach okazywania dezaprobaty. Cóż mógł zrobić biedny studencina? Intelektualista, więc do kopania dołów się nie nadawał… Kupiectwo i kuglarstwo wymaga pewnych umiejętności, które niestety nie dostały się mu w pakiecie… Zajął się wobec tego- kramarzeniem i branżą spożywczą, czyli zaczął rozprowadzać produkt podstawowy na chińskiej prowincji – wysokobiałkowy twaróg sojowy. Niestety, szybko okazało się, że jako sprzedawca odnosi sukcesy z tymi na niwie nauki… Cóż robić? Trzeba było wracać, pokajać się przed rodziną i dać się solidnie wyszydzić w nadziei na kolejną szansę. Aby jedzonko się nie zmarnowało, pociął WangZiHe całą hałdę śnieżnobiałego tofu na małe kosteczki i upchał do glinianych słoi, po czym wyruszył… Po drodze głód zajrzał mu w oczy -i postanowił naruszyć zalakowane zapasy wysokobiałkowego przetworu sojowego… Po otwarciu słoja – niemal padł, powalony fetorem emitowanym przez zielono-brunatną masę, ale – głodny student zje wszystko, więc ostrożnie uszczknął kawałeczek, który okazał się wyborny! I tak oto Wang Zi He olał karierę urzędniczą, a zajął się handlem cuchnącą nowinką, której smak szybko pokochali Chińczycy…

PS. Zbieram zamówienia od odważnych, może uda mi się trochę tego specjału przemycić do Polski i Straż Graniczna mnie nie zgarnie jako bio-terrorysty?

I love your Chinglish, Madzia. 我也爱台灣的 Chinglish, 老師

Chinglish to specyficzna mieszanka angielskiego i chińskiego, jakim posługują się początkujący kursanci – czyli 3/4 zdania po chińsku i kawałek po angielsku. U mnie w klasie czinglisz odpada w większości – albowiem nauczycielka nr 1 nie kuma ni dudu po angielsku, nauczycielka nr 2 wprowadziła administracyjny zakaz mówienia po angielsku, aby nie być nie fair względem Japończyków, którzy po angielsku rozumieją jak ja po chińsku ( a mówią tak, że zrozumienie ich w jakimkolwiek poza japońskim języku, jest możliwe dopiero po kilku naprawdę głębszych).

A teraz surprise surpise… Czytaj dalej

Latający lekarz i restauracja pod dębem… Marzenia się spełniają!

W ostatnim tygodniu, kilka natrętnych marzeń tłukło mi się po głowie.

Ponieważ staram się być konstrukcją nieskomplikowaną pod każdym względem, co gwarantuje ponoć szczęśliwość w życiu i brak depresyjności (czy ktoś widział takiego np pantofelka z depresją? albo amebę?)… No więc marzenia staram się mieć również mało skomplikowane - dżinny od spełniania zachcianek nie lubią tych bardziej wybajerzonych. I spełniają je na opak.

No więc moje marzenia nieśmiało rozpoczęły wędrówkę ku fantasmagoriom ziemniaczków puree, pomidorówki, bigosu, leczo, buraczków, schabowego i kiszonych ogórków etc, podsycaną jeszcze przez moją uzdolnioną kuchennie kuzynkę, radośnie raportującą mi znienacka, ciosem w podniebienie, slinianki i żołądek oraz ośrodek głodu – na przykład – o!pomidorówka mi się pali, albo o!kaczka z żurawinką mniam mniam Czytaj dalej