O, w pestkę! – czyli tajwańskie dylematy stomatologiczne

Lubię guawy. Zielone i różowe, trochę podobne z wierzchu do zmutowanej gruszki, w smaku nie podobne do niczego, niezbyt słodkie i niezbyt soczyste (aczkolwiek do legendarnego „suchego grejpfruta” yaozi im daleko). Mogę ich opchnąć dowolną ilość, ograniczoną tylko pojemnością żołądka (a ten mam raczej mało ekonomiczny i zupełnie nie pasujący do wypłoszowatej proweniencji).

Guawa ma pestki. Jadalne. I stanowiące jak dla mnie najsmaczniejszą część owocu. To znaczy, pestki jak pestki, zwykłe drewniane – ale gniazdo nasienne gdzie te pestki tkwią to soczyste, słodkie, mięciutkie, delikatne wnętrze, idealnie komponujące się twardą resztą. I to właśnie pestkowe jądro rozpływające się w ustach i tak dalej powoduje, że guawy wcinam jak małpa kit. Ciamkając rozkosznie z ukontentowania. Czytaj dalej

Gdy dopada cię tajwańska alienacja

Wczoraj moja mama oraz moja tajwańska mama (czyli Max) obchodzili urodziny. Choć dzieli ich w czasie jedna generacja, widzę wiele podobieństw charakterologicznych – zwłaszcza w dziedzinie opiekuńczości. Ale nie o tym.

Max szalenie ucieszony poświęcił się rozpakowywaniu prezentów. Czegóż tam nie było! Czytaj dalej

Otwieracz do piwa wieszczy koniec cute keai!

Nie wiem w jakim sklepie dodawali do sześciopaka taki oto urokliwy otwieracz – ale oprócz śmierci i podatków pewne jest, że idzie nowe.

Obecnie panowie mogą już przestać się zacukrzać Hello Kitty i innymi kjutaśnymi słitnościami. I już nawet trupiarno- halloweenowa Hello Kitty nie daje rady (i dobrze, bo była upiorna do cna). Czytaj dalej

O dziwactwach jedzeniowych po tajwańsku – przegląd restauracji i jadłodajni I – Marton/Modern Toilet

Tajwan wciąż mnie zadziwia, codziennie. Niby powinnam przywyknąć – i przywykłam, nie dziwi mnie widok ludzi w maseczkach, opatulonych w słoneczny dzień niczym likwidatorzy w Czarnobylu, nie kwiczę z ekscytacji na widok świątyń, skuterów czy małych skośnookich bobasów lub piesków odzianych w gustowne stroje zharmonizowane z visual code właściciela, ale wciąż jednak robię wielkie oczy.

Na przykład na widok jednej z bardziej trendy restauracji, do której zawlokła mnie Nico, rozdziawiłam z lekka paszczękę. Stanełam przed wielkim czymś o nazwie „Modern Toilet”, jak mi wyjaśniła kelnerka – pierwszą na świecie – restauracją … Czytaj dalej

Konkurs rozwiązany – mroczny sekret żółtej kaczuszki wychodzi na jaw

Dziękuję wszystkim wysilającym mózgowia podczas długiego weekendu i w ogóle ( a zwłaszcza w ogóle).

Nie powiem, troszkę mi było przykro, że na onecie nikt się nie skusił na zgadywanki, no ale cóż, taki lajf, życie to nie bajka i nie pogłaszcze po jajkach (wielkanocnych), a na rzeszę czytelników walczących w kisielu o gadżet od blogerki trzeba sobie zasłużyć solidniej niż ja dotąd się starałam.

 Przejdźmy do rozwiązania zagadki :D Czytaj dalej

Bo pieczenie i sprzątanie też może być na słodko i uroczo!

Podejrzewam, że każda szanująca się pani domu miotająca się po kuchni w próbie pogodzenia dekoracji baby wielkanocnej z wymiataniem pajęczyn zza regału na takie dictum ma ochotę mi przyłożyć przez łeb ścierą, pajęczyną oraz babą.

Od kilku lat mam w serdecznym poważaniu i końcu odwłoka święta, porządki świąteczne, przygotowania świąteczne, zakupy świąteczne, i o ile jeszcze nadejście Bożego Narodzenia jakoś rejestruje, to Wielkanoc mi umyka. Na Tajwanie mniejszość chrześcijańska może i jakieś Easter obchodzi, ale nie widziałam tłumów z palmami, kiermaszu akcesorii święconkowych, czy dekoracyjnych pisanek na witrynach sklepowych, o baziac, króliczkach, koszyczkach, barankach i kurczątkach nie wspominając. Czytaj dalej

Monster Kitty

Halloweenowe wycia i inne odgłosy już dawno przebrzmiały, ale w przyrodzie i biznesie nic nie ma prawa się zmarnować, nieprawdaż?

W związku z tym tak jakoś w okolicy chińskich Zaduszek w lokalnym sklepie sieci Seven-Eleven odkryłam taką oto kocią reanimację. Znaczy… no właściwie nie wiem jak to określić.  Czytaj dalej

Zakupy w tajwańskim markecie – masażery, bejsbole, wibratory…

Dostawszy pierwszą wish-listę* zakupową po powrocie, udałam się na poszukiwania żądanej gadźetowni – na przykład masek na cyc oraz koali i wypasionych wifonków.

Źródłem niewyczerpanym najrozmaitszego dobra, akcesoriów, artefaktów i najdziwniej pomyłkowych przedmiotów-pułapek jest lokalny supermarket „Śledź mydło powidło fasola lód” – czyli powiedzmy odpowienik Lewiatana, tylko w wersji mocno wielobranżowej.
Można tam kupić spożywkę (poza owocami i warzywami świeżymi oraz mrożonkami, to w nastęnym, nieco większym sklepie żywnościowym), chemię domową i kosmetyczną, a ponadto bazylion pierdół, których w Polsce pewnikiem nawet nie wymyślono jeszcze…  Czytaj dalej

Wartość dodana pieniądza – czyli jak z dwóch dych wyciągnąć stówę

Gdy przedstawiałam walutę Tajwanu, pożaliłam się na mizerną dostępność serii 2.0 (czyli monet 20 kuajowych i banknotów o nominałach 200  oraz 2000). O ile słaba dostępność banknotów* była absolutnie zrozumiała, to zastanawiający był brak monet w powszechnym obrocie.

Ostatnio znalazłam wyjasnienie tego stanu rzeczy. Po prostu monety z wodzem Mona Rudao zainwestowano i teraz one pracują na zyski. A że pracują równie ciężko, jak reszta Tajwańczyków, nie mają czasu na brzęczenie w powszechnym obiegu walutowym.

Jak zainwestowano? Ano tak, aby uzyskać marżę 300% lub więcej. Niezła lokata kapitału. lepsza niż Amber Gold…   Czytaj dalej

Hellou Kitti

Japońska kociczka słodka w sposób mogący całą światową populację diabetyków wybić w 3 sekundy swą słodyczą jest popularna wszędzie. W Polsce jest to obowiązkowy etap rozwoju gadżetowego i socjalizacji po teletubisiach a przed hanąmontaną. Pojawia się zatem na pieluchach, kredkach, butkach i skarpetkach, a także na ubraniach dla nastolatek i pań z serii dzidzia-piernik, chcących się odmłodzić.

Nie będę brzydko komentować, bo sama miałam 3 ukochane pary skarpetek w Kitti, aczkolwiek kupione nie ze względu na dizajn a dlatego że były: miekkie, ciepłe, grube, bawełniane oraz co najważniejsze – przecenione na chyba 10 zł/3 pary. Zakup zaś miał miejsce w Norwegii, w grudniu, gdy moje polskie skarpetki przemokły albo odmówiły współpracy i groziło mi odmrożenie paluszków, a także olbrzymi dyskomfort cieplny… Każdy, komu jakakolwiek kobieta wsadziła kiedykolwiek soplowate stopki np pod koszulę w celu ogrzania (sama robię to nagminnie, jak tylko uda mi się namierzyć odpowiednio ciepłą ofiarę, która nie zaprotestuje…) wie dobrze, jak ważne są ciepłe skarpetki zimą. Moje kolorowe wesołe helloukiti służyły mi wiernie chyba ze 3 jak nie 4 lata. Posłużyłyby pewnie i dłużej, ale jakoś pogineły w praniu czy coś. Ale jak namierzę podobne – jakościowo, to bez względu na wzorek kupię chyba ze 30 par :D

Na Tajwanie natomiast HelloKitty jest wszędzie. Na samochodach, na opakowaniach żarcia na wynos, na rozkładzie jazdy metra, na łódkach, skuterach, kaskach itp. Niezależnie od wieku i płci, każdy może mieć hellou kiti i nie zostać odsądzonym od czci, wiary i heteroseksualności… Co będę pisać. Sami popatrzcie:



Przynajmniej w dwóch wypadkach jestem w stanie potwierdzić że to na 100% Tajwan – samolot (tajwańskie linie Eva Air) oraz diableski młyn, w zeszłym roku nawet na nim byłam, co potwierdza słit aż do bólu rózowa focia w kawaii kitti wzorki…

Obrazek pochodzi z internetu, nie ja jestem autorem!

EVA posiada 5 takich samolotów, obsługujących głównie połączenia z ojczyzną Kitty White, Japonią. Nie muszę chyba dodawać, że w środku wszytsko też jest – hellou-kitaśne?

Porodówka HellouKiti (klip po chińsku, ale bez znajomości języka też idzie załapać o co kaman…). Co ciekawe, tu (czyli na Tajwanie) rodzi się znacznie mniej dzieci niż u nas, a porodówki otwierają się coraz nowsze, lepsze i ciekawsze. Ta ma 30 łóżek i za główny cel postawiła sobie nie „rodzić po ludzku”, ale – załagodzić stres związany z rodzeniem oraz posiadaniem dziecka ( i wydatków z nim związanym) i zachęcić do następnej ciąży (oraz kupowania nowych słit gadżetów…).


http://www.ufunk.net/en/insolite/une-maternite-hello-kitty-a-taiwan/

Ale także można spotkać:

Taaaaaak, to JEST piła łańcuchowa….

A na koniec – przykład wykorzystania HellouKiti jako policyjnego środka dyscyplinującego w Tajlandii, gdzie niegrzeczni/niemili/plujący po ulicy/śmiecący/spóźniający się do pracy/parkujący nieprzepisowo /itp funkcjonariusze w ramach kary paradują cały boży dzień ze słodko-różową opaską na ramieniu… I z takim pistoletem u boku…


http://www3.allaroundphilly.com/blogs/trentonian/weird/2007/08/thai-police-forced-to-wear-hello-kitty.html

Ostrzeżenie dla turystów – jeżeli spacerując po Bangkoku dostrzeżesz umundurowanego gliniarza udekorowanego w/wym sposób, pod żadnym pozorem : nie gap się/nie pokazuj paluchem/nie śmiej się głupawo/nie komentuj w żadnym języku, bo poziom wkurwienia podnosi pasywną zdolność rozumienia języków obcych, tym szydery po polskiemu/nie proponuj strzelenia sobie foci i nie fotografuj. Masz bowiem do czynienia z mocno wkurwionym tajskim maczo, dla którego konieczność noszenia ozdoby adekwatnej raczej dla czteroletniej absolwentki grupy muchomorków w pobliskim żłobki jest już wystarczającym poniżeniem. A chyba nie chcesz wkurwić małego taja, umiejącego rozwalać żelbet jednym kopniakiem?

!!!Powyższe linki mój komputer i jego zabezpieczenia uznaje za nie niosące  żadnego wirusowego zagrożenia. Jednak, jeżeli twój antywirus sądzi inaczej, proszę – daj mi znać!!!