Tajfun, tfu tfu – czyli jak czasem wygląda tajwańska pogoda

Wczoraj przy okazji ploteczek czatowo-skajpowych z kuzynką w powietrzu zawisło pytanie:

- Majia, jak tam u was na Tajwanie, żyjecie? Bo w wiadomościach nawet było, że jakaś masakra i tragedia.
Zdziwiłam się trochę, bo nie zanotowałam żadnego spektakularnego wydarzenia, które mogłoby pretendować do miana wstrząsającego i straszliwego. Zatem – może dowiem się czegoś, co trzymano przede mną w tajemnicy? Czytaj dalej

Najgorętsza plaża Tajwanu – Kending

W tajwańskim Mielnie czyli Kending byłam kilkakrotnie. Kending leży na wysuniętym na południe półwyspie, oblewanym w miarę czystymi wodami intensywnie błekitnego oceanu, rześka bryza przewiewa smog, białe łachy piachu wyglądają znacznie bardziej plażowo i wakacyjnie niż zwyczajowe czarne wulkaniczne piaski wokół Kaohsiung.

Woda jest też jakby ciut czyściejsza niż gęsta zupowata ciecz unosząca się w okolicy portu Kaohsiung. Powietrze świeższe i tak dalej. Zatem – pomijając Rybne Muzeum które pokochałam z całego serca także za solidnie schłodzone pingwinarium przygotowujące przegrzany organizm do europejskiego klimatu – gdy marzę o plaży to i Kending mi się marzy, bo tamtejszy ekosystem skóry na brudno nie maże i człowiek rasowo się na brązik smaży… Czytaj dalej

O ekologii i „krystalicznie” czystym powietrzu na Tajwanie

Kraków oprócz smoka posiada i smog, w rezultacie zaś – najbardziej zanieczyszczone powietrze w całej Polsce (ponoć). A Kaohsiung?

Pamiętam z Polski ogłoszenia w radiu że „w dniu dzisiejszym nie zaleca się pobytu dzieci i osób starszych poza domem”, kojarzę widok rudawej mgły oglądanej z perspektywy zielonych wzgórz Nowej Huty (i przestrzeni powietrznej ponad tą własnie Nową Hutą, w której zdarzyło mi się latać… :D). O tak to wyglądało na przykład: Czytaj dalej

Kraj wynalazców papieru…

Chińczycy wpadli na pomysł Czterech Wielkich Wynalazków: papieru, druku, kompasu i prochu strzelniczego już wiele tysięcy lat temu. o dwóch pierwszych dziś opowiem szerzej.

Według kronik, minister rolnictwa Cai Lun,  urzędnik na dworze cesarza He Di wynalazłw 105 r n.e przemysłową, a więc masową metodę produkcji arkuszy papierowych z użyciem szmat jedwabnych i lnianych. Zachwycony nowinką, tańszą niż jedwabne zwoje i lżejszą niż bambusowe tabliczki, w pełni spełniającą zapotrzebowanie na nośnik informacji – cesarz He Di nagrodził eunucha- kancelistę złotem i szlachectwem – co niestety nie wyszło temu ostatniemu na zdrowie. Czytaj dalej

O ogrodach… ogródkach… doniczkach…kwiatkach

Tajwan to mała wyspa, z wilgotnym i ciepłym klimatem – więc logiczne, że powinna przypominać rajski ogród pełen kwiatów, owoców, drzew, zwierząt, papug, motyli, elfów w zwiewnych sukienkach i tak dalej, co sobie człowiek zamarzy. Czytaj dalej

Ludki z wielkimi zadami

Już kiedyś wprowadzałam w historię mego miasta tymczasowego zamieszkania. Kiedyś był to mega-zasyfiony port, jeden z bardziej ruchliwych punktów przeładunkowych Azji i świata – ponieważ kiedyś to Tajwan pełnił funkcję producenta i dystrybutora wszelakiego azjatyckiego badziewia. Potem pałeczkę produkcji przejęły smoki z Chin, Tajwan przekwalifikował się na produkty high-tech a i kwestie ekologiczne zaczęły być nieco bardziej palące – i tak oto portowy kopciuch rozpoczął powolną transformację w miasto światła, kolorów, sztuki i ekologii…

Mój kolega, przebywający kiedyś w Hsinchu (to na północy, takie zagłębie komputerowo mechaniczne) na czymś w rodzaju stypendium, ostrzegał mnie przed lokalnie panującym na pięknej wyspie pragmatyzmem i brakiem dbałości o estetykę wykończenia, objawiającą się tym, że jak działa to działa, i nic to, że wisi taki pisuar na płycie pilśniowej, przyśrubowany chamskimi gwintami, dookoła sterczą jakieś kable i inne gwoździe, wszak pisuar służy do opróżniania pęcherza a nie kontemplacji artystycznej. Ale południe Tajwanu miło mnie zaskoczyło… Stare dzielnice to owszem, blokowiska, przy których moja Nowa Huta to oaza piękna, przestrzeni i zieleni… Fakt, miałam szczęście wychować się w tej średnio-nowej części, gdzie zaplanowano, oprócz mini-parkingów i bloków i falujących ścianach (bo się majstru na kacu różnie betonem chlapało) oraz skośno osadzonych futrynach (bo oprócz krzywego chlapania, majstru miał również problem z pionizacją po trunkach ze Zdzichowej i Edziowej  piwniczki) – były i alejki, i place zabaw, i trawnik przed blokiem i jakieś tam upiększacze (u mnie straszyła głowa Kochanowskiego Jana, ale były i twory o kształtach abstrakcyjnych, z fontannami, brodzikami i kolorowymi szkiełkami/mozaiką). Nowsze dzielnice Kaohsiung, może i są zatłoczone blokami do imentu – i to takimi po 30 pięter, upchanymi przy sobie ulami, ale i o akcentach dekoracyjnych pomyślano. A to parczek jakiś, a to rzeźba ni stąd ni z zowąd, a to traska spacerowa. Ba! Aby naród stojący w korkach się ukulturalniał – to pod wiaduktami są też jakieś mniej lub bardziej artystyczne posążki, straszące lub wyglądające nawet nawet.

W podupadającym porcie urządzono atrakcję turystyczną, Art Center. W magazynach są wystawy, jest też część plenerowa – bo miasto Kaoshiung rocznie ma przeszło 300 słonecznych dni, jest kolorowo i urocznie. To właśnie tam spotkałam białego misia, tam stoi wielki plastikowy Transformer w kolorze żółtym, oraz oczywiście – słynne ludki z wielką dupą.

Ludki są symbolem miasta i formą hołdu oraz upamiętnienia dawnych mieszkańców Kaohsiung, budujących obecny dobrobyt tego miasta. Jest Pani – Rybaczka oraz Pan-Inżynier (przy czym inżynier to tutaj taki ładnie brzmiący zamiennik pana robotnika fizyczno-technicznego, operatora machinerii itp, niemający nic wspólnego z wykształceniem wyższym technicznym, albo niekoniecznie mający). Początkowo zaprojektowano białe figury. Pani – w obowiązkowym stroju każdej tajwańskiej kobiety pracującej na zewnątrz – czyli kapeluszu z liści bananowca (uwaga,stożkowatego kształtu kapelusze „chińskie” w poszczególnych skośnookich krajach różnią się!), zarękawkach - czyli takich niby rękawiczkach bez części na dłonie, chroniących przedramiona przed spaleniem na czekoladowy brąz, masko-chuście, zasłaniającej usta, nos i szyję. Pan – w roboczych portkach i pasie z narzędziami, w butach ochronnych alias gumowcach, w kasku na głowie, podkoszulku wypchanym na ramieniu czymś, demonstruje rozrośniętą klatę. Na jednym ramieniu, ma coś pod ubrankiem upchane.

Gdyby ktoś miał wątpliwości, to są właśnie wielkie ludki, z rozłożonym na czynniki pierwsze znakiem „miłość”… Taaakie wielkie zrobili! Swoją drogą, ja mało z motoru nie spadłam, jak kątem oka uchwyciłam coś wielkiego, niebieskiego… Walnęłam Młodocianego między łopatki (umowny znak- stawaj ale już!!!), on cudem utrzymał równowagę na chybotliwym dwukołowcu i i nie posłał mnie do wszystkich diabłów lub pod koła licznie zgromadzonych obok autobusów, busików,aut i innego smerfa. Najpierw odstawił atak paniki pt.: coś się Majii stało (np oberwałam kamykiem w oko, raz miałam już taką akcję – ale okulary wytrzymały)aaaaa!!!, potem się sfufał, że z tak błahego powodu jak plastikowy ogrom pośladków mało nas nie wysłałam w „anielski orszak niech twą duszę przyjmie”, a potem wraz ze mną zastygł, porażony ogromem „baby z zadem”…

- Naprawdę nie wiesz co to jest? -zdziwił się Młodociany, pod największą obecnie rzeźbą -symbolem. 

- Nie wiem. A ty wiesz?

- Wiem, przecież to oczywiste! No, popatrz jeszcze raz, niebieskie, kwadratowe… Przecież to paczka papierosów, hahaha! Niebieska w dodatku, to musi być z MildSeven, najpopularniejszej tajwańskiej marki. To u was robotnicy nie palą? A jak palą to gdzie noszą papierosy? Jak to, za uchem???

Tytułem wyjaśnienia. Tata Młodocianego pali, i jest z pokolenia owych noszących fajki na ramieniu. Młodsi lansowicze mają teraz specjalne metalowe pojemniczki – papierośnica, z zapalniczką i popielniczką w jednym, coby petami nie rzucać na trotuar…

Ludki stoją od 7 lat. Co roku więcej, i w nowych, okolicznościowych malowaniach. Zaczęło się od jednego, a potem - rozmnożyli się przez pączkowanie, niczym wrocławskie krasnale :D Kilka archiwalnych projektów:

A co oprócz ludków? Ano, jak to ładnie ujęła burmistrz Pulchna (którą doskonale znam z rysunkowej karykatury, a na zdjęciu jej nie poznałam, choć podobna jak dwie krople wody…) – Kaohsiung zyskuje nowe oblicze miasta Sztuki Nowoczesnej i Ekologii, więc jest i nowoczesna, ekologiczna wystawa na terenie starego dworca portowego.

Między szynami rosną kwiatuszki i trawniczki, dookoła domki, w których wciąż mieszkają ludzie (choć mi one wyglądały na takie bardziej lalczyne, tylko odrapane), a do tego z lekka statecznie rdzewieją ekologiczne rzeźby z odpadków… :D  I dinozaury.

I na koniec… Azjatyckie zabawy z perspektywą na zdjęciach… Każdy kojarzy focie z Egiptu, gdzie trzyma się piramidę w dłoniach? Albo -moje zdjęcia z Hongkongu, z wieżowcem „pod ręką”? To azjatycki wynalazek, ponoć japoński… W każdym razie, zrobienie dobrej fotki wymaga trochę mozołu i akrobacji…

 

A gdyby kogoś zaciekawiło, jak wyglądała transformacja Kaohsiung – TUTAJ KLIK  jest film z serii Nat Geo Megapolis, niestety – po angielsku. Dodam, że po obejrzeniu tegoż dokumentu dopiero do mnie dotarło, co Panda i inni mieli na mysli, mówiąc o „znacznej poprawie środkowiska, powietrza i czytości Love River”… Która – jak sądziłam, jest syfiastym ściekiem… Ale, jak tłumaczyło mi kilkoro mieszkańców tego miasta – jeszcze 10 lat mtemu to był taki rynsztok, że żeby popełnić samobójstwo, należało najpierw przebić się przez warstwę odpadków wszelakich, potem zaś zmobilizować wszelkie rezerwy samozaparcia, aby nie uciec przed mega -fetorem… Ryby nie chciały żyć w tej „wodzie”, a spacer brzegiem rzeki był rónoznaczny z deklaracją chęci dłuższego pobytu na oddziale toksykologicznym. A jak Młodociany stał w korku na moście – to aż oczęta mu łzawiły… I zobaczcie sami, jak ładnie dali radę :D

Ratując meduzy

Pojechaliśmy do Wetland Parku, odpocząć wśród zieleni nieco mniej sprzyjającej atakom komarów niż solidnie zacieniony park z Wieżą Tygrysa i Smoka. W jeziorku alias bajorku pływały biało-żelowate meduzy, uparcie dążąc do altanki na krańcu zalewu. Skąd falujące meduzy? Ano, z falującego morza, które połączone jest z AiHe, Rzeką Miłości, a woda z AiHe swobodnie wpływa do bajorka Wetland Parku i powoduje jego falowanie w rytm dobowy cyklu pływów, sterowanego księżycem  Tak więc sączymy lemoniadki z prawdziwej cytryny zmieszanej z dużą ilością drobno pokruszonego lodu, napawamy się widokiem półprzeźroczystych parasoli snujących się pośród fal, gdy nagle Młodociany stwierdził całkiem poważnie – Majia, ale my musimy je uratować…

Zmieniłam się cała w wielki znak zdziwionego zapytania. Co ratować?

- Bo one płyną do brzegu i tu utkną, bo woda jest za płytka, żeby mogły uciec, a słońce je poparzy, zobacz!

Rozejrzałam się i załapałam. Faktycznie, jedna z najbliższych meduz apatycznie falująca w jednej z nieco głębszych niecek wybitych w płyciutkim dnie brzegu bajorka wyraźnie przypominała pół ścięte jajko podczas procesu smażenia jajecznicy – tu i ówdzie błyskając sparzoną bielą pośród transparentnej glutowatości. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie zastanawiałam się zbytnio nad systemem nerwowym meduzy, pamiętając z lekcji biologii w szkole podstawowej, że meduzy rozróżniają jasno-ciemno jakimiś narządami na brzegach kapelusza i tyle. O klinice leczenia oparzeń specjalizującej się w parzydełkowcach uszkodzonych przez promieniowanie UV nie słyszałam. Obiły mi się tylko o uszy historię o mniej lub bardziej niebezpiecznych kontaktach z parzydełkami tych uroczych zwierzątek, i o zbawiennym wpływie octu na obrażenia odniesione podczas zaplątania się w okolicę takie krążkopława czy stułbiopława.

I Młodociany zastygł na brzegu rozważając, jakby tu te meduzy uratować. Bo ja je dotykałam ostatnio, i nic mnie nie poparzyło. Dopiero po dłuższej chwili odstygł, pokiwał z rezygnacją głową i podreptalismy do motoru. Ale humor miał już zwarzony do końca dnia, nawet wielki puchar lodów z czekoladą i truskawkami jakoś nie pocieszył go za bardzo.

Sama nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Idea ratowania meduz jest dosyć absurdalna, a podobną kwestię w Polsce podniosłoby dziecko w wieku przedszkolnym. Jest to jedna z rzeczy, które podobają mi się w Tajwańczykach – mają zupełnie inny niż Europejczycy poziom empatii.

A potem przypomniała mi się powielana w wielu mailach/postach/motywatorach etc historia, będąca swobodnym nawiązaniem do „The Star Thrower” autorstwa  Loren Eiseley.

Na specjalne życzenie, mogę przetłumaczyć tą historyjkę. Ale tylko na bardzo specjalne. Ćwiczyć angielski trzeba :D

O tym jak Gongzhu Majia spotkała białego niedźwiedzia…

I jak to ów niedźwiedź dokonał transformacji..

I nie jest to wpis primaaprilisowy ( zwyczaj robienia ludzi w balona dokładnie 1 kwietnia nie jest tu znany zbyt szeroko i praktykowany)…

A było to tak…

Ponieważ okolica Wendzarni ma niezbyt przyjazną mi atmosferę duszno-komarowo- doskonale znaną, przy każdej możliwej okazji ruszam w bardziej fotograficzne miejsca lub do jakiegoś muzeum. Nieodmiennie w tygodniu lubię zajrzeć do portu, do Pier2, gdzie regularne doki sąsiadują z wystawą sztuki nowoczesnej na świeżym powietrzu – zresztą, zgodnie z założeniem pulchnej burmistrz miasta Kaohsiung – w starych zabudowaniach podupadłego portu, przemienionych na atrakcję turystyczną. W ramach sztuki nowoczesnej jest miejsce dla – metalowych polipów/hatifnatów, dla polimerowych rzeźb – czyli ludzików z wielkimi d… i innych transformersów, dla metalowych stelaży i reszty eksponatów…


W Pier 2 powitała mnie abstrakcyjna budowla w kształcie sześcianu z kontenerów (port posiada sporo tego typu wyposażenia, z czasów swej świetności jako ważnego węzła komunikacyjnego , stojących na jednym z wierzchołków w sposób absolutnie wywołujący zgrozę…. Wraz z Maxem rozmyślałam gorączkowo, jakby to ustrojstwo ominąć, na wypadek gdyby nagły powiew zefirka lub trzęsienie ziemi chciało nam owo arcydzieło spawalnictwa rzucić na głowy, gdy nagle…

zobaczyłam białego niedźwiedzia.

Zastygłam w zdumieniu i nawet uszczypałam się rozglądając, czy aby czasem nie ocknęłam się z kolorowego tajwańskiego snu na Krupówkach, ale nie. Klimatyzatory, kraty, skutery  i skośne ludki pozujące w słitaśnych wygibasach nie wyglądały w żaden sposób po góralsku. Może – ewentualnie Witkacy w którymś ze swych stanów odmiennej świadomości by taką wizję miał, ale – jam żywy człowiek jest, a nie majak młodopolskiego artysty, produktu hodowlanego własnych rodziców…

(Stanisław Witkiewicz Senior i jego żona marzyli o sławie malarzy/muzyków/kompozytorów/geniuszy – i sami nie podoławszy, oczekiwania swoje uwiesili na Stanisławie Ignacym, który był edukowany w sposób powiedzmy – niewiele mający ze szczęśliwym dzieciństwem i od dziecka przymuszany/ nakłaniany do tworzenia Sztuki – pierwsze bowiem opublikowane próby pisarskie przypadły na rok 1893, gdy urodzony w 1885 roku Ignacy miał 8 lat. I nie są to bajeczki czy rymowanki, ale od razu – dramaty. Dlaczego wspominam Witkacego i jego odmienne stany świadomości ? Dlatego, że  - naprawdę lub nie (bo był mistrzem autopromocji poprzez plotki i skandale, specjalistą w dziedzinie PR i dezorientacji) swoje dzieła tworzył pod wpływem rozmaitych środków kolekcjonerskich, które zresztą notował np na płótnach… A były to wizje ciekawe… – zainteresowanych odsyłam do Witkiewiczówki w Zakopcu, marsz!)

No dobra. Zobaczyłam białego misia, oraz dziewczynę -fotografkę, Azjatkę z piegami (oooo, rzadkość) i szerokim uśmiechem. Misiek z kolei pomachał mi łapką, w której trzymał serduszko z chińskimi hieroglifami. 

Podeszłam do pani fotograf, zapytałam czy można, Max kliknął Ajfonem, fotografka również uwieczniła me zainteresowanie  towarzystwem białego puchatka niższego ode mnie o głowę.  Misiek się skłonił wdzięcznie ze trzy razy i zniknął mi z pola widzenia.

Pani fotograf w przyzwoitym angielskim podziękowała nam za zainteresowanie, wyjaśniła, że współpracuje z Greenpeace i właśnie wybrała się robić sesję dla kampanii „Save the Arctic”, zapytała też skąd moje radosne piski i ciągnięcie Młodocianego za kołnierz w kierunku niedźwiedzia… Historia o Krupówkowej atrakcji turystycznej bardzo się jej spodobała, ale jak stwierdziła, musi być tym ludziom bardzo gorąco… I wtedy przyszedł mi do głowy makiaweliczny plan – samo zło :D Pytam - przepraszam  a czy mój kolega mógłby zapozować? On jest nieśmiały, więc sam nie zapyta… Młodociany posłał mi wiele mówiące smoliste spojrzenie, ale posłusznie dał sobie założyć pluszowy łeb i serduszko. Zdjąwszy,  solidnie uziajany i upocony poszedł oddać fanty – i popatrzył na niedźwiedzie nadzienie wyłuskujące się właśnie z futra – Uaaaaa, tam jest dziewczyna?!? Zaskoczony był setnie.

No rzeczywiście, w środku była dziewczyna właśnie… W sumie, oczywiste, przecież misiek nie mógł być mechaniczny…

Dziewczyna z miśka i fotografka chichotały w najlepsze. Ja zresztą też…

Na zdjęciu nasz misiek tropikalny i inne odsłony aktywistów z reszty świata – Moskwa, Londyn

Tutaj – link do strony Greenpeace  wyjaśniający o co chodzi w całej akcji. Nie lubię ekoterroryzmu także w wydaniu Zielonych Groszków, ale akurat ta kampania jak na razie prowadzona jest pokojowo,bez włamań, blokad, przykuwania do drzew itp.  Antarktyda już od dawna jest strefą bez wpływów, z zamrożonymi roszczeniami terytorialnymi,  więc czemu nie potraktować analogicznie Bieguna Północnego? W każdym razie – gdyby komuś z was spodobała się akcja – zawsze warto poinformować.

A prawdziwego niedźwiedzia polarnego też kiedyś spotkałam. W Finlandii. I pomimo słodkiego wyglądu pluszaka z reklamy, należy pamiętać, że to bezwzględny drapieżnik, wyższy ode mnie kiedy stoi na czterech łapach, wyprostowany do mieszkania by się nie zmieścił, świetnie pływa, szybko biega, rusza się zwinnie i bezszelestnie. Aha, i nurkuje. :D  A kiedy leży, wygląda przeuroczo, i ma takie słodkie łapki, z czarnymi poduszeczkami… I pazurami długimi na 20 cm…

Bliskie spotkania z przyrodą

Na Tajwanie przyroda rozwija się bujnie – klimat wilgotny, gorący sprzyja kwitnieniu wszystkiego. Stąd w grudniu zamiast łysych gałęzi z soplami na drzewach liście zielone i kwiaty (właściwie, to jak tylko jedne opadły, zaraz pojawiały się nowe, jeszcze bardziej kolorowe), stąd przepyszne grzyby w ilościach, barwach i smakach trudnych do opisania ze względu na różnorodności (od razu mówię – przepyszne), stąd węże w górach, pająki wielkie jak pięść, myszy, ryby i inne.

Koło Wendzarni płynie sobie romantyczny ściek, dalej przechodzący w Ai He – Love River. Nazwa romantyczna, pochodzi od niezliczonej ilości kochanków, którzy w przeszłości, na skutek matrymonialnych decyzji rodziców i swatów mieli zostać rozdzieleni i w związku z tym wybierali samobójstwo w nurcie tej właśnie rzeki. Swoją drogą, trzeba było mieć zaparcie, aby próbować się topić w wodzie głębokiej na jakieś 40 cm, z minimum metrową warstwą zielonego szlamu… Czytaj dalej