O dziwactwach jedzeniowych po tajwańsku – przegląd restauracji i jadłodajni I – Marton/Modern Toilet

Tajwan wciąż mnie zadziwia, codziennie. Niby powinnam przywyknąć – i przywykłam, nie dziwi mnie widok ludzi w maseczkach, opatulonych w słoneczny dzień niczym likwidatorzy w Czarnobylu, nie kwiczę z ekscytacji na widok świątyń, skuterów czy małych skośnookich bobasów lub piesków odzianych w gustowne stroje zharmonizowane z visual code właściciela, ale wciąż jednak robię wielkie oczy.

Na przykład na widok jednej z bardziej trendy restauracji, do której zawlokła mnie Nico, rozdziawiłam z lekka paszczękę. Stanełam przed wielkim czymś o nazwie „Modern Toilet”, jak mi wyjaśniła kelnerka – pierwszą na świecie – restauracją … Czytaj dalej

No to – pomidor!

Nie chcieliście przyjąć do wiadomości, że pomidor to żadne warzywo a owoc? I że cebulka, pieprz i sól, a także garnek zupy i makaron w połączeniu z pomidorem to czysta perwersja, zboczenie i w ogóle przejaw skretynienia tych tam, białasów…?

No to macie. Czytaj dalej

Włoska załamka

Mój japoński kolega Keisuke lubi swoją kuchnię narodową. Wcina suszi oraz lepko- śmierdliwe natto ze sfermentowanej soi zanurzonej w glutowatym sosie własnym, kitkaty o smaku zielonej herbaty i inne wynalazki z Kraju Kwitnącej Wiśni. No dobra, kitkaów nie wcina – bo stara się żywić zdrowo i odpowiedzialnie. Więc zamiast czipsów o smaku pepsi i innego fastfooda przeżuwa natto.

Natomiast gdy raz na czas nachodzi go ochota na coś egzotycznego i niezwykłego, czego nigdy by nie zjadł u siebie w Tokio – korzystając z rozlicznych delegacji rzucających go po całym świecie nieskolonizowanym dotąd przez osadników z Imperium Wschodzącego Słońca – udaję się do japońskiej restauracji w takiej na przykład Moskwie. Czytaj dalej

Smak świeżych truskawek w grudniu

… bo w grudniu zaczyna się na Tajwanie sezon na świeże truskawki, dla których „zimowe” temperatury są bardziej odpowiednie (takie rzędu 20-25-28 C). Sezon trwa do kwietnia mniej więcej, zastępuje go najbardziej elektryzujący wszystkich Tajwańczyków i większość expatów (to takie ładne słówko nazywające imigranta z zachodu, ci bardziej lokalni to robotnicy i pod takim hasłem się o nich pisze w mediach. Expat ponoć ma powiązanie ze słowem expert, i zarezerwowane jest dla białych lub pochodzących z zachodu obcokrajowców) – sezon na mango.

Mango jest dobre. Nijak się ma do smaku tego czegoś co pływa w jogurtach o smaku mango marakuja, ale w związku z tym nie narzekam. Odmian mango na Tajwanie jest trzy wiodące plus jakieś poboczne – wielkie niemal jak cukinia żółte mango odmiany złotej, mango czerwone wielkości sporego jabłka lub grejpfruta oraz „dzikie” mango dające niewielkie owoce zbliżone gabarytowo do jajka, w kolorze zielonym i o nieco cierpkim smaku. Według chińskiej medycyny mango (podobnie jak banan) jest owocem- śmieciem, bez żadnego cudotwórczego działania na jakikolwiek organ i nie warto sobie zaprzątać głowy oraz angażować żołądka w trawienie takiego bezwartościowego szmelcu dietetycznego tylko dla samych walorów smakowych. Aczkolwiek rozpasanemu hedonizmowi degustatorskiemu oddaje się cała masa Tajwańczyków, wierzących tym razem w zachodnie tabelki i wykresy z zawartością witamin i mikroelementów. No i takiego bananka dobrze jest zakąsić po nawet niezbyt sutym posiłku, szczególnie podczas diety – bo jak to ładnie ujął Młodociany – świetnie wpływa na jakość i konsystencję „brownie”.

Tajwańczycy nie mają szczególnego oporu przed otwartą rozmową o czynnościach fizjologicznych. Na porządku dziennym są teksty – podczas wspólnych posiłków na rozmaitych szczeblach – idę siusiu lub idę na kupkę (poo -poo). Młodociany po solidnej zjebce w stereo (ja i Irek, i dopiero wtedy uwierzył, że ” W Europie nie informujemy w jakim celu i z jaką potrzebą udajemy się w ustronne miejsce, bo to nie wpływa dobrze na trawienie współbiesiadników) ogłasza z szelmowskim uśmiechem – idę zapudrować nosek, aczkolwiek czasem się mu w ferworze dyskusji wypsnie jakiś niezbyt apetyczny detal… W każdym razie, banan dobrze wpływa na pudrowanie noska, potwierdzam.

Z egzotycznych owoców mamy tu szeroooki wybór.

Są mangostany – niestety, nie odważyłam się zjeść kiedy były w ofercie sklepu, a teraz  żałuję. Owoce podobne nieco do fioletowej mandarynki albo przerośniętej borówki, ewentualnie pokracznego mini bakłażana są bowiem „niezrównane w smaku” i mają stanowić antidotum na wiele chorób oraz opóźniać starzenie. Pożyjemy, spożyjemy zobaczymy…

Jest rodzina „smocza” -smocze jajo, smocze oko i spokrewnione z nim liczi oraz rambutan

Smocze jajo wygląda jak… smocze jajo w płomieniach :D. W środku kryje miąższ w kolorze intensywnego buraczka lub bieli, w wypadku czerwonej odmiany zjadliwy, troszkę gruszkowy w smaku, w wypadku białej bardziej mdło nijaki. Pesteczki w tym owocu mają również korzystny wpływ na pudrowanie noska :D Niestety minus jest taki, że smocze jajo jest bardzo soczyste – i do konsumpcji, zwłaszcza prosto z krzaka – warto się rozebrać, bo fioletowo-fuksja-róż plamy ciężko doprać. Właściwie chyba wszystkie owoce najlepiej spożywać w możliwie skąpym stroju, bo są soczyste i ciekną oraz pryskają… Ostatnio oddaję się konsumpcji siedząc po pas w morzu, w lodówce ze styropianu mam zimne owocki, nóż i słodką wodę – gdyby mi fala zachlapała przekąskę… Sybarytyzm w pełnej krasie.

Smocze oko (longan) i liczi są podobne, smakują też dość podobnie – longan jest mniejszy i słodszy. Różnią się – skorupką, nasionkiem w środku. Rewelacyjny do konsumpcji podczas oglądania filmów :D Rambutana widziałam w sklepie, ale stwierdziłam, że za drogie to kudłate liczi, więc sobie odpuszczę tym razem Poczekam, aż potanieje. Młodociany odmawia pomocy w szukaniu wersji „dobre i tanie”- a jestem pewna, twierdzi, że nie bierze do ust czegoś, co smakuje jak sutek (zamarłam, przytłoczona ta obrazową metaforą, ale pytanie – czyj sutek nie doczekało się odpowiedzi…) i nie pomoże mi w konsumpcji tego paskudztwa w żadnej odmianie, bo czuje się za mnie i mój żołądek odpowiedzialny.

Kolejna rodzina to rodzina religijno-anatomicza: „głowa Buddy/czapka Buddy” (nie wiem czy mówią na to Buddha’s hat czy Buddha’s head) i „ręka Buddy” czyli Buddha’s hand.

Czapka Buddy to zielona choinko-szyszka, nieco miękka, przed spróbowaniem przywodząca skojarzenie z czymś cierpko-zielono-twardym, typu guawa, niedojrzałe jabłko, niezbyt soczysta i słodka gruszka.  Może dlatego, że owoc nie wygląda zbyt imponująco, opatulony w piankowe siateczki, chroniące przed pognieceniem? Młodociany skrzywił się wydatnie, gdy sięgnęłam po jasnozieloną nowość i odmalował przede mną apokaliptyczną wizję obrzydliwego smaku i walki z mdłościami, więc odłożyłam kusiciela precz. Całe szczęście tydzień później TangXin poczęstowała mnie czymś z lekka paciajowatym, ale cudownie słodko-waniliowo- deliktanie -pysznym. I to własnie był dojrzały owoc po polsku zwany arcyapetycznie Flaszowcem łuskowatym. Już się rozpędzam, kupując przysmak o tak zachęcającej nazwie…

Rękę Buddy podobno da się spożyć i podobno smakuje trochę mandarynką. Nie próbowałam, widziałam raz w świątyni dziwacznie powykręcany owoc i zaciekawiło mnie -co to. Młodociany próbował to we mnie wmusić, ale obgryzanie własnych paluchów mnie odrzuca, a co dopiero cudzych… Pachnie w każdym razie ten owoc przyjemnie – jakby pigwą a odrobinę cytryną. kto wie, może się skuszę?

Aczkolwiek – tęsknię za – normalnym jabłkiem (tu raczej występują tylko nowozelandzkie zielone modyfikowane genetycznie, kosztujące zdecydowanie za dużo i absolutnie niesmakowite), gruszką, wiśnią, czereśnią, maliną (niedługo minie rok od kiedy wraz z Joanną zbierałam maliny na działce jej dziadków i jadłam do obrzygu,aby sie nie zmarnowały gdy wylecę…), borówką… A ostatnio opętała mnie ochota na poziomki, ze słomki, koniecznie spożyte w hamaku, podczas czytania książki wakacyjnej… I za koperkiem!

Śniadanie na Tajwanie…

Kiedyś stworzyłam sukcesywnie rozbudowywaną listę tematów „życzeniowcyh” do opracowania. Każdy mógł mi podrzucić temacik, który szczególnie go interesował, a ja zadeklarowałam się go w miarę wyczerpująco rozwinąć.  Ponadto sama zapowiadałam – że o tym-i tamtym napiszę później. Efekt? Lista liczy sobie ze  30 pozycji, a ja ciągle nie mogę ukończyć i opublikować niektórych wpisów. Szczególnego pecha ma temat  jedzenia i np - wycieczki do Hongkongu, którą odbyłam w grudniu… Co zacznę w temacie dłubać, to skasuję połowę wcześniej napisanego tekstu, bo denny, nudny, dygresyjny, nie na temat, niezrozumiały itp. Twardo postanowiwszy, że póki tych dwóch nie skończę, nowe zagadnienia nie będą w ogóle rozpatrywane - dziś, natchniona dyskusją o mięsie z robalami i innych żywnościowych wynalazkach postanowiłam wreszcie oświecić każdego w kwestii zapychania przewodu pokarmowego.

 

Zasiadłam i… wydarzyło się trzęsienie ziemi. Więc być może jednak rozważę kontynuowanie montowania notek, od których kontynuacji powstrzymuje mnie już nie indolencja a intuicja… :D

Wpis chciałam upstrzyć możliwie dużą ilością zdjęć, a tu zmoka. Śniadań nie fotografuję . Zatem wrzucam co mam, i nie będę robić nowych zdjęć, bo naprawdę nie ma czemu…

Przypomnę sobie, jak wyglądało śniadanie polskie Panny Madzi?

* Wersja A – kawa z mleczkiem lub bez mleczka, w zależności od tego, czy zmobilizowałam się do wyprawy do sklepu, czy też lenistwo/inne niecierpiące zwłoki sprawy wzięły górę. Do tego papierosek, dwa lub trzy. Plus trochę światła  bo tyle mam w lodówce, oprócz niewidzialnego pingwina, który zżarł wszytko inne…

* Wersja B – co zostało w lodówce… Czyli opcja sprzed ataku pingwina

* Wersja C – wypasione śniadanko, oparte głównie na mleku, owsiance, jogurcie, białym serku z warzywami i niewielkiej ilości chleba z padlinką, tfu, wędlinką

 

A jak wygląda to na Tajwanie?

* Wersja A – zaspałam, więc tylko kawa z substytutem mleka/ substytut kawy z substytutem mleka i sztucznym cukrem w płynie – zależy, gdzie kupuję

* Wersja B – nie zaspałam, więc do kawy j.w. dołączymy sandwicz z kotletem z kurczakowego cyca i rozmaitymi warzywami. Kawa pozwala nie zwrócić uwagi na nieco niecodzienne połączenie smaków, czyli słodki chlebek plus pikantna panierka kotleta. I przypominam sobie za każdym razem, gdy to coś spożywam, jak kiedyś z obrzydzeniem krzywiłam się na propozycję wsadzenia wczorajszego schabowego do kanapki…

* Wersja C – śniadanie spożywam towarzysko, ze znajomymi, odpowiednio wcześniej wstając etc, może wystąpić w dwóch wariantach, pseudo-zachodnim lub lokalnym.

Wariant 1 to na przykład – hamburger lub tościk w wielu odmianach farszowych:  z jajkiem sadzonym i plastrem smażonego mięcha lub „serem żółtym”, lub „masłem”  ( nieodmiennie ze słodką nutą w pieczywie, ostro trącącym cukiernią), do tego parówka podsmażana w jakiejś dziwnej panierce i nabijana na wykałaczki lub tzw talarki z kurczaka (coś jakby  stripsy z KFC, o których nikt nie potrafi powiedzieć, jaka to część kurzego odwłoka posłużyła do ich produkcji), żeby było zdrowiej i wonniej, wszystko umajone drobno poszatkowaną kapustą i cebulą.

Wariant 2 to bardziej tradycyjne opracowanie tematu najważniejszego posiłku dnia. Wedle znawców chińskiego metabolizmu, o poranku należy zapchać sobie arterie choler-sterolem dostarczonym przez: smażone pierogi z kapustą, smażone kluski- bułki parowe z mięsnym farszem lub naleśnik z omletem i mortadelą plus „ser żółty” i – cebula lub szczypiorek w ilościach zdolnych to wyprodukowania takiej ilości gazów bojowych, że połowę Korei Północnej wybije sama, jednym solidnym beknięciem.


Wszystko konsumowane – uwaga – ze styropianu (alias „z laptopa”) lub z woreczka foliowego (wersja „na wynos”), zwłaszcza zupy i kanapki ciepłe. Osobiście mnie to nieco brzydzi, nie lubię atomów plastiku w spożywanym żarciu - ale Tajwańczykom nie przeszkadza. Argument o zaparzonym toście i rozmiękłej bułce zupełnie nie trafia. Aha, spożywane pałeczkami. Pochwalę się – uczyniłam znaczące postępy w tej dziedzinie. Na początku pobytu bowiem zupełnie nie wiedziałam jak te bambusiki chwycić, jak nimi operować, i jadłam jak ostatni ułom. Wstyd, hańba, poruta i siara… Ale już mi przeszło :D  nawet komplement mi się zdarzyło zaliczyć (nie wiem na ile kurtuazyjny, a na ile prawdziwy).

Do tego herbatka z mlekiem. W Polsce tzw bawarkę dałam sobie wcisnąć dwa razy. Pierwszy i ostatni. Natomiast tu smakuje mi wybornie. Może dlatego, że nie dają tu normalnego mleka, od którego robią się kożuchy? Tylko sypia taką sproszkowaną atrapę substytutu , w związku z czym należy kubkiem przed otwarciem solidnie potrzepać? BTW, kubki są tu foliowane od góry, bardzo wygodny wynalazek  nic nie chlapie, nie rozlewa się w torebeczce – zaiste, rewelka. Teraz mi tak do głowy przyszło, że mój zaiste cudowny rozrost klatki piersiowej, alias nowiuteńkie ”zderzaki” które dotąd funkcjonowały w modelu „naleśnik”(nawet po utyciu) to efekt właśnie tej mleczno herbacianej diety. Okres  burzy hormonalnej wieku dojrzewania mam już za sobą od pewnego czasu, a coś mi się kojarzy, że chyba wedle mądrości ludowej ten napitek właśnie odpowiada za porost biustu i przyrost pokarmu u mam karmiących…

Efektem regularnego spożycia właśnie takich porannych posiłków – jest mój skok gabarytowo-masowy, z 50 do 65 kilogramów.

Teraz popastwię się nad poszczególnymi składnikami menu:D

* ser żółty

Zasługuje na szczególną wzmiankę, z wielu względów. Wielbiciele cheddara, edamera i innych żółtych, dziurawych śmierdzieli będą na Tajwanie solidnie zawiedzeni. Ser żółty jest bowiem koszmarnie drogi, kilogram można nabyć za równowartość ooło 150 PLN. Nie jest to jednak jedyny minus. Kolejnym niemiłym zaskoczeniem jest – jakość tegoż produktu. Konkretnie, za kupę kasiory otrzymujemy jadowicie żółty twór, przypominający w badaniu organoleptycznym  jako żywo serek topiony, albo to plastrowane paskudztwo z Hochlanda, ewentualnie inną biedronkową podróbę…

*mleko

Występuje z zasady w dwóch rodzajach – w obrzydliwym proszku, i jeszcze paskudniejszym płynie. Jest słodkawe, podobne do śmietanki do kawy tylko z lekką nutą skondensowanego, dosmaczonego mleka z tubki (alias ukochanej, najlepszej i jednynej pasty do zębów). Szklanka mleka prosto od krowy to na Tajwanie rarytas, kosztuje chyba piątaka na specjalnej turystycznej farmie, gdzie mają krowy, koniki, kozy i króliki, które można zobaczyć z bliska, pogłaskać i pokarmić. Litr pseudo-mleka w płynie – 8.50PLN. Puszka mleka w proszku – od 60PLN w górę.

* ser biały

Rzadki, kremowy twarożko-jorgurto-serek homo, oczywiście – cukrowany w sposób przekraczający granice dobrego smaku. Produkt kolekcjonerski. Cena wprost proporcjonalna do powszechności występowania.

* masło

Żarówiaście żółte coś, w odcieniu wpadającym w pomarańcz, jednoznacznie identyfikującym margarynę. Cena – oszałamiająca, bo to ponoć masło. Chyba dla tych, co masła nie jedli… To tak, jakby wciskać góralowi mokry i przesolony falsyfikat wyprodukowany z mleka krowiego, twierdząc  że to najprawdziwszy oscypek (znam ze słyszenia przypadek górala, który za takie oszustwo mało sprzedawczyni zębów nie wybił…). Smak tajwańskiego masła? Margaryna „Smakowita” czy inna „Palma”, jednoznacznie woniejąca olejem. Być może zawiera śladowe domieszki mleka.

* chlebek

Czyli waciane, białe niewiadomoco, w smaku żywcem przypominające drożdżówkę marketowej jakości, a przy tostowaniu wydalające intensywną woń ciastka, karmelu i chemikaliów. Oczywiście, w smaku – obowiązkowo słodkie. W połączeniu z parówką udającą kiełbasę i mortadelą zastępującą salami, oraz keczupem, smażoną i zieloną cebulką oraz atrapą sera – robi niezapomniane wrażenie jako „pizza”. Włoch by chyba eksplodował na miejscu po zjedzeniu, bynajmniej nie z zachwytu… Całe szczęście,  istnieją na Tajwanie małe piekarenki, produkujące piekielnie drogi (15 PLN/bochenek) tzw chleb niemiecki, zbliżony do naszego normalnego codziennego pieczywa pod względem smaku i konsystencji. Nie powinno zatem dziwić, ze przybysze znad Wisły i innych normalnie karmiących krajów planując dłuższy pobyt – kupują machinę do pieczenia chlebka z instantu. Nie wiem na ile jest to zdrowsza alternatywa ( bo piecze się go z gotowej mieszanki, do której trzeba tylko  dolać wody i włączyć cykl), ale na pewno smaczniejsza…

* drożdżówka

Chcąc wrzucić na ząbek coś słodko-śniadaniowgo można się paskudnie naciąć… W pozornie niewinnym ciastku może czyhać bowiem farsz tak paskudny, że już nigdy nie popatrzysz w stronę półki z łakociami bez profilaktycznego zasłonięcia dzioba dłonią, aby przeczekać gigantycznego kozła, który właśnie wywija twój żołądek… Co udało mi się – jako naprawdę wielkiemu cukrusiowi i łasuchowi – zakąsić? Ano – masę jajeczną, która wygląda jak budyń, ale niestety nim nie jest… bardzo niestety. Oleistą czekoladę. Ciasto w ciemniejszym kolorze, udające czekoladę. Szczytem wszystkiego była buła z zielonym środkiem, o smaku jakoby zielonej herbaty (mi zalatywała jednak bardziej płynem do naczyń lub mydłem kwiatowym) z kulką  marmolady, która to marmolada zawierała w sobie jeszcze pestkę. Bo miała być niby wiśnią.

* wędlina

Najpierw była jadowicie malinowa mortadela, zwana nie wiedzieć czemu szynką. Potem były nieco mniej oczojebne, ale równie sztuczne koloryzowane parówki. Potem jakieś pulpety mięsne. I gdy już rozważałam serio przejscie na przymusowy wegetarianizm – znalazłam normalną polędwicę w plasterkach. Z przyprawami. Całkiem znośną, jasnoróżową,  spełniającą europejskie normy zasolenia, koloru  konsystencji i smaku. Taka – powiedzmy sopocka, z półki do 25zł/kg. Tyłka nie urywa, ale zjeść się da. Nie wiem tylko czemu serwują ją – uwaga – z glonem, na makaronie instant okraszonym jajem wbitym do wrzątku (zowie się to chyba” jajo w szklance”, a tu raczej – jajo w misce), w dodatku zalane zupą koloru pomarańczowego, o swojskiej nazwie „borshtch”.

OK… starczy marudzenia. Kolejny wpis żywnościowy będzie – albo o obiadach, albo o tym, co na Tajwanie warto zjeść :D Żeby nie było wątpliwości, na czym mi tak krągłości się wypełniły :D przy czym od razu mówię – znalazłam swoją niszę ekologiczno- żywnościową, i nie głoduję.