Dobre imię wiele znaczy – czyli jak mnie przechrzcić chciano na chińską modłę…

O poranku bladym świtem przydreptał do mnie Młodociany ze śniadankiem i kawunią i obserwując jak wciągam tosta przybrał ten wyraz twarzy, który niechybnie oznaczał iż myśli nad czymś intensywnie i chciałby powiedzieć coś, ale śmiałości mu brak.
Zatem chrupiąc spadającą z chlebka kapustę udającą sałatę, Czytaj dalej

Pieskie życie na Tajwanie II – bo pies też człowiek

Pokazywałam Wam już psy:

Wszystkimi ścieżkami internetów

Jak każdy szanujący bloger uprawiam nieomal onanizm graniczący z fanatyzmem – nad takim działem, którego wy, Czytelnicy, nie widzicie, ale ja widzę – i który zowie się STATYSTYKI.

Mam tam czarno na białym wyjaśnione na przykład – z jakich krajów oglądacie mój blog, jak długo na nim siedzicie, ilu was jest (nie licząc mnie), co czytacie, skąd przychodzicie (tzn z jakich stron www) oraz rzecz jasna magiczne „słowa kluczowe”. Czyli to, o co ktoś pytał wujka Gugla gdy trafił na me włości.

Dziś kilka tych najciekawszych z ostatniego miesiąca :D Czytaj dalej

W pogoni za super-białością

O tym, że Tajwanki, Chinki i w ogóle mieszkanki tej słonecznej świata strony mają niezły odchył na punkcie białości liczka i ciałka – pisałam. O tym, jakie metody stosują w tym zbożnym celu – też wspominałam. 

Jednakże metody „tradycyjne” typu maska, czapka, parasolka i inne całuny nie zawsze zdają egzamin, więc Tajwankom (i innym) w sukurs idą odkrycia chemików i kosmetologów – filtry, balsamy, mydła, pudry itp mające z żółtawych z założenia Azjatek zrobić laleczki z saskiej porcelany. Czytaj dalej

Jak Majia została Aborygenką

Czerwcowy upał sączył się wściekle i nieokiełznanie, oczy od rana same mi się zamykały, a głowa ciężko opadała na brzuch i ćmiła nieprzyjemnymi oznakami niskiego ciśnienia. Ratunek był jeden – wycieczka na kawę nad Jezioro Lotosowe.

W kafejce Johna Lee siedziało kilka osób – ale jak zwykle znalazło się dla mnie miejsce, honorowe – pod aborygeńskimi wężami totemicznymi i plemiennymi talizmanami z kłów górskich dzików, tuż koło wentylatora, niemiłosiernie i nieobyczajnie podwiewającego mi kiecę, więc zanim się usadziłam, to tłum odwiedzający pobliską świątynię miał okazję obejrzeć moje majciochy. Bogowie stali nieporuszeni, więc chyba nie zauważyli, bo żaden piorun mnie nie raził. Czytaj dalej

Pojazd bojowy wielozadaniowy – o tajwańskich skuterynkach mowa

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy zaraz po wyjściu z klimatyzowanego wnętrza lotniska Kaohsiung – to ruch uliczny. We wczesnowieczornym zmroku błyszczała rzeka świateł, sunąca ulicą…

Ale – dźwięk był jakiś inny niż w Polsce, taki bardziej bzycząco- pierdzący.

Ze zdumieniem mój mózg przetrawił informację o hordzie wszędobylskich jednosladów śmigających z każdej strony, zwinnie, płynnie i szybko, w każdym możliwym kierunku i każdej strony… Czytaj dalej

W tajwańskim markecie II – szybkim krokiem przez stoisko kosmetyczne

Obok mej nowej hacjendy zwanej wigwamem (z tarasem!) rozlokowały się sklepiki „wszystkomające” z gatunku „śledź, mydło, powidło, czernidło i ser” (bo jest to wersja poszerzona o takie rzeczy, których w życiu bym nie szukała w „Samie”) w liczbie trzech. Plus księgarnia, elektryczno-elektroniczny, sieciowa drogeria Watsons i inne azjatyckie wynalazki typu „prywatna biblioteka z wypożyczalnia komiksów”, gdzie tajwańskie czytelniczki spragnione komiksowej strawy lub urozmaicające sobie nudny wykład  w Wendzarni za pomocą lektury – mogą znaleźć na przykład hitową serię „50 shades of Grey” Czytaj dalej