Król Ljulian

Pewnego majowego popołudnia jechałam skuterem po malowniczej wyspie Xiao Liu Qiu, obdarzonej dobrymi drogami i wspanmiałym ruchem ulicznym – tak niesamowitym, że jedyną osobą noszącą kask (chroniący w założeniu głowę podczas częstych na Tajwanie stłuczek i kolizji) jest miejscowy policjant, który nosi go z racji obowiązku służbowego. Natężenie owego ruchu pozwoliło mi – wypożyczyć skuter (do czego powinnam była okazać tajwańskie lub międzynarodowe prawo jazdy na skuter do 50cc/100cc etc, którego to dokumentu rzecz jasna nie mam, ani po polsku ani w żadnej innej wersji), oraz tym skuterem się poruszać (emocje towarzyszące memu ruszaniu z zapierającą dech w piersiach prędkością 2km/h przebiło tylko pierwsze wzięcie zakrętu, który brałam nieco szybciej, nie zmieściłam się w powierzchni dwupasmowej drogi i wpakowałam w porastający pobocze bambus…).

I tak sobie tym skuterem jadę (już normalnie szybko, tzn akceptowalnie – na prostej dochodziłam do 50km/h, i sama się wystraszyłam patrząc na licznik), gdy nagle coś mnie zaciekawiło. Zza węgła baraczku z falistej blachy wyłowiłam pierwszy znak znamionujący pojawienie się Króla Liuliana!

Rozległ się bowiem dziwny zapaszek, moje towarzystwo jak na komendę zmarszczyło krótkie chińskie noski i zawinęło skutery dokładnie w przeciwnym kierunku z prędkością niemal nadświetlną.

-Co jest grane? -zapytałam. - 什麼事?

- Liulian – usłyszałam w odpowiedzi. – Ble! 臭的! Chou de (smierdzący) – doleciało mnie niesione wiatrem wyjaśnienie, poparte entuzjastycznym machaniem ręką przed nosem, zatykaniem go i krzywieniem się, to gdybym nie przyswoiła skomplikowanego znaczenia w języku chińskim.

Dłuższą chwilę zastanawiałam się, ki pieron. Dopiero po chwili mnie oświeciło, filtr dziwnej chińskiej wymowy zmieniającej każdy wyraz obcojęzyczny w cudaczny twór do niczego nie podobny został usunięty – i zrozumiałam. Za rogiem sprzedawano lub składowano „króla owoców” – duriana.

Brzmi podobnie? Liulian- durian. Falali – Ferrari. Alasydzia – Alaska. Dziadżou – Kalifornia (powinno być 加利福尼亞, dzialifunija, albo 加利福尼亞州 dzialifunija dżou, stan Kalifornia, ale z uwagi na długość i skomplikowanie wersji pierwotnej, raczej powszechnie posługuje się skrótem). No – przecież tak samo- samiuśko. Zastanawiam się właśnie, które wersje są bardziej odjechane – chińskie czy japońskie, chyba kiedyś zrobię zestawienie Chinglish vs Japlish vs… zobaczymy dokąd mnie poniesie…

Wiedząc już, że na towarzystwo koleżanek nie mam co liczyć, wybrałam się na spotkanie z nieznanym a sławnym i korcącym niemożliwie…

Za rogiem stał barak z blachy, pełniący funkcję sklepu owocowego (bez warzyw, te sprzedaje się w innym miejscu, u innego właściciela). W baraku stały grzędy – albo grzędo-półki, na grzędach wystawiony był dobytek podlegający wymianie pieniężno-towarowej, w kącie zalegały wielkie kasztany wielkości piłki futbolowej lub solidnego bochna chleba polskiego powszedniego, a nad wszystkim unosił się smród, w walce z którym cherlawy wiatrak przegrywał sromotnie.

Smród duriana opisywany jest różnie – jak psujące się mięso, spleśniały ser, smażona cebula… Mi woniał cebulaście, cebulą przetrawioną i podgnitą, ewentualnie zleżałą (tylko ta zleżała ma zapach raczej nieintenswyny, na pewno nie była to cebula świeżo krojona, którą uwielbiam w niewielkich ilościach) z lekką nutą zakażonej rany z ropnym zastojem. I trochę nieświeżą skarpetą, ale tak tylko w tle. Być może była to skarpeta właścicielki, obutej w solidne gumowce z durianem nie miała żadnego związku… Fetor nie wyganiał, bo do cebuli jestem przyzwyczajona, ale był naprawdę wszechotaczający. Taki ciepło-gorący zapaszek, powodujący szybką suchość w gardle.

Nauczona internetowym doświadczeniem innych wiedziałam, iż duriana nie należy oceniać po zapachu. Śmierdzi piekielnie, smakuje niebiańsko – wyjaśniali wtajemniczeni, którzy przeszli chrzest bojowy w Azji Poludniowo-Wschodniej i rozpływali się nad przymiotami orzechowo-waniliowo-kremowego miąższu.

Ponieważ durian na Tajwanie nie rośnie, jest importowany z Filipin i Tajlandii dla szerokiej rzeszy imigrantów oraz smakoszy – jest też solidnie drogi. Po obejrzeniu tabliczki z ceną byłam bliska rezygnacji z konsumpcji, ale po krótkiej konwersacji z właścicielką straganu dowiedziałam się, że nie muszę kupować całego kolczaka wagi ciężkiej – bo pani ma też porcjowany miąższ, który w dodatku nie śmierdzi. Skusiłam się, zamieniłam 150 tajwańskich dolców na kubeczek z czymś żółtym, co dziwnie przypominało mi ugotowanego baluta – z uwagi na żyłki przecinające całokształt podobny do hmm… odlewu z jelita?

Postanowiłam się nie uprzedzać i w samotności, az na świeżym powietrzu popróbować owego azjatyckiego cudo-dziwoląga.

Dziwoląg ma konsystencję galaretowato-mułowato-budyniową. Smakuje zaś… obrzydliwie, ale znajomo…. Chwilę myślałam, zanim odgrzebałam zamierzchłe mroki dzieciństwa i przyjemne doświadczenia- błysk!- syrop z cebuli!  Babcine remedium na bóle gardziołka, który zresztą pijałam entuzjastycznie, nawet bez okazji chorobowych, symulując boleści i napawając się lepką słodyczą wyciskaną z jasnozłotych krążków… Kiedyś, będąc chora na gardło i niezbyt mając kasę na zakup aptecznych specyfików łagodzących ową dolegliwość zrobiłam sobie sama taki syropek – niestety, nie mogłam się już zmusić do przełknięcia, tak obrzydliwie smakował. Podobnie było z durianem, smakował równie przepaskudnie – nie dość, że woniał cebulą przeupiornie ( i to taką cebulą, którą czujesz komuś z paszczy dłuższą chwilę po śniadaniu…), to przez nieśmiało przebijającą słodkawą nutkę miałam nieodparte wrażenie pochłaniania serka homo uraczonego zmiksowanym syropem z cebuli, wraz z tą cebulą, i po rozrzedzeniu, opakowane w cieniusieńką błonkę. Niesmak, jaki pozostał mi w buzi po jednym kęsie – czułam tylko dwa razy w zyciu – raz, gdy powoli  przezuwałam stinky tofu nie wiedząc czy mam wymiotować czy dzielnie przełykać to paskudztwo, i drugi raz – gdy zaniemogłam hurtowo na zapalenie zatok z przyległościami oraz anginę w jednym, a ropa wodospadami ściekała mi do gardła. Wybaczcie naturalizm, ale – to właśnie ten smak. Innymi słowy – fanką zielonego króla owoców nie zostałam. Za to chętnie – jeżeli ktoś ma szczególnie upierdliwą teściową – polecam jako superprzysmak dla kochanej mamusi :D

Śniadanie na Tajwanie…

Kiedyś stworzyłam sukcesywnie rozbudowywaną listę tematów „życzeniowcyh” do opracowania. Każdy mógł mi podrzucić temacik, który szczególnie go interesował, a ja zadeklarowałam się go w miarę wyczerpująco rozwinąć.  Ponadto sama zapowiadałam – że o tym-i tamtym napiszę później. Efekt? Lista liczy sobie ze  30 pozycji, a ja ciągle nie mogę ukończyć i opublikować niektórych wpisów. Szczególnego pecha ma temat  jedzenia i np - wycieczki do Hongkongu, którą odbyłam w grudniu… Co zacznę w temacie dłubać, to skasuję połowę wcześniej napisanego tekstu, bo denny, nudny, dygresyjny, nie na temat, niezrozumiały itp. Twardo postanowiwszy, że póki tych dwóch nie skończę, nowe zagadnienia nie będą w ogóle rozpatrywane - dziś, natchniona dyskusją o mięsie z robalami i innych żywnościowych wynalazkach postanowiłam wreszcie oświecić każdego w kwestii zapychania przewodu pokarmowego.

 

Zasiadłam i… wydarzyło się trzęsienie ziemi. Więc być może jednak rozważę kontynuowanie montowania notek, od których kontynuacji powstrzymuje mnie już nie indolencja a intuicja… :D

Wpis chciałam upstrzyć możliwie dużą ilością zdjęć, a tu zmoka. Śniadań nie fotografuję . Zatem wrzucam co mam, i nie będę robić nowych zdjęć, bo naprawdę nie ma czemu…

Przypomnę sobie, jak wyglądało śniadanie polskie Panny Madzi?

* Wersja A – kawa z mleczkiem lub bez mleczka, w zależności od tego, czy zmobilizowałam się do wyprawy do sklepu, czy też lenistwo/inne niecierpiące zwłoki sprawy wzięły górę. Do tego papierosek, dwa lub trzy. Plus trochę światła  bo tyle mam w lodówce, oprócz niewidzialnego pingwina, który zżarł wszytko inne…

* Wersja B – co zostało w lodówce… Czyli opcja sprzed ataku pingwina

* Wersja C – wypasione śniadanko, oparte głównie na mleku, owsiance, jogurcie, białym serku z warzywami i niewielkiej ilości chleba z padlinką, tfu, wędlinką

 

A jak wygląda to na Tajwanie?

* Wersja A – zaspałam, więc tylko kawa z substytutem mleka/ substytut kawy z substytutem mleka i sztucznym cukrem w płynie – zależy, gdzie kupuję

* Wersja B – nie zaspałam, więc do kawy j.w. dołączymy sandwicz z kotletem z kurczakowego cyca i rozmaitymi warzywami. Kawa pozwala nie zwrócić uwagi na nieco niecodzienne połączenie smaków, czyli słodki chlebek plus pikantna panierka kotleta. I przypominam sobie za każdym razem, gdy to coś spożywam, jak kiedyś z obrzydzeniem krzywiłam się na propozycję wsadzenia wczorajszego schabowego do kanapki…

* Wersja C – śniadanie spożywam towarzysko, ze znajomymi, odpowiednio wcześniej wstając etc, może wystąpić w dwóch wariantach, pseudo-zachodnim lub lokalnym.

Wariant 1 to na przykład – hamburger lub tościk w wielu odmianach farszowych:  z jajkiem sadzonym i plastrem smażonego mięcha lub „serem żółtym”, lub „masłem”  ( nieodmiennie ze słodką nutą w pieczywie, ostro trącącym cukiernią), do tego parówka podsmażana w jakiejś dziwnej panierce i nabijana na wykałaczki lub tzw talarki z kurczaka (coś jakby  stripsy z KFC, o których nikt nie potrafi powiedzieć, jaka to część kurzego odwłoka posłużyła do ich produkcji), żeby było zdrowiej i wonniej, wszystko umajone drobno poszatkowaną kapustą i cebulą.

Wariant 2 to bardziej tradycyjne opracowanie tematu najważniejszego posiłku dnia. Wedle znawców chińskiego metabolizmu, o poranku należy zapchać sobie arterie choler-sterolem dostarczonym przez: smażone pierogi z kapustą, smażone kluski- bułki parowe z mięsnym farszem lub naleśnik z omletem i mortadelą plus „ser żółty” i – cebula lub szczypiorek w ilościach zdolnych to wyprodukowania takiej ilości gazów bojowych, że połowę Korei Północnej wybije sama, jednym solidnym beknięciem.


Wszystko konsumowane – uwaga – ze styropianu (alias „z laptopa”) lub z woreczka foliowego (wersja „na wynos”), zwłaszcza zupy i kanapki ciepłe. Osobiście mnie to nieco brzydzi, nie lubię atomów plastiku w spożywanym żarciu - ale Tajwańczykom nie przeszkadza. Argument o zaparzonym toście i rozmiękłej bułce zupełnie nie trafia. Aha, spożywane pałeczkami. Pochwalę się – uczyniłam znaczące postępy w tej dziedzinie. Na początku pobytu bowiem zupełnie nie wiedziałam jak te bambusiki chwycić, jak nimi operować, i jadłam jak ostatni ułom. Wstyd, hańba, poruta i siara… Ale już mi przeszło :D  nawet komplement mi się zdarzyło zaliczyć (nie wiem na ile kurtuazyjny, a na ile prawdziwy).

Do tego herbatka z mlekiem. W Polsce tzw bawarkę dałam sobie wcisnąć dwa razy. Pierwszy i ostatni. Natomiast tu smakuje mi wybornie. Może dlatego, że nie dają tu normalnego mleka, od którego robią się kożuchy? Tylko sypia taką sproszkowaną atrapę substytutu , w związku z czym należy kubkiem przed otwarciem solidnie potrzepać? BTW, kubki są tu foliowane od góry, bardzo wygodny wynalazek  nic nie chlapie, nie rozlewa się w torebeczce – zaiste, rewelka. Teraz mi tak do głowy przyszło, że mój zaiste cudowny rozrost klatki piersiowej, alias nowiuteńkie ”zderzaki” które dotąd funkcjonowały w modelu „naleśnik”(nawet po utyciu) to efekt właśnie tej mleczno herbacianej diety. Okres  burzy hormonalnej wieku dojrzewania mam już za sobą od pewnego czasu, a coś mi się kojarzy, że chyba wedle mądrości ludowej ten napitek właśnie odpowiada za porost biustu i przyrost pokarmu u mam karmiących…

Efektem regularnego spożycia właśnie takich porannych posiłków – jest mój skok gabarytowo-masowy, z 50 do 65 kilogramów.

Teraz popastwię się nad poszczególnymi składnikami menu:D

* ser żółty

Zasługuje na szczególną wzmiankę, z wielu względów. Wielbiciele cheddara, edamera i innych żółtych, dziurawych śmierdzieli będą na Tajwanie solidnie zawiedzeni. Ser żółty jest bowiem koszmarnie drogi, kilogram można nabyć za równowartość ooło 150 PLN. Nie jest to jednak jedyny minus. Kolejnym niemiłym zaskoczeniem jest – jakość tegoż produktu. Konkretnie, za kupę kasiory otrzymujemy jadowicie żółty twór, przypominający w badaniu organoleptycznym  jako żywo serek topiony, albo to plastrowane paskudztwo z Hochlanda, ewentualnie inną biedronkową podróbę…

*mleko

Występuje z zasady w dwóch rodzajach – w obrzydliwym proszku, i jeszcze paskudniejszym płynie. Jest słodkawe, podobne do śmietanki do kawy tylko z lekką nutą skondensowanego, dosmaczonego mleka z tubki (alias ukochanej, najlepszej i jednynej pasty do zębów). Szklanka mleka prosto od krowy to na Tajwanie rarytas, kosztuje chyba piątaka na specjalnej turystycznej farmie, gdzie mają krowy, koniki, kozy i króliki, które można zobaczyć z bliska, pogłaskać i pokarmić. Litr pseudo-mleka w płynie – 8.50PLN. Puszka mleka w proszku – od 60PLN w górę.

* ser biały

Rzadki, kremowy twarożko-jorgurto-serek homo, oczywiście – cukrowany w sposób przekraczający granice dobrego smaku. Produkt kolekcjonerski. Cena wprost proporcjonalna do powszechności występowania.

* masło

Żarówiaście żółte coś, w odcieniu wpadającym w pomarańcz, jednoznacznie identyfikującym margarynę. Cena – oszałamiająca, bo to ponoć masło. Chyba dla tych, co masła nie jedli… To tak, jakby wciskać góralowi mokry i przesolony falsyfikat wyprodukowany z mleka krowiego, twierdząc  że to najprawdziwszy oscypek (znam ze słyszenia przypadek górala, który za takie oszustwo mało sprzedawczyni zębów nie wybił…). Smak tajwańskiego masła? Margaryna „Smakowita” czy inna „Palma”, jednoznacznie woniejąca olejem. Być może zawiera śladowe domieszki mleka.

* chlebek

Czyli waciane, białe niewiadomoco, w smaku żywcem przypominające drożdżówkę marketowej jakości, a przy tostowaniu wydalające intensywną woń ciastka, karmelu i chemikaliów. Oczywiście, w smaku – obowiązkowo słodkie. W połączeniu z parówką udającą kiełbasę i mortadelą zastępującą salami, oraz keczupem, smażoną i zieloną cebulką oraz atrapą sera – robi niezapomniane wrażenie jako „pizza”. Włoch by chyba eksplodował na miejscu po zjedzeniu, bynajmniej nie z zachwytu… Całe szczęście,  istnieją na Tajwanie małe piekarenki, produkujące piekielnie drogi (15 PLN/bochenek) tzw chleb niemiecki, zbliżony do naszego normalnego codziennego pieczywa pod względem smaku i konsystencji. Nie powinno zatem dziwić, ze przybysze znad Wisły i innych normalnie karmiących krajów planując dłuższy pobyt – kupują machinę do pieczenia chlebka z instantu. Nie wiem na ile jest to zdrowsza alternatywa ( bo piecze się go z gotowej mieszanki, do której trzeba tylko  dolać wody i włączyć cykl), ale na pewno smaczniejsza…

* drożdżówka

Chcąc wrzucić na ząbek coś słodko-śniadaniowgo można się paskudnie naciąć… W pozornie niewinnym ciastku może czyhać bowiem farsz tak paskudny, że już nigdy nie popatrzysz w stronę półki z łakociami bez profilaktycznego zasłonięcia dzioba dłonią, aby przeczekać gigantycznego kozła, który właśnie wywija twój żołądek… Co udało mi się – jako naprawdę wielkiemu cukrusiowi i łasuchowi – zakąsić? Ano – masę jajeczną, która wygląda jak budyń, ale niestety nim nie jest… bardzo niestety. Oleistą czekoladę. Ciasto w ciemniejszym kolorze, udające czekoladę. Szczytem wszystkiego była buła z zielonym środkiem, o smaku jakoby zielonej herbaty (mi zalatywała jednak bardziej płynem do naczyń lub mydłem kwiatowym) z kulką  marmolady, która to marmolada zawierała w sobie jeszcze pestkę. Bo miała być niby wiśnią.

* wędlina

Najpierw była jadowicie malinowa mortadela, zwana nie wiedzieć czemu szynką. Potem były nieco mniej oczojebne, ale równie sztuczne koloryzowane parówki. Potem jakieś pulpety mięsne. I gdy już rozważałam serio przejscie na przymusowy wegetarianizm – znalazłam normalną polędwicę w plasterkach. Z przyprawami. Całkiem znośną, jasnoróżową,  spełniającą europejskie normy zasolenia, koloru  konsystencji i smaku. Taka – powiedzmy sopocka, z półki do 25zł/kg. Tyłka nie urywa, ale zjeść się da. Nie wiem tylko czemu serwują ją – uwaga – z glonem, na makaronie instant okraszonym jajem wbitym do wrzątku (zowie się to chyba” jajo w szklance”, a tu raczej – jajo w misce), w dodatku zalane zupą koloru pomarańczowego, o swojskiej nazwie „borshtch”.

OK… starczy marudzenia. Kolejny wpis żywnościowy będzie – albo o obiadach, albo o tym, co na Tajwanie warto zjeść :D Żeby nie było wątpliwości, na czym mi tak krągłości się wypełniły :D przy czym od razu mówię – znalazłam swoją niszę ekologiczno- żywnościową, i nie głoduję.

Co zrobić, kiedy miska z pierogami niespodziewanie ucieka sprzed nosa?

Tajwan leży w pasie aktywnym sejsmicznie, więc raz na czas trafia się większe trzesienie ziemi. Mniejsze zdarzają się właściwie ciągle, więc miejscowi je ignorują. Właściwie jak dotąd raz zdarzyło mi się zarejestrować jedno odczuwalne, ale- jako osoba pochodząca ze stabilnego tektonicznie kraju – zupełnie nie wiedziałam, co się dzieje.

A było to tak. Siedzę wraz z Kasiko w makaroniarni, wcinam swój pseudorosołek z makaronem i zielonymi pierogami, i nagle czuję, że miska mi się przesuwa. Więc groźne łyp na Kasiorka, czemu kopie w stoliczek i zabiera mi tym samym makaron spod pałeczek???Przecież i tak niezbyt biegła jestem w sztuce dziamdziania patyczkami, i mi spada, a tu taki paskudny numer głodnemu wycinac?!? Skandal!!! Czytaj dalej