Dobre imię wiele znaczy – czyli jak mnie przechrzcić chciano na chińską modłę…

O poranku bladym świtem przydreptał do mnie Młodociany ze śniadankiem i kawunią i obserwując jak wciągam tosta przybrał ten wyraz twarzy, który niechybnie oznaczał iż myśli nad czymś intensywnie i chciałby powiedzieć coś, ale śmiałości mu brak.
Zatem chrupiąc spadającą z chlebka kapustę udającą sałatę, Czytaj dalej

Majia gong zhu – Księżniczka Madzia

Imię jest ważną częścią człowieka. O tym czy w jakikolwiek sposób determinuje osobowość czy sukces w życiu – jestem coraz bardziej przekonana. Chińczycy mają w tej materii zdecydowanie bardziej przegwizdane niż Polacy. Po pierwsze, nie istnieje u nich coś takiego jak polska „lista imion”, więc trzeba się zmóżdżać. P drugie, z uwagi na to, że dzieci mało, imię musi być wypasione na maksa, aby od epoki pieluch i smoczka determinowało wielkie efekty wysiłku i niebagatelnej kasiory wpakowanej w wychowanie potomka. O ile na kontynencie zdarzają się imiona w rodzaju „Zdobywca Kosmosu” czy inny „Pogromca Imperialistycznych Świń”, na Tajwanie trochę mniej zdziwiają, aczkolwiek moja nauczycielka japońskiego miała na imię Meili – Piękno/Piękna. Faktycznie, śliczna była i urocza.

Nie ma zatem problemu pięciu Kasiek w jednej klasie… No chyba, że to klasa angielska. Otóż – aby ułatwić obcokrajowcom nawiązywanie kontaktów i uniknąć krępujących „przejęzyczeń” (kto ma świadomość istnienia tonów, ten wie jakie to skomplikowane, o przejęzyczeniach będzie później, ale bardzo łatwo można przerobić (niezamierzenie) imię na inwektywę z rodzaju – wstętna małpa czy śmierdząca stopa), Chińczycy zaczęli używać też „English names”. I wówczas w jednej klasie może trafić się – ze 3 Mary- Kate, 4 Cherry, 2 Susan i 3 Marków. O ile Tajwańczycy używają imion równolegle ( i czasem mają ze 3 angielskie imiona, w zależności od humoru, nastroju i momentu życiowego rozdroża), to w Hongkongu w metrykach stoją znajomo brzmiący Adamowie i Evy, a tradycyjne chińskie imiona są w mniejszości.

Jeszcze jedno. Standardem jest, że Tajwańczycy mają 2 sylabowe imię + nazwisko (1 sylaba), na kontynencie z kolei w ramach oszczędności papieru i tuszu (oraz dla ułatwienia zadania słabopismiennym masom chłoporobotniczym) całość ma 2 sylaby. Nazwiska z kolei są ze sztampy. Istnieje 10-15 głównych rodzin, i np.: 8 panów LI i 10 pań HSU w jednej klasie to norma… Aha, kobiety tutaj nie zmieniają nazwiska po zamążpójściu, natomiast w Japonii jak najbardziej. Jedynym odstępstwem od reguły będzie zmiana na szpanerskie, zachodnie… Bo wszak Smith brzmi lepiej niż Lin, przynajmniej w skośnych uszach.

Każdy obcokrajowiec dostaje swoje chińskie imię, żeby tubylcom też było łatwiej. Albowiem wymówienie na przykład – Felicitas, Katarzyna, Magdalena czy Guillame może być problemem. Zwłaszcza ten ostatni, obdarzony przez rodziców chyba 5-członowym imieniem, z których to pierwsze za diabła nie dało się wymówić tak jak on by sobie życzył (poddałam się po 33 próbie).

Konkretnie kiedy na pytanie jak mam na imię padała odpowiedź Magdalena, Tajwańczycy robili wielkie oczy i dławili się po Maaaaa…… Na pełne, dwuczłonowe imię wraz z nazwiskiem pytali czy to z tytułem honorowym i skrótem biografii ( bo chińskie słowa raczej należą do tych krótszych). Oczywiście, zanim nauczy się taki biały/czarny tępak wymawiać swoje chińskie imię, też bywa zabawnie (patrz wredna małpa i kwiatowy pies), no ale…

Moje imię wymyśliła nauczycielka, patrząc na formularz zgłoszeniowy. Więc efekt finalny był nijak nie podobny do oryginału. Potem dowiedziałam się, że moje imię jest wiejskie, odpowiednie dla starszej pani i w ogóle to brzmi kontynentalnie. No cóż.

Stąd nowe, podobne do mojego (瑪嘉 wymawia się mniej więcej Madzia, 3 ton/1 ton, bez większego hardkoru), ale i tak zamotałam nieco sprawę, więc legitkę drukowano mi dwa razy. I nadal jest trudne do wymówienia i zapamiętania, a ponadto, jak to określiła koleżanka, brzmi aborygeńsko. Aborygeni to obecnie modna grupa etniczna na Tajwanie, więc może być.

Postanowiłam sobie zatem machnąć pieczątkę. A jak. W Polsce nie ma takiego parcia – pieczątki firmowe muszą być, ale exlibrisy albo całkowicie prywatne pieczątki uchodzą za lekką ekstrawagancję. Natomiast w krajach azjatyckich to konieczność. Pieczątkę musi posiadać każdy obywatel, który chce np założyć konto w banku. A że na parterze mojego domu mieści się punkt grawerunkowy do kluczy, breloczków i innych, to po 3-godzinnej konwersacji via Google translate zostałam właścicielką swojej własnej piecząteczki w preferencyjnej cenie :D

A podczas klepania towarzyskiej konwersacji wyszło, że Google moje chińskie imię tłumaczy jako PRINCESS :D

W ogóle pieczątki wywodzą się ze starej tradycji uwierzytelniania dokumentów odciskiem palca. U nas analfabeta sygnował trzema krzyżykami, tam klepał linie papilarne. I w ogóle zabawna rzecz- bez pieczątki dokument jest nieważny… Z kolei rangę w hierarchii urzędowej wyznacza ilość przyklepanych stępelków, stąd (ponoć, nie widziałam a słyszałam) szczególnie ważne dokumenty są opieczętowane od góry do dołu, a nawet dokleja się osobną kartkę na dodatkowe jeszcze więcej pieczątek.

Tymczasem moja pieczątka pieczołowicie schowana czeka na kolejną klasówkę ze znaczków, kiedy to zamiast biedzić się jak ja do jasnej ciasnej się nazywam, po prostu przywalę stempelek i będę myśleć jak by tu napisać to co chcę napisać…