Zabójcza moc herbaty…

Herbata zielona, czerwona i biała słyną ze swoich zdrowotnych właściwości. Chińczycy dobrze wiedzą, że odpowiednio zaparzona i podana herbata określonego rodzaju – pobudzi (ulung), uspokoi i pomoże na trawienie (pu erh, która w Polsce jest znana jako obrzydliwy w smaku „zabójca tłuszczu i pogromca nadwagi”), zielona oczyści organizm, biała pomoże chronić się przed rakiem. Ale – na Tajwanie zdarza się, że herbata występuje w roli zabójcy. I prawdę powiedziawszy, byłam świadkiem takiego usiłowania zabójstwa ze strony popularnego i pozornie niewinnego napoju…

A było to tak…

Tajwan Pierwszy, dzień pierwszy po przylocie. Moja i Katarzyny opiekunko- asystentka zabrała nas na na spacer rozpoznawczo ukulturalniający po mieście. A że wrześniowy skwar (w Polsce dnia poprzedniego było z 15C, tu powitało nas 35C) lał się z nieba i zraszał nasze skronie już nie kroplami, a strumieniami potu – Monica zaproponowała coś do picia prosto z ulicznego straganu… Kupiła nam lokalny specjał – herbatkę z bąbelkami (przynajmniej ja tak zrozumiałam „bubble tea”).  Widząc charakterystyczny kolor bawarkowy poprosiłam o coś innego (bawarka była postrachem mego dzieciństwa, aromat, kolor i kożuch na wierzchu skutecznie zniechęciły mnie do spożycia tegoż paskudztwa), natomiast Katarzynie, nie mającej wiekszego wstrętu do herbatki z mleczkiem, dostał się klasyk… Pociągnęła raz jeden łyk – i mało nie padła, dławiąc się i krztusząc – tak oto tajwańska herbata bąbelkowa zaatakowała niczego nie spodziewającą się ofiarę…

Bubble milk tea, zwana też pearl milk tea - 珍珠奶茶,( zhēnzhū nǎichá) – to wynalazek tajwański o niesprecyzowanym autorstwie… W połowie lat 80 do klasycznej bawarki ktoś dodał kluseczki z tapioki (czyli takiego kisielu, uzyskiwanego z manioku) – i tak oto narodził się superhit!

Jak rozpoznać klasyczną bubble tea?

Od góry lecąc:

- plastikowy kubasek zaspawany folią – świetna sprawa, bo nic nie chlapie i można napój po otwarciu wsadzić do torebki (byleby torebką nie majtać za mocno) – nic się nie rozlewa, nic też nie wpadnie popełnić samobójstwo w mojej herbacie/kawie/soku etc. Kto przeżył stres na widok omal nie połkniętej osy taplającej się w słodkim pićku, lub przełknął muszego topielca – doceni szczególnie. Zafoliowany kubek można bezpiecznie transportować w samochodzie bez ryzyka zachlapania tapicerki, można postawić na stoliku i nie drżeć, że jakaś łajza zahaczy łokciem i nasz cenny napitek wyląduje na podłodze lub blacie.

- rurka  o solidnym przekroju – tak około centymetrowym. Aż prosi by  uraczyć się łykiem odpowiednim do średnicy… A czemu jest to taka rura, a nie rureczka? Z uwagi na tajemniczą zawartość, na którą składa się:

- bawarka, przy czym czarną herbatę zabiela się nie mlekiem, a mlekiem lub śmietanką w proszku, często-gęsto niemającą zresztą nic wspólnego z krową (non-dairy creamer, znany w Polsce jako „zabielacz do kawy” a przez wtajemniczonych używany jako tani składnik widowiskowych efektów specjalnych). Użycie „mleka w proszku” wymusza stosowanie shakera w celu rozbełtania bez grudek, w rezultacie dając napowietrzoną piankę herbacianą

- tytułowe „perełki” czyli kulki lub kluseczki tapioki w kolorze ciemnobrązowym lub białym. Początkowo używano białych, potem ktoś doszedł do wniosku, że ciemne będą lepiej prezentować się na tle beżu reszty napoju i odtąd zaczęto barwić tapiokę wyciągiem z brązowego cukru (czasem trafiam też na herbatę zwaną „panda”, z dwukolorowym nadzieniem). Kulki zazwyczaj są spore (promień pasuje do średnicy rury), ale furorę robi obecnie „herbata kijankowa”, w której zastosowano maleńkie kuleczko-kropeczki, według reklamy przypominające żabi skrzek…

- do tego trochę płynnego cukru i kruszonego lodu – wedle życzenia – voila! Famous Bubble Tea From Taiwan!

Taką herbatką z rana raczyć się miała zwyczaj moja koleżanka z klasy, zwana pieszczotliwie Korasicą ( z uwagi na wredno-słodziaszny charakter oraz pochodzenie z Kraju Kwitnącej Robótki Ręcznej czyli Korei… Tak, to ta, która usilnie obrabiała zad mój i Katarzyny, uprawiając PR tak czarny, że obce osoby bały się ze mną rozmawiać, nie mówiąc już o przerażeniu, jakie budziła moja osoba pojawiająca się w damskiej toalecie…). Do czasu, gdy na którejś z początkowych lekcji nie mieliśmy za zadanie wydukać naszych własnych preferencji żywieniowych (w ramach okrojonego słownictwa, nie uwzględniającego fanaberii typu – chlebek z serem żółtym i szynką podgrzewany w  mikrofali, ewentualnie – twarożek z rzodkiewką…) i Katarzyna wypaliła – Nie lubię bubble tea.

- Jak można nie lubić bubble tea? – Korasica nie kryła zdegustowania pomieszanego z zaskoczeniem. No cóż, czego się można spodziewać po dziwnych dziwadłach z Europy Środkowo-Wschodniej, które nigdy nie imprezują na mieście…

Katarzyna krótko streściła próbę zamachu na swoje zycie, gdy to pociągneła przez rureczkę, a wredna kuleczka wzięła ją z partyzanta i z zaskoczenia obezwładniła, nieomal wysyłając na chmurkę, gdzie z lirą w dłoni i aureolą na loczkach trzepotałaby skrzydełkami na widok mych przygód i czuwała nad mym bezpieczeństwem lepiej niż Anioł Stróż i PZU z ZUSem i policja razem wzięci (taką mam przynajmniej nadzieję…). A poważnie – akurat na kubkach z bubble tea powinno znaleźć się ostrzeżenie – ciągnąć z zachowaniem ostrożności… Rura bowiem zbiera w pierwszej kolejności kulki, a gdy ktoś nie spodziewa się czegoś mniej płynnego niż herbatka może być solidnie zaskoczony tworem o konsystencji gluta spadającego w niespodziewające się niczego zdrożnego gardziołko… I można się solidnie zakrztusić. Tak solidnie, że aż śmiertelnie, co potwierdziła Nauczycielka Ye, przytaczając kilka przypadków konsumpcji niewinnej bubble tea, zakończonych zgonem. Przynajmniej raz w roku zdarza się taki przypadek, że dziecko niedopilnowane przez mamę udławiło się kulką z herbaty.

- Oh, to straszne… – orzekła zaaferowana Korasica. -W każdym razie, ja bardzo lubię bubble tea – bezczelnie pucowała się nauczycielce, już bez śladów smutku i przejęcia na płaskonosej, skośnookiej facjacie. – Jest pyszna, ale dziękuję za ostrzeżenie, będę uważać…

- Oh powinnaś bardzo uważać, ale nie tylko na zadławienie się bąbelkami…. Kulki z tapioki są bardzo kaloryczne i powodują szybkie tycie, baaaardzo szybkie – uśmiechnęła się chudziutka jak patyczek Ye Laoshi…

I tak oto Korasica przestała pić napój z kulkami, przerzuciła się na herbatę – a ku mojej zazdrości,jej  rozrastający się zad, opinany miniówkami zaczął się kurczyć ( w przeciwieństwie do mojego, choć do stoiska z zhen zhu naicha trzymałam się z daleka…)

Pomimo swych tucząc- zabójczych właściwości, tajwańska herbata z miękkimi, słodkawymi kuleczkami rozpowszechniła się na świecie. Najpierw konsumowali ją tajwańscy emigranci w USA i Kanadzie, a potem, po licznych mutacjach – rozlała się bąbelkowym strumieniem po całym świecie, docierając i nad Wisłę. Aczkolwiek – wersja eksportowo różni się od oryginału znacznie.

Po pierwsze – napój niekoniecznie jest herbatą, niekoniecznie wzbogaconą mlekiem. Występują tu soki, oraz smoothies, jogurty i inne wynalazki. Menu zaczerpnęłam z kilku stron polskich stoisk oferujących herbatkę z kulkami. Reklamy robić nie będę, produktów żadnej z firm nie próbowałam, znaki towarowe -ukryłam.

Po drugie – kulki, wcale nie są już brązowo-tapiokowe. Występują w kolorach tęczy, z nadzieniem, w różnych wariacjach smakowych… Ponoć te nadziewane, tak smakujące białasom – mogą być rakotwórcze, z uwagi na niekoniecznie naturalne składniki koloryzujące i nadające smak oraz aromat, a także niuanse związane z procesem produkcji i przechowywania.

Po trzecie – zamiast cukrem w płynie (norma na Tajwanie, bo kryształki za bardzo się zbrylają wskutek wysokiej wilgotności powietrza) lub miodem – zagraniczne wersje są dosmaczane rozmaitymi sokami i syropami.

Po czwarte – opakowanie. Z internetu wyglądają zupełnie nie-tajwańskie kopulaste zwieńczenia kubeczków, zbliżone kształtem do tych z „restauracji” na M. Tajwańczycy zaś masowo foliują wierzchy kubków, za pomocą takiej specjalnej maszyny obecnej na każdym straganie.

Po piąte – cena. Na Tajwanie jest to produkt relatywnie tani, kosztuje ok 3-4-5 zł za kubek 0.5 litra (poza Tajpej, bo to stolica, więc drożyzna straszy na każdym kroku). W Polsce z tego co widziałam, jest to mocno promowany hipsterski napitek, więc płaci się jak za równie hipsterską  kawę ze Starbucks. Nie mam pojęcia jak wyglądają koszty trendy smakołyku w wypadku reszty świata, ale odnoszę wrażenie – że tanie nie będzie…

Innymi słowy – zaszło dokładnie coś takiego, jak w wypadku tajwańskiej pizzy czy spaghetti… Niby wygląda podobnie, niby pomysł w zarysie zbliżony – ale efekt jest mocno zaskakujący dla osoby znającej oryginał. Mój kolega Weasley spróbował owego szeroko reklamowanego przysmaku w Berlinie – i orzekł krótko, z pewnym zawstydzeniem (Tajwańczykowi nie wypada otwarcie wypowiadać się negatywnie na jakikolwiek temat) – ona była … obrzydliwa! Ten sok w kulkach… Ble!. Aczkolwiek wnioskuję – iż oryginał mógłby się nie sprzedać aż tak znakomicie…

Czy ktoś w ogóle próbował w Polsce lub poza granicami „europejsko-amerykańskiej” wersji? Z tego co widzę, w Polsce rozpoczął się szał na herbatki/napitki z kulkami – ciekawa jestem opinii konsumentów, którzy poświęcili tych kilka-kilkanaście złociszy na modną nowinkę…

Co zrobić, kiedy miska z pierogami niespodziewanie ucieka sprzed nosa?

Tajwan leży w pasie aktywnym sejsmicznie, więc raz na czas trafia się większe trzesienie ziemi. Mniejsze zdarzają się właściwie ciągle, więc miejscowi je ignorują. Właściwie jak dotąd raz zdarzyło mi się zarejestrować jedno odczuwalne, ale- jako osoba pochodząca ze stabilnego tektonicznie kraju – zupełnie nie wiedziałam, co się dzieje.

A było to tak. Siedzę wraz z Kasiko w makaroniarni, wcinam swój pseudorosołek z makaronem i zielonymi pierogami, i nagle czuję, że miska mi się przesuwa. Więc groźne łyp na Kasiorka, czemu kopie w stoliczek i zabiera mi tym samym makaron spod pałeczek???Przecież i tak niezbyt biegła jestem w sztuce dziamdziania patyczkami, i mi spada, a tu taki paskudny numer głodnemu wycinac?!? Skandal!!! Czytaj dalej