O, w pestkę! – czyli tajwańskie dylematy stomatologiczne

Lubię guawy. Zielone i różowe, trochę podobne z wierzchu do zmutowanej gruszki, w smaku nie podobne do niczego, niezbyt słodkie i niezbyt soczyste (aczkolwiek do legendarnego „suchego grejpfruta” yaozi im daleko). Mogę ich opchnąć dowolną ilość, ograniczoną tylko pojemnością żołądka (a ten mam raczej mało ekonomiczny i zupełnie nie pasujący do wypłoszowatej proweniencji).

Guawa ma pestki. Jadalne. I stanowiące jak dla mnie najsmaczniejszą część owocu. To znaczy, pestki jak pestki, zwykłe drewniane – ale gniazdo nasienne gdzie te pestki tkwią to soczyste, słodkie, mięciutkie, delikatne wnętrze, idealnie komponujące się twardą resztą. I to właśnie pestkowe jądro rozpływające się w ustach i tak dalej powoduje, że guawy wcinam jak małpa kit. Ciamkając rozkosznie z ukontentowania. Czytaj dalej

SARS i inne przypadki

Kiedy radośnie byczyłam się na rajskiej plaży, pomna uwag mojej nauczycielki o zbawiennym wpływie oglądania telewizji na poprawę rozumienia ze słuchu i szybkości czytania (Chińczycy, Tajwańczycy i Japończycy posiedli wspaniałą i budzącą podziw umiejętność błyskawicznego czytania – i wystarcza im mignięcie 10-15 sek napisu na szerokość ekranu, czyli powiedzmy takiego zdania zbudowanego z 20 słów, a by ze zrozumieniem przyswoić sobie jego zawartość), postanowiłam solennie poświęcić tak z godzinę z rana i wieczora na oddanie się podstawowej aktywności czasu wolnego człowieka nieprymitywnego. Komputera nie zabrałam, mój telefon jest mega- łopatologiczny i do smartfona mu daleko, więc padło na płaski telewizor zwisający ze ściany (Tajwan to zagłębie technologii LED i plazmowej, więc ekrany o przekątnej przeszło metr wiszące sobie na wolnym powietrzu, na przykład przed wejściem do akademika nikogo nie dziwią).

No i co mogłam obejrzeć? Ano, telewizję śniadaniową, durną jak to standardowy program poranny, z dziwnymi konkursami i piszczącą prowadzącą, słodką jak syrop ze stewii (ponoć 400 razy słodszy niż cukier).

Chucka Norrisa, Jackie Chana i inne serialo-tasiemco-twory, produkcji mieszanej (tzn albo amerykańskie, albo chińskie/tajwańskie/made in Hongkong).

Wiadomości! Nie wiem co mówili i o czym rozmawiali, bo dyskusja dotyczyła hermetycznych zagadnień tutejszej polityki fiskalnej, ale uwagę moją przykuł biegnący dołem pasek. Biegł powoli i się powtarzał, więc mogłam zrozumieć. Otóż – 24.04.2003 wykryto i potwierdzono pierwsze tajwańskie zarażenie się SARS. Pierwszą ofiarą był tajwański przedsiębiorca robiący interesy w Macierzy/Chinach Kontynentalnych, który został zatrzymany podczas rutynowego w przypadkach pogotowia epidemiologicznego pomiaru temperatury ciała osób przybywających na terytorium lotniska.

Będąc pierwszy raz w Hongkongu widziałam ową służbę epidemiologiczną w akcji, ze stoiskami ustawionymi w zwężeniach ciągów pieszych (np przy ruchomych schodach), operującą dziwnymi pistoletopodobnymi przyrządami kierowanymi w stronę tłumu. Sądziłam wtedy, że to normalne w regionie, gdzie każdy pomyka w maseczce na buzi. Dopiero z kolejnymi wizytami na lotnisku Perły Orientu przyszło oświecenie…, gdy nie zauważyłam zamaskowanych, urękawicznionych umundurowanych tachaczy termometra… :D

Podczas epidemii SARS klapła tajwańska ekonomia (widać to było po wskaźnikach produkcji, importu, eksportu, produkcji, oraz obrotu towarowo pienieżnego), ludzie bali się wychodzić z domu i korzystać z np metra, przychodni, restauracji. Szpitale w których zamknięci byli chorzy i poddawani kwarantannie zamknięto i otoczono kordonem policji, panował kategoryczny zakaz zbliżania się. Efekt? Hospitalizowano 346 chorych, 37 osób zmarło, kolejnych 36 pacjentów zmarło w wyniku „komplikacji innych niż zarażenie wirusem SARS”.

Tu światowy przebieg epidemii. Tak naprawdę przychylam się do stwierdzenia, że epidemię to my mamy, ale - postępującego skretynienia, HIV, alkoholizmu i narkomanii oraz chorób pasożytniczych, a nie ptasiej grypy, na którą zeszło 5-7 000 osób na świecie. Takie owsiki ma 80-90% populacji, próchnicę niemal 100%, a komplikacje tych dwóch niegroźnych schorzeń mogą być bardzo poważne – nieleczona próchnica prowadzi do uszkodzeń wsierdzia, zapalenia kłębuszków nerkowych, chorób układu oddechowego

Teraz wtręt polityczny. Pod naciskiem Chin, Tajwan wykluczono z obrad WHO odnośnie epidemii, więc lekarze i eksperci mogli ewentualnie czytać nowości i opracowania na stronie Światowej Organizacji Zdrowia. Dlaczego? Ano, bo Tajwan formalnie nie jest członkiem ONZ, nie jest w związku z tym członkiem WHO, MKOL, Unesco, WTO i wielu innych organizacji działających pod auspicjami ONZ. Ewentualnie w ramach ochłapka ma status „obserwatora”, taki sam jak np.: Palestyna.

Jakby nie było, Tajwańczycy dali radę ogarnąć swoich chorych, udało się im znacznie lepiej niż w sąsiednim Hongkongu, gdzie śmiertelność sięgnęła 20%, czy w Chinach,  gdzie (według oficjalnych statystyk) zaniemogło przeszło 5000 osób, zmarło ponad 300. Aczkolwiek, podczas lekcji nauczycielki raczyły nas materiałami wspominkowymi z tego okresu – i nie było słodko wówczas. Łatwiej było mi zrozumieć maseczkowo- chusteczkowo- psikające alkoholem po rękach nawyki Tajwańczyków, które początkowo nieco mnie bawiły. Bo wyobraźcie sobie dżentelmena charkającego flegmą po trotuarze, za pazurami żałoba po kocie, zębiska rudo-czerwone od tytoniu i betelu, ogólna ocena wizualna i zapachowa wskazująca na odbycie ograniczonej w zasięgu kąpieli i prania z prasowaniem odzieży w dosyć sporym od chwili obecnej odstępie czasu – i ten jegomość z namaszczeniem psika sobie łapencje odkażalnikiem i mierzy złowrogim spojrzeniem mnie, kaszlem maskującą zakłopotany śmieszek…

Dokładnie 10 lat od zarejestrowania pierwszego tajwańskiego przypadku zespołu ostrej ciężkiej niewydolności oddechowej w wiadomościach w czwartek 24.04.2013 potwierdzono pierwsze tajwańskie zarażenie. Znów jest to osoba pracująca w Chinach w rejonie występowania epidemii. O ile poprzedniego delikwenta wyłapano na lotnisku, teraźniejszy przypadek sam zgłosił się do lekarza, ponieważ czuł się źle. Natychmiast zamknięto członków jego rodziny i szpital, do którego się udał. Objęci kwarantanną wcale się nie cieszą – w wiadomościach pokazywano  osiedle -blok ogrodzony przez policję i mieszkańców machających z okien do kamer wielkimi płachtami transparentów – Wypuśćcie nas! My wcale nie chcemy tu być! Jako rasowa egoistka z zachodu wysyłałam im mentalne wyrazy współczucia, ale osobiście wolałabym, aby swoje zarazki trzymali we własnym gronie, nie posyłali ich w świat.

Zwłaszcza, że moja sytuacja w wypadku ewentualnego trafienia do lekarza z objawami grypowymi i co gorsza zostaniu zakwalifikowaną do kwarantanny nie wygląda różowo. Nie posiadam bowiem karty ubezpieczenia zdrowotnego tajwańskiego, w związku z czym pokrywam pełną odpłatność za wizytę lekarską i koszty hospitalizacji. Dopiero potem na podstawie faktur mogę ubiegać się o zwrot pieniędzy od polskiego ubezpieczyciela. Koszty leczenia na Tajwanie są podobne do polskich, a nawet nieco niższe, ale mimo wszystko mogą uderzyć po kieszeni.

Przykład?

- wizyta u laryngologa , wraz z lekami na 3 dni – ok 60 zł.

- wizyta u „lekarza rodzinnego” z lekami – 40-60 zł

- masowanie – od 20 zł za krótki masażyk, 30 zł za mój kręgosłup lędźwiowy, 50 zł za pełen kręgosłup, 100 zł za dwie godziny relaksującego masażu całego ciała, 60 zł za leczniczo terapeutyczny, cholernie bolesny masaż stóp

- wizyta u lekarza tradycyjnej chińskiej medycyny z paskudnymi proszkami na tydzień – 50-70 zł

- plombowanie zęba – 100-150 zł

- aparat ortodontyczny stały na jeden łuk 6000 PLN plus wizyty kontrolne ok 100 każda i nie pytajcie czemu tak drogo, bo nie wiem.

Nie mam pojęcia, jakie są koszty hospitalizacji, ale zapewne w 100-200 zł dziennie się nie zamkną, zwłaszcza w wypadku co bardziej skomplikowanych badań. Nikt mi nie jest w stanie powiedzieć, bo Tajwańczycy (poza ortodoncją) placą od 10 do 50% tego co ja, i mają blade pojęcie ile co kosztuje bez zniżek. Ale z tego co mi powiedziała moja nauczycielka – jeżeli z grypą ptasią zgłoszę się do szpitala i trzeba mnie będzie izolować, to zapłacę ja. Ale, jak mnie zwiozą nieprzytomną z ulicy i zdiagnozują, że to złowroga H7N9, wówczas pobyt na kwarantannie sponsoruje mi rząd tajwański.

No cóż, poczekamy na rozwój wypadków. Na razie jest ten jeden pan w ciężkim stanie oraz 20 osób objętych kwarantanną. W każdym razie – czuję się bezpiecznie, nie będę uskuteczniać podróży w kierunkach epidemiogennych (wirus nie lubi ciepła, w Kaohsiung panuje miły tropikalny upałek), i ponoć po około 40 dniach ognisko zarazy wygasa samoczynnie. A, i w sprzedaży pojawiły się nowe modele masek, szczelniejsze i wirusoodporne.

A moim ulubionym serialem po chińsku szybko stały się – CSI wszytskie trzy serie, puszczane z napisami. Co ciekawe, rozumiem w niemal 100% dialogi :P