Msza na ludową nutę – czyli katolicy- Aborygeni na Tajwanie

Na Tajwanie chrześcijanie wszelkiej maści stanowią znikomą mniejszość. Większość jest buddyjsko-daoistyczno- budda raczy wiedzieć jaka, bo zmiksowana na dziesiątą stronę.

Wśród tych „chrześcijan” najwięcej jest rozmaitych protestantów, adwentystów dnia siódmego i innych -dla mnie woniejących sekciarską siarką, smołą z pierzem i dymem piekielnym. Kilkoro moich znajomych zasila w pierwszym lub drugim pokoleniu gorliwe szeregi neofitów i nasłuchałam się ciekawych historii „religijno-oświeconych”. Czytaj dalej

Jak Majia została Aborygenką

Czerwcowy upał sączył się wściekle i nieokiełznanie, oczy od rana same mi się zamykały, a głowa ciężko opadała na brzuch i ćmiła nieprzyjemnymi oznakami niskiego ciśnienia. Ratunek był jeden – wycieczka na kawę nad Jezioro Lotosowe.

W kafejce Johna Lee siedziało kilka osób – ale jak zwykle znalazło się dla mnie miejsce, honorowe – pod aborygeńskimi wężami totemicznymi i plemiennymi talizmanami z kłów górskich dzików, tuż koło wentylatora, niemiłosiernie i nieobyczajnie podwiewającego mi kiecę, więc zanim się usadziłam, to tłum odwiedzający pobliską świątynię miał okazję obejrzeć moje majciochy. Bogowie stali nieporuszeni, więc chyba nie zauważyli, bo żaden piorun mnie nie raził. Czytaj dalej

O kosmitach z wioski Majia

John Lee z najlepszej kawiarni w Kaohsiung pochodzi z plemienia Paiwan, zamieszkującego południowo-wschodnie rubieże Tajwanu – głównie okręg (województwo?) Pingdong. Czasem, gdy ma dobry humor, mało (lub dużo) klientów i nie męczy go pasja twórcza – opowiada gościom kawiarenki Paiwan Arabica historie i legendy swojego ludu.

Ostatnio – przy okazji rozmów o spadających gwiazdach, których w Kaohsiung nigdy nie widać, przedstawił mi tajemniczą historię przekazywaną z pokolenia na pokolenie przez starszyznę Paiwanów. Czytaj dalej

Szklane paciorki z aborygeńskiej wioski

Ponieważ weekend zimowo-tajwański nastrajał miło do pieszych wędrówek, postanowiłam wykorzystać rześkie powietrze i słonko – i wyskoczyć poza zadymione Kao. Padło na górską wioskę Sandimen, zamieszkiwaną przez plemię Paiwan.

Słysząc „aborygeńska wioska” miałam wizję chatek krytych strzechą i półnagich Papuasów. Tiaaa.  Czytaj dalej

Po Tęczowym Moście – Seediq Bale: Warriors of the Rainbow

Zanim Tajwan zaczęli kolonizować Chińczycy, Holendrzy i Portugalczycy, Piękna Wyspa była ostoją ludu pochodzenia Austronezyjskiego – zwanych współcześnie Aborygenami Tajwańskimi. Ciemnośniadzi, wielkoocy wytatuowani łowcy, rolnicy  i rybacy odkryli bezpieczny sposób żeglugi – w dłubankach z bocznymi pływakami i katamaranach – i wyruszyli dalej, na Filipiny, przez Indonezję w stronę Papui a nawet Australii. Tak mówi jedna teoria – inna zaś, że migracja odbyła się w drugą stronę (i tę podają przewodnicy w rezerwatach oraz muzeach). Jak by nie było – obecnie na wyspie mieszka obecnie 14 plemion  原住民yuánzhùmín, czyli Aborygenów. Plemiona liczą sobie od kilkuset do stu kilkudziesięciu tysięcy członków, posługują się swoimi językami zupełnie niepodobnymi do chińskiego, mają swoje święta, pokazy, uroczystości…

Dawniej każdy mężczyzna i kobieta miał oprócz mniej lub bardziej bogato zdobionych strojów – tatuaż. Męskie (całkiem przystojne zresztą) twarze zdobił pionowy wzór od czoła do brody, kobiety zaś tatuowały sobie geometryczny deseń na policzkach, wzdłuż szczęki. Taka ozdoba przeznaczona była dla wojowników, którzy zabili przynajmniej jednego wroga, lub kobiet biegłych w sztuce tkackiej. Obecnie tatuaż nakleja się turystom, nawet o tak lewych rękach jak ja…

Żyjący w mniej dostępnych rejonach kraju (w dużej części w górach, na wysepkach po zachodniej stronie głównej wyspy) Aborygeni odnosili się bardziej niż sceptycznie do kolonizatorów. Wzniecali mniej lub bardziej spektakularne powstania – anty holenderskie, antychińskie i antyjapońskie, co doprowadziło do zdziesiątkowania populacji, oraz starcia niektórych plemion z powierzchni ziemi. Przytaczałam już smutną historię Jaskini Czarnych Duchów, o plemieniu zamieszkującym kiedyś koralową wyspę Xiao Liu Qiu. Jednak – poza dobrotliwym wujaszkiem Czang Kaj Szekiem, który Aborygenów przerabiał na Chińczyków uparcie, wytrwale i nie szczędząc energii – największe zasługi w „rozwiązywaniu kwestii rasowej” mieli Japończycy, którzy poza tym, że produkują wesołe kreskówki dla ludzi w każdym wieku, są też wrednymi nacjonalistami z zaszczepianym od kołyski metodycznym okrucieństwem.

Gdy w XIX wieku  na mocy traktatu z Shimonoseki, kończącego długą i krwawą wojnę Chin z Japonią – Tajwan dostał się w łupie zwycięskiemu Imperium Wscodzącego Słońca, cesarska administracja zaczęła peryferyjną wyspę cywlizowaćna swoją modłę. Wychodzącą z głębokiego średniowiecza i szogunatu Japonia epoki Meiji wprowadziła wiele zmian na zapyziałej prowincji. Pobudowano nowe budynki, szkoły, hotele, zakłady przetwórcze i fabryki, koleje, drogi, miasta. Oraz oczywiście butem i knutem uczyła lokalną ludność japońskiej punktualności, języka i kultury…

No właśnie – drogi. Drogi planowano poprowadzić przez lasy i góry, przez terytoria plemienia Seediq między innymi.

 Z właściwym dla kolonizatorów taktem i delikatnością Japończycy rozpoczeli usuwanie „przeszkód” w postaci rdzennych mieszkańców. Część przesiedlili, część wybili, część upili (czyli skopiowali amerykańską strategię wobec Indian) – i budowa traktów posuwała się przez niedostepne dotąd tereny -między innymi Wąwóz Taroko. Po więcej wiadomości i zdjęć odnośnie samego  Wąwozu odsyłam do Kury w azjatyckiej kuchni - jej zdjęcia są znacznie lepsze niż moje (patrz niżej), bo kiedy ja tam grasowałam, akurat padało, więc majestat gór zniknął w buro-siwej mgle z mżawką i chmurami. Notabene, ten niedokończony most na czwartym zdjęciu – to dzieło Japończyków, którzy poddali się dopiero po czwartym tajfunie zrywającym przęsło…

Legenda mówi, że prawdziwi wojownicy nie umierają, a odchodzą do krainy duchów po tęczowym moście, i tam mogą spotkać swoich druhów i rodziny – ale taki zaszczyt spotyka tylko prawdziwych wojowników. Tych, którzy zasłużyli na tatuaż, którzy zgodnie z tradycją plemienia Seediq zdobyli głowę wroga, tych którzy walczyli. Tymczasem pod japońską okupacją duch wojowników zaczął zanikać, wyrugowany razem z kulturą autochtonów. W 1930 roku jednak mieszkańcy jednej z aborygeńskich wiosek ruszyli z wodzem Mona Rudao przeciwko znienawidzonym okupantom.

O tym opowiada film porównywany z Braveheartem – Seediq Bale (trailer – KLIK), tajwański kandydat do Oskara w kategorii filmów zagranicznych. „Incydent Wushe” w sposób nieco udramatyzowany przedstawia w dwóch częściach desperacką walkę kilku setek Aborygenów z japońską machiną wojenną. Nie jest to film łatwy i przyjemny, od walki głównego bohatera o dzika zamieszczonej w czołówce, po ostatnią, 276 minutę. Film bowiem złozony jest z dwóch części (aczkolwiek z myślą o widzach zagranicznych udostępniono też krótszą wersję jednoczęściową, trwającą tylko 155 minut) – Flaga Słońca i Tęczowy Most. Choć- jak każda produkcja mająca w temacie wojnę (poza komediami typu Allo Alo czy Złoto dla Zuchwałych) -jest smutny i szary, w dodatku epatujący okrucieństwem (ani jedna ani druga strona do łagodnych nie należała i wroga eksterminowała co do nogi odzianej w nieodpowiedni z punktu widzenia atakujących strój) – obejrzeć go warto… W tle smutnej historii sączy się niezwykła muzyka, a dramatyczne wydarzenia rozgrywają się w rajskich plenerach.

Wpis ten układałam, siedząc pod zupełnie innym tęczowym mostem, w scenerii mniej majestatycznej ale wcale nie mniej urokliwej, w miejscu gdzie Aborygenów nigdy nie było (ewentualnie jako turyści). Patrzyłam w niebo rozpłomienione feerią sztucznych ogni, i tak nagle ukłuła mnie smutna myśl. Najpierw o tych, którzy kanonadę fajerwerków kojarzyć zawsze będą nie z zabawą i westchnieniami zachwytu, ale z wojną i wybuchami pocisków, a potem – gdy zerknęłam w bok i w oko wpadł mi podświetlany łuk z literami ogłaszającymi dumnie nazwę miasta – fragmenty chińskich znaków wyglądały jak sylwetki małych ludzików, wędrujących po tęczy…

Dzień Podwójnej Dziesiątki jako wstęp do krótkiej historii Tajwanu

Wolny dzień tak zwanej podwójnej dziesiątki (10.10) postanowiłam wykorzystać na turystykę. Podobnie jak milion Tajwańczyków, cieszących się z dnia bez pracy i chcących właśnie wtedy nadrobić zaległości krajoznawcze.

Wraz z ekipą polsko- tajwańskich turystów (brzmi szumnie, a była nas tylko trójka – ja, TangXin pochodząca z tajwańskich wysp Penghu i trzeci Polak w Wendzarni, ksiądz Tomasz) udałam się do miasta reklamowanego jako „tu zaczął się Tajwan”, dawnej stolicy czyli Tajnanu. Czytaj dalej