Dobre imię wiele znaczy – czyli jak mnie przechrzcić chciano na chińską modłę…

O poranku bladym świtem przydreptał do mnie Młodociany ze śniadankiem i kawunią i obserwując jak wciągam tosta przybrał ten wyraz twarzy, który niechybnie oznaczał iż myśli nad czymś intensywnie i chciałby powiedzieć coś, ale śmiałości mu brak.
Zatem chrupiąc spadającą z chlebka kapustę udającą sałatę, Czytaj dalej

Trzynastkowe mebelki… – czyli o urodzinach i dylematach na obczyźnie

Urodzinowy poranek rozpoczął mi się normalnie – czyli mocno spóźniona w locie pożarłam śniadanie i wpadłam tuż przed dzwonkiem na teścik. Teścik z uwagi na fakt moich urodzin przełożono na jutro, a cała klasa odśpiewała mi piosenki urodzinowe w swoich językach (czyli po azjatycku – japońsku, wietnamsku, indonezyjsku i koreańsku). Było śmiesznie.

Po szkole zaś postanowiłam odnowić zapasy żywnościowe i udałam się do nie najbliższego, ale ulubionego sklepiku z owocami, tuż koło rogu na którym swój śmieszny kramiko-wehikuł parkuje Dziadzio Guawa. Po drodze zaś jest kolejny ulubiony sklepik Starego Wujka Li, trochę ze starzyzną a trochę z drewnianym rekodziełem kleconym przez seniora rodu w czasie wolnym od bawienia wnuków albo i prawnuków. Czytaj dalej

Chińska języka trudna bardzo – kilka przygód ze słownictwem i „skórzaną torebką”

Chiński ma tony, i jest językiem miauczanym. Co każde polskie dziecko wie, a jak nie wie to się dowie próbując uczyć się chińskiego. Mandaryński ma tych tonów 4 (i piąty – neutralny), kantoński 10, tajwański z 8 – i stanowią one spory problem.

Na tyle spory, że niestety, czasem (często) przeszkadzają w zrozumieniu.

Bo turysta z zachodu chce być miły i pyta o cenę półmiska pierogów (Yī wǎn shuǐjiǎo 一碗水餃), kelnerka słyszy „ile za noc spania?”(Yī wǎn shuìjiào 一晚睡覺) - i wali go na odlew, aż się porcelana ze szczęki sypie, a krew sika po suficie… Czytaj dalej

Talizman na „Natychmiast dolary!” – o tajwańskich dekoracjach i szczęśliwych breloczkach w stylu końskim

Moja sąsiadka Yoyo uwielbia styl „cute keai”. Ma pierdylion drobiazgów „słodziasznych”, od światełka przy rowerze w kształcie kota, przez króliczkowe buty i skarpetunie w muchomorki, po spinki do włosów i maskotki. No i maskotkowy breloczek przy kluczach.

 Yoyo łączy z jej kluczami nieco dziwna więź, bo wiecznie je gubi, zostawia gdzieś, przypadkowo wrzuca sąsiadowi na parapet (podobnie jak ja, jest zbyt leniwa żeby schodzić na dół i wpuszczać gości, więc obie praktykujemy zrzucanie kluczy z tarasu, żeby sobie gość sam wszedł). Jej chłopak, przystojniak Mao odbywający właśnie służbę wojskową w Kaohsiung zakupił jej zatem breloczek, żeby te klucze miały jakiś sensowniejszy tor lotu Czytaj dalej

Tajwańskich zalotów numerkowych ciąg dalszy – o gadżetach i papierosach

Tajwańczycy Walentynki obchodzą… dokładnie trzy razy, całkiem nieżle jak na mało romantyczny naród nieśmiałych cyborgów zainteresowanych głównie pracą, podwyżką, awansem i kasiorą. 

Po raz pierwszy – wraz z całym światem , jak święty Walenty przykazał, 14 lutego. Potem – miesiąc później sklepy pełne są białych cukierków, czekoladek, bielizny i innego badziewia w kolorze śnieżno-śmietankowym, bo przychodzi czas Białych Walentynek, zerżniętych od Japończyków. Ostatnia celebracja wypada na 7.7 (oczywiście mowa o kalendarzu księżycowym, w tym roku będzie to 2 sierpień) i są to słynne Chińskie Walentynki, gdzie wyjątkowo nie żre się za wiele, a za to goni sroki. Ponadto uczucie można zamanifestować jeszcze w maju (20 i 30)Czytaj dalej

Numerologia chińsko-tajwańska i ukryte znaczenie liczb po raz wtóry

Pisałam już o sprytnym sposobie miało wylewnych Tajwańczyków na okazywanie romantyzmu, kiedy to kombinacja cyferek staje się wyznaniem uczuć po wsze czasy. Z jednej strony to smutne, że Tajwańczyk nie może bez ryzyka „utraty twarzy” ani podejrzeń o poważne zaburzenia psychiczne powiedzieć, co mu w duszy gra i spiewa. Z drugiej strony, w tej kulturze znaczenia czasownika „kochać” nie zdewaluowało się tak jak w anglojęzyczno-amerykańsko-zamerykanizowanym kręgu kulturowym, gdzie powszechnie „kocha” się wszytskich i wszytsko, i wynika z tego pestka z dziurką.
Wczoraj odkryłam kolejną odsłonę magii cyferek. Jeszcze trochę, a pokocham cyferki do tego stopnia, że zostanę biegłym rewidentem, albo innym matematykiem stosowanym…
A było to tak…  Czytaj dalej

O Chinglishu słów kilka (z przykładami)

Chinglish – to łamany chińsko-angielski. Albo angielski z silnymi wpływami chińszczyzny. Albo chiński z domieszką angielskiego, czyli lokalny odpowiednik „lengłydża”. 

Co to lengłydż, każde dziecko wiedzieć powinno – swego czasu w okresie apogeum migracynego Polaków na szeroko otwarty angielsko-irlandzki rynek pracy bardzo bawił mnie poniższy dowcipasek: Czytaj dalej

Chińska medycyna w praktyce – jedz cukier trzcinowy na…

Nadeszła pełnia, a wraz z nią czas, gdy gotuję makaron w czterech garnkach ( A dlaczego w czterech? Bo TAK!!! I nie wtrącaj się), czyli znany każdemu mężczyźnie i kobiecie przemiły objaw zwany syndromem napięcia przedmiesiączkowego. I wszystko zaczęło mnie niemiłosiernie wk..wiać. Kochany Młodociany dzielnie znosił z azjatycką uprzejmością mieszankę wybuchową sobaczenia, psioczenia wraz z czepianiem się szczegółów połączoną z rozżaleniem, szlochami i marudzeniem- przez jakieś dwie godziny, po czym poszedł po rozum do głowy i wuja gógla po poradę. A następnie zawinął się, pytając czy nie potrzebuję czegoś – i zniknął. Czytaj dalej

Magia cyferek – czyli romantyzm po chińsku

O tym, że Azjaci zbyt wylewni nie są – wspominałam. O tym, że nie będą sypać wyznaniami o stanie uczuć – też pisałam, podobnie jak o oświadczynach, chodzeniu za rączkę itepe. W każdym razie czytelnik powinien pamiętać – Chińczyk/ Tajwańczyk/ Wietnamczyk/ Japończyk/ inny Azjata nie będzie powtarzał „kocham cię”, a gdy usłyszy taką deklarację to zwieje na drzewo albo wyśle interlokutora do psychiatry.

No to jak deklarują sobie uczucia? Hmm.. Nie słowa, a czyny? Prezenty  Noszenie torebek? Karteczki kolorowe? Nalepki na Line (nie wiem czyt w Polsce to jest, ale to taki komunikator smartfonowy, darmowy, więc jest tu bardzo popularny  I tak dalej, domysłów sporo…

Dziś Tajwańczycy i kultura tajwańska-chińska uosabiana przez nauczycielkę Zheng dała radę zaskoczyć mnie po raz kolejny :D Zaczęło się prozaicznie, od testu, który - o dziwo! wysłała nam na maila, kazała rozwiązać w domu i zapowiedziała, że potraktuje go jak normalny sprawdzian. Od zawiłości gramatyki szybko zdryfowaliśmy w kierunku ustalenia terminu wspólnego obiadu w domu Nauczycielki Zheng, na który to obiad wszyscy bez wyjątku mamy sporządzić jakieś danie kuchni narodowej. Nauczycielka Zheng podrapała się mazakiem po nosie, popatrzyła w kalendarzyk, oko jej błysnęło i zadała cięzkie pytanie:
- Jaki był wczoraj dzień?
- Dziękuję, dobry… Deszczowy.. Pogodny… Gorący… Poniedziałek… – padały ze wszystkich stron klasy odpowiedzi, nieodmiennie kwitowane: Mmm, oznaczającym – „Dobrze, ale nie to autor miał na myśli!”
W Końcu nauczycielka Zheng popatrzyła na nas jak na nierozgarniętych i niegramotnych, po czym na tablicy nakreśliła: 2013 520. Nic mi to nie rozjaśniło, zresztą – nie tylko mi, więc wpatrywaliśmy się spojrzeniem tepo-krowio-przeżuwającym. Osobiście czułam koniczynę, malowniczo łaskoczącą mnie w kąciku ust, a nawet mleko łaciate spływające mi do kartonika umocowanego gdzieś za planszą reklamowego tła z łąką. LeiWen(Szok Kulturowy made in Guyana Fhancuska) po mojej prawicy wyglądał równie inteligentnie i w pełni sił umysłowych, niczym ofiara plemienia dla amazońskiego krokodyla. Podobnie reszta klasy.
- Masz chłopaka? -zapytała znienacka Nauczycielka Zheng najbystrzejszą wśród nas Japonkę Saori. Ta pokiwała głową, że nie. – A ty?- A ty? – indagowała po kolei. Nie, nikt nie miał chłopaka, dziewczyny też.
- Mali?- Francuzka Marie-Helene pokręciła głową – Nie…
- Ale jak to, przecież miałaś chłopaka? – Fakt, miała. jeszcze dziś mijałam ich pod bramą Wendzarni, i nie wyglądali na skłóconych.
- Właśnie zehwaliśmy – oświadczyła Marie-Helene.
- E tam, oszukujesz starszą kobietę, w dodatku nauczycielkę…. A co wczoraj ci powiedział specjalnego twój chłopak? Powinien powiedzieć, jak nie powiedział, to może z nim zerwij? – Mali szukała w głowie pomysłu a na to, co powiedzieć miał chłopak…
Nauczycielka Zheng klepnęła w tablicę, znacząco – dalej nie widzicie zwiążku?
Nie, nie widzieliśmy.
5-2-0 przeczytała – wu er ling… wu er ling (łu ar lin/łuoa lin) – zwiesiła dramatycznie głos
- A! -Zatrybił jako pierwszy Takeji/Yuerh – ło ai ni? (我愛你I love you)?
-Taaaak – rozpromieniła się Nauczycielka Zheng. Przecież brzmi podobnie!
No chyba dla gęgających Chińczyków…

Fakt, ich fonetyka jest nieco odmienna – notorycznie mylą L i N (dla nas odległe realizacyjne jak Kraków z Murmańskiem, gdzie nosowe zębowe N a gdzie boczna dziąsłowa L?), różnica między P i B, D i T, Ki G nie polega jak u nas na dźwięczności/bezdźwięczności, a istnieniu lub braku przydechu. Łopatologicznie – po polsku rozróżnia się P i B oraz resztę przykładając palec do gardła i szukając drgań wiązadeł, drgają - dźwięczna  nie drgają – bezdźwięczna. Po chińsku paluchy (lub papierek, lepiej widać) przykłada się do ust, przy P jest przydech z podmuchem, papierek wdzięcznie faluje, przy B brak wyżej wymienionych. Stąd np.: mój sąsiad z ławki LeiWen(Szok Kulturowy) notorycznie ubezdźwięcznia i mało kiedy zostaje poprawiony, z kolei mi się zdarzyło powtarzać K i K i K a nauczycielka wciąż słyszała tam G, bo mój przydech był za słabo dychający…

No dobra, ale co dalej z tym wczorajszym dniem? – zaciekawiłam się potężnie. Może ciastkami dzielą i się załapię na jakieś reszteczki (ostatnio dostałam prawie połowę tortu z okazji dnia matki, bo ani rodzicielka ani dzieci nie mogły przejeść nadmiaru słodyczy i różowego lukru, mniam mniam)??? Niestety, nie, tym razem obeszłam się smakiem, zamiast materialnych dowodów miłości wypada zadzwonić do lubej i lubego i mu przypomnieć, że dzis 20 maja, wymówiwszy to mozliwie pokracznie uzyska się efekt miłosnego wyznania. Podobny dzień to 30 maja, 5 3 0, wu san ling/ łuosanlin – czyli我想你wo xiang ni, tęsknię za tobą, myślę o tobie, w synonimie – kocham cię. No a rok? 2 0 1 3?  er ling yi san? Nie wiem jakim sepleniącym cudem, Chińczyk i chińskojęzyczny ujrzy tam  -  alin isen, kocham cię na całe zycie -愛你一生

- No to jak, zadzwonił ten twój chłopak, czy nie? Może wysłał ci smsa z cyframi- indagowała nauczycielka Zheng. – Bo jak nie, to powinnaś z nim zdecydowanie zerwać, bo to skandal, żeby nie docenić takiej pieknej i mądrej dziewczyny…

- A właściwie  to nie wiem – spointowała Marie- Helene, – chyba nie… Ale nie ma to znaczenia, i tak słyszę to co rano i co wieczór oraz bez okazji…

- Ale twój chłopak jest Tajwańczykiem jak mój mąż? Mój mąż nie jest taki, jestem zazdrosna!

- Tak, on jest Tajwańczykiem, ale ja nie jestem Tajwanka, więc musi się starać dopasować do mnie…

Z chińskiego na ludzki…

Mowa o tłumaczeniu…

 

Najbardziej zaskakujące w kontaktach międzykulturowych, zwłaszcza tych bardziej odległych – jest różnica kontekstowo-interpretacyjna. Która osobiście mnie powala  i poniekąd solidnie utrudnia życie.

 

Nie tak dawno pisałam o tym, jak skutecznie stworzyłam sobie wroga i ogólnie wykreowałam wrażenie równie złe, albo i gorsze, niż gdybym Pannę Młodą zwyzywała od ladacznic, a Panu Młodemu zarzuciła impotencję. A ja tylko stwierdziłam – zgodnie z prawdą, iż wedle mojej informacji, koszty pobytu w stolicy Francji wyniosą tyle a tyle. Plus kilka innych niuansów, na które szczerze mówiąc mało który białas zwróci uwagę.

Tajwańczycy są dla mnie momentami jak kosmici. Serio. Nawet buźki mają podobne, wielkie głowy, nóżki jak patyczki i wytrzeszczone oczyska. A problem w kontakcie bezpośrednim wynika z ich rozumienia pewnych sytuacji… Przykłady można mnożyć.

Najprościej zacznę od tak łopatologicznego zagadnienia jak – TAK i NIE.

Polskie TAK = tak. Chińskie TAK tymczasem…

= tak (czasem), a czasem

= oczywiście, że się nie zgadzam z Tobą/Twój plan lub Twoje zdanie wywołuje mą reakcję odmowna, ale moja kultura nie pozwala mi powiedzieć „spadaj na drzewo” lub „do bani”, i żeby cię nie zasmucić lub nie zepsuć swojej doskonałej karmy mówię, że tak, i liczę na to, że się domyślisz, że niekoniecznie pałam radością i ochotą. Przy czym mówienie TAK z ostentacyjnym/ widocznym podejściem negatywnym nie wchodzi w rachubę, udają nad wyraz przekonująco…

- NIE

Polskie NIE oznacza zazwyczaj Nie! I basta!. Poza sytuacjami z podtekstem flirciarskim i seksualnym, gdzie wciąż trwa kampania feministek pt” Nie znaczy nie”

Chińskie NIE, jeżeli już się pojawi ( a pojawia się wyjątkowo rzadko jako odpowiedź na pytanie jakiekolwiek), oznacza – oczywiście, że TAK, tylko z rozmaitych względów nie mogę przytaknąć, bo mnie odsądzą od czci i wiary…

Brzmi skomplikowanie?

Kilka przykładów

- Jedziemy na motorach, zima (czyli poniżej 20C), pizga wiatrem jak nieszczęście. Ja trzęsę się, pomimo okutania w sweter, bambiego i windstoper oraz czapkę i szalik. Motor obok szyku zadaje koleżanka Miau (lubi koty, więc ma takie a nie inne angielskie imię… Studentki Wendzarni słyną z kreatywności na tym polu), odziana w przezroczyste rajstopki i szorty, oraz jakąś lichawą kurtałkę ( w sensie izolacji termicznej), bo poza tym śliczna była. Widząc podczas postoju na stacji benzynowej, że dziewczyna zdrętwiała z przemrożenia ledwo się rusza, zaproponowałam jej pożyczenie swoich dodatkowych dżinsów. Odpowiedź była mocno odmowna, więc zaproponowałam jeszcze raz, w pamięci mając chińskie certolenie się – czyli trzeba proponować kilkakrotnie, żeby nie narazić zbyt rychło przyjmującego propozycję na „utratę twarzy”. Znów usłyszałam – nie. Zanim zapytałam trzeci raz, Max pociągnął mnie za rękaw i szybko wyjaśnił – zrozum, ona chce twoje spodnie, ale musi powiedzieć nie, bo inaczej utraciłaby twarz, i uwidoczniłaby swoją głupotę… Jakby nikt nie zauważył braku rozgarnięcia koleżanki  (i jej chłopaka, który w sumie powinien jej pilnować), która pojechała do domu się przebrać w strój odpowiedni na motorową eskapadę przez pół kraju- i zadziała krótki płaszczyk, zapominając o ciepłych gatkach…

- Spotkanie towarzyskie, mieszane – urodziny białasa, więc grono szeroko pojętych znajomych (białasów, albo szerzej – westernersów w zachodnich kolorach tęczy) i kilkoro lokalsów, w tym koleżanki na 100% mieszkające w akademiku (który o 22.30 zamyka swe podwoje szczelnie i nieodwołalnie). Wiadomo, że posiadanie w znajomych na fejsie bladej twarzy daje +50 do rispektu na dzielnicy, a słit focia z bladą twarzy to już +100 do zajebistości – zaproszenie na białe urodziny to nie w kij dmuchał… Więc siedziały te Azjatki w kątku, grzecznie obserwowały konwersację między samymi-swoimi, jadły bardzo drogie i bardzo niesmaczne białe żarcie polecone przez kogoś z kasty bladoskórych-uprzywilejowanych, i nudziły się zapewne setnie, bo jakoś nikt, łącznie z zapraszającym – organizatorem spotkania, jak i solenizantem, nie zwracał na nie większej uwagi. Podejrzewam, że nie rozumiały za wiele, bo ja osobiście nie ogarniałam rozmaitych odmian chińskiego i angielskiego na różnych stopniach zaawansowania – i zniekształcenia (by ł tam i Francuz, i Belg, i Niemiec, i Ruski, i Ukrainka,i Portorykanka, i Mex, i Teksański, i Kalifornian, i chicagowski Murzyn i Polak niepomiernie kaleczący każdy możliwy język, i Węgierka posługująca się dziwacznym miksem wielu znanych narzeczy, i wielu innych, równie barwnych). Na moje pytanie, czy nie muszą wracać do akademika – tylko się uśmiechnęły, i stwierdziły, że nie ma problemu. OK, no problem to no problem, może sobie wyżebrały jakąś dyspensę od noclegu za kratami Konwentu Sióstr Urszulanek. Zabawa trwała, a ja koło 10 stwierdziłam, że mam dość, nie odpowiada mi lokal, towarzystwo, atmosfera – i czas się ewakuować. Zadzwoniłam po taksówkę, pożegnałam solenizanta i kurtuazyjnie spytałam, czy ktoś nie chce się ze mną zebrać… W życiu nie widziałam równie szybko przebierających nogami Chinek :D W taksówce nerwowo patrzyły na zegar i minutę przez zatrzaśnięciem wrót biegusiem wpadły za bramę… Jak się okazało – no przecież nie wypadało im nie przyjść, a tym bardziej wyjść z powodu tak prozaicznego jak zamknięcie akademika… Nie wypadało się zresztą to podobnie trywialnej okoliczności przyznać….

- Szkoła. Nauczycielka tłumaczy i tłumaczy i tłumaczy, niestety, tłumaczenie gramatyki po chińsku niesie drobne ryzyko – zakumasz, albo nie zakumasz, albo załapiesz - szkoda tylko, że źle. W moim wypadku – nie łapię. No nie łapię i basta . Za cholerę nie jestem w stanie przyswoić sobie dziwnej konstrukcji, gdzie jest słówko typu „kto, który, dlaczego, jak, po co etc” plus „razem” plus konstrukcja z miękkim nie (w odróżnieniu od nie twardego, oznaczającego całkowite zaprzeczenie… Coś w rodzaju – nie zjadłem miękkie w domyśle - jeszcze nie zjadłem, no śniadania, ale za chwilę owszem skonsumuję, nie zjadłem twarde w domyśle - nie, bo niesmaczne, albo nie chcę, albo nie lubię, albo się odchudzam), co razem daje  - wszyscy z wyjątkami wykonujemy czynność x. No abstrakcja.

Nauczycielka rysuje schemat… No ale nie mam problemu z budową, mam problem z logiką wypowiedzi – bo nie potrafię ułożyć sobie co z czym i dlaczego, i w jakim kontekście w ogóle stosować ów niezwykle wybajerzony twór. Co mi się zdaję, że już wiem, i zgłaszam się mówiąc, dowiaduję się – a kto ma inną propozycję - czyli mój domysł był nietrafiony… Ale dlaczego? po 45 minutach wałkowania tematu nie jestem ani trochę mądrzejsza.

Zostaję na przerwie, czekam, aż wyjdą inni uczniowie, i proszę – Proszę mi to jeszcze raz wytłumaczyć, może po angielsku, będzie łatwiej. Dlaczego? No bo nie rozumiem po chińsku, a po angielsku może mi się uda przyswoić. Nie, nie nie… Ty masz tego używać. Ale jak mam używać czegoś, co jest dla mnie czarną magią w białych trampkach? No masz używać i już, a jak nie rozumiesz, to znaczy, że się nie starasz.  Używaj, to doznasz oświecenia. Inni jakoś nie mieli z tym problemu.

- Szkoła II. Z moim learning partnerem umawiamy się na 12, Godzina jest dziwna – bo to przerwa na lunch, ale skoro LP nie chce nic jeść to mi pasuje, bo ja spożywam obiadek około 15. OK, Czekam. Mija minut 10,15, 20. Dzwonię.Dzwonię drugi raz – bo może nie słyszy, jedzie skuterem albo co. No i czego się dowiaduję? Że mój LP tak naprawdę nie chciał się spotkać, tylko nie wypadało mu powiedzieć mi w oczy, że nie ma czasu/ochoty/whatever – więc podał taką godzinę, żebym się domyśliła, że on nie przybędzie. A w ogóle moje dzwonienie było nachalne i nieuprzejme, wręcz na-gan-ne!

- Zakłady produkcyjne dużej niemieckiej firmy, kolega pracuje z lokalnymi robotnikami. Pytanie do robotników: Czy wiesz co masz zrobić? Taaaaak jeeest! Czy wiesz jak masz to zrobić? Taaaak jest! Kiedy to będzie gotowe – za godzinę!

Godzinę później – efektu finalnego ani widu ani słychu. Kolega jeszcze raz pokazuje, co i jak, z czym i do czego.  Czy już wiesz? taaaaak jest! wiesz jak? taaaaak jest! wiesz co? taaaak jest! to za godzinę? Taaaak jest! Za godzinę – wiadomo… Bo pan robotnik nie powie wielkiemu nadzorcy, że on nie wie i nie kuma – bo nadzorca może go okrzyczy, a może premię utnie… Więc zamiast tego rżnie jarząbka… Kolega walił konkretne piwsko za piwskiem, żeby czasem swoich podwładnych nie wytłuc…

- Klub wspinaczkowo - turystyczny, zapisy

Ale na pewno nie będę dla was problemem? Bo mówię słabiej po chińsku, a raczej po angielsku… Nie, nie, w żadnym wypadku! Nasza sekcja jest bardzo dumna z tego, że uczestniczą w niej studenci z róznych krajów – faktycznie, na liście kilkanaście nazwisk nagryzmolonych łacińskim alfabetem. Ale nie będę dla was na pewno problemem? Nie chcę takiej sytuacji, w której ktoś będzie miał do mnie pretensje, ze czegoś nie rozumiem, albo robię inaczej niż to przyjęte… Oh, daj spokój! Nie jesteś pierwszym obcokrajowcem w naszej sekcji, jesteśmy otwarci na wzbogacające doświadczenia inter-kulturalne… OK. 3 wyjazdy, podczas których bardzo staram się nie zakłócać niczyjego spokoju duszy, nie odstaję od normy sprawnościowej etc. Gdy rozmawiam z Bellą (prezes klubu) w styczniu – bez problemu mogę uiścić składkę po przyjeździe. Przyjeżdżam, i idę się dopytać o kalendarz wycieczkowy i zonk – ale ty nie możesz jechać z nami, bo nie opłaciłaś składki, trzeba było do końca grudnia zapłacić za nowy semestr. ??? Ale jak to?? Rozmawiałam z Bellą i powiedziała co innego. Niemożliwe. Pokazuję maila. Ale Belli tu nie ma, poza tym pewnie się jej coś pomyliło. Bo ogólnie to nasz klub jest dla studentów Wendzarni… A ja to niby co? Z byka? Zresztą rozmawiaj z Bellą. Bella telefonu nie odbiera. Na fejsie się nie odzywa, na maile nie odpisuje. Aha. Co jej pocisnęłam w myślach, to moje.

Takie historie można mnożyć, Często kończy się tylko na lekkim kwasie, który rozchodzi się po kościach. Jak dotąd tylko dwukrotnie miałam poważniejsze scysje ( w zeszłym roku szkolnym), które zaowocowały ochłodzeniem kontaktów do poziomu zera absolutnego.  Ale chyba łatwo zauważyć, że poziom frustracji może tu dość szybko osiągnąć wartości krytyczne… I bardzo łatwo o spore nieporozumienia. O które nie można oskarżyć Tajwańczyka, bo „no one is to blame”… A tak czasem myślę - pokazowy łomot z waleniem po krzywych szczękach szybko by im podniósł rozumienie ze zrozumieniem…

Ale z drugiej strony – po prostu tacy są, I basta. Trzeba się przyzwyczaić…