Ahoj przygodo! – czyli norweski epizod z Morzem Północnym w tle

Gdy kolejny turnus z Chińczykami dobiegał końca, a ja serdecznie wymiotowałam już na samą myśl o zgrai wyjątkowo irytujących skośnookich osobnikow jacy mi się trafili tym razem, zadzwonił telefon.

- Kiedy lecisz do domu?- przez trzaski i inne zakłócenia w tle przedarł się chrapliwy głos mojego znajomego Wilka Morskiego, kapitana siedmiu mórz.

- A za pare dni, a co? Chcesz mnie na obiad zaprosić?

- E tam obiad, mam dla ciebie pracę!

- Jaką?

- Bzzzt glum glum klhhhhhh bzyt krrrrr bzyt… – i w słuchawce rozległy się buczki oznaczające koniec audiencji.

„I cal you tomoro. I am on boat and have bad conektion” – zapikał sms, specyficzną angielszczyzną kapitana. OK…

Z tym „tomoro” to w wypadku Wilka Morskiego bardzo umowna sprawa i czasem wypada ono za tydzień, miesiąc, ruski rok lub nigdy – ale wieczorem po 23 Wilk Morski zadzwonił. Z propozycją nie do odrzucenia. „Mój człowiek z załogi jest chory, potrzebujemy kogoś na podmianę. Chcesz?”

Aha. Okeeeej… Yyyy?

- A co miałabym robić, przecież łodki to ja widzę głównie w butelkach jako elementy dekoracyjne, albo na obrazkach, a o pracy marynarza mam takie pojęcie jak o piciu rumu.

- Na mojej łodzi nie ma alkoholu w tym rumu też, a reszta jest prosta. Trzeba gotować, myć, duuuuużo mycia i pomagać przy załadunku i rozładunku cargo. Nic trudnego. Kiedy możesz zacząć? Czytaj dalej

Najgorętsza plaża Tajwanu – Kending

W tajwańskim Mielnie czyli Kending byłam kilkakrotnie. Kending leży na wysuniętym na południe półwyspie, oblewanym w miarę czystymi wodami intensywnie błekitnego oceanu, rześka bryza przewiewa smog, białe łachy piachu wyglądają znacznie bardziej plażowo i wakacyjnie niż zwyczajowe czarne wulkaniczne piaski wokół Kaohsiung.

Woda jest też jakby ciut czyściejsza niż gęsta zupowata ciecz unosząca się w okolicy portu Kaohsiung. Powietrze świeższe i tak dalej. Zatem – pomijając Rybne Muzeum które pokochałam z całego serca także za solidnie schłodzone pingwinarium przygotowujące przegrzany organizm do europejskiego klimatu – gdy marzę o plaży to i Kending mi się marzy, bo tamtejszy ekosystem skóry na brudno nie maże i człowiek rasowo się na brązik smaży… Czytaj dalej

Rybki małe południowych mórz – Muzeum Oceanu w Kending

Styczniowym przedpołudniem udało mi się zdać ostatni egzamin, odebrać wyniki prac pisemnych i zasiąść w kafejce w celu analizy pokaźnej długości oceny opisowej. 

Były te rezultaty znacznie lepsze niż oczekiwałam, aczkolwiek Młodociany zmarszczył nosek i zaczął rozpoczął przemowę: Czytaj dalej

Co Chińczycy odkrywają w Europie – czyli norweskie wkręty panny M.

Tak się mi życie potoczyło, że zamiast trybikiem w dużej międzynarodowej firmie zostałam opiekunem i przewodnikiem wycieczek chińskich turystów w Skandynawii. Zamieniłam marzenie o własnym boksie w korpo-kubikolandzie na autokary pełne skośnookich turystów domagających się atrakcji i zakupów w markowych butikach – na odludziach Nordkapu na przykład.

Czasem padają dziwne pytania, jeszcze dziwniejsze odpowiedzi również. Czasem moja inwencja twórcza wręcz mnie przeraża. Dziś, z okazji zbliżającego się Prima Aprilis moje najlepsze farmazony sprzedane biednym nieświadomym niczego Chińczykom (aczkolwiek na ich własne życzenie, w związku z trudną sztuką mówienia „Nie” po chińsku, której do dziś nie opanowałam). Zatem z okazji zbliżającego się Prima Aprilis – moje najlepsze historie, które wcisnęłam biednym naiwnym Chińczykom (a oni łykneli niczym młode pelikany). Czytaj dalej

Kuchenne rewolucje wikińsko-azjatyckie

Nie, nie będzie o gotowaniu. Gotować dalej nie potrafię. Będzie za to o randkowaniu w Krainie Wikingów.

Moja wakacyjna praca polegała na byciu niańką chińskich turystów. Tak konkretnie, to byłam pilotem, przewodnikiem, asystentką, animatorem czasu wolnego, wyjaśniaczem dlaczego w takiej bogatej Norwegii na Nordkapie nie ma wypasionej galerii z butikami LV, psem pasterskim i dziewczęciem do bicia dla nowobogackich Chińczyków, którzy zdecydowali zamiast do Paryża wyekspediować się do Skandynawii na wakacje życia. W sumie, to o Chińczykach na wakacjach mogę elaborat walnąć, żeby było i smieszno, i straszno – ale dziś nie o tym. Dziś, powalentynkowo – będzie o miłości i romansach z Azjatami w tle. Czytaj dalej

Gdzie leży Peru i kto pochodzi z tajwańskiej Tajlandii – czyli opowieści podrywowe znad norweskich fiordów

Co roku, gdy mam wystarczająco dużo wolnego, wyruszam do Europy, aby podreperować stan finansów i zdobyć trochę grosiwa na spokojne życie studentki języka chińskiego na Tajwanie – bowiem niestety tak jakoś wyszło, że pracowanie na Tajwanie akurat mi nie wyszło.

Imałam się w Norwegii różnych zajęć – między innymi sprzedawałam na ryby na straganie i opiekowałam się wycieczkami. I szybko weszłam w interakcję z rozmaitymi mieszkańcami Kraju Wikingów – i tymi rdzennymi, i napływowymi. Mówiąc krótko, budziłam spore zainteresowanie. Czytaj dalej

Chińska języka trudna bardzo – kilka przygód ze słownictwem i „skórzaną torebką”

Chiński ma tony, i jest językiem miauczanym. Co każde polskie dziecko wie, a jak nie wie to się dowie próbując uczyć się chińskiego. Mandaryński ma tych tonów 4 (i piąty – neutralny), kantoński 10, tajwański z 8 – i stanowią one spory problem.

Na tyle spory, że niestety, czasem (często) przeszkadzają w zrozumieniu.

Bo turysta z zachodu chce być miły i pyta o cenę półmiska pierogów (Yī wǎn shuǐjiǎo 一碗水餃), kelnerka słyszy „ile za noc spania?”(Yī wǎn shuìjiào 一晚睡覺) - i wali go na odlew, aż się porcelana ze szczęki sypie, a krew sika po suficie… Czytaj dalej

Antek „Wiedeńczyk” – najpiękniejszy samolot świata cz I – moje latanie

Zaczęło się zwyczajnie… Któregoś czerwcowego poranka w sobotę obudziły mnie samoloty z wizgiem przelatujące tuż nad moim blokiem. Z balkonu wraz z mamą obserwowałam ganiające wte i wewte małe zwinne maszynki grające najwyraźniej w berka i nie bardzo wiedziałam o co chodzi… 

A był to I Piknik Lotniczy, który powstał po rozdzieleniu zawodów w lataniu precyzyjnych z podkrakowskiego Pobiednika od rodzinnej fiesty przeniesionej na jak najbardziej środkowo-krakowskie Czyżyny. Wówczas obeszło mnie to jakoś mało, musiałam za to uspokoić babcię – pewną, że to III wojna światowa właśnie się rozpoczyna od nalotu dywanowego na Nową Hutę. Czytaj dalej

Jak starałam się o pracę na Tajwanie – tragikomedia w pięciu aktach

Moi znajomi przyzwyczaili się do rytmu moich wyjazdów i powrotów na wyspę, wyznaczanych przez wakacje i ferie oraz 90 dniowy limit ‚”wjazdu bezwizowego”. Co prawda konieczność wywalenia pewnej, nie zawsze najniższej, kwoty na bilety rekompensowały mi coraz to nowe wspomnienia z egzotycznych krajów-rajów, ale mimo wszystko tymczasowość mego tajwańskiego bytowania, bez tutejszego ubezpieczenia i meldunku – jednak męczyła.

Zalegalizować swój pobyt mogę za pomocą na przykład: Czytaj dalej

Zakupowe wpadki i wypadki i wypadki III – słodyczowe koszmary

Generalnie jestem tzw „przepadlista” i wszystkożerna (poza pasztetami i pasztetową), grzecznie zjadam cokolwiek się mi położy na talerzyk w sposób absolutnie (przynajmniej w moim mniemaniu) rekompensujący oszabrowanie cudzej lodówki do stadium – nawet światło zniknęło.

Ale raz w miesiącu przychodzi taki czas, w którym zamieniam się w wielki cukrowy jamochłon, nastawiony na tylko jedną życiową  misję – opchać jak najwięcej słodkości…
Tak, to wówczas wciągam paczkę krówek (nosem), przegryzam czekoladą z toffi oraz żelkami Haribo i… Czytaj dalej