O, w pestkę! – czyli tajwańskie dylematy stomatologiczne

Lubię guawy. Zielone i różowe, trochę podobne z wierzchu do zmutowanej gruszki, w smaku nie podobne do niczego, niezbyt słodkie i niezbyt soczyste (aczkolwiek do legendarnego „suchego grejpfruta” yaozi im daleko). Mogę ich opchnąć dowolną ilość, ograniczoną tylko pojemnością żołądka (a ten mam raczej mało ekonomiczny i zupełnie nie pasujący do wypłoszowatej proweniencji).

Guawa ma pestki. Jadalne. I stanowiące jak dla mnie najsmaczniejszą część owocu. To znaczy, pestki jak pestki, zwykłe drewniane – ale gniazdo nasienne gdzie te pestki tkwią to soczyste, słodkie, mięciutkie, delikatne wnętrze, idealnie komponujące się twardą resztą. I to właśnie pestkowe jądro rozpływające się w ustach i tak dalej powoduje, że guawy wcinam jak małpa kit. Ciamkając rozkosznie z ukontentowania. Czytaj dalej

Pieskie letnie tajwańskie życie… – czyli o psach, kosmitach i brzytwach, i o konkursie!

Już kiedyś pokazywałam wam tajwańskiego husky w wersji letniej. I kota prawie perskiego, śnieżnobiałego, na skwar kanikuły do skóry gołej opitolonego.

Mnie już przestały zadziwiać takie przypadki, ale…

Pewnego dnia zaczęły pojawiać się one nie pojedynczo w stosownych odstępach czasu pozwalających przetrzeć patrzałki i pokiwać głową w zadumie - ech, kumie, co te Tajwańce nie wymyślą znów. O nie. Zwierzyna przystrzyżona „na fantę” (starsi będą pamiętali tą reklamę), albo inną fantazję trzęsących się rąk podekscytowanego balwierza zaczęła mnie wręcz prześladować. Czytaj dalej

Noworoczne stylizacje tajwańskie

Chiński Nowy Rok, albo Nowy Rok Księżycowy – to dla każdego Chińczyka wielka sprawa.
Trzeba wysprzątać dom w każdym zakamarku, żeby Kuchenny Bóg nie doniósł gdzie trzeba, że pod łóżkiem pani Zhang koty sypialniane aż mruczą, pan Cheng za szafą trzyma gazety z golizną, a panna Chen w łazience hoduje kultury żywych bakterii i penicylinę oraz impregnje ściany kuchenne centymetrową warstwą oleju ze smażonych przez rok potraw. Czytaj dalej

Pozdrowienia od Pring Pring!

Pamiętacie ślicznego białego kotka, którego pani pragnęła mu umilić lato? Pringpring (>>KLIK<<) powraca w zimowej odsłonie.

Tym razem, szczęśliwie, z uwagi na siarczyste tajwańskie mrozy (czyli spadek temperatury poniżej 20C, na plusie rzecz jasna) nikt mu niczego nie golił. Ani nie strzygł. Czytaj dalej

Pomelo na Święto Środka Jesieni

Już trzeci raz piszę o święcie, polegającym na grillowaniu gapieniu się w księżyc – czyli o ZhongQiu Jie 中秋節. Ponieważ wyjaśniałam już skąd w ogóle wzięła się tradycja oglądania jesiennej pełni, pisałam o innych legendach związanych z królikiem na księżycu, a o szczegółach grillowania zwyczajnie nie chce mi się pisać, bo to nic specjalnego – to dziś na tapecie będzie pomelo.

Zawsze myślałam Czytaj dalej

Gdzie się podziewał koń Joli Rutowicz? Na Tajwanie!

Pewnikiem każdy pamięta „gwiazdę”, „osobowość telewizyjną” i celebrytkę Jolę Rutowicz, o nosie równie długim jak doczepiane włosy i opaleniźnie harmonizującej z różowością tipsów. Jeżeli akurat przegapiliście owo zjawisko, możecie uważać się za szczęśliwców o odrobinę mniej zrytym mózgu. Czytaj dalej

O modzie i stylu tajwańskim – zgrzyty i szoki

Wielokrotnie powtarzałam, że Tajwanki lubują się w szortach ledwodupkach tak skąpych, że lico me kraśnieje niczym piwonia na samą myśl o pokazaniu się w takich na ulicy. I powtarzałam, że niektóre zestawienia TaiwanStyle powiedzmy dyplomatycznie znacząco różnią się od naszej przaśnej polskiej konwencji dobrego smaku.

Choć widoki „ciekawostek” na ulicy mijam co dzień, rzadko mam okazję wyjąć aparat i sfocić panią przystrojoną niczym choinka ustawiona na czubku willi cygańskiego króla. Czytaj dalej

W pogoni za super-białością

O tym, że Tajwanki, Chinki i w ogóle mieszkanki tej słonecznej świata strony mają niezły odchył na punkcie białości liczka i ciałka – pisałam. O tym, jakie metody stosują w tym zbożnym celu – też wspominałam. 

Jednakże metody „tradycyjne” typu maska, czapka, parasolka i inne całuny nie zawsze zdają egzamin, więc Tajwankom (i innym) w sukurs idą odkrycia chemików i kosmetologów – filtry, balsamy, mydła, pudry itp mające z żółtawych z założenia Azjatek zrobić laleczki z saskiej porcelany. Czytaj dalej

Jak Majia została Aborygenką

Czerwcowy upał sączył się wściekle i nieokiełznanie, oczy od rana same mi się zamykały, a głowa ciężko opadała na brzuch i ćmiła nieprzyjemnymi oznakami niskiego ciśnienia. Ratunek był jeden – wycieczka na kawę nad Jezioro Lotosowe.

W kafejce Johna Lee siedziało kilka osób – ale jak zwykle znalazło się dla mnie miejsce, honorowe – pod aborygeńskimi wężami totemicznymi i plemiennymi talizmanami z kłów górskich dzików, tuż koło wentylatora, niemiłosiernie i nieobyczajnie podwiewającego mi kiecę, więc zanim się usadziłam, to tłum odwiedzający pobliską świątynię miał okazję obejrzeć moje majciochy. Bogowie stali nieporuszeni, więc chyba nie zauważyli, bo żaden piorun mnie nie raził. Czytaj dalej