Trzynastkowe mebelki… – czyli o urodzinach i dylematach na obczyźnie

Urodzinowy poranek rozpoczął mi się normalnie – czyli mocno spóźniona w locie pożarłam śniadanie i wpadłam tuż przed dzwonkiem na teścik. Teścik z uwagi na fakt moich urodzin przełożono na jutro, a cała klasa odśpiewała mi piosenki urodzinowe w swoich językach (czyli po azjatycku – japońsku, wietnamsku, indonezyjsku i koreańsku). Było śmiesznie.

Po szkole zaś postanowiłam odnowić zapasy żywnościowe i udałam się do nie najbliższego, ale ulubionego sklepiku z owocami, tuż koło rogu na którym swój śmieszny kramiko-wehikuł parkuje Dziadzio Guawa. Po drodze zaś jest kolejny ulubiony sklepik Starego Wujka Li, trochę ze starzyzną a trochę z drewnianym rekodziełem kleconym przez seniora rodu w czasie wolnym od bawienia wnuków albo i prawnuków. Czytaj dalej

O, w pestkę! – czyli tajwańskie dylematy stomatologiczne

Lubię guawy. Zielone i różowe, trochę podobne z wierzchu do zmutowanej gruszki, w smaku nie podobne do niczego, niezbyt słodkie i niezbyt soczyste (aczkolwiek do legendarnego „suchego grejpfruta” yaozi im daleko). Mogę ich opchnąć dowolną ilość, ograniczoną tylko pojemnością żołądka (a ten mam raczej mało ekonomiczny i zupełnie nie pasujący do wypłoszowatej proweniencji).

Guawa ma pestki. Jadalne. I stanowiące jak dla mnie najsmaczniejszą część owocu. To znaczy, pestki jak pestki, zwykłe drewniane – ale gniazdo nasienne gdzie te pestki tkwią to soczyste, słodkie, mięciutkie, delikatne wnętrze, idealnie komponujące się twardą resztą. I to właśnie pestkowe jądro rozpływające się w ustach i tak dalej powoduje, że guawy wcinam jak małpa kit. Ciamkając rozkosznie z ukontentowania. Czytaj dalej

Tajemnice uroczej pieczarki – czyli wyniki psiego konkursu

Reakcja na widok zdjęcia „pieczarkowego” psiuńcia była jedna jedyna dozwolona:

Najpierw:

- Oooooo jaki słodki!

A potem, gdy cukier nieco opadł i percepcja się polepszała, szczegóły zaczynały być widoczne:

- Matko, gdzie ten pies ma uszy????? Czytaj dalej

Pieskie letnie tajwańskie życie… – czyli o psach, kosmitach i brzytwach, i o konkursie!

Już kiedyś pokazywałam wam tajwańskiego husky w wersji letniej. I kota prawie perskiego, śnieżnobiałego, na skwar kanikuły do skóry gołej opitolonego.

Mnie już przestały zadziwiać takie przypadki, ale…

Pewnego dnia zaczęły pojawiać się one nie pojedynczo w stosownych odstępach czasu pozwalających przetrzeć patrzałki i pokiwać głową w zadumie - ech, kumie, co te Tajwańce nie wymyślą znów. O nie. Zwierzyna przystrzyżona „na fantę” (starsi będą pamiętali tą reklamę), albo inną fantazję trzęsących się rąk podekscytowanego balwierza zaczęła mnie wręcz prześladować. Czytaj dalej

Gdy dopada cię tajwańska alienacja

Wczoraj moja mama oraz moja tajwańska mama (czyli Max) obchodzili urodziny. Choć dzieli ich w czasie jedna generacja, widzę wiele podobieństw charakterologicznych – zwłaszcza w dziedzinie opiekuńczości. Ale nie o tym.

Max szalenie ucieszony poświęcił się rozpakowywaniu prezentów. Czegóż tam nie było! Czytaj dalej

Pieskie życie na Tajwanie II – bo pies też człowiek

Pokazywałam Wam już psy:

Pomelo na Święto Środka Jesieni

Już trzeci raz piszę o święcie, polegającym na grillowaniu gapieniu się w księżyc – czyli o ZhongQiu Jie 中秋節. Ponieważ wyjaśniałam już skąd w ogóle wzięła się tradycja oglądania jesiennej pełni, pisałam o innych legendach związanych z królikiem na księżycu, a o szczegółach grillowania zwyczajnie nie chce mi się pisać, bo to nic specjalnego – to dziś na tapecie będzie pomelo.

Zawsze myślałam Czytaj dalej

Tego nie robi się kotu…

Wisława Szymborska napisała wzruszający mnie w okolicach czwartej-piątej klasy podstawówki wiersz, o tym, że – „umrzeć, tego nie robi się kotu”. Ba, nawet na jakimś konkursie szkolnym dyplom dostałam za szczególnie ekspresyjną recytację z formami tańca szamańskiego, tak udatnie los tego kota przedstawiałam.

Wisława Szymborska na Tajwanie nigdy nie była (choć jej poezja jest tu znana), bo pewnikiem odkryłaby istnienie jeszcze wielu rzeczy, których nie robi się kotu… Czytaj dalej

Otwieracz do piwa wieszczy koniec cute keai!

Nie wiem w jakim sklepie dodawali do sześciopaka taki oto urokliwy otwieracz – ale oprócz śmierci i podatków pewne jest, że idzie nowe.

Obecnie panowie mogą już przestać się zacukrzać Hello Kitty i innymi kjutaśnymi słitnościami. I już nawet trupiarno- halloweenowa Hello Kitty nie daje rady (i dobrze, bo była upiorna do cna). Czytaj dalej

Gdzie się podziewał koń Joli Rutowicz? Na Tajwanie!

Pewnikiem każdy pamięta „gwiazdę”, „osobowość telewizyjną” i celebrytkę Jolę Rutowicz, o nosie równie długim jak doczepiane włosy i opaleniźnie harmonizującej z różowością tipsów. Jeżeli akurat przegapiliście owo zjawisko, możecie uważać się za szczęśliwców o odrobinę mniej zrytym mózgu. Czytaj dalej